Home Ogólnie Skok z trzeciego piętra do szklanki wody czyli dwa słowa o kaskaderach

Skok z trzeciego piętra do szklanki wody czyli dwa słowa o kaskaderach

autor Zwierz

Hej

            Zwierz przy­pom­i­na sobie jak kiedyś oglą­da­jąc komen­tarz do pewnego fil­mu słuchał akto­ra który sce­ny akcji komen­tował w sposób następu­ją­cy ” W tym uję­ciu jestem ja, w tym uję­ciu jestem ja, w tym uję­ciu jest kaskad­er, w tym uję­ciu jestem ja,w tym uję­ciu jest kaskad­er” — zwierz wysłuchi­wał tej dość powiedzmy sobie szcz­erze monot­on­nej litanii z olbrzymim zaciekaw­ie­niem. Wynikało bowiem z niej, że w filmie akcji mniej więcej na równi powin­no się obok siebie wymieni­ać akto­ra i kaskadera zastępu­jącego go w trud­nych sce­nach. Bo i ich obec­ność na ekranie rozkła­da się po równo. Co więcej wielu widzów było by zaskoc­zonych jak częs­to kaskad­er zastępu­je akto­ra nawet w teo­re­ty­cznie zupełnie nie groźnych sce­nach ( o ubez­pieczeniowych powodach takiego postępowa­nia nieco dalej we wpisie). Wys­tępy kaskader­skie mimo, że w dużym stop­niu anon­i­mowe ( konia z rzę­dem temu kto potrafi wymieni­ać nazwiska kaskaderów z równą łat­woś­cią co nazwiska aktorów) sta­ją się dziś dla fil­mu zjawiskiem zarówno kluc­zowym jak i prob­lematy­cznym. 
           Dlaczego kluc­zowym? Tu chy­ba zwierz niko­go nie będzie zaskaki­wał — współczesne kino opiera się na przekracza­niu granic tego co możli­we a zwłaszcza w pokazy­wa­niu ludz­kich możli­woś­ci. Co raz trud­niejsze wyma­ga­jące pode­j­mowa­nia co raz więk­szego ryzy­ka sek­wenc­je są niemalże ele­mentem obow­iązkowym pro­dukcji pop­u­larnych — nie zmieniła tego nawet ani­mac­ja kom­put­erowa która wciąż jeszcze daje efekt mniej “real­ny” ( bo o real­izmie w przy­pad­ku więk­szoś­ci sek­wencji mowy być nie może stąd cud­zysłów) niż prawdzi­wy człowiek próbu­ją­cy nie zro­bić sobie krzy­wdy robiąc coś co ewident­nie prowadzi do zro­bi­enia sobie krzy­wdy.

           Co więcej z popisa­mi kaskader­ski­mi jest jak z efek­ta­mi spec­jal­ny­mi — stanow­ią samo nakrę­ca­jącą się spi­ralę niekoniecznie opowiada­jącą zapotrze­bowan­iom widza. Jeśli jeden film prze­sunie granicę niebez­piecznoś­ci wykony­wanych trików następ­ny będzie się starał go prze­bić nawet jeśli trud­niejsze akrobac­je nie mają więk­szego sen­su z punk­tu widzenia fabuły.              Skąd więc prob­lematy­czność ele­men­tów kaskader­s­kich? Tu wchodzi cały kom­pleks prob­lemów wynika­ją­cy z fak­tu, że w ostat­nich lat­ach ( i mowa tu raczej o ostat­niej dekadzie) pojaw­iło się zapotrze­bowanie ( chęt­nie z resztą speł­ni­ane przez gwiazdy) by popisy kaskader­skie w filmie wykony­wał sam aktor. Wyni­ka to chy­ba z pewnego dość z resztą para­noicznego przeko­na­nia że gdy w sce­nie akcji widz­imy kaskadera to mamy do czynienia z oszust­wem i robi­e­niem czegoś na niby. My zaś jako wid­zowie chce­my widzieć naszego akto­ra który naprawdę rzu­ca się z 110 pię­tra budynku i dzię­ki zła­pa­niu się lin­ki przeży­wa. Oczy­wiś­cie to naprawdę jest wielką ściemą bo budynek nigdy nie ma 110 pięter nasi aktorzy podob­nie jak kaskaderzy obwiązani są setka­mi lin zabez­piecza­ją­cych i właś­ci­wie najbardziej narażeni są na jak­iś typowo sportowy uraz niż utratę życia. Ale nie zmienia to fak­tu, że dziś chce­my wierzyć, że aktorzy są właś­ci­wie zdol­ni do wszys­tkiego — stąd nie lubimy dopuszczać do siebie myśli, że ciężką fil­mową pracę pozostaw­ia­ją swoim anon­i­mowym zastęp­com ( w ogóle wyda­je się że nie lubimy w kinie anon­i­mowoś­ci, zastępstw i jakichkol­wiek iluzji których może­my być świado­mi)

     Wyda­je się że te nowe wyma­gania wzglę­dem gwiazd wynika­ją z coraz więk­szej zna­jo­moś­ci kuch­ni fil­mowej. Póki nie uświadomiono nam jak symu­lu­je się efekt jazdy na koniu akto­ra który kon­no jeźdz­ić nie potrafi, jak dzię­ki mon­tażowi przekonu­je się nas że ktoś kto nie potrafi grać na fortepi­anie jest wirtuozem gdy w końcu dzię­ki dość dokład­nym repor­tażom o robi­e­niu fil­mu poz­nal­iśmy w pełni rolę kaskadera ( nawet w sce­nach pozornie nie groźnych) pojaw­ił się w nas bunt. Bunt dzi­wny bo wymusza­ją­cy na czymś całkowicie zmyślonym by było jak najbardziej realne.
        Tyle jeśli chodzi o prob­lematy­czność wynika­jącą z naszego dość ciekawego postrze­ga­nia iluzji. Ale aktorzy wykonu­ją­cy własne popisy kaskader­skie to olbrzy­mi prob­lem finan­sowy z którego wielu widzów nie zda­je sobie sprawy. Reży­seru­ją­cy drugą część “Mis­sion Impos­si­ble” John Woo ponoć o mało nie dostał zawału gdy obser­wował jak gwiaz­da fil­mu Tom Cruise wisi sobie na skalnej półce bez żad­nych zabez­pieczeń pod­czas wykony­wa­nia popisu kaskader­skiego do pier­wszej sce­ny fil­mu. Nie moż­na mieć złudzeń że Woo bał się o swo­jego akto­ra ale tak naprawdę to o zawał musi­ała go przypraw­ić wiz­ja tego co by się stało gdy­by dziel­ny scjen­tolog doz­nał poważnego urazu albo nie daj boże się zabił. Film nie jest bowiem w stanie pow­stać bez swo­jej gwiazdy. Wiedzą o tym dokład­nie towarzyst­wa ubez­pieczeniowe które bard­zo dokład­nie dba­ją by w przy­pad­ku odpad­nię­cia głównego akto­ra z powodu zbyt ryzykownego popisu kaskader­skiego stu­dio nie dostało odszkodowa­nia. Między inny­mi dlat­ego ostat­nio jed­ny­mi z najpop­u­larniejszych aneg­dotek doty­czą­cych kręce­nia filmów są te w których reży­er każe coś zro­bić aktorowi po czym na planie pojaw­ia się przed­staw­iciel ubez­pieczy­ciela mówią­cy że po jego trupie i że ubez­piecze­nie takich faneberii nie pokry­je. Zazwyczaj zarówno aktor jak i reżyser z poko­rą przyz­na­ją mu rację by potem nagrać niebez­pieczną scenę wtedy gdy aku­rat przed­staw­iciela ubez­pieczal­ni nie ma na planie.
         Takie aneg­do­ty z reztą pokazu­ją coś co zwierz stara się tu zawsze ukazać to znaczy fakt iż film oprócz przed­sięwz­ię­cia artysty­cznego jest zawsze także olbrzymim przed­sięwz­ię­ciem finan­sowym i że efekt final­ny zawsze jest gdzieś na prze­cię­ciu interesów obu odpowiedzial­nych za niego grup.
         Ale wraca­jąc do naszych kaskaderów — aktorów. Zwierz zawsze się zas­tanaw­ia do jakiego stop­nia ten wysiłek ma sens. Zwierz nie raz słuchał w komen­tarzach, doku­men­tach z pro­duck­ji itp. o strasznej iloś­ci urazów jakiej nabaw­ili się aktorzy — nawet ci którzy wykony­wali pozornie najłatwiejsze wyczyny. Trud­no się dzi­wić — nie są prze­cież pro­fesjon­al­is­ta­mi więc choć nie braku­je im zapału częs­to braku­je im doświad­czenia. Co więcej aby wykon­ać nawet najprostrze akrobac­je ( jak np. pro­fesjon­al­na jaz­da samo­cho­dem w sza­lony sposób) muszą prze­jść dodatkowe tren­ing. Wszys­tko zaś po to żeby w chwili w której wid­zowi przyjdzie ocho­ta zro­bić stop­klatkę w cza­sie strasznie szy­bkiej ceny akcji zobaczył ich roz­mazaną twarz a nie twarz kaskadera.       
           Być może zwierz ma złe pode­jś­cie do sprawy ale uważa że zde­cy­dowanie lep­iej pozostaw­ić robi­e­nie sobie krzy­wdy na planie pro­fesjo­j­nal­is­tom. Oglą­da­jąc film jesteśmy prze­cież w innym świecie i jesteśmy zdol­ni uwierzyć abso­lut­nie we wszys­tko — i nawet jeśli zauważymy że między jed­nym a drugim uję­ciem nasz bohater jak­by tak nieco urósł i zmieniły mu się rysy twarzy to prze­cież  w tym konkrentm momen­cie oglą­da­nia fil­mu nadal jest on naszym bohaterem i nie ma znaczenia kto skacze z dwudzi­estego pię­tra budynku na dach budynku obok. Ostat­nim razem jak zwierz sprawdzał to się nazy­wało magia kina i może nie warto się jej tak zupełnie pozbaw­iać.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy