Home Ogólnie Faceci w pelerynach czyli czego zabrakło w Batman v Superman

Faceci w pelerynach czyli czego zabrakło w Batman v Superman

autor Zwierz
Faceci w pelerynach czyli czego zabrakło w Batman v Superman

Bat­man V Super­man to nie jest jeden film. To są co najm­niej trzy filmy, z których jeden chce być poważny­mi rozważa­ni­a­mi na tem­at relacji istot z nad­przy­rod­zony­mi moca­mi i ludzi, dru­gi chce zapoz­nać nas hur­towo z bohat­era­mi potrzeb­ny­mi do budowy uni­w­er­sum DC a trze­ci chce pokazać że wybuchać może wszys­tko, nawet to co już wybuchło. I tak żadne z tych trzech filmów nie jest w stanie zagrać, a ten jeden który otrzy­mu­je­my przy­pom­i­na zaskaku­ją­co mało pory­wa­ją­cy zestaw scen (postaram się bez spoil­erów).

Batman-V-Superman-Trailer-Fight-Heat-Vision

W fil­mach DC ma być mrocznie więc w cza­sie ostate­cznej wal­ki Pada. Serio to takie mroczne

Film od samej zapowiedzi budz­ił emoc­je. Niek­tórzy jak zwierz narzekali na to, że twór­cy są zbyt dobrzy na stare dobre „vs” i zastąpili je hip­ster­skim „v”, inni emocjonowali się tym, że Bat­man i Super­man znaleźli się w jed­nym tytule. Bo rzeczy­wiś­cie to jest coś co musi wzbudzać emoc­je. Jeśli usiądziemy na chwilę i zas­tanow­imy się dlaczego tak bard­zo prag­niemy zobaczyć kon­frontację Bat­mana z Super­manem to bez trudu dojdziemy do wniosku, że wcale nie chodzi o mor­do­bi­cie. To może­my oglą­dać w wyko­na­niu dowol­nych dwóch super bohaterów (z równy­mi emoc­ja­mi obstaw­ia­jąc kto wygra). Tak naprawdę powodu­ją nami dwa uczu­cia – jesteśmy ciekawi jak będzie wyglą­dała kon­frontac­ja dwóch moral­noś­ci – tej Super­mana i Bat­mana – człowieka pełnego wad i kos­mi­ty który jest niemalże świę­tym. Mroczny ryc­erz i harcerzyk w jed­nym pomieszcze­niu mogą być fas­cynu­ją­cy, intere­su­ją­cy i – co najlepiej pokazu­ją ani­mowane filmy o Lidze Spraw­iedli­woś­ci – bard­zo zabawni. Ale to nie wszys­tko – tym co fas­cynu­je nas jeszcze bardziej to ich przy­jaźń i porozu­mie­nie – fakt, że każdy z nich musi zau­fać temu drugiemu – Bat­man zawsze wie jak pow­strzy­mać Super­mana a Super­man nigdy nie wyko­rzys­tu­je swo­jej mocy by zabić Bat­mana. Jest to jeden z naj­ciekawszych kon­flik­tów, i najlepiej napisanych przy­jaźni w komik­sowym świecie DC. Jeśli do tego dorzucimy różnice klas i wychowa­nia pomiędzy Clarkiem Ken­tem a Bruce Waynem (chłopak z Kansas i mil­ion­er z Gotham to równie ciekawe zestaw­ie­nie) to kiedy tych dwóch bohaterów pojaw­ia się razem ekran powinien wręcz skrzyć od emocji. Zaś naj­ciekawszym narzędziem w wywoła­niu u widza odpowied­nich emocji powinien być dia­log. Miejs­ca­mi dow­cip­ny, miejs­ca­mi poważny, miejs­ca­mi może nieco pate­ty­czny.  Taki który pomieś­ci cały paradoks sytu­acji w której się znaleźli. To zwyk­le Bat­manowi i Super­manowi wychodz­iło najlepiej.

maxresdefault (5)

W filmie jest sporo kadrów wzię­tych jeden do jed­nego z komik­sów ale wyda­je się że w ostate­cznym rozra­chunku twór­cy fil­mu nie bard­zo komiksy zrozu­mieli

Początkowo oglą­da­jąc film Sny­dera odnosi się wraże­nie, że chce on iść właśnie w takim kierunku – zestaw­ia­jąc ziem­ską per­spek­ty­wę Bat­mana z niemalże boski­mi moca­mi Super­mana. Paradok­sal­nie – najwięk­sza wada Man of Steel – niesamowite zniszczenia wywołane przez Super­mana w Metrop­o­lis w cza­sie wal­ki z Zodem, owocu­ją chy­ba najlep­szą sceną w filmie, w cza­sie której bezrad­ny wobec ogro­mu zniszczeń Bat­man może jedynie spoglą­dać na roz­mazaną syl­wetkę frunącego po niebie Super­mana. To dobra sce­na pokazu­ją­ca różnice pomiędzy bohat­era­mi i wystar­cza­ją­ca do tego byśmy uwierzyli, że Bat­man nie będzie ufał syn­owi Kryp­tona. Z kolei niechęć Super­mana do Bat­mana jest bardziej niechę­cią Clar­ka Ken­ta – niesły­chanie wręcz ide­al­isty­cznego dzi­en­nikarza (serio facet wie mniej niż Jon Snow jeśli nie wie kim jest Bruce Wayne), który nie wierzy by dzi­ała­nia Bat­mana należało sankcjonować czy pochwalać. Mamy więc dwie postawy, sporo nieufnoś­ci, czyli wszys­tko co być powin­no. Nieste­ty im dalej tym gorzej – ilekroć mamy nadzieję, że bohaterowie dostaną szan­sę by skon­fron­tować swo­je postawy czy poroz­maw­iać, kończy się krótką (bard­zo krótką, bo Bat­man v Super­man to nie jest film gdzie ktokol­wiek mówi za wiele) wymi­aną zdań. To znaczy dosta­je­my np. roz­mowę w której Super­man mówi jakieś jed­no zdanie a Bat­man zada­je jed­no pytanie. Żad­nego pyta­nia kto jest kim, dlaczego to robi, żad­nego poucza­nia. Nie dosta­je­my ani tak oczeki­wanej kon­frontacji postaw, ani – jeszcze bardziej wyczeki­wanego, zawar­cia pak­tu, który otwiera drogę do przy­jaźni. Dosta­je­my za to sporo mor­do­bi­cia, które w sum­ie mało bawi.

batman-v-superman-dawn-of-justice-ben-affleck

Jeśli pol­u­bi­cie tego Bat­mana to nie dlat­ego, że ten Bat­man jest dobrze napisany czy ktoś tu stworzył porusza­jącego bohat­era. Wszys­tkie uczu­cia do tego fil­mu przynosimy ze sobą.

Bawi mało, bo właś­ci­wie nie za bard­zo znamy bohaterów. Jeśli mamy do nich w filmie cieple­jsze uczu­cia to musieliśmy je przynieść z poprzed­nich pro­dukcji, komik­sów, innych pop­kul­tur­al­nych prze­jawów byt­noś­ci Bat­mana i Super­mana. O Bat­manie w wyko­na­niu Bena Afflec­ka właś­ci­wie trud­no cokol­wiek powiedzieć. Czy to ten znany z serii Nolana – w końcu nie miesz­ka w swo­jej rezy­dencji, która została właśnie w try­logii Nolana spalona. Ale prze­cież to nie jest ten Bat­man i ten Wayne. Film porzu­ca real­izm (czy właś­ci­we real­isty­czną kon­wencję) Nolana i przepisu­je Bat­mana na rozbuchany świat Man of Steel. Affleck zresztą całkiem dobrze wypa­da jako ten nowy Wayne, a jako Bat­man zda­je się mieć cały czas minę albo „smut­ny jestem i sam” albo „głu­pio wyszło”. Przy czym to głown­ie wina kostiu­mu (jak rozu­miem inspirowanego tym z komik­sów Fran­ka Millera – wniosku­je po małych uszkach) w którym nie sposób wyglą­dać inaczej. Co jed­nak jest w tym Bat­manie dobre to fakt, że więcej może dzi­ałać jako Wayne – co jest zgodne z tym co zwierz mówi od lat, że naj­ciekawsze w Bat­manie jest to, że jego codzi­enne wcie­le­nie jest równie potężne co zamaskowany mści­ciel. Przy czym doda­jmy tu dla porząd­ku, że nieste­ty Bat­man nie wykazu­je się w tym filmie ani odrobiną swo­jego cud­ownego czarnego poczu­cia humoru, zaś zwierz uważa że każdy film jest lep­szy kiedy daru­je się scenę zabi­cia rodz­iców małego Bruce’a.  Ostate­cznie jed­nak jeśli lubimy Bat­mana to nie dlat­ego, że film pozwala nam go pol­u­bić ale dlat­ego, że Bat­man to Bat­man.

