Home Ogólnie Długi wpis o nienawiści czyli zwierz o “Krótkiej książce o miłości” Karoliny Korwin Piotrowskiej

Długi wpis o nienawiści czyli zwierz o “Krótkiej książce o miłości” Karoliny Korwin Piotrowskiej

autor Zwierz
Długi wpis o nienawiści czyli zwierz o “Krótkiej książce o miłości” Karoliny Korwin Piotrowskiej

Żyję w mieszka­niu pełnym książek o fil­mach. Nie prze­sadzam. Kiedy coś przekładam, odstaw­iam, ruszam to ze wszys­t­kich półek, szafek, pudeł, para­petów i szu­flad wypada­ją książ­ki o kinie. Nie jestem w stanie się pow­strzy­mać by ich nie kupować – starych, nowych, pol­s­kich, zagranicznych, naukowych, pop­u­larnych, dobrych, złych, biografii i albumów.  Czy­tam, je zbier­am, nało­gowo ustaw­iam na półkach tworząc eklek­ty­czną kolekcję. Dlat­ego kiedy wychodzi nowa książ­ka o kinie nie umiem się pow­strzy­mać by jej nie kupić. A cza­sem powin­nam. Jak w przy­pad­ku „Krótkiej książ­ki o miłoś­ci” Karoliny Kor­win Piotrowskiej.

Zan­im zwierz zacznie pisać o samej książce chci­ał­by was poin­for­mować, że ją przeczy­tał. Naprawdę przeczy­tał. Porów­nał. Sprawdz­ił niek­tóre przy­toc­zone w niej fak­ty. Zaz­naczył odpowied­nie frag­men­ty. Zro­bił to sum­i­en­nie i staran­nie, nie dlat­ego, że zwyk­le pisze po łebkach. Po pros­tu bard­zo nie chci­ał­by aby pojaw­iły się komen­tarze, że kry­ty­ka książ­ki wyni­ka z zaz­droś­ci czy prostej niechę­ci do autor­ki (za którą nie przepadam z czym nigdy się nie kryłam). Więcej mogę powiedzieć, że główne założe­nie książ­ki – stworze­nie swois­tego prze­wod­ni­ka po świecie fil­mu – przys­tęp­nego dla czytel­ni­ka – jest założe­niem dobrym i god­nym pochwały. Tu jed­nak pochwały się kończą.

 

dav

Zwierz pod­szedł do lek­tu­ry pełen dobrych chę­ci i odpowied­nich karteczek

 

Gdy­by zwierz miał jakoś określić ton książ­ki Kor­win Piotrowskiej to stwierdz­ił­by, że autor­ka upraw­ia kry­tykę pop­ulisty­czną. Nie kry­tykę pop­u­larną – jak czynił to Kałużyńs­ki i wielu naprawdę wybit­nych kry­tyków fil­mowych, którzy pisząc w sposób zrozu­mi­ały przy­bliżali wid­zowie sztukę fil­mową, ale pop­ulisty­czną – gra­jącą na określonych emoc­jach i podtrzy­mu­jącą określone przeko­na­nia pewnej (już nieco mniej określonej grupy czytel­ników). Te punkt wyjś­cia spraw­ia, że autor­ka cier­pi na swoistą para­no­ję. Z jed­nej strony pisze we wstępie “To nie jest kole­j­na nud­na opowieść o fil­mach i kinie, pisa­nia językiem zrozu­mi­ałym tylko dla wybrańców.” Brz­mi więc jak zaprosze­nie dla wszys­t­kich. Nie musisz się znać, nie musisz być kry­tykiem – pode­jdź. Ale już po chwili trze­ba się od tego nur­tu przyj­mowa­nia wszys­t­kich odciąć “Nie odrzu­ci Cię po pier­wszym, zda­niu, którego nie zrozu­miesz, bo prze­cież nie musisz być fil­moz­naw­cą ani kry­tykiem, i nie zniechę­cisz się by podążać dalej” ” Kry­tyków, którzy — mam wraże­nie — piszą recen­z­je wyłącznie dla siebie i kilku zna­jomych… a szko­da, bo kiedyś kry­tyk fil­mowy to był ktoś” “Dziś w cza­sie demokratyza­cji mediów, może być nim każdy, nawet jeśli myśli, że Vis­con­ti to pro­jek­tant mody”. Te dwa zda­nia dobrze nam posłużą jako klucz do całej książ­ki. Z jed­nej strony – prze­maw­ia ona do widza zagu­bionego, które­mu trze­ba pomóc, z drugiej – częs­to dowiecie się z niej że nie zna­jąc jakiegoś fil­mu jesteś­cie debil­a­mi, idio­ta­mi czy anal­fa­beta­mi. Dzię­ki temu moż­na się poczuć lep­iej. Cho­ci­aż­by dlat­ego, że jesteśmy lep­si od tych „innych” – jakichś głupich panienek co nie widzi­ały Ojca Chrzest­nego czy myślą że Vis­con­ti to pro­jek­tant mody. Nasza wiedza o filmie nadal może być śred­nia ale jak miło poczuć się od kogoś lep­szym. Zresztą prawdę powiedzi­awszy – wśród współcześnie piszą­cych o filmie – wcale nie ma aż tak wielu igno­ran­tów. Zde­cy­dowanie częś­ciej wiedzą oni kim był Vis­con­ti niż potrafią dobrze zre­cen­zować film pop­u­larny. Ale o tym jeszcze za chwilę.

dav

Kartecz­ki szy­bko zaczęły się kończyć

Autor­ka przyz­na­je że chce nas przeprowadz­ić przez świat filmów – namaw­iana przez ludzi że chcieli­by aby „ktoś nam pomógł w znalezie­niu fajnych filmów, niekoniecznie z tych ostat­nich dwóch ‑trzech lat”. Ponown­ie idea słusz­na. A autor­ka wyda­je się ide­al­na chwaląc się, że widzi­ała „mil­iony filmów” (co praw­da w ciągu życia tyle się nie da obe­jrzeć ale stwierdze­nie „widzi­ałam tysiące filmów” to nie w tej książce). Niby więc wszys­tko pięknie – głos ludu jest, odpowied­nia pozy­c­ja (prze­ciw kry­tykom, fron­tem do widza) jest. Nic tylko czy­tać. A i jeszcze dowiadu­je­my się że to nie jest lista arcy­dzieł. No bo jak wiado­mo arcy­dzieła odrzu­ca­ją (co nie przeszkadza autorce kilka­naś­cie jeśli nie kilka­dziesiąt razy w tekś­cie korzys­tać z tego sfor­mułowa­nia)

Zan­im prze­jdziemy do omówienia resz­ty pozy­cji zwierz chci­ał­by się z wami podzielić ciekawą statystyką. Otóż moi drodzy policzył film według dekad z których pochodzą. Jed­na bowiem rzecz bard­zo zwier­zowi nie pasowała. Otóż widzi­cie kiedy kino­man zaglą­da do swo­jego ser­ca, to jeśli nie zaczął swo­jej przy­gody z filmem bard­zo wcześnie to właś­ci­wie jest pewne że w tych wyskrobkach zna­jdzie się między­nar­o­dowy przegląd pozy­cji z całego rados­nego okre­su trwa­nia kina.  Może niekoniecznie każdy z nas ma swój ukochany film niemy (zwierz ma) ale już kochane filmy z lat 30, 40 czy wczes­nych 50 to nosimy w ser­cu.  Tym­cza­sem nasza książ­ka zaw­iera z okre­su 1896–1957 jeden film. Jeden. Z kole­jnej dekady kine­matografii autor­ka wybrała 6. Najwięcej jest z lat 70–28, potem 80 ‑17, 90- 11, 2000–2009 ‑13 i  tu jed­no z najwięk­szych zaskoczeń aż 18 filmów z pię­ciu lat dzielą­cych 2010 od 2015. Dlaczego zwierz baw­ił się w licznie? Po pier­wsze – z czys­tej niechę­ci do jakichkol­wiek książek o kinie które uda­ją że przed lata­mi 50 fil­mu nie było. Po drugie – bo ta statysty­ka jest rozkosznie niedorzecz­na w zestaw­ie­niu z ciągły­mi narzeka­ni­a­mi autor­ki, że kino schodzi na psy. Sko­ro kino schodzi na psy to jakim cud­em w ostat­nich pię­ciu lat­ach wypro­dukowano tyle fenom­e­nal­nych filmów. Chci­ało­by się złośli­wie zwró­cić uwagę, że to pewnie filmy obe­jrzane niedawno, świeże w pamię­ci albo posi­adane na DVD ale zwierz będzie mil­czał bo nie jest aż tak złośli­wy. W każdym razie – statysty­ka to symp­to­maty­cz­na.

pro-cam

Trze­ba było prze­jść na trady­cyjne robi­e­nie notatek

 

Prze­jdźmy do omówienia filmów. To ciekawa mieszan­ka oso­bistych wspom­nień, plotek, infor­ma­cji z panu, streszcza­nia scen i niesły­chanie auto­ry­taty­wnie wypowiadanych zdań. To nie jest książ­ka gdzie zna­jdziecie jakiekol­wiek wąt­pli­woś­ci. Jeśli coś było modne, to ubier­ały się w ten sposób wszys­tkie kobi­ety na świecie, jeśli film był pop­u­larny to wszyscy go widzieli. Wszys­tko, zawsze, wszędzie. Filmy są genialne, mega genialne, są arcy­dzieła­mi, są najlep­sze jakie nakrę­cono. Zawsze moc­no i z grubej rury. Strasznie się to czy­ta –zwłaszcza przy świado­moś­ci, że o filmie – jak o każdej innej dzi­ałal­noś­ci kul­tur­al­nej człowieka, pisać trze­ba jed­nak łagod­nie i miękko, bo tu rzad­ko moż­na znaleźć twarde fak­ty i jed­noz­naczne opinie. Ale autor­ka wyraźnie prag­nie nas przekon­ać, że się zna (kosz­marny nawyk – człowiek który się zna nie musi niko­go do tego przekony­wać) i jeszcze dodać do tego swój oso­bisty bezkom­pro­misowy komen­tarz. Nieste­ty częs­to jest to komen­tarz nietrafiony.

mde

Potem zwierz zcjął ze swoich regałów te ksiąz­ki które ma a na które autor­ka powołu­je się w bib­li­ografii

Książkę otwier­a­ją wspom­nienia z wyprawy na Gwiezdne Wojny. Film ważny, niemal założy­ciel­s­ki – pier­wsza taka wiz­y­ta w kinie. Zwierz czy­ta uważnie, bo obe­jrzane w wieku kilku lat Gwiezdne Wojny też dla zwierza były filmem ważnym. Nieco unosi się zwier­zowa brew kiedy okazu­je się, że Han Solo gra rolę bru­ta­la (łotra tak ale też raczej mało bru­tal­nego), ale rozczu­le­nie budzi komen­tarz doty­czą­cy Mar­ka Hamil­la: “W wyniku wypad­ków, jakim uległ, musi­ał pod­dać się wielu oper­acjom plas­ty­cznym. I ter­az jego wygląd nie jest dziełem natu­ry, ale skalpela chirur­ga”. Pięć do dziesię­ciu min­ut zaj­mu­je zwery­fikowanie, że to tylko rozbuchana plot­ka a sam aktor przyz­nawał się jedynie do zła­manego po wypad­ku nosa. Jest taka rzecz jak Inter­net. Bard­zo ułatwia nie pisanie bzdur (pisanie bzdur też ułatwia ale nieco innych). Z kolei “Car­rie Fish­er zawdz­ięcza fil­mowi nało­gi oraz depresję”. No nie do koń­ca, Car­rie Fish­er jed­nak miała w życiu wiele innych prob­lemów i nie wszys­tkim winien jest Lucas.

Dalej mamy Amelię i reflek­sję nad tym jak otworzyła nam ser­ca po WTC. Powoli przyzwycza­jamy się do języ­ka gdzie moż­na przeczy­tać o „mocarnej sce­nie” (a ja się tak męczę żeby nie pisać w ten sposób) czy o tym, że Amelia ma jaja. Na koniec dowiadu­je­my się, że Amelia ma też znacze­nie lecznicze “Mogę powtórzyć za znaomym psy­cholo­giem, który powiedzi­ał mi, że pole­ca Amelię jako obow­iązkowy film wielu swoim pac­jen­tom, I On dzi­ała. Wycią­ga ich z mroków depresji (…)”. To ten moment kiedy właś­ci­wie książkę chce się odłożyć (jak każdą która pro­ponu­je lecze­nie depresji fil­ma­mi) ale obow­iązek wzy­wa i czy­tamy dalej. Jak że bowiem inaczej dowiedzielibyśmy się, że Woody Allen „ma dzieci z włas­ną adop­towaną córką” (zdanie które po pros­tu nie jest prawdzi­we) czy też dowiedzieć się, że Allen nigdy po Annie Hall nie zro­bił tak dobrego fil­mu. Takie urocze zdanie, które – biorąc pod uwagę ile po Annie Hall przyszło od Zeli­ga po Wszys­tko Gra, jest daleko idą­cym naduży­ciem. Zwierza rozczuliła też zawarty w recen­zji smutek autor­ki, że nie miała okazji przeczy­tać pier­wszych recen­zji Annie Hall, zan­im ludzie zaczęli dopisy­wać głupie inter­pre­tac­je. Otóż moi drodzy jeśli chce­cie np. przeczy­tać pier­wszą recen­zję z New York Times to wpisu­je­cie w Google „Annie Hall New York Times Review” i w 0,2 sekundy macie recen­z­je przed oczy­ma. Jak chce­cie przeczy­tać pol­ską to skocz­cie poczy­tać Poli­tykę w bib­liotece. Ktokol­wiek narze­ka, że nie mógł przeczy­tać recen­zji fil­mu z lat 70 , jest tylko leni­wy albo niezarad­ny. Jak ktoś narze­ka że nie mógł się dokopać do recen­zji fil­mu z lat 20 to go rozu­miem (z recen­z­ja­mi z lat 30 jest zde­cy­dowanie łatwiej). Jasne wy nie musi­cie tego drodzy czytel­ni­cy widzieć – ale autor­ka książ­ki o fil­mach – już tak.

dav

Potem zwierz zdjął z półek pol­skie ksiąz­ki pop­u­larne o kinie i poczy­tał celem przy­pom­nienia sobe, że moż­na w Polsce o kinie pisać ład­nie, lekko i rzetel­nie

Od recen­zji Białej Wstąż­ki Hanekego (której zdaniem zwierza autor­ka nie zrozu­mi­ała ale to inna sprawa) zaczy­na się swoista obses­ja kry­tykowa­nia współczes­nego kina. Mamy więc znaczą­cy cytacik:  “U Hanekego nie ma prostych wręcz wsze­chobec­nych, prostac­kich niszczą­cych umysł rozwiązań, typowych dla dzisiejszej nar­racji rodem z komik­su dla dzieci”. Czy­tamy to i myślimy sobie –hmm… czyż­by naprawdę autor­ka takiego opra­cow­a­nia nie wiedzi­ała, że Haneke jest przed­staw­icielem europe­jskiego kina artysty­cznego. Czyż­by naprawdę tak bez zas­tanowienia zestaw­iała go z kinem pop­u­larnym. Czyż­by naprawdę uważała, że takie zdanie nie jest prze­jawem swois­tej „fałszy­wej argu­men­tacji” hiper­boli posuniętej do takich granic że nie ma już znacze­nie. Bo jasne Haneke krę­ci filmy ciężkie. Ale to tak jak­by wziąć Pro­ces Kaf­ki i twierdz­ić, że naresz­cie jakaś dobra książ­ka nie to co krymi­nały Agaty Christie. Moż­na ale po co?

Jed­nocześnie autor­ka ma obsesję super bohaterów, obcych i zom­bie. Zestawmy sobie kil­ka cytatów. “Zro­bił film bez oce­ni­a­nia swoich bohaterów, bez pro­tezy sce­nar­ius­zowej w postaci komitów, bez inwazji obcych czy zom­bie”, “Warto to obe­jrzeć? Taki film bez sek­su, prze­mo­cy i robot­ów”, “Nie zes­tarzał się, współczesne debilne pro­dukcję o życiu emocjon­al­nym robot­ów albo plas­tikowych lal i skre­ty­ni­ałych gogusiów mają datę przy­dat­noś­ci najwyżej rok”, “moim zdaniem to jeden z lep­szych filmów nakrę­conych w dwudzi­estym pier­wszym wieku i dowód na to, że sens mają wyłącznie filmy o ludzi­ach, a nie mutan­tach, super bohat­er­ach czy kos­mi­tach”. To kil­ka cytatów które pokazu­ją, jak autor­ka portre­tu­je wid­zowi kino. Jeden czy dwa dobre filmy a resz­ta to zom­bie, super boahterowie i robo­ty, albo mutan­ci. Po pier­wsze – tych filmów o rob­o­t­ach wcale tak dużo nie ma. I jeśli weźmiemy androi­da za rodzaj rob­o­ta – to zdarza­ją się wybitne (jak Blade Run­ner). No ale dobra – robo­ty są tu jako przed­staw­iciele wszys­tkiego co złe. Prob­lem w tym, że autor­ka bierze jeden nurt kina – wielkie kinowe pro­dukc­je amerykańskie i ogłasza że to całe kino. Kino w kryzysie (to określe­nie też się pojaw­ia).  Oczy­wiś­cie moż­na by napisać, że kino amerykańskie skła­da się z dwóch wyraźnych nurtów – kina nieza­leżnego i kina wysokobudże­towego i oba rodza­je filmów rządzą się inny­mi prawa­mi. Są dla ludzi. Moż­na je oglą­dać naprzemi­en­nie. Moż­na jedne lubić albo nie. Ale to była­by wyważona opinia oso­by która swoich czytel­ników prowadzi przez świat kina pokazu­jąc, że jest on bardziej skom­p­likowany ale i ciekawszy niż się wyda­je. Nieste­ty wyważonych opinii nie ma – jest skrót, pójś­cie na łatwiz­nę i schlebian­ie gus­tom tych którzy lubią czuć się lep­si od każdego kto wybiera się do kina na film super bohater­ki.

hdr

Im bliżej koń­ca tym książ­ka robiła się grub­sza od uwag i zaz­naczeń.

Przy czym w ogóle w książce widać taki brak sza­cunku dla specy­fi­ki określonych gatunków fil­mowych. Spaget­ti west­erny (rzecz cud­ow­na i rozkosz­na – każdy powinien się skusić) zdaniem autor­ki “Dzisi­aj z uśmiechem na twarzy i z rozrzewnie­niem oglą­damy te trzy filmy Leone z East­woo­d­em w roli kow­bo­ja, bo to rzad­ki kicz (…)”. Jasne bo wystar­czy sprowadz­ić coś do kiczu by spoko­jnie moż­na było roz­wodz­ić się nad tym jak doskon­ałym (wcale nie kic­zowatym) filmem jest Brud­ny Har­ry, który zdaniem autor­ki”(…) jest pier­wow­zorem postaci z filmów i seri­ali, nawet tych z ostat­nich lat, jak The Killing, Detek­tyw czy Most nad Sun­dem”. Chci­ało­by się to pod­sumować jed­nym słowem. Nie. Do tego nie jeden i nie dwa razy autor­ka stwierdza, że jeśli ktoś nie widzi­ał jakiegoś fil­mu to jest głupi. Przy Kabare­cie: ‘” To jeden z najważniejszych filmów w his­torii kina, jeden z tych, których niez­na­jo­mość jest dla mnie dyskwal­i­fiku­ją­ca. Jeśli jest deka­log, jeśli jest wyz­nacznik praw, tak musi i być Kabaret”, Przy Ojcu Chrzest­nym: “nie zna­jo­mość tego fil­mu to dowód na daleko posunię­ty anal­fa­betyzm i nieuleczal­ną głupotę. Nieste­ty, będę tu niemiła, ale mam dość rados­nych idiotek, które nie wiedzą o co chodzi z obciętą głową konia pod kołderką czy propozy­cją nie do odrzuce­nia. Uważam, że to pozy­c­ja obow­iązkowa na liś­cie każdego, kto mieni się homo sapi­ens”, przy Pulp Fic­tion  dowiadu­je­my się, że trze­ba znać: “Inaczej jest się anal­fa­betą. Tak uważam”.

Ci którzy zna­ją zwierza wiedzą, że ma on iry­tu­ją­cy zwyczaj uznawa­nia, że wszyscy widzieli wszys­tko. I dzi­wienia się, że ktoś czegoś nie widzi­ał. Ale serio, prawdzi­wy żywy kino­man nie uzna­je, że jak ktoś nie widzi­ał Ojca Chrzest­nego jest głupi czy że jest anal­fa­betą. Dro­gi do kina są różne. Nie każdy od razu zobaczy wszys­tko, nie każdy dostanie inspirację czy pod­powiedź, nie wszyscy mamy okazję dowiedzieć się co i jak oglą­dać. Więcej, nie wszyscy lubią kino. A nawet jak lubią. Ojciec Chrzest­ny nie jest dla wszys­t­kich podob­nie jak Pulp Fition. Jeśli książ­ka ma być prze­wod­nikiem czy pole­canką to znaczy, że się­ga po nią ktoś zagu­biony czy nieświadomy. Po co go obrażać, po co się wywyższać, po co nazy­wać go anal­fa­betą. Trochę jak­by prowadz­ić pro­gram wal­ki z anal­fa­betyzmem poprzez stwierdze­nie, że każdy kto nie przeczy­tał try­logii jest głupolem. Spoko­jnie moż­na pod­kreślić wagę jaką film ma dla nas czy dla kul­tu­ry bez posuwa­nia się do takiego paskud­nego, zniechę­ca­jącego ludzi (nikt nie poczu­je się zachę­cony po tym jak został obrażony) języ­ka i obraża­nia. Inna sprawa – gdy­by przyszło mi oce­ni­ać ludzi po tym kto zna jaką pozy­cję z klasy­ki musi­ałabym sporo osób w moim otocze­niu uznać za idiotów bo nie intere­su­ją się filmem. Na całe szczęś­cie mam dość rozu­mu by takich bzdur nie myśleć i nie pisać.

dav

Cza­sem pisanie recen­zji wyma­ga skom­p­likowanych obliczeń

Zresztą ta niechęć do jakiegoś wyimag­i­nowanego – innego widza – pojaw­ia się w książce jeszcze kil­ka razy. Np.  przy omówie­niu Pianist­ki pojaw­ia się taki ustęp „Uprzedzam to nie jest film dla rados­nych panienek, których świat skończy się, gdy złamią paznok­ieć, albo nie wytropią w sklepie wymar­zonych butów, ewen­tu­al­nie nie zdążą wyćwiczyć sobie kalo­ryfera na czas biki­ni”. Po pier­wsze to jak­iś sek­sizm straszny – bo film nie jest dla ludzi nie zain­tere­sowanych i zwierz nie wie czemu aku­rat jak­iś określony typ kobi­et miał­by zostać wyk­luc­zony. Ale takiego właśnie „lekkiego” sek­siz­mu w książce sporo. Inna sprawa. Co tak naprawdę autor­ka wie o tych kobi­etach? Filmy trafi­a­ją do ludzi nie według klucza. Sko­ro mamy wierzyć zach­wytom jej 23 let­niej stu­den­t­ki nad „Ostat­nim Tang­iem w Paryżu” (prawdę powiedzi­awszy nie wiem dlaczego rekomen­dac­ja przy­pad­kowej stu­den­t­ki miała­by mnie do czegokol­wiek zachę­cić) to dlaczego nie mamy uwierzyć, że rano moż­na płakać nad zła­manym paznok­ciem a wiec­zorem zostać wybitym z ryt­mu dnia przez „Pianistkę”. A poza tym – dlaczego ta książ­ka musi tak kosz­marnie stereo­ty­powo wybier­ać osobę, która pewnie po film nie sięg­nie i od razu zas­trzec, że to nie dla niej. „X‑men: Days of future past” nie jest filmem dla mojej bab­ci ale co to ma do sposobu pole­ca­nia fil­mu? Poza tym, że ktoś kto widzi­ał Pianistkę poczu­je się lep­iej niż inni którzy jej nie widzieli. Zresztą to jest śmieszne jak bard­zo wynosi się na szczy­ty autor­ka która prze­cież sama czyn­nie brała dzi­ał i w kul­turze dla tej dziew­czyny która lubi tip­sy (i zapewne oglą­dała Top Mod­el) jak i w czystym prostym plotkowa­niu, które do kul­tu­ry wysok­iej czy intelek­tu­al­nej się ma nijak. Moż­na robić w najniższych par­ti­ach kul­tu­ry pop­u­larnej ale z sza­cunkiem do ludzi do których się mówi i dla których się pisze. Są jakieś granice hipokryzji.

12644883_10206652537886992_1661231165742012258_n

Porząd­ny mate­ri­ał ilus­tra­cyjny się skończył więc będą zdję­cia świnek mors­kich

Idźmy dalej – autor­ka co zwierz już wcześniej zaz­naczył ma prob­lem z giętką acz skom­p­likowaną mater­ią języ­ka. W trak­cie omaw­ia Chłopców z Fer­a­jny (kosz­marnie dużo streszczeń filmów), pojaw­ia się np. taka zbit­ka “Strasznie moc­ny. Strasznie dobry film. Najlep­szy film Scors­ese i najlep­szy film o mafii (…)”. Zwierz patrzy i zas­tanaw­ia się co ona właś­ci­wie ma mówić wid­zowi? Jest tyle możli­woś­ci polece­nia wid­zowi fil­mu. Takie sfor­mułowa­nia są zupełnie puste. Nic nie wnoszą. Nieste­ty takich właśnie określeń, za który­mi nic nie stoi jest wiele. Zresztą jak przy języku jesteśmy – gdy autor­ka opisu­je uwzględ­nione na liś­cie „Gwiazd naszych wina” pisze że słysza­ła, iż film to „” Że to mega kupa, z przewagą kupy”. Czy­tam to zdanie i myślę sobie, że może to być pier­wszy raz kiedy słowo kupa pojaw­ia się na tym blogu w takim kon­tekś­cie. Jed­nocześnie zwierz zas­tanaw­ia się czy naprawdę pisanie wprost do widza musi oznaczać pisanie rzeczy, które jeszcze uchodzą w mowie (choć zdaniem zwierza jak ma się więcej niż 5 lat moż­na znaleźć inne przymiotni­ki) a na piśmie już w ogóle nie powin­no ich być. Nie dlat­ego, że są brzy­d­kie ale dlat­ego, że są niepo­radne.

Niemal w każdym tekś­cie moż­na znaleźć zdanie, które było­by prawdzi­we tylko, że nie jest. W recen­zji Cin­e­ma Par­adiso autor­ka wzdy­cha “Dzisi­aj w cza­sach kiedy nie ma już cias­nych, dusznych kabin kino­op­er­a­torów, filmy krę­ci się tech­niką cyfrową, a taśmy nie są łat­wopalne jak dawnej (…)”. Zwierz prag­nie poin­for­mować autorkę, że taśmy to nie są łat­wopalne od połowy lat 50. Powszech­nie. A ponieważ książ­ka nie wspom­i­na o niczym wcześniejszym to do wstch­nienia nie ma prawa. Zaraz potem pojaw­ia się kole­j­na reflek­s­ja natu­ry his­to­ryczno – fil­mowej. “Wielką sztuką wbrew pozorom kino bywa rzad­ko, jak przys­tało na rozry­wkę stwor­zoną dla gaw­iedzi, pokazy­waną u swego zara­nia w cyrku i na fes­ty­nach”. To dość odważne zdanie z wielu powodów. Po pier­wsze – jeśli patrzymy na kino jako na całość a nie przez pryz­mat kine­matografii amerykańskiej drugiej połowy XX wieku (a tego jest najwięcej w książce) to kino nie raz i nie dwa udowod­niło, że jest sztuką. Inna sprawa, kino istot­nie na początku było rozry­wką dla gaw­iedzi ale nie po to je stwor­zono. O tym, że kino może i powin­no być czymś więcej mówiono od samego początku. Matuszews­ki swo­ją pier­wszą rozprawę z zakre­su myśli fil­mowej wydał w 1898 roku. Od 1908 roku nie wypa­da już wypom­i­nać kinu jego jar­mar­cznego pochodzenia. Nie chce dysku­tować dalej ale to zdanie naprawdę wyma­ga korek­ty.

12410527_10206520042934701_4716786590134377935_n (1)

Ciekawe bywa­ją też drob­ne przekła­ma­nia. Świet­nie to widać w omówie­niu „Co się wydarzyło w Madi­son Coun­ty”. Kto film widzi­ał ten wie, że to melo­dra­mat, romans i dość sprawnie i wzrusza­ją­co opowiedziana his­to­ria, kobi­ety która sta­je przed wyborem. Może pozostać w swois­tej pułapce życia codzi­en­nego albo podążać w niez­nane. Ta his­to­ria o tyle trafia do odbior­cy, że poz­na­je całą gamę uczuć – od poczu­cia zamknię­cia i niespełnienia po obow­iązek i stra­ch przed nowym.  Nie mniej w naszej książce dowiadu­je­my się że to film który mierzy się z sek­su­al­noś­cią ludzi w „tym wieku” a Meryl Streep gra bohaterkę o „wybu­jałym libido”. Tu zwierz jako czytel­nik zas­tanaw­iał się czy widzi­ał ten sam film. Ter­az jest praw­ie pewien że nie bo autor­ka pod­sumowu­je, że “Sporo ludzi z włas­nej woli poszło więc do kina na lek­ki film o miłoś­ci dwo­j­ga “starszych państ­wa”. Dla przy­pom­nienia – w chwili kiedy krę­cono film Meryl Streep miała 45 lat. East­wood miał o 60 ale to East­wood. Czas się go nie ima. Gdzie tam jest „ten wiek” i „star­si państ­wo”? Chy­ba że przyjmiemy, że po 30 to do grobu.

Zwierz nie chce was nudz­ić ale pobawi się jeszcze w grę „zna­jdź durny cytat”.  Ot np. początek recen­zji „Dawno Temu w Ameryce” rozpoczy­na­ją­cy się od zda­nia „ To nie jest film dla anty­semitów”. No bo wiecie o żydach. Dobrze że autor­ka nas ostrze­ga. Ciekawe czy oznacza to, ze inne są? Zwierz jest zain­try­gowany. W Debi­u­tan­tach pisząc o kari­erze Evana McGre­go­ra autor­ka zaz­nacza, ze ma on “W dorobku ma moc­ne role jak w Trans­pot­ting, Gwiezd­nych woj­nach — mrocznym wid­mie (…)”. Zwierz zatrzy­mał się przy Gwiezd­nych Woj­nach bo wiele moż­na powiedzieć o roli McGre­go­ra ale że była moc­na to nie bard­zo. Przy recen­zji Dzikoś­ci Ser­ca autor­ka ani razu nie prowadzi czytel­ni­ka na tropy znane z Czarnok­siężni­ka z Krainy Oz ( co dobry prze­wod­nik powinien zro­bić bo widz może sam ich nie wyła­pać) za to stwierdza, że na gra­jącą tam Lau­rę Dern “Hol­ly­wood nie miało i nadal nie ma dobrego pomysłu na wyko­rzys­tanie jej wielkiego tal­en­tu”. Jasne nie jest to powszech­nie znana aktor­ka ale jak­iś Holl­wyood na nią pomysł miało sko­ro ma dwie nom­i­nac­je do Oscara. Z kolei przy rozważa­ni­ach o Bergmanie dowiadu­je­my się “Nie ma w Polsce, bo na świecie są nowych dobrze opra­cow­anych boxów z jego fil­ma­mi”. No przepraszam a dwa boxy filmów Bergmana wydane przez Gutek Film? Nawet nie trze­ba ich mieć na półce, wystar­czy inter­net. Zwier­zowi spodobało się też zdanie z omówienia „Love Sto­ry” gdzie dowiadu­je­my się, że film pow­stał na pod­staw­ie powieści“Ericha Segala ( amerykańskiej, lep­iej zara­bi­a­jącej wer­sji Hele­ny Mniszkówny, autor­ki Trę­dowa­tej”. I może­my nawet porzu­cić fakt, że Segal był cenionym pro­fe­sorem filologii klasy­cznej, w prze­ci­wieńst­wie do osiem­nas­to­let­niej Mniszkówny. Ale już trud­no pom­inąć fakt, że to nie był autor jed­nego melo­dra­matu tylko autor kilku bard­zo porząd­nych powieś­ci oby­cza­jowych.

11139963_10206509278545598_3997746172461638802_n

Cud­owne jest omówie­nie Imienia Róży gdzie autor­ka kończy rozdzi­ał wielką kry­tyką pod adresem głupich amerykanów. “Film nie zro­bił kari­ery w USA, może okazał się za trud­ny dla Amerykanów, wychowanych na ham­burg­er­ach, kos­mi­tach i Myszce Miki, ale za to w Europie odniósł ogrom­ny sukces finan­sowy i artysty­czny W sum­ie zaro­bił praw­ie osiemdziesiąt mil­ionów dolarów. His­to­ria stała się sexy towarem na dłu­go przed Danem Brownem”. Zwierz napisał nawet obok tego aka­pitu brzy­d­kie słowo na mar­gin­e­sie. Dlaczego? Bo moi drodzy odrzućmy na chwilę przeko­nanie nasze i autor­ki, że amerykanie są głupi a Europe­jczy­cy śnią po nocach Arys­tote­le­sa i przyjrzyjmy się fak­tom. Imię Róży dostało w Stanach kat­e­gorię R ze wzglę­du na nagość i tem­atykę, było też wyświ­et­lane w ogranic­zonej sieci dys­try­bucji – głównie dlat­ego, że to film w dużym stop­niu europe­js­ki. Spójrzmy na Box Office Mojo – stronę zaj­mu­jącą się licze­niem wpły­wów. I czego się dowiadu­je­my. Film poradz­ił sobie jako 37 z ogranic­zoną dys­try­bucją i 6 oznac­zony literą R – ze wszys­t­kich wyświ­et­lanych w tam­tym roku. Inny­mi słowy – ci amerykanie którzy mieli okazję film zobaczyć jak najbardziej się poz­nali. Strasznie mi przykro, że wiz­ja genial­nych Europe­jczyków musi upaść ale może i dobrze sko­ro miało­by to prowadz­ić do zestaw­ia­nia Umber­to Eco z Danem Brownem. Z kolei przy omówie­niu „Małej Miss” pada cud­owne zdanie “Bo gej w amerykańskim filmie musi być obow­iązkowo” . Zdanie, które chce usłyszeć czytel­nik ale nieste­ty nie chce go słyszeć statysty­ka. Ten obow­iązkowy gej pojaw­iał się w 2010 roku w niecałych 17% pro­dukcji fil­mowych. Mała Miss jest nakrę­cona wcześniej więc pewnie wtedy ten pro­cent był mniejszy. Ale po co to sprawdzać. Prze­cież to nie jest tak, że wszyscy mamy dostęp do jakiejś wielkiej sieci zaw­ier­a­jącej infor­ma­c­je do której moż­na się podłączyć z niemal każdego miejs­ca na świecie.

Prawdzi­wy szczyt w przekazy­wa­niu wid­zom mądroś­ci autor­ka osiągnęła jed­nak w omówie­niu Koloru Pur­pury. Tu dopiero widz może zak­wiczeć radośnie. Bo oto dosta­je to co czytel­nik pol­s­ki uwiel­bia. Kry­tykę poprawnoś­ci poli­ty­cznej, zwłaszcza w wymi­arze doty­czą­cym sto­sunków rasowych. Żeby było jasne. Kolor Pur­pury jest dobrym, wzrusza­ją­cym, nie skro­jonym pod gusty Akademii filmem, który dziś pewnie został­by uznany za niepoprawny poli­ty­cznie. Lep­szy od filmów poprawnych poli­ty­cznie. Poczy­ta­jmy o nich: “Trzy­dzieś­ci lat później kręce­nie filmów o prob­lemach rasowych, według recep­ty oscarowej i skro­jonego na nagrody nie jest już nazy­wane cyn­icznego, ale artyzmem, a poprawność poli­ty­cz­na nabiera nowego znaczenia”,  “Mamy też Zniewoloego, czyli podręcznikową ilus­trację hasła o kosz­marnej poli­ty­cznej poprawność w kinie, na szczęś­cie dobrze zagranego, ale her­me­ty­cznego i skro­jonego pod nagrody właśnie, czytel­nego głównie dla amerykańskiej pub­liczność, która jedy­na zrozu­mie, o co w tej his­torii chodzi. I może nawet się wzruszy. Bo tak wypa­da. Znowu. “Sel­ma (…) maksy­mal­nie poli­ty­cznie poprawny, jak­by fil­mow­cy , opowiada­jąc o dziś o trud­nych kwes­t­i­ach rasowych, zmówili się między sobą, że przekroczą granice nudy i będą swo­je twory sprzedawać jako dzieła wybitne. Nud­ny podręcznik lub kic­zowatą czy­tankę dla pię­ci­o­latków na wzór Chaty wuja Toma wcis­ną nam jako arcy­dzieła”, “Zaz­naczam, że abso­lut­nie nie jestem rasistką, prze­ci­wnie ale gdy oglą­dam owe tanie emocjon­alne pro­duk­cyj­ni­a­ki, które zale­wa­ją kina w ostat­nich lat­ach, mam wraże­nie, że pod paru takich fil­mach moż­na poczuć się niekom­for­towo. Bo są złe, choć stras­zli­wie i nachal­nie sprzedawane jako arcy­dzieła głośne, częs­to obsy­pane Oscara­mi, a znane oso­by osten­ta­cyjnie na sean­sie ronią łez­ki. Bo tak wypa­da”, “Czy współcześni mądrale którzy spry­t­nie wycią­ga­ją z nas kasę i żonglu­ją dowol­nie i bezkarnie naszy­mi emoc­ja­mi robią filmy w sty­lu, w jakim Spiel­berg potrafił je robić już trzy­dzieś­ci lat temu? Zaiste kino jest w kryzysie i głupieje na potęgę”.

12523923_10206479265795298_1736247195322665456_n

Rozłóżmy ten prze­cu­d­owny tekst na czyn­ni­ki pier­wsze. A więc po pier­wsze – Zniewolony – jako prze­jaw poprawnego poli­ty­cznie fil­mu kreu­jącego się na artyzm. Ten sam zniewolony nakrę­cony nie w ramach kine­matografii amerykańskiej (reżyser i więk­szość obsady są prze­cież Anglika­mi), który swo­jego bohat­era trak­tu­je surowo, który pokazu­je brak wza­jem­nej lojal­noś­ci, który pokazu­je podzi­ały społeczne pomiędzy czarnoskóry­mi w niewoli, który pokazu­je psy­chopaty­cznego właś­ci­ciela tak, że może być go żal, który pokazu­je tą wieloz­naczność postaw. Do tego film wychodzą­cy poza granic jed­nego doświad­czenia, szuka­ją­cy doświad­czenia ogól­noludzkiego? Bard­zo dobrze zrozu­mi­ały w Polsce. To chy­ba nie jest ten sam film, który oglą­dała autor­ka. Ale jak zwierz pode­jrze­wa – nie oglą­dali go też czytel­ni­cy więc wiele moż­na im wmówić. A Sel­ma? Zwierz by się zgodz­ił gdy­by nie fakt, że Sel­ma pojaw­iła się w chwili kiedy stała się pro­dukcją aktu­al­ną poli­ty­cznie z powodu napięć rasowych w Stanach.  Po drugie – autor­ka zaz­nacza że nie jest rasistką ale ewident­nie czu­je się niekom­for­towo. Z czym? Że ludzie wzrusza­ją się na innych fil­mach niż ona? Najwyraźniej płacz nad losem czarnoskórej lud­noś­ci tylko wtedy kiedy wypa­da. Najbardziej bawi zaś zwierza zestaw­ie­nie tych filmów, które są paskud­nie manip­u­lanck­ie  z pro­dukc­ja­mi Spiel­ber­ga. Sor­ry ale jeśli ktoś umie w Hol­ly­wood grać na emoc­jach, krę­cić pod Oscary i wpisy­wać w tak nielu­bianą przez autorkę poprawność poli­ty­czną to jest to Spiel­berg.

Zwier­zowi podo­ba się też wiz­ja przeszłoś­ci jaką ksz­tał­tu­je autor­ka. Infor­mu­je nas np. że Empire to taki “ang­iel­s­ki Film”. Tak, kiedyś w Polsce była gaze­ta “Film”. Mówi to tak jak­by było to niespo­tykane a jej czytel­ni­cy nar­o­dzili się tak późno, że nie słyszeli o zamknię­tym sto­sunkowo niedawno Filmie. No ale to nie koniec, przy omówie­niu Fan­ny i Alek­sander pada cud­ne zdanie „Jestem z pokole­nia w którym w wielu krę­gach niez­na­jo­mość Szep­tów i Krzyków, Siód­mej Pieczę­ci albo Per­sony równoz­nacz­na była z niedoroz­wo­jem umysłowym. Te cza­sy minęły chy­ba bezpowrot­nie”. Pomi­ja­jąc cud­own­ie niepoprawne określe­nie które jest po pros­tu obraźli­we dla ludzi (uwa­ga, uwa­ga strasz­na poprawność poli­ty­cz­na), to samo zjawisko wcale nie umarło. Nie wiem co autor­ka wie dziś o ludzi­ach snobu­ją­cych się na kino, ale jak wtedy się snobowano na Bergmana tak dziś się ludzie snobu­ją na Bergmana. Tylko ter­az trud­niej bo co raz więcej osób zda­je sobie sprawę, że nikt nigdy nie oglą­dał Bergmana tak zacię­cie jak wszyscy się przyz­na­ją. No ale kiedyś cza­sy były inne – autor­ka pole­ca zapy­tać rodz­iców i dzi­ad­ków o Tarkowskiego.  “Tarkows­ki to ikona. Na niego chodz­iło się do kina i stało w długich kole­jkach”. Zapy­tałam więc rodz­iców – zwłaszcza ojca kino­mana. Wyszło to czego się spodziewałam. Tarkows­ki był, jest i będzie twór­cą którego filmy trafi­a­ją do kino­manów i nie były i nie będą częś­cią kul­tu­ry masowej. Zaś w kole­jkach do kina stało się w poprzed­nim sys­temie przed praw­ie każdym filmem bo inaczej sprzedawano bile­ty.

11427213_10205238087006604_7296684786037356512_n

Skończyły się zdję­cia świnek. Będą zdję­cia kotków

Jesteśmy przy dziesiątej stron­ie omówienia więc czas prze­jść do czegoś na ksz­tałt puen­ty. Zwierz jest książką znies­mac­zony. Z wielu powodów – iloś­ci błędów, przekła­mań, odnoszenia się do takich paskud­nych uproszczeń – stosowanych przez tych którzy o fil­mach roz­maw­ia­ją ale nie myślą o wery­fikowa­niu pewnych stwierdzeń. Książ­ka nie sprawdza się za bard­zo jako wybór autors­ki. Pomi­ja­jąc fakt, że pon­ad połowę filmów moż­na znaleźć na innych lis­tach wybit­nych dzieł kine­matografii (co przy­na­jm­niej zdaniem zwierza jest o tyle dyskwal­i­fiku­jące że nie chodzi o przepisanie włas­ny­mi słowa­mi cud­zych list ale o stworze­nie czegoś świeżego), to pro­dukc­je dobrane są trochę bez ładu i składu. Rzeczy­wiś­cie spraw­ia wraże­nie jak­by koś prze­jrzał swo­ją kolekcję DVD i nie znalazł w niej nic ory­gi­nal­nego. Dla oso­by która jest początku­ją­ca w świecie fil­mu lista jest nieprzy­dat­na – nakrzy­czą nań że nie widzi­ał Ojca Chrzest­nego i polecą Pasolin­iego. Dla oso­by obez­nanej lista jest banal­na, wtór­na, zaś omówienia które głównie opisu­ją co aktor­ki nosiły i dodatkowo podrzu­ca­ją plotecz­ki (i kry­tyku­ją późniejsze poczy­na­nia) z planu będą miałkie. Nawet oso­biste wspom­nienia autor­ki są mało porusza­jące bo głównie dowiadu­je­my się z jakim aktorem przeprowadz­iła wywiad albo jak to czuła się wyróżniona, że była na pokazie. Cza­sem dokład­nie opisze nam fil­mowy plakat.

12112297_10206043886271082_3559373460774178119_n

Przy czym ta książ­ka doskonale pokazu­je że pisanie o fil­mach to pułap­ka. Jeśli odrzucimy kry­tyków jako „tych złych”, fil­moz­naw­ców jako „tych skom­p­likowanych” to teo­re­ty­cznie nic prost­szego. Dwie, trzy godziny przed ekranem i chwytać za pióro. Tylko tu jest prob­lem. Pisanie o kinie jest trudne. Bo nie wystar­czy streś­cić ciągu obrazów, czy napisać o czymś, że jest moc­ne. Trze­ba mieć wyczu­cie, znaleźć równowagę między opisem przeżyć a szukaniem tropów, jakoś zmieś­cić w słowach wraże­nia wywoły­wane przez obrazy. No i nie sprowadz­ić do banału. Dlat­ego o filmie pisze wielu ale czy­ta się nielicznych. Nie chodzi o samą wiedzę ale o wyczu­cie. I nieste­ty w tej książce go braku­je. Braku­je delikat­noś­ci pisa­nia o sztuce, wyczu­cia pisa­nia o ekonomii, zrozu­mienia pisa­nia o rozry­w­ce. Zosta­je jak­iś taki dość iry­tu­ją­cy zbiór banałów, wypowiadanych auto­ry­tarnym pewnym siebie tonem, z mnóst­wem dużych kwan­ty­fika­torów. To jest takie brzy­d­kie mówie­nie o kinie, uda­jące luz przez zbru­tal­i­zowanie i zbanal­i­zowanie języ­ka. Moż­na mówić do czytel­ni­ka pros­to ale z wyczu­ciem. Nie trze­ba poezją ale żeby to było ładne, pre­cyzyjne i zmusza­jące do myśle­nia.

Zwierz też narze­ka na to jak się współcześnie pisze o kinie. Bo właśnie za dużo w tym takiego pisa­nia z pozy­cji wiedzy, pewnoś­ci siebie. Za mało sprawdza­nia fak­tów, wery­fikowa­nia, przyjrzenia się nieco głę­biej prob­le­mowi. O kinie wciąż roz­maw­iamy brzy­d­ko. Bo inaczej nie umiemy. Nie mamy pojęć, nie mamy wzor­ców. Lubimy się wywyższać i czuć lep­iej od innych, ale za samym fak­tem kojarzenia filmów i nazwisk niekoniecznie stoi inteligenc­ja. Ta zaś zwyk­le nie potrze­bu­je się wywyższać. Zresztą widzów w Polsce dzielić nie należy – bo i tak jest ich mało. Raczej edukować, zachę­cać ale i prowadz­ić. Poza emoc­je  i fabułę fil­mu w stronę pokaza­nia co tam się kry­je pod spo­dem. A nie być kole­jnym bełkotli­wym zbiorem banałów połąc­zonym z narzekaniem na wszys­tko co współczesne.  I dlat­ego ta książ­ka tak mnie odrzu­ca. Ma co praw­da wzbudzać emoc­je – no we mnie wzbudza. Negaty­wne. Serio, lep­iej poczy­tać sobie stare wywiady Racz­ka z Kałużyńskim. Różnicę poczu­je­cie od razu. I jakoś tak wam lep­iej będzie. Choć wiecie…. To kry­ty­cy są.

Ps: Książ­ka zaw­iera bib­li­ografię. Rozczu­la mnie ta bib­li­ografia bo jest w niej np. pozy­c­ja „TASCHEN 365 Day-by-Day: Movie Icons”, która jest ni mniej ni więcej ale kalen­darzem ze zdję­ci­a­mi aktorów i aktorek. Ogól­nie jest to taka bib­li­ografia przy której nie ma się co za bard­zo chwal­ić, przy częś­ci pozy­cji kupu­ją­cy nało­gowo książ­ki o filmie zwierz odrzu­cił je bo doszedł do wniosku, że reprezen­tu­ją za nis­ki poziom

Ps2: Książ­ka ma fatal­ny i woła­ją­cy o pom­stę do nie­ba błąd wydawniczy – nie ma w niej ory­gi­nal­nych tytułów filmów, są za to zdję­cia autor­ki w najdzi­wniejszych miejs­cach książ­ki. Dlaczego ktokol­wiek chci­ał­by patrzeć na dzi­en­nikarkę kiedy czy­ta o fil­mach? W ogóle Ta książ­ka jest tak wydana, żeby nikt ani po tytule ani po okład­ce nie zori­en­tował się co to jest.

210 komentarzy
0

Powiązane wpisy