Home Góry Ponad gór omglony szczyt czyli zwierz górski cz.9 (i ostatnia)

Ponad gór omglony szczyt czyli zwierz górski cz.9 (i ostatnia)

autor Zwierz
Ponad gór omglony szczyt czyli zwierz górski cz.9 (i ostatnia)

Dziś pona­gle­nia mat­ki rodzi­ciel­ki wyry­wa­ją mnie ze snu w którym gło­su­ję nad nową ustawą o ochronie zdrowia. Nie wie zwierz kto ukła­da sce­nar­iusz jego snów ale czas przes­tać mu płacić. Dzisiejsze plany są naprawdę mało zaawan­sowane. Wszak kończy się urlop a wraz z nim wygasa nieco potrze­ba bicia reko­rdów tem­pa w pokony­wa­niu szlaków czy wyna­jdy­wa­nia nowych niez­nanych nam wcześniej dróf. Pozornie.

WP_20150815_001

Jeśli zwierz ma być z wami szcz­ery to w sum­ie nigdy nie był pod obser­wa­to­ri­um na Kasprowym — zawsze mu się gdzieś śpieszyło od sta­j­ci kole­j­ki

Staw­iamy się pod kole­jką na Kasprowy z odpowied­nim wyprzedze­niem ale okazu­je się, że w dzień świąteczny obow­iązu­ją surowe zasady więc do kole­j­ki wsi­adamy dopiero wtedy kiedy przy­chodzi nasz czas. Mat­ka rodzi­ciel­ka jest nad wyraz (niepoko­ją­co wręcz) spoko­j­na i zapew­nia zwierza że przy dzisiejszych planach prostego zejś­cia w dół nie ma się co śpieszyć i mamy w ogólne mnóst­wo cza­su. Zwierz musi przyz­nać, że dawno nie był tak zaniepoko­jony zachowaniem mat­ki rodzi­ciel­ki. Chy­ba jedynym bardziej niepoko­ją­cym zdaniem było­by coś w sty­lu „Tak tu są naprawdę piękne wido­ki posiedźmy tu 20 min­ut” (jak wiado­mo oglą­danie widoków powyżej pię­ciu min­ut jest zdaniem mat­ki rodzi­ciel­ki sprzeczne z naturą). Zwierz moc­no zaniepoko­jony cyka zdję­cia, uśmiecha się i ma wraże­nie, że może tego ostat­niego dnia zdarzył się cud i sza­cownej matce wysi­adła chęć marszu.

WP_20150815_004

Na szczy­cie moż­na zostać oce­nionym. Zwierz  poczuł się lekko zaniepoko­jony. Jeszcze nic nie zro­bił a już sędz­i­u­ją. Potem okaza­ło się że to na szczęś­cie tylko ultra­ma­ra­tończyków oce­ni­a­ją

Och jakie nai­wne są zwierze, och jakie przewidy­walne są sza­cowne mat­ki. Kiedy dochodz­imy do dro­gowskazu mat­ka rzu­ca okiem i pozornie sugeru­je (pozornie bo w sug­estii brz­mi coś podob­ne­go do rozkazu) że zami­ast po pros­tu iść w dół jak jacyś turyś­ci pójdziemy granią do przełęczy Lilowe. Zwierz który właśnie był zaję­ty przepy­ty­waniem pani w pomarańc­zowej kamizelce z napisem „sędzia” co tak właś­ci­wie się tu sędz­i­u­je (okazu­je się że ultra­ma­ra­ton granią tatr o którym jeszcze będzie) by odpowiedzieć na sug­estię czymkol­wiek innym niż skinie­niem głowy. Wszak sko­ro mat­ka rodzi­ciel­ka czu­je potrze­bę to zwierz jakoś automaty­cznie też potrze­bę powinien poczuć. Aby nad­miernie nie demo­ni­zować sza­cownej mat­ki, zwierz musi stwierdz­ić że był to fenom­e­nal­ny pomysł. Wystar­czy ode­jść tylko kilka­naś­cie min­ut od Kasprowego a kra­jo­braz ofer­u­je wido­ki dla których warto pods­mażyć sobie łyd­ki i nieco szy­b­ciej odd­y­chać (kogo zwierz oszuku­je – dyszeć jak potępi­e­niec). Oto bowiem po pol­skiej stron­ie roz­cią­ga się widok niesamow­ity, mag­iczny i trud­ny do opisa­nia.

WP_20150815_007

Zwierz znów za matką. Taki los bied­nego zwierza. Obok pan co nierozważnie zszedł ze szk­lau dla zdję­cia. Ze szk­lau się nie schodzi. Nawet dla zdję­cia

W dole widać bowiem nie tylko dolinę Gąsieni­cową, z niewielką dymiącą chatką czyli Murowańcem ale przede wszys­tkim widać jezio­ra. Najwięk­sze z nich oglą­dane z góry wyda­je się najpierw zupełnie nieczarne i ponure. Dopiero kiedy zejdzie się nieco niżej widać, że ma ono inten­sy­wnie turku­sową bar­wę, która koło brzegów prze­chodzi do żółtego – jak zwierz pode­jrze­wa tam na dnie muszą być białe kamie­nie. Jed­nak najpiękniejszy widok roz­tacza się przed oczy­ma zwierza w chwili w której ciem­na chmu­ra powoli prze­suwa się nad jeziorem i czerń ustępu­je miejs­ca kolorowi w prze­ciągu kilku min­ut. Kiedy zwierz odry­wa w końcu wzrok od tego spek­tak­lu i patrzy przed siebie w kierunku Świni­cy widzi jedynie ciemne skaliste szczy­ty i jas­ną drogę prowadzącą ku nim granią. W tym jed­nym momen­cie dzi­w­er chęt­nie ruszył­by tym jas­nym szlakiem przed siebie, żeby znaleźć się w tym ciem­nym miejs­cu które tak ciąg­nie. Pow­strzy­mu­ją go trzy rzeczy. Przede wszys­tkim mat­ka rodzi­ciel­ka która zwraca uwagę, że zwierz ma skłon­ność do omdleń, po drugie pogo­da zaczy­na się nieco psuć, no i najważniejsze – czar chwili czarem chwili ale nie ma wąt­pli­woś­ci że tam dalej jest pod górę. I to bard­zo. Zwierz może być zau­roc­zony ale nie jest sza­lony.

WP_20150815_009

A w dole takie piękne jezio­ra. Zwierz uwiel­bia jak w górach widać wodę. Ale to chy­ba trochę motyw prze­wod­ni wyjaz­du

Zaled­wie kil­ka min­ut po tym jak zaczy­namy dość ostro schodz­ić w kierunku Doliny Gąsieni­cowej, zaczy­na padać. Deszcz górs­ki wywołu­je w człowieku zupełnie inną reakcję niż deszcz w niz­inach. Oto bowiem moż­na na siebie założyć kosz­marnie brzy­d­ką plas­tikową, jed­no­ra­zową pel­erynkę w której zwierz i mat­ka wyglą­da­ją mniej więcej jak kras­nolud­ki. Pel­ery­na grze­je ale trze­ba przyz­nać, że ani jed­na kro­pla nie jest się w stanie przez nią prze­bić. Ten idio­ty­czny strój spraw­ia, że nagle deszcz sta­je się jakąś dzi­wną przy­godą. Wyz­wole­nie jakie daje wyglą­danie abso­lut­nie idio­ty­cznie (serio zwierz wyglą­da jak­by chci­ał być smer­fem) spraw­ia, że deszcz z uciążli­wego sta­je się może nie zabawny (trze­ba wszak pil­nować kroku by nie pośl­izgnąć się na mokrych kamieni­ach) ale spraw­ia, że atmos­fera wyciecz­ki się zmienia. Mimo, że przez pewien czas po pros­tu pada moż­na się niemal poczuć jak­by wal­czyło się z naturą. Cała zabawa kończy się jed­nak kiedy słyszymy głuchy pom­ruk gro­mu. I ponown­ie, burza której zwierz boi się w niz­inach ale która nie stanowi jakiegoś więk­szego zagroże­nia w górach sta­je się powo­dem by przyśpieszyć kroku i porzu­cać dal­sze plany.

WP_20150815_028

Kiedy w górach pogo­da się psu­je widać czysty Mor­dor. 

Na całe szczęś­cie zbliża się nasze Riven­dell czyli schro­nisko w Murowańcu które widać z dale­ka a sły­chać w całej dolin­ie. Głównie za sprawą mokrych zzi­a­janych i gna­ją­cych ultra­ma­ra­tończyków którzy kie yd pad­nię­ci dopad­ną schro­niska są witani brawa­mi i entuz­jasty­czny­mi okrzyka­mi. Zwierz ich podzi­wia – trasa ma 75 kilo­metrów. Z drugiej strony – serio jak bard­zo trze­ba mieć nie po kolei w głowie żeby biec 75 kilo­metrów przez góry. W samym Murowańcu deszcz i nad­chodzą­ca burza spraw­ia­ją, że zwyk­le turysty­cz­na atmos­fera sobot­niego spaceru zamienia się w coś zde­cy­dowanie bardziej charak­terysty­cznego dla gór. Stłoczeni w jed­nej sali turyś­ci czeka­ją aż pogo­da się zmieni – albo lunie albo się wypogodzi. Plany się zmieni­a­ją, mapy lądu­ją na stołach, a herbatę pije się w iloś­ci­ach prze­mysłowych. Obok zwierza i sza­cownej mat­ki sia­da rodz­i­na z dwiema córka­mi i już po chwili wymieni­amy się doświad­czeni­a­mi z wycieczek górs­kich i z niechę­cią patrzymy na grupę która zarez­er­wowała niewielką salkę i ter­az niegrzecznie przepy­cha się do niej jak­by schro­nisko należało tylko do nich. Takie spotka­nia w schro­niskach zdaniem zwierza są jed­nym z powodów dla których warto się męczyć, wcześnie rano wstawać i bie­gać po górach. Zwierz nie zna wielu innych miejsc gdzie ludzie tak łat­wo naw­iązu­ją kon­tak­ty. A tu – sko­ro wszyscy czekamy na deszcz właś­ci­wie nie musimy się znać by poroz­maw­iać.

WP_20150815_029

Widzi­cie ten niewiel­ki domek po lewej? To Murowaniec widziany ze ścież­ki prowadzącej doń od drugiej strony

Burza prze­chodzi bok­iem mocząc tych którzy wybrali się wczo­raj na Giewont. Sza­cow­na mat­ka i zwierz rusza­ją w kierunku Kuźnic tym razem drogą którą ostat­nio wchodz­iły. Idą dość wol­no bo do listy licznych kon­tuzji zwierz może dopisać jeszcze fakt, że coś sobie zro­bił z kostką i boli go przy każdym stąp­nię­ciu. Kon­tuz­ja nie jest duża ale jeśli doliczy się do tego z natu­ry wolne tem­po schodzenia zwierza (cud nad cud­a­mi ‑w górę zwierz gna w dół się wlecze) dochodz­imy do koń­ca wyciecz­ki w godzinie zde­cy­dowanie obi­ad­owej. Wychodząc z parku nar­o­dowego – do którego nie wró­ci wcześniej niż za rok, zwierz zas­tanaw­ia się co takiego jest w górach. Zwierz jest bowiem, podob­nie jak dwie dziew­czyn­ki spotkane w schro­nisku, pewien, że mimo całego marudzenia chci­ał­by tu w przyszłym roku wró­cić. Ostate­cznie zwierz dochodzi do wniosku, że wszys­tko w górach jest takie dobre, bo jest inaczej. Gdzieś tam na szlaku ist­nieje mag­icz­na grani­ca, za którą nie mają prawa prze­jść zmartwienia z dołu. Człowiek tego nawet nie zauważa, ale pomiędzy jed­nym a drugim ciężkim odd­echem, i przek­leńst­wem for­mułowanym pod adresem sza­cownych matek, zapom­i­na się o rzeczach zwyk­le spędza­ją­cych sen z powiek. Inter­net i jego spory wyda­ją się tu równie odległe co najwyższe szczy­ty, głos poli­tyków jakoś się tu rozmy­wa a żaden szef nie ma tu zasięgu. Może to za sprawą prostego fak­tu – wskazanego przez sza­cowną matkę rodzi­cielkę – że w górach widzi się, że są one wiecznie, w prze­ci­wieńst­wie do wszys­t­kich codzi­en­nych zmartwień właś­ci­wych nizinom. A może nie ma w tym magii i metafizy­ki a jest zwykłe zmęcze­nie i wysiłek które skutecznie odcią­ga­ją uwagę od spraw mniej ważnych niż kole­jne kro­ki w górę. Nieza­leżnie od tego jaką inter­pre­tację przyjmiecie pewne jest, że dla zachowa­nia higieny psy­chicznej należy raz na jak­iś czas jeźdz­ić w góry . Nawet jeśli opłatą za lecze­nie jest łaże­nie pod górę.

11904057_10205661184183769_2279365314660625121_n

Zwierz na sza­lku uda­je kras­nolud­ka

Wiec­zorem kiedy siedz­imy w naszej PRLowskiej kna­jpie przy hotelu i grzecznie (bo jutro podróż) popi­jamy herbatę zami­ast piwa, licznik wskazu­je 16 kilo­metrów. Zwierz dał­by głowę że przeszedł zde­cy­dowanie więcej. Choć nie powinien narzekać, z nie znanych powodów krokomierz sza­cownej mat­ki zwierza pokazał dziś że przeszła ona tylko kilka­dziesiąt kroków a czas jej wysiłku wynosił zaled­wie pięć min­ut. Mat­ka zwierza obraża się na swój krokomierz i grozi mu że go odin­stalu­je. Tym­cza­sem krokomierz ma jak najbardziej rację. Zwierz jest praw­ie pewny, że krokomierz odkrył sekret sza­cownej mat­ki zwierza i nie policzył jej kroków nie wyma­ga­ją­cych od niej żad­nego wysiłku. Co z tego, że łaz­iła przez pięt­naś­cie kilo­metrów jak najwyraźniej w cza­sie całej wyprawy zmęczyła się tylko przez pięć min­ut log­iczne!

WP_20150815_013

Jakoś tak dzi­wnie z tych gór wyjeżdżać.

Wal­iz­ki spakowane i chcąc nie chcąc zwierz musi opuś­cić Zakopane. Jutro pewnie będzie miał na sobie już nor­malne ciuchy, które wcale nie nada­ją się na górskie wyciecz­ki (ale zwierz dobrze w nich wyglą­da), a buty za kostkę wylą­dowały w tor­bie. Jeszcze trochę i zwierz nie będzie miał w zasięgu wzroku żad­nej góry, a za kil­ka dni zapom­ni, że ist­nieje inne w górę i w dół niż to pokony­wane w jego bloku windą. Kto wie, może to jest dobry sposób. Schować górskiego zwierza głęboko w sobie. Niech śpi zan­im znów będzie potrzeb­ny. Sza­cow­na mat­ka narze­ka trochę, że niby tyle dni byłyśmy a właś­ci­wie nigdzie nie weszłyśmy. Zwierz ma nadzieję, że to tylko sza­cownej mat­ki tryb górs­ki. Tym­cza­sem na razie, zwierz idzie cichaczem na zawsze wyłączyć matce krokomierz.

Ps: Burze i gromy to nic, zwierz dziś po raz pier­wszy od początku wyprawy zjadł mię­cho! I To jakie stek! Ale niech to nie będzie dla was najwięk­szą rewelacją. Stek kosz­tował 29 zł. Jeśli zwierz nie doży­je jutra wiecie z jakiego powodu zszedł.

Ps2: Co do ultra­ma­ra­tończyków to cienkie bol­ki, ludzie ze schro­niska w Murowańcu opowiadali że tydzień temu natknęli się na takich co po Beskidzie bie­gali 90 kilo­metrów. Źle się dzieje w państ­wie Pol­skim,

8 komentarzy
0

Powiązane wpisy