Home Festiwale Szukając siebie w innym świecie czyli mój festiwal “Docs Against Gravity”

Szukając siebie w innym świecie czyli mój festiwal “Docs Against Gravity”

autor Zwierz
Szukając siebie w innym świecie czyli mój festiwal “Docs Against Gravity”

Wczo­raj zakończył fes­ti­w­al 17 Docs Against Grav­i­ty w wer­sji online. W kilku miejs­cach inter­ne­tu pisałam o moich odczu­ci­ach na bieżą­co (zda­jąc sobie sprawę, że wy też może­cie chcieć oglą­dać) ale ter­az przyszedł czas na pod­sumowanie. Zwłaszcza, że obe­jrzane filmy wymusiły na mnie reflek­sję nad tym jak dobier­ać sobie pro­dukc­je fes­ti­walowe, zwłaszcza te doku­men­talne.

 

Początkowo kiedy kupiłam kar­net myślałam, że rzucę się na filmy które opisu­ją jakieś doświad­czenia, które są w pewnym stop­niu mi bliskie. Koniecznie czułam, że MUSZĘ obe­jrzeć doku­ment o życiu grubych kobi­et „Grubas­ki na Front” i że nie ma mowy – nie ma fes­ti­walu bez obe­jrzenia fil­mu o kobi­etach z różnych stron świa­ta „Kobi­eta”. Dokład­nie te dwa filmy wydawały mi się fes­ti­walowym „must see” kiedy kupowałam kar­net. Kiedy jed­nak przyszło do wyboru co naprawdę obe­jrzę, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę moja oso­bista intu­ic­ja idzie w zupełnie inną stronę. Wcale nie chcę oglą­dać filmów, w których mogłabym odnaleźć swo­je doświad­cze­nie. Ostate­cznie wiem jak to jest być kobi­etą i wiem jak to jest być grubą kobi­etą.

 

 

Moje wybo­ry naty­ch­mi­ast poszły w kierunku tego co mniej mi znane, co jakoś niedostęp­ne. Z moich pofesti­walowych wniosków mogę od razu powiedzieć, że te filmy które wybrałam sto­su­jąc kat­e­gorię obcoś­ci sprawdz­iły się dużo lep­iej niż te które wybrałam sto­su­jąc kat­e­gorię potenc­jal­nej bliskoś­ci. Zdałam sobie też sprawę, że na fes­ti­walu człowiek częs­to czu­je przy­mus obe­jrzenia niek­tórych tytułów – zwłaszcza jeśli tem­aty­cznie wyda­ją się być najbardziej zbliżone do jego zain­tere­sowań. Czy jed­nak naprawdę miałam ochotę oglą­dać film o Quen­tinie Taran­ti­no czy o Kubricku? Nie mam nic prze­ci­wko więk­szej daw­ce wiedzy na ich tem­at ale czy mając do wyboru tylko kil­ka filmów powin­nam się­gać po te które odpowiedz­ią mi o czymś co choć trochę znam czy wręcz prze­ci­wnie rzu­cić się w zupełnie innym kierunku. Prawdę powiedzi­awszy mój ostate­czny fil­mowy wybór udowod­nił mi, że w życiu fes­ti­walowym zde­cy­dowanie ważniejsza jest oso­bista intu­ic­ja niż jakaś kat­e­go­ria bliskoś­ci. Przy­na­jm­niej w moim przy­pad­ku.

 

 

Zaczęłam mój fes­ti­w­al od estońskiego fil­mu „Dra­maty­czny rok”. Mło­da bohater­ka, która doty­chczas była w teatrze tylko dwa razy w życiu, w ramach ekspery­men­tu oglą­da przez rok wszys­tkie estońskie przed­staw­ienia i je recen­zu­je. Została wybrana do ekspery­men­tu w ramach castin­gu i jest to jej pier­wsza poważ­na pra­ca. Film ma nam opowiedzieć o wpły­wie sztu­ki na jed­nos­tkę – i po częś­ci to robi. Jed­nocześnie jed­nak pokazu­je nam, że drzwi do sztu­ki zawsze prowadzą przez oso­bistą wrażli­wość, że do jej odbiera­nia potrze­ba kom­pe­tencji, ale nawet kom­pe­tenc­je nie prze­bi­ją oso­bistych intu­icji. Przyglą­da­jąc się bohater­ce nietrud­no dostrzec, że prze­maw­ia­ją do niej pewne treś­ci i pew­na styl­isty­ka – która rzeczy­wiś­cie świad­czy o dobrym guś­cie i wyczu­ciu. Mimo, że sam ekspery­ment może wydawać się ciekawy to bohater­ka wypa­da dużo bardziej intere­su­ją­co. Może dlat­ego, że mamy poczu­cie, że to dziew­czy­na, która powin­na w tych teatra­ch prze­si­ady­wać już od daw­na. Ostate­cznie jed­nak jest coś oży­w­czego w oglą­da­niu oso­by, która pod­chodzi do sztu­ki bez całego bagażu założeń wdrukowanych przez edukację czy soc­jal­iza­cję w określonym środowisku. Co intere­su­jące, film sprawnie uni­ka pewnego pode­jś­cia „z kamerą wśród zwierząt” czy patrzenia z góry na niedoświad­c­zoną recen­zen­tkę. Wręcz prze­ci­wnie – wyda­je się ona być jed­ną osobą na wid­ow­n­i­ach, która naprawdę widzi przed­staw­iane jej spek­tak­le. Jed­nocześnie jako oso­ba, która przez lata dzieliła się codzi­en­nie swoi­mi kul­tur­al­ny­mi przeży­ci­a­mi mogłam zobaczyć jak bard­zo myśle­nie o sztuce cały rok może wpłynąć na osobę która ją piszę. Film ma jedyną słuszną puen­tę która pokazu­je, że takie ekspery­men­ty mają sens choć nie powin­ny doty­czyć tylko jed­nos­tek.

 

 

Z dziew­czyny w teatrze przeskoczyłam jeszcze dalej od siebie, do fil­mu „Pogrzeb Stali­na”. To niesamow­ity film, w którym reżyser mon­tu­je na nowo mate­ri­ały zebrane przez 120 kamerzys­tów (w całym ZSRR) w dni­ach poprzedza­ją­cych pogrzeb Stali­na. Mate­ri­ały przez nich nakrę­cone zostały wyko­rzys­tane pier­wot­nie do fil­mu pro­pa­gandowego, ale tu zmon­towane na nowo pokazu­ją coś… niesamowitego i prz­er­aża­jącego. Tym co zafas­cynowało mnie w tym filmie to fakt, że mamy do czynienia z pod­wójną czy nawet potrójną reży­ser­ią. Pier­wszy­mi reży­sera­mi są ludzie, którzy układa­ją rzeczy­wis­tość pod stal­i­nowską pro­pa­gandę. To jak ludzie są kierowani do głośników, do skład­nia wieńców, przemów w zakładach pra­cy, do obe­jrzenia ciała Stali­na. Te same frazy, które pada­ją z ich ust – to wszys­tko należało­by włożyć do kat­e­gorii reży­serii rzeczy­wis­toś­ci. Na tą wyreży­serowaną rzeczy­wis­tość nakła­da się oko kamery. Bard­zo wyraźnie widać, że kamery widzą to co chcą zobaczyć. Jed­nym z bardziej prze­j­mu­ją­cych przykładów takiej reży­serii, jest moment, kiedy kam­era prze­my­ka po twarzach osób, które mija­ją ciało Stali­na. Widać wyraźnie, że oso­ba robią­ca zdję­cia szukała w tłu­mie emocjon­al­nych reakcji – wyław­iane są łzy, kapelusze w dło­ni­ach, chus­tecz­ki przy twarzach. Tylko raz kam­era łapie starszą panią, która się żeg­na krzyżem. Na tą reży­ser­ię nałożona jest reży­sera twór­cy doku­men­tu, który doskonale jest świadom co chciano tymi zdję­ci­a­mi uzyskać. Doda­jąc do tego muzykę, wybier­a­jąc konkretne uję­cia daje nam poraża­ją­cy obraz. Tak dalece przetwor­zona rzeczy­wis­tość wyda­je się właś­ci­wie niere­al­na a prze­cież … to wszys­tko się wydarzyło (wydarzyło się też dużo więcej ale o ludzi­ach stra­towanych w cza­sie uroczys­toś­ci pogrze­bowych wtedy nie mówiono). Film jest poraża­ją­cy – głównie w pokazy­wa­niu abso­lut­nie nieprze­branych mas ludz­kich, ale też w tym że jest niemalże niemy. Infor­ma­c­je są szczątkowe a zada­nia jakie pada­ją z ust czy to robot­ników czy to poli­tyków są równie przezroczyste i pozbaw­ione głębi. Jest to jed­nak wcią­ga­jące i poraża­jące. No i lep­sze jeśli zna się trochę his­torii. Ja znam trochę his­torii ale chy­ba wolałabym obe­jrzeć ten film z moim tatą który by mi powiedzi­ał dokład­nie nie tylko kto jest kim ale też kto za kil­ka lat straci wszys­tko.