Batman-V-Superman-Dawn-Of-Justice-000220457

Zwierz czekał aż ktoś w tym filmie zacznie mówić. Ale nie, Super­man mil­czy, Bat­man mil­czy tylko Lex  Luthor dużo gada ale niekoniecznie na tem­at

Ale nawet niewiele dowiadu­jąc się o Bat­manie wiemy o nim więcej niż o Super­manie. Otóż Super­man bard­zo pięknie w tym filmie wyglą­da (Hen­ry Cav­ill zwier­zowi się zupełnie nie podo­ba ale rzeczy­wiś­cie może na Super­mana pozować), jego pel­ery­na powiewa na wietrze nawet jak wia­tru nie ma, wycią­ga on dłoń do ludzkoś­ci (metaforycznie i dosłown­ie) ale właś­ci­wie go tu nie ma. Serio przez więk­szość fil­mu Super­man mil­czy a Cav­ill dzieli czas na dwie miny „Jestem tym moc­no zaniepoko­jony” i „Ale ja nie chcę ratować świa­ta”. Co więcej film staw­ia mnóst­wo pytań i pozwala każde­mu się wypowiedzieć w spraw­ie Super­mana ale sam bohater pozosta­je poza rozważa­ni­a­mi o naturze jego mocy. Rady bohaterowi podsyła­ją ukochana, mat­ka, duch ojca, ale Super­man twardy jest i prak­ty­czne nic ciekawego nie mówi. Jeśli będziecie mu kibi­cow­ać to głównie dlat­ego, że wiecie z innych źródeł jaki powinien być – a nie dlat­ego, że twór­cy włożyli jakikol­wiek wysiłek w tworze­nie postaci. Tym samym jego dylematy, jego wal­ka, jego poświęce­nie – wszys­tko jest w sum­ie dość obo­jętne wid­zowi bo to nie jest postać tylko facet w bard­zo obci­a­chowym wdzianku. Zwierz będzie się upier­ał, że każdą ilość zniszczeń i niedorzecznoś­ci moż­na wytrzy­mać jeśli stworzy się odpowied­nich bohaterów. Tu zaś ich braku­je. A musi ich brakować, bo w nad­mi­arze wątków braku­je po pros­tu cza­su na odd­ech i dialo­gi. Jeśli nasi bohaterowie praw­ie nic nie mówią, to ostate­cznie trud­no powiedzieć o kim jest ten film. O jakichś arche­ty­pach, szki­cach czy sym­bo­l­ach postaci. Trud­no temu poświę­cić cały seans bez ziewnię­cia.

batman-v-superman-dawn-of-justice-000220568

Spotkanie Bat­mana i Super­mana jest fas­cynu­jące jako spotkanie dwóch moral­noś­ci, dwóch biografii, dwóch klas społecznych. Nie jest fas­cynu­jące jako mor­dor­bicie dwóch facetów w pel­ery­nach

Co ciekawe ten czas na budowanie postaci mógł­by się znaleźć, gdy­by twór­cy nie chcieli krę­cić kilku filmów na raz. Jest to wymus­zone tym, że DC próbu­je ekspre­sowo połączyć świat Bat­mana i Super­mana i udać, że wcale nie jest zapóźnione w budowa­niu fil­mowego uni­w­er­sum. Nieste­ty wychodzi z tego misz masz kosz­marny. Gdy po sean­sie próbu­je­my sobie przy­pom­nieć poszczególne sce­ny ori­en­tu­je­my się jak wiele z nich moż­na było­by zastąpić dobrym dialo­giem, czy ele­mentem budowa­nia postaci. Bat­man ma w tym filmie trzy sny, z czego dwa spoko­jnie moż­na było­by wyciąć, a trze­ci jest po pros­tu za dłu­gi i tak bard­zo związany z fabuła­mi następ­nych pro­dukcji, że drasty­cznie odsta­je od resz­ty fil­mu. Do tego co chwile podrzu­ca się nam wiado­moś­ci które już wiemy – reżyser nie wierzy, że widz zapamię­ta coś co widzi­ał wcześniej, więc pow­tarza te same sce­ny, tnie nar­rację by coś przy­pom­nieć czy robi coś bard­zo den­er­wu­jącego – wrzu­ca w środek fil­mu mon­taż z roz­mowa­mi w wiado­moś­ci­ach  i pro­gra­mach infor­ma­cyjnych, żeby poin­for­mować widza (ponown­ie) na czym pole­ga główny prob­lem z Super­manem. Jak na ciągłe pow­tarzanie przez twór­ców, że ma to być pro­dukc­ja odróż­ni­a­ją­ca się od dow­cip­nej pulpy Mar­vela, to reżyser i sce­narzys­ta prze­jaw­ia­ją niesły­chanie mało wiary w swoich odbior­ców. Zresztą może nie należy się dzi­wić, bo właś­ci­wie nie dostal­iśmy fil­mu (którego kole­jne ele­men­ty łączy spój­na nar­rac­ja) ale zbiór scen, które pod koniec prowadzą do wielkiego BUM.

batman-vs-superman-ew-pics-5

Postać Lutho­ra jest doskon­ałym przykła­dem na to jak bard­zo twór­cy nie wierzą w inteligencję widzów. Bohater tyle razy omaw­ia swo­je niec­ne plany, tyle razy mówi coś creepy i tak bard­zo stara się być tym niepoko­ją­cym złym, że ostate­cznie to co w pier­wszych sce­nach zach­wyca w ostat­nich iry­tu­je

No właśnie – zwierz w cza­sie oglą­da­nia fil­mu odniósł wraże­nie, jak­by twór­cy w pewnym momen­cie zdali sobie sprawę że ich główny pomysł na film (jeśli odsuniemy na bok wszys­tkie niedorzecznoś­ci całkiem niezły – czyli doprowadze­nie do kon­frontacji Bat­mana i Super­mana) był za mało „cool”. A do tego w filmie jest za mało zniszczeń i wybuchów. No i takie spotkanie nijak się ma do zapowiadanej Ligi Spraw­iedli­woś­ci. Stąd też mamy ostat­nie pół godziny filmy, w którym właś­ci­wie nie ma dialogów, wszys­tko płonie, oper­a­tor ewident­nie dostał ataku epilep­sji a facet od efek­tów spec­jal­nych wrzu­cił wszys­tkie dostęp­ne efek­ty z wyku­pi­onego przez stu­dio pro­gra­mu. Co więcej gdy cała (zwierz uży­je tego słowa z braku innego adek­wat­nego) rozpier­ducha się kończy dosta­je­my rozwlec­zone zakończe­nie, w którym tak bard­zo widać zły mon­taż, że nawet zwierza to boli – bo ponown­ie zami­ast sce­ny prze­chodz­ić jed­na w drugą, ist­nieją osob­no bez żad­nego wyczu­cia atmos­fery, ciągłoś­ci czy spójnoś­ci w ramach opowiadanej his­torii.  I to w sum­ie jest najwięk­sza wada fil­mu – nawet jeśli zdarzy się dobra sce­na (a takich w filmie jest kil­ka) to gubi się w nad­mi­arze (oj należało­by ten film jeszcze raz zmon­tować) scen słabych, niepotrzeb­nych i dale­kich od komik­sowego pier­wow­zoru. Co ciekawe – tam gdzie film miał naprawdę ważną rzecz do zro­bi­enia – pokazanie nam zupełnie nowej postaci jaką jest Won­der Woman, to sprawu­je się świet­nie. Konia z rzę­dem temu kto nie zna­jąc komik­sów (czy nie par­ty­cy­pu­ją­ca akty­wnie w kul­turze pop­u­larnej) zrozu­mie o co w ogóle chodzi, skąd ta kobi­eta, dlaczego wal­czy tak a nie inaczej. I zwierz nie ma najm­niejszych zas­trzeżeń do Gal Gadot – rzeczy­wiś­cie świet­na z niej Won­der Woman – ale postać pojaw­ia się chy­ba tylko po to, żeby mogła stanąć obok Bat­mana i Super­mana i wyglą­dać fajnie na plakat­ach.

wonder-woman-batman-v-superman-trailer-comic-con

Won­der Woman dosta­je w filmie sporo wstępu ale ponieważ to tylko postać na następ­ną pro­dukcję to ostate­cznie jej obec­ność w Bat­man v Super­man jest zupełnym chaosem. Nasi bohaterowie akcep­tu­ja jej obec­ność, ale nawet nie pyta­ją o tak prostą rzecz jak np. kim jesteś.  Rzecz którą nawet w trak­cie wal­ki warto na szy­bko ustal­ić. 

To też rzecz ciekawa, twór­cy fil­mu częs­to korzys­ta­ją niemal dokład­nie z komik­sowych kadrów – niemal jeden do jed­nego przenosząc je do fil­mu. Prob­lem pole­ga na tym, że niekiedy robią to trochę bezmyśl­nie (strze­la­ją­cy Bat­man jest oczy­wiś­cie naw­iązaniem do bard­zo znanego komik­sowego kadru ale aku­rat tego o którym twór­cy postaci chcieli­by zapom­nieć) kiedy indziej – strasznie mar­nu­ją komik­sowy mate­ri­ał. Widać to zwłaszcza w ostat­nim akcie, gdzie pojaw­ia­ją się wydarzenia, które rówieśni­cy zwierza doskonale pamię­ta­ją z komik­sów. Ileż w nich było emocji. Tym­cza­sem w wyda­niu fil­mowym emocji się nie uświad­czy – z wielu powodów wye­lim­i­nowano najważniejsze dla wiel­kich i ważnych kon­frontacji ele­men­ty – tak zwany czyn­nik ludz­ki. Ostate­cznie oglą­damy wal­ki Bogów i Herosów w jakichś poindus­tri­al­nych przestrzeni­ach. Ludzi nie ma, widzów nie ma, nic nie ma.  Do tego twór­cy upier­a­ją się by na każdym kroku pod­kreślać jak ważne jest iż nasz bohater wychował się w Kansas czyniąc z tego wątku trud­ny w Europie do zniesienia pom­nik tej dalekiej od miejskiej pompy społecznoś­ci wiejskiej – to jest tak prze­siąknięte amerykańskim duchem swois­tej nieufnoś­ci do tego co w mieś­cie, że aż dosłown­ie trze­ba łaz­ić po polu kukury­dzy by udowod­nić że Super­man to swój chłopak, które­mu amerykanie mogą zau­fać (bo wszak Super­man jest przede wszys­tkim Ameryka­ninem).

batman-v-superman-dawn-of-justice-henry-cavill

Choś sporo się mówi o byciu kos­mitą i posi­ada­niu bos­kich mocy, to jeszcze nigdy Clark Kent nie był w filmie tak bard­zo ameryka­ninem z Kansas

W filmie jest kil­ka niezłych ele­men­tów. Dobry jest Lex Luthor choć tylko na początku, potem zaczy­na się zachowywać jak bohater pisany zgod­nie z zasadą „ile demon­icznych kwestii może powiedzieć facet w tramp­kach w trzy min­u­ty”. Choć ma moją sym­pa­tię za to, że zgo­nie z trady­cją wszel­kich złych, pięknie cytu­je lit­er­aturę. Punk­ty dla każdego kto poprawnie rozpoz­na wszys­tkie cytaty. Dobry jest też Jere­my Irons jako Alfred. W prze­ci­wieńst­wie do Michaela Caine który grał Alfre­da nieco opiekuńczego, tu mamy Alfre­da którego najwięk­szym marze­niem jest by jakaś miła pan­na pojęła Bat­mana za męża i się nim zaopiekowała. Alfred mógł­by zaś w spoko­ju popi­jać wiec­zorną szk­laneczkę whisky. Zwierz bard­zo go rozu­mie. Nato­mi­ast wszys­t­kich na śni­adanie zja­da Lau­rence Fish­burne. To jest prawdzi­wy bohater  — facet który stara się prowadz­ić gazetę w tym sza­lonym świecie, gdzie nie ma fun­duszy, jego dzi­en­nikarze piszą na jakie tem­aty chcą i przy napię­tym budże­cie doma­ga­ją się helikoptera. To jest bohater zwierza, zwierz się z nim w 100% sol­idaryzu­je i utożsamia. Nato­mi­ast zwierz musi powiedzieć, że ma spore pre­ten­sje do twór­ców fil­mu o to, że sko­rzys­tali z tej wyjątkowo brud­nej (i co raz bardziej pop­u­larnej) sztucz­ki zapowiada­jąc udzi­ał w obsadzie aktorów i postaci, które się w niej naprawdę nie pojaw­ia­ją. Zdaniem zwierza, to jest jeden z paskud­niejszych zabiegów mar­ketingowych bo jak chcesz sprzedać film, to tym co naprawdę w nim masz, a nie tym co planu­jesz.

8b09d3dc02af42be3d23ce869151f7690913bc2d

Alfred jest bard­zo fajnie napisany. A już tak zupełnie na mar­gin­e­sie — czy oni mogli przesy­tać kazać tak strasznie pakować aktorom w głównych rolach. Serio Affleck wyglą­da ze swo­ją musku­laturą już niemal komicznie a Cav­ill jest tak umięśniony, że zwierz się nieco wzdry­ga. A prze­cież tyle lat dawal­iśmy sobie radę z mniej karykat­u­ral­ną musku­laturą (bądź praw­ie bez niej — zwałszcza w przy­pad­ku Bat­mana)

Bat­man v Super­man to film który staw­ia wielkie i dość pom­paty­czne pyta­nia, ale kiedy trze­ba na nie odpowiadać daje nam sce­ny miałkie, żeby nie powiedzieć nai­wne. Kon­flikt dwóch wiel­kich postaw – kon­flikt nie do pogodzenia, rozwiązu­je się tu w jed­nym niewielkim dia­logu, który brz­mi trochę jak z Hall­marku. I jasne, moż­na sobie pod ten dia­log dopisać mil­ion treś­ci, ale praw­da jest taka, że zwierz ma wraże­nie iż wielu fanów wykonu­je pracę sce­narzysty, dopisu­jąc głębię tam gdzie twór­ca zostaw­ił nas z czymś bard­zo prze­cięt­nym (i co ciekawe – przewidy­wal­nym do for­shad­ow­ing jest tu wyko­rzysty­wany niczym łopa­ta) Zresztą wyda­je się, że najlepiej prob­lem z filmem odd­a­je …. Wyko­rzys­tanie ścież­ki dźwiękowej. Otóż jest w filmie sce­na w której Bat­man siedzi na dźwigu w por­cie, pel­ery­na powiewa, muzy­ka jest niesły­chanie dra­maty­cz­na, jak to w fil­mach DC bywa (bęb­ny, bęb­ny, chór i jeszcze trochę bęb­nów), kam­era krąży. Tylko, że w tej sce­nie nie dzieje się nic dra­maty­cznego. Bat­man siedzi na dźwigu. Zabierzesz muzykę i zobaczysz, że ktoś tu wymusza emoc­je w momen­cie gdy nie ma się czym emocjonować. Bat­man jak Bat­man, dźwig jak dźwig. I to jest właśnie prob­lem całego fil­mu – usil­nie stara się nam wmówić że oto będzie poważnie i głęboko a ostate­cznie dosta­je­my zwykłe Super bohater­skie mor­do­bi­cie. Które pod wzglę­dem pewnej poważnej dyskusji prze­my­conej do filmów tego typu jest o lata świ­etlne za drugim Kap­i­tanem Ameryką. I twór­cy mogą mówić ile chcą o kwes­t­i­ach granic władzy czy kon­sek­wenc­jach wyko­rzys­ta­nia super mocy. Tak naprawdę wszys­tkie te wielkie pyta­nia nigdzie w filmie nie prowadzą, i służą wyłącznie stworze­niu pozorów głębi. Nie ma w tym filmie nawet ele­men­tów iry­tu­jącej bo iry­tu­jącej obserwacji społecznej jakie były w Bat­manach Nolana. Piękne hasła o tym, że ludzie potrze­bu­ją Mes­jasza głębok­ie nie są.

batman-vs-superman-ew-pics-2

Film strasznie, strasznie chce być głębo­ki. Ale wypa­da najlepiej wtedy kiedy sobie tą głębię nieco odpuszcza  i pozwala bohaterom jakoś funkcjonować bez wygłasza­nia wiel­kich haseł

Zwierz słyszał wielokrot­nie w przy­pad­ku tego fil­mu, że opinie kry­tyków i widzów bard­zo się rozmi­ja­ją i kry­ty­cy nie umieją takich filmów oglą­dać. Istot­nie – wielu widzów lubi film pomi­mo wad –głównie ze wzglę­du na przy­wiązanie do postaci, czy słabość do pewnych zagrań (jak np. ksz­tał­towanie nas­tro­ju sce­ny muzyką) na które kry­tyk musi zwró­cić uwagę. Z kolei wielu kry­tyków wygłasza zdanie pomi­mo sym­pa­tii dla postaci – nie mogąc sobie odpuś­cić uwag o mon­tażu czy nar­racji tylko dlat­ego, że podobała im się jakaś rola czy sce­na. W ostate­cznym rozra­chunku obie opinie są równie skażone, ale przy dobrym filmie – te dwa pominię­cia się w pewien sposób wyrównu­ją. Dobry film broni się w oczach każdego widza. Zwierz nie aspiru­je do miana kry­ty­ka, ale dostrze­ga że w przy­pad­ku Bat­mana v Super­mana to pęknię­cie musi być. Jeśli się spo­jrzy na film – jako na osob­ne dzieło, które powin­no speł­ni­ać pewne założe­nia odnośnie sce­nar­iusza, kon­strukcji postaci, sposobu prowadzenia fabuły, kon­sek­wencji rozwi­janych wątków itp. to Bat­man v Super­man są filmem słabi­utkim. Nie ratu­ją go nawet efek­ty spec­jalne, wyko­rzysty­wane tak jak­by jutra nie było. Zresztą kosztem wid­owiskowoś­ci bo w pewnym  momen­cie kole­jny pada­ją­cy budynek niko­go nie wzrusza. Tym co przesądza o dobrej opinii wielu widzów jest przy­wiązanie do postaci czy trak­towanie fil­mu jako ele­men­tu pewnej pop­kul­tur­al­nej reprezen­tacji bohaterów w kinie czy komik­sie. Kiedy ktoś mówi o Afflecku jako o dobrym czy najlep­szym Bat­manie to tak naprawdę mniej oce­nia rolę a bardziej to jak Affleck wpisu­je się w reprezen­tację Bat­mana. Dlat­ego te opinie będą i muszą tak bard­zo się roz­chodz­ić.

BEN AFFLECK (Bruce Wayne/Batman) in film BATMAN vs SUPERMAN: Dawn Of Justice : movie directed by Zack Snyder starring Ben Affleck, Henry Cavill, Amy Adams; Gal Gadot; Jesse Eisenberg; Jared Leto; Action; Adventure; american; Batman; Superman; Gothan City; Batman v Superman : L?Aube de la Justice; 2015 NOTE: this is a PR photo. SUNSETBOX does not claim any Copyright or License in the attached material. Fees charged by SUNSETBOX are for SUNSETBOX's services only, and do not, nor are they intended to, convey to the user any ownership of Copyright or License in the material. By publishing this material, the user expressly agrees to indemnify and to hold SUNSETBOX harmless from any claims, demands, or causes of action arising out of or connected in any way with user's publication of the material

Tajem­ni­ca pole­ga na tym, że choć kry­ty­cy i fani częs­to naczej odbier­a­ją pewne ele­men­ty filmów to dobry film podo­ba się  i jed­nym i drugim. Bo jest dobry.

Zwierz słyszał, a właś­ci­wie sam dostrzegł w filmie, że twór­cy próbu­ją odd­ać komik­sową nar­rację. Rzeczy­wiś­cie taki jest ten film – zwierz niemal czuł miejs­ca w których powinien przełożyć stronę komik­su. Prob­lem w tym, że to co sprawdza się w komik­sie nie sprawdza się w kinie. Bard­zo proste. Sny­der nakrę­cił jeden film kadr po kadrze do komik­su ale to był jeden z najwybit­niejszych komik­sów jaki napisano. W przy­pad­ku prostego przełoże­nia mech­a­nizmów nar­racji poszczegól­nych kadrów i dymków na język fil­mu dosta­je­my coś bard­zo ciężkos­trawnego. Dlaczego? Bo po pier­wsze nikt nie idzie do kina na komik­sową nar­rację (filmy super bohater­skie wypra­cow­ały już nieza­leżny sposób prowadzenia his­torii o herosach) a po drugie – pro­ces adap­tacji mate­ri­ału (nawet jeśli to w pewien sposób mate­ri­ał domyśl­ny) pole­ga właśnie na przełoże­niu języ­ka jed­nego medi­um na język innego. Pod tym wzglę­dem kręce­nie fil­mu jak komik­su  prowadzi do śred­niego fil­mu. Bo film to nie komiks i inny­mi prawa­mi się rządzi. Inaczej trak­tu­je­my prze­jś­cia między sce­na­mi, inaczej przestrzeń między nimi, inaczej czas. Jed­no i drugie jest wiz­ualne ale tak różne, że pró­ba przełoże­nia jed­nego na drugie jest równie bezsen­sow­na jak komiks w którym każdy moment ruch bohat­era dosta­je osob­ny kadr.  To że ma się fajny pomysł nie znaczy że fajnie wyjdzie (zwłaszcza w przy­pad­ku gdy mate­ri­ał wyjś­ciowy – sce­nar­iusz – jest tak sła­by).

batman-v-superman-image-gallery

Chy­ba Kevin SMith powiedzi­ał że najwięk­szy prob­lem z tym filmem jest taki, że zabrakło w nim ser­ca.

Gdy­by ktoś pod­szedł do zwierza i powiedzi­ał mu że uważa Czas Ultrona za najlep­szy film o super bohat­er­ach zwierz zapewne spędz­ił­by kilka­naś­cie godzin tłu­macząc mu jak bard­zo się myli. Może po drodze by się śmiertel­nie obraz­ił, może sko­rzys­tał­by z prze­mo­cy, nie wyk­lucza że mógł­by umrzeć z przy tym z przepi­cia (wiecie alko­hol i dyskus­ja idą ze sobą w dobrej parze). Jeśli jed­nak w komen­tarzach pod tym wpisem ktoś napisze, że uwiel­bia BvS, to zwierz wzruszy ramion­a­mi. To jest film, który pozostaw­ił go zupełnie obo­jęt­nym. Nie podobał mu się z punk­tu widzenia tego jak się filmy tworzy, ziry­tował tym jak bard­zo luźno pod­chodzi do kwestii wyko­rzysty­wa­nia prze­mo­cy i zabi­ja­nia przez Bat­mana i Super­mana, zaw­iódł mnie obiet­nicą spotka­nia dwóch wyśmien­i­tych postaci. Ale ostate­cznie – zwierz nie ma ochoty się kłó­cić, ani nawet dysku­tować. To nie jest w najm­niejszym stop­niu jego film. To pro­dukc­ja w której nie ma dla zwierza miejs­ca na emoc­je, na bohaterów. Stąd nie ma miejs­ca ani na to by film pokochać ani by znien­aw­idz­ić. Jeśli zna­cie zwierza, to wiecie, że w jego opinii to najwięk­sza klęs­ka fil­mow­ców – stworzyć pro­dukt który jest nija­ki, który nie prowoku­je do roz­mowy.  Twór­cy obiecy­wali nam poje­dynek Boga z człowiekiem, mocy i niemo­cy, dobrych intencji i kon­sek­wencji dzi­ałań. A ostate­cznie dano nam dwóch facetów w pel­ery­nach którzy naprawdę powin­ni pogadać, a zami­ast tego walą się po pyskach. I zwierz miał przez cały film ochotę tylko na jed­no. Krzyknąć na całe kino „No Capes”.  Ist­nieje możli­wość, że nie o to reży­serowi chodz­iło.

Ps: Przed filmem pokazy­wany jest zwias­tun Bat­mana Lego i zwierz może przysiąc że baw­ił się przez tą min­utę lep­iej niż przez cały seans Bat­man v Super­man. Głównie dlat­ego, że twór­com fil­mu Lego właś­ci­wie ide­al­nie udało się ująć charak­ter Bat­mana.  I wymienić na jed­nym tchu wszys­tkie jego zała­ma­nia ner­wowe.

Ps2: Zwierz musi przyz­nać, że dawno tak bard­zo nie cieszył go fakt, że wybrał się na seans 2D, dru­ga część fil­mu jest tak ciem­na, że w oku­larach pewnie nic by nie było widać.

19 komentarzy
0

Powiązane wpisy