Home Film Pod tym kostiumem wszyscy są nadzy czyli nowa “Emma”

Pod tym kostiumem wszyscy są nadzy czyli nowa “Emma”

autor Zwierz
Pod tym kostiumem wszyscy są nadzy czyli nowa “Emma”

Powracanie do adap­towa­nia lit­er­ack­iej klasy­ki, już wcześniej przełożonej na ekran, nie jest zjawiskiem nowym. Zwłaszcza w przy­pad­ku Jane Austen. Jeśli spo­jrzymy na telewiz­yjne i kinowe adap­tac­je jej prozy dostrzeże­my, że Bry­tyjczy­cy są chorzy, jeśli raz na dekadę nie powrócą do swoich ulu­bionych oby­cza­jowych klasyków. Jed­nocześnie, ilekroć pojaw­ia się nowa adap­tac­ja sły­chać ciężkie westch­nie­nie „Znowu? Po co?”, świad­czące, że więk­szość z nas wąt­pi w sens powraca­nia do his­torii, które sto­sunkowo nie tak dawno mogliśmy oglą­dać w innej wer­sji. Sama westch­nęłam ciężko, kiedy zobaczyłam zwias­tun fil­mowej „Emmy” bo wydawało mi się, że ostat­nia telewiz­yj­na adap­tac­ja była dopiero co (owo dopiero co okaza­ło się co praw­da 11 lat temu, ale nikt nie powiedzi­ał, że czas ma pra­wo tak szy­bko gnać), już poza tym niewiele jest do doda­nia w tej kilkukrot­nie przekładanej na język telewiz­ji i kina his­torii. Muszę jed­nak wyco­fać się z moich wąt­pli­woś­ci i zarzutów. Okazu­je się bowiem, że kino wciąż ma coś do powiedzenia o bohat­er­ach Austen. Być może dlat­ego, że zmie­nil­iśmy się my jako odbio­ry. A może dlat­ego, że kto inny zabrał się za opowiadanie znanych his­torii.

 

 

 

Pod­chodząc do adap­tacji Austen staw­iam zawsze fil­mowi czy seri­alowi trzy pyta­nia. Czy twór­cy wiedzą, dlaczego sięgnęli po powieść ang­iel­skiej pis­ar­ki? Czy mają pomysł na to jak opowiedzieć his­torię na włas­ny sposób? I czy umieją odnaleźć się w gąszczu zako­rzenionych w głowach widzów wiz­ji z innych powieś­ciowych adap­tacji. Jed­nocześnie, co istotne, nie wymagam od adap­tacji wier­noś­ci lit­er­al­nej, tak dłu­go jak zachowu­je wier­ność ducha – nie przeszkadza mi przyci­nanie wątków, czy przekładanie nacisku na różne ele­men­ty nar­ra­cyjne, tak dłu­go, jak dłu­go z bry­tyjskiej opowieś­ci zako­rzenionej w konkret­nych warunk­ach społecznych i oby­cza­jowych nie robi się amerykańs­ka kome­dia roman­ty­cz­na. Jestem też świado­ma, że w przy­pad­ku tego typu nar­racji sce­narzys­ta czy sce­narzys­t­ka mogą zro­bić najwięcej właśnie wyk­lucza­jąc pewne wąt­ki a inne staw­ia­jąc na pier­wszym planie. Stąd nie zależy mi na tym by w adap­tacji znalazło się wszys­tko co w książce. Zwłaszcza, że prze­cież po pełne i dokładne adap­tac­je zawsze moż­na sięgnąć a w ostate­cznoś­ci, no wiecie, książkę moż­na przeczy­tać (ja tu ironizu­ję, uprzedzam, żeby się ktoś nie oburzył).

 

 

Reży­ser­ka „Emmy” Autumn de Wilde zna odpowiedź na wszys­tkie te pyta­nia i umie ją odpowied­nio zaprezen­tować w filmie. Po pier­wsze – dosta­je­my film, który pod wzglę­dem este­ty­cznym i nar­ra­cyjnym bard­zo moc­no odci­na się od tzw. „har­ritage movie” jed­nocześnie nie idąc w nad­mierną rewolucję – obraz zarysowany przez reży­serkę wciąż wyglą­da jak z siel­skiej miniatu­ry (o wiz­ual­nej stron­ie fil­mu będę pisać niżej) ale już zosta­je oczyszc­zony z wyide­al­i­zowanej wiz­ji pięknej bry­tyjskiej przeszłoś­ci, która każe współczes­nym kobi­etom tęsknić do cza­sów regencji. De Wilde nie dokonu­je tu zmi­an drasty­cznych, ale odpowied­nio rozkła­da akcen­ty – w tym wiz­ualne. Stałym ele­mentem każdej niemal sce­ny, jest służ­ba, częs­to zmuszana do wykony­wa­nia zupełnie bezsen­sownych czyn­noś­ci. Pojaw­ie­nie się służ­by w niemal każdym kadrze opowieś­ci przy­pom­i­na, że poko­je, w których roz­gry­wa­ją się mniejsze lub więk­sze ser­cowe dra­maty bohaterów nigdy nie były puste, a ich sto­sunkowa swo­bo­da by myśleć o bal­ach i towarzys­kich roszadach wynikała z fak­tu, że stał za nimi legion ludzi gotowych na każde skinie­nie szukać prze­ciągu. Dru­ga sprawa to zarysowanie przestrzeni fil­mu – niemal cała his­to­ria roz­gry­wa się w kilku posi­adłoś­ci­ach i jed­nej wiejskiej pas­man­terii. Po pewnym cza­sie nietrud­no dostrzec, że więk­szość dra­matów, nieporozu­mień i towarzys­kich skan­dali bierze się z niesamowitej nudy towarzyszącej bohaterom na co dzień. Swatanie sąsi­adów wyda­je się jedyną sen­sowną rozry­wką, którą moż­na się zająć w wiejskiej zim­nej posi­adłoś­ci.

 

 

Reży­ser­ka bard­zo wyraźnie nie szu­ka prostego unowocześnienia opowieś­ci, ale raczej sku­pia się na tym by wid­zowie zobaczyli w bohat­er­ach z epo­ki posta­cie dużo bardziej sobie współczesne. Choć wszyscy chodzą w przepięknych kostiu­mach (te mate­ri­ały! te wzo­ry!) to już język ciała pozosta­je dużo bardziej współczes­ny. Nietrud­no dostrzec w Emmie bard­zo współczes­ną młodą dziew­czynę (w filmie ma 21 lat) która się nudzi, i która musi­ała­by mieć chy­ba wybit­ny charak­ter by nie ulec lekkiemu zep­su­ciu przy takiej licznie kom­ple­men­tów jakie otrzy­mu­je. Knight­ley który częs­to jest mężczyzną nieco eks­cen­trycznym, ale już bard­zo ustatkowanym, tu przy­pom­i­na zde­cy­dowanie bardziej współczes­nych trzy­dziesto­latków, którzy wiedzą, że powin­ni się zachowywać dojrza­le, ale wciąż jeszcze bardziej tą dojrza­łość gra­ją niż czu­ją. Przy czym jed­nocześnie – film human­izu­jąc bohaterów opiera się przede wszys­tkim na wymieni­anych spo­jrzeni­ach i ges­tach – tym drugim języku, który obok dialogów bohaterowie przekazu­ją w mniej lub bardziej zatłoc­zonych poko­jach swo­je myśli i emoc­je. To ciekawy sposób na dodanie wielu komicznych czy roman­ty­cznych momen­tów, bez koniecznoś­ci wkłada­nia bohaterom do ust słów, które nie znalazły się w powieś­ci. Jed­nocześnie postaw­ie­nie na gesty czyni nar­rację bard­zo real­isty­czną, bo nie ule­ga wąt­pli­woś­ci, że tak porozu­miewali się ludzie w cza­sach, gdy więk­szoś­ci rzeczy, które się pomyślało nie wypadało powiedzieć. Cały świat Emmy to przestrzeń mniejszych lub więk­szych gestów i sym­boli i społecznego ładu, który się dzię­ki nim utrzy­mu­je. Tu narusze­nie cho­ci­aż­by kole­jnoś­ci siada­nia w koś­ciel­nych ławach (niewiel­ki koś­ciółek ide­al­nie pokazu­je jak małe jest towarzyst­wo Emmy) prowadzi do kon­fuzji, i pomiesza­nia porząd­ków.

 

 

Tym jed­nak co moim zdaniem reży­ser­ka robi najlepiej to odwołanie się do ist­nieją­cych już wcześniej adap­tacji i ich styl­isty­cznych wyborów. Jed­nym z najlep­szych przykładów tego pode­jś­cia jest odniesie­nie się do zabiegu, który pojaw­ia się od lat 90 i pamięt­nej sce­nie z koszulą niemal we wszys­t­kich adap­tac­jach Austen. Oto wiado­mo, że w pro­dukc­jach kostiu­mowych pocią­ga­ją­ca się pew­na pow­strzy­mana cielesność bohaterów. Fakt, że w prze­ci­wieńst­wie do pro­dukcji współczes­nej – są oni ograniczeni kon­we­nansa­mi, oby­cza­jowoś­cią i warst­wa­mi ubrań z epo­ki. Filmy kostiu­mowe częs­to budowały napię­cie gra­jąc tą słyn­ną morką koszulą – wprowadza­jąc do świa­ta zakry­tych ciał, sug­estie jakiejś cielesnoś­ci, która się pod tym wszys­tkim skry­wa. Zwłaszcza męskiej cielesnoś­ci – jako że prze­cież pro­dukc­je kierowane są głównie do kobi­et. Autumn de Wilde swo­jego pana Knight­ley roz­biera do naga w jed­nej z pier­wszych scen. Nie ma w tym nic sek­su­al­nego – mężczyz­na prze­biera się z pomocą służącego, po tym jak przy­jechał do posi­adłoś­ci i idzie w odwiedziny. Tym samym w jed­nym momen­cie reży­ser­ka syg­nal­izu­je nam, że oto pod tymi wszys­tki­mi stro­ja­mi bohater jest nagi. Kiedy kil­ka scen później widz­imy Emmę, która w zim­ny poranek pod­cią­ga w zaciszu swo­jego poko­ju sukienkę by przez chwilę ogrzać sobie tyłek w cieple komin­ka (jakkol­wiek by to nie brzmi­ało jest to sce­na urocza i tak­tow­na) dosta­je­my ostate­czne przy­pom­nie­nie – ci ludzie pod tymi stro­ja­mi nie mają bielizny. Niewiele trze­ba by ta myśl została w człowieku do koń­ca sean­su, czyniąc gesty, tańce, spo­jrzenia i uścis­ki dłoni, nieco bardziej dwuz­naczny­mi i naład­owany­mi sek­su­al­ną energią. Tam nic nie ma – tylko świado­mość, że są to ludzie bardziej od nas nadzy.

 

 

Jed­nak chy­ba najwięk­szą zmi­aną jaką przynosi nowa ekraniza­c­ja Emmy jest pewne prze­sunię­cie akcen­tów w relacji Emmy z Har­ri­et – w wielu adap­tac­jach relac­ja bohaterek opiera się głównie na nierównoś­ci kla­sowej – która pozwala Emmie zarządzać życiem uczu­ciowym niezbyt bystrej Har­ri­et, a Har­ri­et marzyć o wyższym sta­tusie i lep­szym zamążpójś­ciu, i słuchać wysoko postaw­ionej Emmy w każdej sytu­acji. Tu ten ele­ment wciąż jest obec­ny, ale gdzieś po drodze zosta­je dodanych kil­ka gestów, uścisków czy naprawdę zatroskanych spo­jrzeń, które sugeru­ją, że dwie młode dziew­czyny łączy prawdzi­wa przy­jaźń. To wyjś­cie Har­ri­et z ram wyłącznie pro­jek­tu Emmy, i pod­kreśle­nie, że jed­nak ta przy­jaźń jest prawdzi­wa bard­zo human­izu­je cały wątek i pozwala nieco życ­zli­wiej spo­jrzeć na obie bohater­ki. Jed­nocześnie co bard­zo mi się podo­ba to roz­gry­wane- trochę na mar­gin­e­sie głównej opowieść sce­ny pomiędzy męski­mi bohat­era­mi his­torii, którzy przy­na­jm­niej w ges­tach i pub­licznym zachowa­niu zda­ją się przeży­wać niemal równie skom­p­likowane i nieco bezsen­sowne dramy co nawet młod­sze od nich dziew­czę­ta. Każ­da inter­akc­ja pana Knight­ley z panem Churchillem jest małą perełką złożoną z obrażonych spo­jrzeń, gestów i nieco dziecin­nej rywal­iza­cji.

 

 

Mój brat twierdzi, że tak naprawdę ekrani­zowanie Austen to gra w najlep­szy cast­ing, bo sama fabuła jest dru­gorzęd­na wobec aktorów i aktorek którzy zagra­ją znane już role. Pod pewny­mi wzglę­da­mi jest to praw­da – wszyscy wiemy jaka powin­na być Emma czy Pan­na Bates a i tak czekamy na to jak nowe aktor­ki podoła­ją wyzwa­niu. Pod wzglę­dem obsad­owym nowa Emma to strzał w dziesiątkę. Obsad­zona w głównej roli Anya Tay­lor-Joy ma urodę lokalnej pię­knoś­ci, z ocza­mi tak wielki­mi, że aż niekiedy budzi to prz­er­aże­nie.  Na jej twarzy moż­na odczy­tać wszys­tkie emoc­je, od nadąsa­nia, przez aut­en­ty­czny smutek, zdzi­wie­nie czy zau­rocze­nie. Aktor­ka doskonale gra pewnoś­ci siebie, która powin­na charak­tery­zować Emmę, ale kiedy zapłacze stro­fowana przez pana Knight­ley to nie tylko budzi współczu­cie, ale też przy­pom­i­na, że mamy do czynienia z osóbką niezwyk­le młodz­i­utką. Jej Emma jest urocza, bywa iry­tu­ją­ca i bard­zo bystra, a także niekiedy zaskaku­ją­co świado­ma (jak w momen­cie, kiedy słusznie stwierdza, że małżeńst­wo zabrało­by jej wol­ność, którą cieszy się obec­nie zarządza­jąc posi­adłoś­cią ojca). Do tego chemia pomiędzy nią a odpowied­nio starszy John­nym Fly­n­nem jest tak oczy­wista i tak nat­u­ral­na, że obser­wowanie tej pary na ekranie spraw­ia olbrzymią przy­jem­ność.

 

Co do samego Fly­n­na, to doskonale odnalazł się w tej kon­wencji human­i­zowa­nia bohaterów Austen. Jego pan Knight­ley nadal poucza Emmę, ale widać, że jest mu jed­nocześnie głu­pio że to robi – co nieco łagodzi tą postać. Do tego cóż… to jest aktor, który wie jak powinien patrzeć na kobi­ety bohater fil­mu kostiu­mowego. Jest taki moment w Emmie, w którym pan Knight­ley już wie, że to co czu­je to jest coś więcej niż zwykła sym­pa­tia, i bard­zo chce powiedzieć Emmie, ale oczy­wiś­cie jeszcze nie może. I w tej sce­nie John­ny Fly­nn patrzy spo­jrze­niem tak pełnym uczu­cia i pożą­da­nia, że wszyscy panowie Dar­cy, w mokrych i suchych koszu­lach, paku­ją swo­je man­at­ki i wyprowadza­ją się z mojego ser­ca. Bo tak już jest, że aktor może nawet nie być wybit­nie przys­to­jny (na pier­wszy rzut oka), może być potar­gany, i mieć na policzku bliznę z dziecińst­wa, ale kiedy spo­jrzy takim spo­jrze­niem pełnym niespełnionego prag­nienia i kiedy odgar­nie grzy­wkę z oczu, i niekiedy niepo­rad­nie stanie nie wiedząc co zro­bić z ręka­mi, to serce się aż rwie. I tak już będzie zawsze z bry­tyjski­mi aktora­mi, i tym jak nas uwodzą, w stro­jach z epo­ki, wiel­kich kołnierzykach i cylin­drach. I nieważne, ile by amerykańs­cy aktorzy nie spędzili cza­su wykuwa­jąc swe przepiękne musku­latu­ry na siłow­n­i­ach, to w niczym nie zaradzą tym spłos­zonym spo­jrzeniom bry­tyjs­kich gen­tle­manów z lit­er­ac­kich adap­tacji, w których kryją się obiet­nice takich rzeczy, że aż nie sposób ich wypowiedzieć bez rumień­ca na twarzy.

 

 

Warto też zaz­naczyć, że właś­ci­wie nie ma w tym filmie źle obsad­zonych ról. Bill NIght w roli ojca Emmy daje doskon­ały popis tego, ile może zro­bić aktor ze swo­ją rolą bez zbyt wielu dialogów. Jego postać jest przekomicz­na, ale związek ojca i Emmy jest tu głębo­ki prawdzi­wy, i wykracza­ją­cy poza schematy klasy­cznych adap­tacji. Gdy spłakana Emma wyrzu­ca z siebie wszys­tkie swo­je przewinienia, jej ojciec sta­je obok niej w mil­cze­niu – jest w tym rodzin­na bliskość, którą nieczęs­to widu­je się w tego typu fil­mach. Wątek jest zarysowany delikat­nie, ale tak, że abso­lut­nie rozu­miemy czemu Emma abso­lut­nie swo­jego ojca zostaw­ić nie może.  Ide­al­ny jest Josh O’Connor w roli pana Eltona, kole­jnego z kosz­marnych duchownych Austen. Sze­ro­ki uśmiech O’Connora połąc­zony z jego pełnym wyżs­zoś­ci spo­jrze­niem i wysokim tonem gło­su czyni z niego cud­owną karykaturę egzal­towanych duchownych prag­ną­cych piąć się po dra­binie towarzyskiej. Aktor, którego kojarzę głównie z rolą Karo­la z „The Crown” powoli wyras­ta na nazwisko, którego wypa­tru­ję w obsadzie fil­mu. Prze­cu­d­ow­na jest też Tanya Reynolds jako żona pana Eltona – tak karykat­u­ral­na, że może to niek­tórym przeszkadzać, mnie zaś baw­iło. Nie ukry­wam, że bard­zo podobał mi się Rupert Graves Mr. West­on, i to nie tylko dlat­ego, że zawsze jestem gotowa zobaczyć Gravesa na ekranie, ale też dlat­ego, że dzię­ki niemu postać pana Gravesa jest naprawdę łat­wa do pol­u­bi­enia.

 

 

Jed­nak najlep­szą decyzją castin­gową było obsadze­nie Mirandy Hart jako pan­ny Bates. Ta postać papla­jącej i nudzącej sąsi­ad­ki Emmy częs­to jest obsadzana tak by widz rzeczy­wiś­cie miał jej dość w równym stop­niu co sama bohater­ka. Tu jed­nak papla­ją­ca zubożała pan­na Bates zagrana jest z całym ciepłem i human­izmem jakim Miran­da Hart potrafi obdarzyć wszys­tkie swo­je bohater­ki. Być może dlat­ego, nieza­leżnie czy w kinie w Lon­dynie czy w Warsza­w­ie moment, w którym Emma obraża pan­nę Bates witany jest z głośnym, pełnym deza­pro­baty westch­nie­niem wid­owni. To zresztą jed­no z najwięk­szych zwycięstw reży­ser­ki, która odd­a­je temu towarzyskiemu nietak­towi, pełen wymi­ar okru­cieńst­wa. Poza tym jeszcze – na mar­gin­e­sie – podo­ba mi się, że Cal­lum Turn­er gra­ją­cy Fran­ka Churchilla nie jest jak­iś niesamowicie przys­to­jny. Oczy­wiś­cie to urodzi­wy młodzie­niec, ale nie żeby prze­bi­jał wszys­t­kich na około swo­ją urodą i prezencją. To dobrze odd­a­je te lokalne plot­ki o przys­to­jnych mężczyz­nach, którzy charak­tery­zowali się zwyk­le tym, że wyglą­dali nieco lep­iej niż resz­ta wąskiego i dość nud­nego towarzyst­wa.

 

 

Emma to film lek­ki, nie ucieka­ją­cy przed komizmem i szuka­ją­cy go nawet w drob­nych sce­nach (jak np. niespodziewane opady śniegu, czy wiz­y­ta siostry Emmy z dzieć­mi) – zachowu­jąc swo­ją lekkość film pozby­wa się wszelkiej pre­ten­sjon­al­noś­ci, zostaw­ia­jąc nas z his­torią ludzi, których więk­szość prob­lemów wyni­ka z fak­tu, że o swoich uczu­ci­ach i emoc­jach nikt nie może mówić wprost. Jed­nocześnie ta lekkość przenosi się fenom­e­nal­nie na stronę wiz­ual­ną. Emma to film bard­zo jas­ny, utrzy­many w pastelowych kolorach. Zwyk­le uję­cia rozpoczy­na­ją się od staty­cznych sze­ro­kich planów, częs­to pokazu­jąc nam posi­adłoś­ci, pob­liskie miasteczko, zazie­le­nioną okolicę. Pow­tarza­jące się wiz­ualne moty­wy – jak np. uczen­nice pob­liskiej pen­sji spaceru­jące w czer­wonych pel­ery­nach, wyz­nacza­ją rytm opowieś­ci, w której nie dzieje się nic aż tak wielkiego. Gama kolorysty­cz­na fil­mu jest bard­zo uspoka­ja­ją­ca, a jed­nocześnie pozwala­ją­ca wziąć całą opowieść w pewien naw­ias – bohaterowie żyją raczej w świecie jak z miniatu­ry niż w real­isty­cznej przestrzeni. Jas­no żół­ty, błęk­it­ny, pudrowy różowy, jas­no zielony – to najważniejsze kolory fil­mu.  Niekiedy stro­je bohaterów kore­spon­du­ją z otacza­jącą ich przy­rodą. Film zresztą dzieli rytm zmieni­a­ją­cych się pór roku. W ostat­nich let­nich sce­nach – Emma nosi biżu­ter­ię, która zgry­wa się z kolorem liś­ci na drzewach. Piec­zołow­itość w doborze stro­jów pozwala też od razu dostrzec klasę społeczną bohaterów. Har­ri­et choć niekiedy ubrana jest podob­nie co Emma, to jed­nak jej stro­je są uboższe, w bardziej stonowanych „tańszych kolorach”. Zresztą bard­zo wyraźnie gama kolorysty­cz­na stro­jów i pomieszczeń dzieli klasy społeczne. Duże jasne przestrze­nie należą do tych którzy są zamożni, im ciem­niej i bardziej ziemiś­cie tym niższy sta­tus bohater­ki. Z drugiej strony – twór­cy nie sza­le­ją – piękne koralowe kol­czy­ki Emmy widz­imy w kilku sce­nach, co jest o tyle ważne, że rzeczy­wiś­cie – bohater­ka nie zmieni­ała­by codzi­en­nie biżu­terii na zupełnie inną. Najbardziej eks­cen­tryczne (i najpiękniejsze) stro­je ma w filmie ojciec Emmy co ład­nie pod­kreśla jego pozy­cję finan­sową i towarzyską.

 

 

Nie tylko wiz­ual­nie jest to adap­tac­ja trochę na przekór doty­chcza­sowym his­to­ri­om. Także muzy­ka nie przy­pom­i­na trady­cyjnej ścież­ki dźwiękowej do filmów kostiu­mowych na pod­staw­ie prozy Austen. Jest bardziej żywa, miejs­ca­mi wręcz folkowa, anachron­icz­na, choć nie współczes­na. Tworzy to doskon­ałe połącze­nie, które wzma­ga jeszcze poczu­cie, prze­by­wa­nia w bard­zo zaplanowanym i spójnym świecie, który jest wiz­ual­nie, aktorsko i muzy­cznie alter­naty­wą dla ist­nieją­cych doty­chczas adap­tacji. Przyz­nam, że chęt­nie zobaczyłabym wszys­tkie adap­tac­je Austen nakrę­cone w tym sty­lu. Nawet nakrę­cone przez tą samą reży­serkę. Najchęt­niej zobaczyłabym nowe „Per­swaz­je” które nigdy jeszcze nie doczekały się wer­sji fil­mowej (TAK moi drodzy filmów kinowych na pod­staw­ie Austen wcale nie ma tak wiele – więk­szość to pro­dukc­je BBC, które wypeł­ni­a­ją ramówkę raz na dekadę).

 

 

Zamiłowanie do adap­tacji klasy­ki lit­er­atu­ry przyj­mu­je się częs­to jako prze­jaw daleko posuniętego eskapiz­mu do „lep­szych cza­sów”. Częs­to też patrzy się nań z góry, zakłada­jąc, że kole­jne adap­tac­je są nam zupełnie nie potrzeb­ne. Odnośnie pier­wszego zarzu­tu – mam wraże­nie, że to przede wszys­tkim uciecz­ka od his­torii opowiedzianych w duchu swo­body oby­cza­jowej. Jeśli bohaterowie mogą się po pros­tu ze sobą przes­pać, to znika­ją te wszys­tkie pełne pożą­da­nia spo­jrzenia i te wszys­tkie niewypowiedziane emoc­je. Nikt nie chce powro­tu do cza­sów regencji (serio, nie znam żad­nej wiel­bi­ciel­ki Austen, której marzy się haftowanie przez pół dnia), ale z drugiej strony miło sobie w cza­sach Tin­dera pomarzyć, że ktoś choć raz spo­jrzy na nas jak pan Knight­ley.  Co zaś się tyczy przeko­na­nia, że raz wystar­czy, to mam wraże­nie, że nigdy nie wystar­czy. Kino się zmienia. Jeszcze dekadę temu taka Emma pewnie by nie pow­stała. Zmieni­a­ją się też oso­by, które takie filmy kręcą. Emma w nowej odsłonie została adap­towana przez sce­narzys­tkę (Eleanor Cat­ton), wyreży­serowana przez kobi­etę, obsad­zona przez kobi­etę, ubrana przez kobi­etę, i nawet muzykę napisała kobi­eta (Iso­bel Waller-Bridge, sios­tra Phoebe). I oglą­da­jąc tą Emmę miałam głębok­ie poczu­cie, że to ma znacze­nie. Kiedy kobi­ety, pokazu­ją to co kobi­ety chci­ały zobaczyć i co widzi­ały w tej książce, a nie wtedy, kiedy mężczyźni próbu­ją zgad­nąć co kobi­ety chci­ał­by zobaczyć. I to jest zmi­ana, która spraw­ia, że nigdy dość nowych adap­tacji.

 

PS: Tak przy okazji przy­pom­i­nam mój wpis o tym, że Jane Austen nie pisała roman­sid­eł.

0 komentarz
1

Powiązane wpisy