 

 

Wyry­wa­jąc się z tego ponurego świa­ta (wciąż jed­nak uważam doku­ment za niesamow­ity i porusza­ją­cy) postanow­iłam iść właśnie w zgodzie z pewny­mi założe­ni­a­mi i obe­jrzeć doku­ment o kome­di­ach roman­ty­cznych. „Kome­dia Roman­ty­cz­na” była moim najwięk­szym zawo­dem tego fes­ti­walu. Film teo­re­ty­cznie ma nas przeprowadz­ić przez his­torię i pop­u­larne tropy komedii roman­ty­cznych. W isto­cie jest jed­nak zde­cy­dowanie zbyt powierz­chowny (cała his­to­ria skom­p­likowanego gatunku zaj­mu­je autorce jakieś dziesięć min­ut) ale też… fil­moz­naw­c­zo kulawy. Autor­ka wskazu­je pewne stereo­typy jakie pojaw­ia­ją się w kome­di­ach roman­ty­cznych – doty­czą­cych ról płciowych i wyglą­du, ale poza tym nie jest w stanie stworzyć żad­nej głęb­szej reflek­sji. W całym filmie ani razu nie pojaw­ia się reflek­s­ja nad zależnoś­cią między komedią roman­ty­czną a melo­dra­matem (moim zdaniem koniecz­na, bo kome­dia roman­ty­cz­na wypeł­nia lukę w ser­cach po wielu melo­dra­mat­ach), nie ma tam w ogóle reflek­sji na tym, jak waż­na w ksz­tał­towa­niu miłoś­ci roman­ty­cznej jako nadrzęd­nej wartoś­ci jest kome­dia roman­ty­cz­na. Pojaw­iały się uwa­gi doty­czące reprezen­tacji czy klasy społecznej, ale brakowało pyta­nia – dlaczego pod wzglę­dem eko­nom­icznym kome­dia roman­ty­cz­na jest tak wypłaszc­zona (jak maw­ia mój ojciec – o klasie śred­niej to kome­dia roman­ty­cz­na o robot­niczej kome­dio-dra­mat). Poruszył mnie też fakt, że autor­ka opisu­je filmy zupełnie nie należące do gatunku jako kome­die roman­ty­czne nie poda­jąc nawet swo­jej włas­nej definicji gatunku. Wyszło z tego takie pomieszanie z poplą­taniem i tak płask­ie wnios­ki, że aż przykro się patrzy. Do tego real­iza­cyjnie cały film budz­ił mój sprze­ciw bo składał się z mnóst­wa mon­taży i jakichś głosów zza kadru. Mon­taże częs­to wypacza­ły sens scen jakie ze sobą zestaw­iono, zaś głosy zza kadru były trochę jak­by się pod­słuchi­wało kilko­ro zna­jomych którzy luźno mówią o jakimś gatunku fil­mowym bez przy­go­towa­nia. Nieco ziry­tował mnie też fakt, że autor­ka wymienia całą listę zupełnie nis­zowych jej zdaniem filmów a ja do wszys­t­kich dotarłam bez prob­le­mu, więc chy­ba za dużo tu włas­nego przeży­cia by móc mówić o jakimś sen­sownym doku­men­cie o całym gatunku. Bard­zo się zaw­iodłam.

 

 

Ponieważ pracu­ję w medi­ach (ależ to brz­mi) to zawsze intere­su­ją mnie pro­dukc­je o ludzi­ach związanych z medi­a­mi. Zde­cy­dowałam się więc obe­jrzeć doku­ment o jed­nym z najsławniejszych dzi­en­nikarzy telewiz­yjnych, spec­jal­iś­cie od wywiadów, jakim był Mike Wal­lace. „Niezniszczal­ny Mike Wal­lace” to portret zarówno skom­p­likowanego mężczyzny, jak i dzi­en­nikarza. Dla mnie naj­ciekawsza w tym repor­tażu była reflek­s­ja, nad tym jak zmieni­ały się media amerykańskie (a za nimi świa­towe) w drugiej połowie XX wieku. Mike Wal­lance pokazy­wany jest tu jako twór­ca wywiadu, który zami­ast być grzeczną wymi­aną zdań i uprze­jmym wypy­taniem o rzeczy mało prob­lematy­czne, stawał się swoistym dzi­en­nikarskim przesłuchaniem. Patrząc na dzi­en­nikarza (który nie jawi się jako człowiek szczegól­nie przy­jem­ny) łat­wo ulegamy pokusie patrzenia na niego jako na ostat­niego spraw­iedli­wego, człowieka upraw­ia­jącego prawdzi­we, trudne i niewygodne dla rozmów­ców dzi­en­nikarst­wo. Jed­nocześnie jed­nak pozosta­je aktu­al­nym pytanie czy to nie od niego zaczęła się ta przemi­ana kul­tu­ry telewiz­yjnego dzi­en­nikarst­wa która prowadzi nas do telewiz­ji FOX gdzie dzi­en­nikarze po pros­tu krzy­czą na swoich goś­ci. Doskon­ały film pod wzglę­dem reflek­sji nad zmieni­a­ją­cy­mi się oblicza­mi mediów, choć trze­ba się nieźle ori­en­tować w his­torii amerykańskiego kina i dzi­en­nikarst­wa. Oso­biś­cie byłam zain­try­gowana choć bohat­era całego zamiesza­nia, chy­ba zresztą w zgodzie z intenc­ja­mi autorów, nie za bard­zo pol­u­biłam. Porząd­ny film, ale mam wraże­nie, że nie dla wszys­t­kich. BTW jest ciekawym komen­tarzem do tego fil­mu fakt, że ostat­nią zupełnie chao­ty­czną debatę prezy­dencką w USA prowadz­ił Chris Wal­lance czyli syn bohat­era fil­mu.

 

 

Kole­jny film wybrałam ponown­ie kry­teri­um potenc­jal­nej bliskoś­ci, ale szy­bko zaskoczył mnie wrzu­ca­jąc mnie do świa­ta którego zupełnie nie znam. „Influ­encer. W pogo­ni za lajka­mi” nie brz­mi jak ciekawy film. Ale ten doku­ment Hulu, który w ory­gi­nalne ma tytuł „Jaw­line” wcale nie mówi o „influ­encer­ach” a właś­ci­wie – mało mówi o nich z takiego nud­nego punk­tu widzenia. Bohater „Jaw­line” to ubo­gi chłopak z niewielkiej mieściny, dla którego jedyną szan­są jest zdoby­cie inter­ne­towej pop­u­larnoś­ci. Chłopak jest sym­pa­ty­czny, szcz­ery, dzieli łóżko z bratem (bo wyraźnie na więcej nie ma miejs­ca) kocha swo­je kot­ki, i chce żeby wszyscy byli szczęśli­wi. Jest do tego przys­to­jny i ma – niemal ide­al­ną jak na inter­ne­towe warun­ki lin­ię szczę­ki. Po drugiej stron­ie skali są mieszka­ją­cy ze swoim man­agerem inter­ne­towi cele­bryci (czy mikro­cele­bryci) równie młodzi co nasz bohater. Muszą pozować do zdjęć, nagry­wać filmi­ki i pojaw­iać się na wydarzeni­ach gdzie krzy­czą na nich mil­iony fanek. Film dość dobrze pokazu­je mech­a­nizm eksploa­towa­nia młodych chłopaków, marzenia o wyr­wa­niu się z biedy (jak dobrze że ktoś w końcu dostrzegł, że social media są dla niek­tórych tym samym co zostanie aktorem wiele, wiele lat temu). Niesły­chanie ciekawe jest też słuchanie tego co w filmie mają do powiedzenia fan­ki inter­ne­towych cele­bry­tów. Odrzu­cane przez rówieśników, rodz­inę, cza­sem społeczeńst­wo zna­j­du­ją w tych pięknych chłop­cach w sieci sub­sty­tu­ty braci, przy­jaciół czy chłopaków. Im dłużej oglą­da się film tym bardziej widać że prob­le­mem młodzieży nie jest to, że są cele­bryci tylko to jak wyglą­da ich szkol­na codzi­en­ność. Inna sprawa, że to doskonale pokazu­je mech­a­nizm wyzysku w rozry­w­ce – doskonale znany od dekad. To co przeży­wa­ją chłop­cy nie bard­zo różni się od tego co przeży­wały przez lata młode dziew­czyny szuka­jące pra­cy w Hol­ly­wood. Film dobrze pokazu­je, że świat zawsze żeru­je na tych którzy są młodzi, nai­wni i prag­ną się wyr­wać z doty­chcza­sowego życia. Naprawdę dobry doku­ment.

 

 

Jeśli mowa o doświad­czeni­ach, które nie są mi bliskie – kole­jnym filmem po który sięgnęłam był „Mój Rem­brandt”. To jest film pereł­ka. Splata­ją się tu trzy his­to­rie. W pier­wszej – Jan Six entuz­jasty­czny dziedz­ic for­tuny, i miłośnik sztu­ki jest właś­ci­wie pewien, że znalazł na aukcji niez­nany doty­chczas obraz Rem­brand­ta. W drugiej – szuka­ją­cy kasy na podat­ki Eric de Roth­schild, postanaw­ia sprzedać dwa swo­je obrazy Rem­brand­ta które od dziecińst­wa wisi­ały nad jego łóżkiem. O to czy obrazy zostaną we Francji czy wrócą do Holandii rozpoczy­na się muzeal­nic­zo dyplo­maty­cz­na gra. No i wątek trze­ci to his­to­ria tego jak Książę Buc­cleuch posi­adacz przepięknego zamku, posi­adłoś­ci i obrazu Rem­brand­ta postanaw­ia go przewiesić z jed­nego poko­ju do drugiego. Te trzy his­to­rie przepla­tane są reflek­s­ja­mi na tem­at rynku sztu­ki i pry­wat­nych kolekcjon­erów. Może brzmieć dzi­wnie ale szy­bko zobaczymy jak wyglą­da woj­na o kupi­e­nie bez­cen­nych obrazów, his­to­ria Jana Sixa i jego Rem­brand­ta to jaz­da bez trzy­man­ki i tem­at na doskon­ały film z wątka­mi sen­sacyjny­mi. Cud­owny jest też wątek księ­cia który po pros­tu przewiesza swój bez­cen­ny obraz. Oglą­dałam film z olbrzymim zaciekaw­ie­niem, jed­nocześnie zada­jąc sobie co chwilę pyta­nia o wartość sztu­ki, pra­wo do kolekcjonowa­nia bez­cen­nych dzieł i o to czy Rem­brandt powinien wisieć nad czy­imś kominkiem. Nie ukry­wam – jeden z moich ulu­bionych filmów fes­ti­walu, bo opowiada­jąc o czymś zdało­by się niewielkim doty­ka bard­zo ważnego tem­atu – czym jest pra­wo posi­ada­nia wybit­nych dzieł sztu­ki.

 

 

Pozosta­jąc w świecie posi­ada­nia i wybit­nych dzieł – postanow­iłam obe­jrzeć film o antyk­war­iuszach z Nowego Jorku. Po ang­iel­sku szło to po pros­tu jako „Księ­garze” ale po pol­sku już jako „Księ­gar­nie Nowego Jorku”. To doku­ment z jed­nej strony cud­owny z drugiej – zmusza­ją­cy do myśle­nia. Czy oglą­damy taki przedłużony nekrolog, czy też w księ­gar­ni­ach, księ­garzach i książkach jest jeszcze życie. Jed­nocześnie to film, który w pewien sposób obezwład­nia. Patrząc na niesamowite, olbrzymie częs­to bez­cenne zbio­ry nie sposób nie zad­u­mać się nad tym jaka jest wartość książ­ki, ile ich w świecie jest i dlaczego mimo niesamow­itych starań nawet nie dotkniemy samego czub­ka góry tego co przeczy­tać moż­na. Nie ukry­wam też, że ponown­ie włączył mi się czer­wony alarm kiedy słysza­łam o sprzedawa­niu pier­wszych wydań bib­lii Guten­ber­ga bo dla mnie jest jasne że wszys­tkie ist­niejące egzem­plarze powin­ny być w bib­liotekach. Zresztą nie ukry­wam – niesamowicie patrzy się na rynek starej książ­ki w kra­ju, który nigdy nie spłonął. Musze jed­nak przyz­nać, że najbardziej zau­roczyli mnie sami bohaterowie fil­mu tytułowi księ­garze, ten specy­ficzny rodzaj ludzi, których cieszą tylko książ­ki i bez pełnych półek czu­ją się nadzy. Kocham zdanie jakie padło w tym filmie, że swego cza­su najważniejsze księ­gar­nie w Nowym Jorku prowadzili nis­cy, zakurzeni żydzi, którzy obrusza­li się, kiedy ktoś chci­ał kupić od nich książkę, bo prowadzili księ­gar­nie po to by móc bezkarnie czy­tać. Nie powiem, nie widzi­ałam zda­nia bliższego moim marzeniom i doświad­czeniom. Inna sprawa to kiedy w filmie pojaw­ił się wątek kolekcjonowa­nia książek zdałam sobie sprawę, że u mnie w rodzinie jest prze­chod­ni bak­cyl kolekcjon­er­s­ki. Moja mama zbiera książ­ki o wychowa­niu i dobrych manier­ach – najlepiej z XIX wieku. Ja z uporem mani­acz­ki staram się kupować wszys­tko co wychodzi o kinie w Polsce. Każ­da z nas wchodząc do antyk­wariatu płynie do swoich półek (nigdy nad tym nie myślałam, ale właśnie do mnie doszło, że posi­adanie „swo­jej” pół­ki w antyk­waria­cie chy­ba nie jest oczy­wiste. A jed­nocześnie zawsze mi się wydawało, że każdy taką ma). Zresztą nie ukry­wam – jako że od dziec­ka byłam uczona, że najlep­sze miejsce, do którego moż­na trafić to antyk­wari­at oglą­dałam ten doku­ment trochę jak­bym wracała do domu.

 

 

Z uroczych antyk­wari­atów Nowego Jorku skoczyłam w cza­sie, choć nie w przestrzeni do świa­ta bard­zo odległego i tak niesamowicie bliskiego, że niemal się przes­traszyłam. Film „Jak przetr­wać zarazę” to doku­ment obe­j­mu­ją­cy dzi­ałanie grupy ACT UP pomiędzy wybuchem epi­demii AIDS pod koniec lat 80 a połową lat 90 kiedy w końcu udało się znaleźć dość skutecznie dzi­ała­jące leki. Film jest porusza­ją­cy głównie dlat­ego, że widać w nim tyle współczes­noś­ci, że po raz kole­jny moż­na poczuć, że nie ma nic nowego w his­torii, tylko wciąż mamy w kółko to samo. Mamy więc zarazę, która dziesiątku­je ludzi, zarazę, na którą nie ma lekarst­wa. Amerykańs­ki prezy­dent gra w gol­fa całe lato a ludzie umier­a­ją. Mamy mniejs­zoś­ci sek­su­alne, mar­gin­al­i­zowane, i przez to nie lec­zone, które wal­czą o swo­je prawa. Patrząc na to jak dzi­ała ACT UP nie trud­no dostrzec podobieńst­wo z tym co dzieje się w Polsce. Nie dlat­ego, że to dzi­ała­nia jeden do jed­nego takie same. Ale jed­nocześnie ci cią­gle dzi­ała­ją­cy akty­wiś­ci, których wciąż się aresz­tu­je ostate­cznie wywier­a­ją presję. Coś robią. Nikt chy­ba nie powie, że powin­ni siedzieć cicho i umier­ać. No może nie nikt, bo w filmie widz­imy katolic­kich biskupów, którzy w środ­ku śmiertel­nej epi­demii AIDS potępi­a­ją stosowanie prez­er­watyw. Mamy też dość dobrze pokazany prob­lem z tym jak dzi­ała­ją te wczesne cud­owne leki, których dobrze nie prze­badano, i jak naciskanie na uzyskanie leku jak najw­cześniej może być mieczem obus­iecznym. Przede wszys­tkim jed­nak ten film jest moim zdaniem doskon­ałym zapisem niesamowitej, poraża­jącej frus­tracji wynika­jącej z tego jak państ­wo trak­tu­je ludzi, o których uważa, że są „sami sobie win­ni”. Nie ukry­wam, że oglą­dałam ten film z poczu­ciem, że jest prz­er­aża­ją­co aktu­al­ny, ale też – jeśli mogę to powiedzieć z odrobineczką optymiz­mu – moty­wu­ją­cy. Od lat osiemdziesią­tych do dziś społeczność gejows­ka (zwłaszcza gejows­ka) dokon­ała niesamowitego postępu. Mamy pier­wsze wylec­zone oso­by z AIDS, które stało się przy okazji chorobą nie śmiertel­ną, ale przewlekłą. Część osób mówią­cych w filmie nie spodziewało się, że będą mieli jakąkol­wiek przyszłość. A na pewno nie że będzie ona taka. Koła his­torii jed­nak się toczą. Szko­da, że tak wielu nie dożyło i nie doży­je by móc to zobaczyć.

 

 

Nie obe­jrza­łam żad­nego z nagrod­zonych na fes­ti­walu doku­men­tów. Nie obe­jrza­łam żad­nego z doku­men­tów, który umysł i zna­jo­mi pod­powiadali mi, że powin­nam. Zro­biłam sobie mój włas­ny fes­ti­w­al pod­pisany pod moją włas­ną wrażli­wość. W niedzielę chci­ałam obe­jrzeć jeszcze trzy filmy ale zdałam sobie sprawę, że robię klasy­czną fes­ti­walową pomyłkę. Nie pozwalam fil­mom w żaden sposób wybrzmieć, tylko naty­ch­mi­ast czu­ję potrze­bę oglą­da­nia następ­nego. Nie wiem jak wy ale dla mnie takie nad­mierne spoży­wanie filmów zwyk­le kończy się tym, że coś co zostało­by ze mną na dłużej sta­je się jakimś wspom­nie­niem. Jed­nocześnie poczułam, że oglą­da­jąc filmy w domu jestem zupełnie wol­na i nie mój kalen­darz ani rozpiska sean­sów decy­du­je co obe­jrzę tylko w końcu mogę iść dokład­nie na to co chcę (choć żal mi takich zupełnie przy­pad­kowych fes­ti­walowych sean­sów na które się idzie, bo właśnie gra­ją). Patrząc na wielu moich zna­jomych – byłam na zupełnie innym fes­ti­walu niż oni. Ale wcale mi to nie przeszkadza, wręcz prze­ci­wnie – dawno mi się tak dobrze nie przeży­wało fes­ti­walu fil­mowego. Nie chci­ałabym by oglą­danie przez sieć stało się nor­mą (jest tyle fes­ti­walowych ele­men­tów, do których tęsknię ze brak alfa­betu) ale nie ukry­wam – było dużo lep­iej niż myślałam. Mam nadzieję, że i za rok czeka nas fes­ti­w­al hybry­dowy!

 

Ps: Jeśli nie zdołal­iś­cie obe­jrzeć filmów na fes­ti­walu i tak zapamię­ta­j­cie tytuły. Wiele z nich pojaw­ia się potem w sze­rok­iej dys­try­bucji, na pły­tach z wyborem doku­men­tów z fes­ti­walu czy w ser­wisach VOD. Tak więc nic nie ginie.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy