Home Ogólnie Obcy znaczy my czyli jeśli nie chcesz nikogo urazić zastrzel kosmitę

Obcy znaczy my czyli jeśli nie chcesz nikogo urazić zastrzel kosmitę

autor Zwierz

Hej

Zwierz poszedł na film, którego oglą­dać nie miał zami­aru tylko i wyłącznie z powodu zaskaku­ją­cych dobrych wyników box office amerykańskiego. I tak zwierz w swej jedynej na sali żeńskiej postaci wylą­dował na filmie ” Inwazja:bitwa o Los Ange­les”. Ktokol­wiek pokusi się o inter­pre­tację “Bitwy o Los Ange­les” jako film o inwazji obcych ten sam prosi się o zawód. Nie jest to bowiem ani film o obcych ani o ich spotka­niu z ludź­mi. To klasy­czne kino wojenne, którym ele­ment przy­byszy z kos­mo­su pojaw­ia się z dwóch powodów. 

Po pier­wsze amerykanie mają już dość filmów wojen­nych dzieją­cych się z koniecznoś­ci na pustyni, a ponieważ nie chcą oglą­dać filmów dzieją­cych się w cza­sie II wojny świa­towej czy w Wiet­namie to jedynym sposobem by przed­staw­ić woju­jącego żołnierza amerykańskiego jest wymyślona inwaz­ja. No i to jedyny sposób by przed­staw­ić żołnierza amerykańskiego woju­jącego na rodzin­nej zie­mi. Prob­lem pole­ga na tym że jak pokazać inwazję bez wskazy­wa­nia placem na wro­ga — i tu właśnie z pomocą ponown­ie przy­chodzą obcy, którzy nie są ani muzuł­mana­mi, ani komu­nista­mi ani ter­ro­rys­ta­mi ani nie reprezen­tu­ją żad­nego nar­o­du czy nacji którą taki film mógł­by zraz­ić. Kos­mi­ci są więc po pros­tu wro­giem, stąd też w sum­ie nie wiele o nich wiado­mo i nie wyda­je się by sce­narzyś­ci szczegól­nie dopra­cow­ali przy­czyny dla których zde­cy­dowali się zaatakować nasz ląd. Nie bard­zo ich z resztą w filmie widać co aku­rat nie wyni­ka chy­ba z oszczęd­noś­ci ( efek­tów spec­jal­nych w filmie bard­zo dużo i część z nich naprawdę robi wraże­nie inne zaś robią wraże­nie tym że nie odci­na­ją się za bard­zo od “rzeczy­wis­toś­ci”) ale z fak­tu, że naprawdę nie musimy się im przyglą­dać. Sko­ro do nas strze­la­ja nie musimy im patrzeć w oczy. 
I do takiego właśnie spotka­nia oko w oko w filmie nie dochodzi. Wyda­je się z resztą, że w ostat­nich lat­ach spotkanie ludzi z kos­mi­ta­mi zostało odarte z pewnej niezwykłoś­ci czy nawet misty­cyz­mu. Kiedy Obcy najeżdżali ziemię w Dniu Niepodległoś­ci miało to pos­mak apokalip­sy — światła z nie­ba które niszczyło nas jak mrów­ki, ale w kinie po fil­mach takich jak Dys­trykt 9 najazd obcych to woj­na jak każ­da inna i nie ma tu cza­su na poz­nawanie obcych cywiliza­cji tylko trze­ba się odstrzeli­wać. Co do samej fabuły to opiera się ona na wypróbowanym schema­cie — gru­pa żołnierzy, lekko zróżni­cow­ana ( konieczny kilku min­u­towy wstęp pokazu­ją­cy ich wza­jemne relac­je, traumy, rodziny i postawy) ale bez prze­sady bo w toku akcji i tak nie będziemy mieli szan­sy dokład­nie śledz­ić konkret­nych bohaterów ( zwłaszcza że wszyscy ubrani są co jasne tak samo) ma wykon­ać mis­ję która wiąże się z koniecznoś­cią przemieszczenia się z punk­tu A do punk­tu B. 
Spośród wszys­t­kich bohaterów coś na ksz­tałt charak­teru ma jedynie sierżant który jest odważny, prawy i inteligent­ny ( jak każdy amerykańs­ki sierżant w fil­mach chwalą­cych armię) rzecz jas­na jest bohaterem mimo woli — co jest abso­lut­nie jasne bo tylko ktoś kto nie chce ratować świa­ta ura­tować go może ( wedle Hol­ly­woodzkiej logi­ki). Obsadze­nie w roli sierżan­ta Arrona Eck­har­ta ma sens bo tego akto­ra wyróż­ni­a­ją jedynie piękne oczy i w sum­ie tylko je w tym niezwyk­le rozdy­gotanym i zakur­zonym filmie widać. 
Co do resz­ty fil­mu to wyko­rzys­tu­je on prak­ty­cznie wszys­tkie znane wid­zowi schematy kina wojen­nego ( będziemy mieli więc bied­nych cywili, łka­jące dzieci, obiet­nice składane na polu bitwy, najlep­szych przy­jaciół i prawdzi­we poświęce­nie). Skąd więc sukces fil­mu ( ten kasowy bo o artysty­cznym raczej nie ma co mówić) sko­ro nie wnosi nic nowego poza tym że nie ataku­ją nas Arabowie tylko Obcy? 
To proste — film wojen­ny jest tym gatunkiem na który zawsze jest zapotrze­bowanie zwłaszcza w USA gdzie wielo­let­nie budowanie patri­o­tyz­mu, dumy nar­o­dowej oraz sza­cunku i przy­wiąza­nia do Armii potrze­bu­je jakiegoś ujś­cia. Amerykańs­ki widz chce zobaczyć dziel­nych hon­orowych żołnierzy pokonu­ją­cych wro­ga. A sko­ro w real­nym świecie USA Army raczej sta­bi­lizu­je niż wygry­wa a i ta sta­bi­liza­c­ja idzie im śred­nio to nie trud­no się dzi­wić że skopanie tyłków obcym musi widzów cieszyć. 
Co więcej jak zwierz pode­jrze­wa zna­ją­cy mias­to Los Ange­les ( a tych w krainie snów na kopy więc sce­nar­iusz pewnie łat­wo było przepch­nąć) musi baw­ić oglą­danie na filmie wojny o ich rodzinne mias­to ( nie mają wszak takich wspom­nień czy wiz­ji jak mieszkań­cy Warsza­wy więc obrona mias­ta nie kojarzy im się ze strata­mi lud­noś­ci cywilnej i zniszczeni­a­mi ale z najwięk­szą odwagą) — choć zwierz aut­en­ty­cznie nie wie po co wal­czyć o takie brzy­d­kie mias­to. 
Zwierz przeczy­tał z okazji tego fil­mu wiele recen­zji pod­kreśla­ją­cych istot­ny wątek najaz­du obcych. Jed­ni są zach­wyceni że obcy zachowu­ją się jak ludzie, inni kręcą nosem bo obcy zachowu­ją się jak ludzie. Zwierz widzi­ał film i może was zapewnić, że żad­nych kos­mitów tam nie ma — są tam nasi i ci drudzy i naprawdę nie ma znaczenia skąd przy­byli.

Ps: Zwierz odkrył nową kliszę fil­mową — w fil­mach zaczęła się zgod­nie z równouprawnie­niem pojaw­iać dziel­na żołnier­ka jed­nak niema zawsze owa dziel­na żołnier­ka jest latynoską. Zwierz nie wie skad przeko­nanie że tylko latynos­ki chcą strze­lać do ludzi ale wyraźnie jest ono powszechne wśród sce­narzys­tów.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy