Home Film Przygoda z dawna oczekiwana czyli Hobbit robi dwa kroki Tam

Przygoda z dawna oczekiwana czyli Hobbit robi dwa kroki Tam

autor Zwierz

 

Hej

 

 

Zaczni­jmy jak na spowiedzi od kilku koniecznych deklaracji. Zwierz przeczy­tał Wład­cę Pierś­cieni kil­ka razy (choć Powrót Króla więcej razy niż Drużynę Pierś­cienia, ponieważ zwierz ma wewnętrzne skłon­noś­ci do zakończeń i spory dys­tans do początków). Hob­bita zna od dziecińst­wa to znaczy od cza­su kiedy ojciec zwierza przeczy­tał mu go z poczu­cia rodzi­ciel­skiego obow­iązku — zwierz czy­tał potem Hob­bita nie raz, a także wysłuchał go kiedy ojciec  czy­tał książkę młod­sze­mu bratu zwierza. Po raz ostat­ni zwierz sięgnął po Hob­bita wczo­raj przed­połud­niem by przy­pom­nieć sobie i mieć świeżo w głowie te kilka­dziesiąt stron, które znalazły się w pier­wszym  filmie na jego pod­staw­ie. Niem­niej zwierz musi wam wyz­nać, że do znaw­ców Tolkiena daleko mu stras­zli­wie. Sil­mar­il­lion okazał się dla zwierza lek­turą, która choć ciekawa nie pozostaw­iła w głowie zwierza zbyt wielu infor­ma­cji (z resztą podob­nie skończyło się dla zwierza czy­tanie Bib­lii ).  Choć skusiły go Dzieci Huri­na to jed­nak nigdy nie sięgnął po Niedokońc­zone opowieś­ci — i to nie tylko dlat­ego, że nie przepa­da za tek­sta­mi, których autor nie skończył i nie opra­cow­ał sam ( może stąd dys­tans do Sil­mar­il­lionu) ale dlat­ego, że właś­ci­wie nigdy nie był ciekaw wszys­t­kich mean­drów losów Śródziemia.  Te zresztą i tak poz­nał — z drugiej ręki — jako że zawsze otacza­li go ludzie (czy zwierz wspom­ni­ał, że ojciec przeczy­tał mu też całego Wład­cę Pierś­cieni?), którzy mieli na punkcie Tolkiena lekkiego hopla. Paradok­sal­nie ta dale­ka od fas­cy­nacji sym­pa­tia do Tolkiena czyni ze zwierza chy­ba najlep­szego możli­wego widza kinowych adap­tacji prozy ang­iel­skiego pis­arza.

 

 

 

 Gdy­by Gan­dalf zapukał do zwierza, ten zapewne by się zgodz­ił choć nie na goszcze­nie kras­noludów — nie zmieś­cili­by się.

 

 

Widzi­cie, zwier­zowi nie przeszkadza. Praw­ie nic zwier­zowi nie przeszkadza — ani dopisy­wanie, ani ode­j­mowanie scen, przestaw­ian­ie wydarzeń czy wkładanie obec­nych w książce kwestii w cud­ze usta. Zwier­zowi to nie przeszkadza bo od fil­mu bardziej niż odd­a­nia treś­ci książ­ki (serio zwierz doskonale wie jak powin­na wyglą­dać adap­tac­ja Hob­bita bo prze­cież cały film miał w głowie ilekroć czy­tał książkę) zależy mu na odd­a­niu jej ducha. Jed­nocześnie zwierz godzi się na pewne ustępst­wa wynika­jące z prostego fak­tu. Otóż jeśli zajrzy­cie do kore­spon­dencji Tolkiena z wydaw­cą i ze zna­jomy­mi (oczy­wiś­cie zwierz takie rzeczy czy­ta, bo zwierz jest ciekawy kulis pow­stawa­nia każdego dzieła) to przekona­cie się, że autor nie był z początku pewien sukce­su swo­jej his­torii i z całą pewnoś­cią nie wiedzi­ał jeszcze dokład­nie co będzie dalej. Ot napisał książkę, będącą jak się miało potem okazać dość niewin­nym wstępem do  prawdzi­wego epo­su, który miał otworzyć czytel­nikom oczy na wspani­ały świat wyobraźni auto­ra.  Jeśli czy­tamy książ­ki w odpowied­niej kole­jnoś­ci, niewiel­ka skala Hob­bita wyda­je się nat­u­ral­na — przy­go­da, która w sum­ie przy­pad­kiem zaplą­tała Hob­bitów z Bag Endu w najważniejszą roz­gry­wkę w dzie­jach Śródziemia. Od małego do dużego — taka kole­jność wcale nas nie razi. Prob­lem pole­ga na tym, że tu kole­jność jest odwrot­na — widzieliśmy już Riven­dell (a każdy może po raz pier­wszy wejść do Riven­dell tylko raz), Bramy Morii, Bitwę o Hel­mowy Jar i star­cie pod mura­mi Minas Tirith.  Wiz­ual­nie ale i w pewien sposób men­tal­nie trud­no ter­az powró­cić do tej prostej przy­gody, w której chodz­iło jed­nak przede wszys­tkim o zło­to. Stąd też zwierz nie dzi­wi się ani wprowadza­niu ele­men­tów zapowiada­ją­cych to co dopiero się ma wydarzyć (z resztą z tego co zwierz czy­tał Tolkien sam chci­ał takie ele­men­ty wprowadz­ić), ani też zwięk­sza­niu skali fil­mu (strasznie się te gob­liny nam­nożyły. Zwierz może doda tutaj odnosząc się do dyskusji, że dość zróżni­cow­ana brzy­do­ta gob­linów i orków nigdy nie zaprzą­tała jego głowy.) — tak by Hob­bit nie odstawał za bard­zo od tego do czego przy­wyk­liśmy. Zwierz wie, że to oburza wielu fanów, ale zwierz patrzy na to raczej z punk­tu widzenia  serii fil­mowej niż książek (zwierz uważa że spoko­jnie moż­na to rozdzielić).  Zresztą (zwierz bła­ga by pow­strzy­mać się od uwag złośli­wych) o ile Wład­ca Pierś­cieni to arcy­dzieło to jed­nak po Hob­bice bard­zo widać, że po pier­wsze to pier­wsza książ­ka auto­ra a po drugie że wyko­rzys­tu­ją­ca schemat nar­racji książek dla dzieci. Tym­cza­sem fil­mowy Hob­bit nie jest filmem dla dzieci.

 

 Zdaniem zwierza takie kar­ty powin­ni roz­dawać wszys­tkim do biletów

 

Stąd też trze­ba przyz­nać, że Hob­bit Jack­sona jest od książ­ki inny. Przede wszys­tkim trze­ba było znaleźć kras­nolu­dom nieco inną motywację wyprawy pod górę. Dum­ny Thorin i jego druży­na wypraw­ia­ją się więc nie tyle po zło­to ale po utra­coną ojczyznę, dom bez którego kras­noludzie plemię wyg­nane z Morii i spod Góry nie ma się gdzie podzi­ać (stąd też his­torię przy­by­cia Smau­ga poz­na­je­my na samym początku i na samym początku zwierz mógł sobie pis­nąć na widok  Thran­duila) . Zwierz musi przyz­nać, że mu ta zmi­ana nie przeszkadza, zwłaszcza, że zabi­janie smo­ka dla innej chę­ci niż zysk wyda­je się zwier­zowi bard­zo dobrym posunię­ciem.  Ta zmi­ana celu wyprawy, zmienia też sta­tus Tho­ri­na. O ile w  książce (przy­na­jm­niej w samym jej początku) właś­ci­wie nie wykazu­je zbyt wielu cech charak­teru poza dumą i dys­tansem, o tyle w filmie sta­je się pewnym odpowied­nikiem Aragor­na —  pozbaw­ionym tronu królem prag­ną­cym przy­wró­cić  siedz­ibę swoim ludziom, o których dba i których dobro leży mu na ser­cu.   I trze­ba przyz­nać, że to Thorin fas­cynu­ją­cy i uza­sad­ni­a­ją­cy po częś­ci dlaczego Bil­bo wyb­ie­ga z domu nie biorąc ze sobą nawet chus­tecz­ki do nosa (zwierz prag­nie tu stwierdz­ić, że uścisk jakim na końcu fil­mu obdarza Bil­ba nie wyda­je mu się abso­lut­nie wyjś­ciem z charak­teru postaci).  Gra­ją­cy go Richard Armitage będzie dla sze­rok­iej wid­owni chy­ba równie wspani­ałym odkryciem do Vig­go Mortensen w cza­sach LOTR. Nie dość że patrzy się na niego przy­jem­nie (oj bard­zo przy­jem­nie) to jeszcze z jego postaci bije taki hero­izm, że chcielibyśmy przez pół sean­su oglą­dać jak toczy niesamowite boje. Tylko mógł­by nieco mniej dra­maty­cznie krzy­czeć “No” choć nawet w tych pozornie nies­trawnie dra­maty­cznych sce­nach jego postać się borni.

 

 

 

 Dobra zwierz wie, ze może się naraz­ić ale jego zdaniem Thran­duil to pier­wszy elf który wyglą­da w ekraniza­c­jach Tolkiena tak jak zwierz wyobrażał sobie elfy. Na ekranie jakieś 10 sec.

 

 

Taki Thorin jest zresztą bard­zo potrzeb­ny bo zwierz studi­u­jąc książkę przed wyjś­ciem do kina zori­en­tował się, że właś­ci­wie kras­noludy są postacią wybit­nie zbiorową i Tolkien nie dba za bard­zo by obdarzyć je charak­terem.  W filmie co praw­da czyni się sporo wysiłku byśmy rozpoz­nali, który jest który i by każdy miał odpowied­nią ilość  scen i powied­zonek, ale dwanaś­cie niema jed­nakowych postaci to wróg każdego fil­mow­ca. Stąd bard­zo wyraźnie nakreślona postać Tho­ri­na pozwala prze­jść do porząd­ku dzi­en­nego, że po sean­sie jesteśmy w stanie bez pudła dopa­sować tylko kil­ka kras­nolud­kach imion do gra­ją­cych ich aktorów.  O Ile jeszcze  Kili, Fili czy Balin nie są trud­ni do wskaza­nia pal­cem (zwierz nadal uważa, że Kili jest za ład­ny ale nie będzie się skarżył bo zwier­zowi strasznie się podo­ba) o tyle zwierz nawet na tor­tu­rach nie powie, który to Ori czy Dori.  Nie jest to z resztą błąd fil­mu ani reży­sera, który jak może stara się różni­cow­ać kras­noludy — czy to bronią, ekwipunkiem lub zachowaniem. Ale dwanaś­cie równorzęd­nych postaci to coś bard­zo nie fil­mowego. Z Drużyną Pierś­cienia było łat­wo ze wzglę­du na różnicę ras — tu zaś podob­nie jak Gan­dalf raz na jak­iś czas musimy liczyć czy nikt się nam nie zgu­bił. Choć kto wie — czeka­ją nas jeszcze dwa filmy — może reżyser zaplanował jak­iś myk, który poz­woli nam spamię­tać kto jest kto.

 

 Oj tak Mar­tin jesteś.

 

               

Prze­mod­e­lowa­nia wyma­gała też nieco postać Gan­dal­fa — i to właśnie z tych samych powodów, o których zwierz wspom­ni­ał wcześniej. W Hob­bi­cie Gan­dalf jest ciekawym  miejs­ca­mi nieco aro­ganckim czar­o­dziejem, jed­nak w sum­ie nie wiemy o nim tego czego dowiedzieliśmy się później gdy okazał się być kim zde­cy­dowanie ważniejszym. Poza tym — Tolkien co chwila każe Gan­dal­fowi znikać i pojaw­iać się  w kry­ty­cznym dla przy­gody momen­cie — wyko­rzys­tu­jąc go więcej niż raz na zasadzie deus ex machi­na. W filmie takie rzeczy nie prze­jdą — a właś­ci­wie będą dużo bardziej raz­ić w oczy. Stąd też po pier­wsze — Gan­dalf od samego początku wyda­je się mieć zde­cy­dowanie szer­sze plany, po drugie fun­du­je się nam naradę w Riven­dell (zwierz odnosi wraże­nie, że to jest ten frag­ment który Tolkien chci­ał sam dopisać), no pozwala się mu wyliczyć wszys­t­kich czar­o­dziejów śródziemia. Z resztą postać Gan­dal­fa budowana jest tu trochę w kon­trze do sza­lonego Rada­gas­ta (zwier­zowi się taka inter­pre­tac­ja jaką pokazano w filmie podo­ba ale może dlat­ego, że gra go Sylvester McCoy) i przynudza­jącego Saru­mana (Christo­pher Lee na ekranie zawsze jest dobry!).  Zdaniem zwierza to nawet plus, bo jak wiemy Gan­dalf zawsze ma jak­iś więk­szy plan i w sum­ie jest to charak­terysty­czne dla tej postaci. Ian McK­ellen gra Gan­dal­fa z dobrze znaną z Wład­cy Pierś­cieni mieszanką Ironii i Powa­gi choć tu widz­imy Gan­dal­fa nieco bardziej beztroskiego co zdaniem zwierza jest zde­cy­dowanie na plus — McK­ellen z resztą chy­ba się lep­iej czu­je gra­jąc takiego psot­nego (to słowo przy­chodzi do glowy) Gan­dal­fa.

 

 

 Gdy­by Thorin nie był­by tak dobrze grany jego odwa­ga i powa­ga był­by miejs­ca­mi komiczne. Na szczęś­cie jest bard­zo dobrze grany.

 

                Zmienia się też odrobinę sam Bil­bo. Pisze zwierz odrobinę — bo wykazu­je się miejs­ca­mi więk­szą stanow­c­zoś­cią niż jego książkowy odpowied­nik (zwier­zowi podo­ba się, że to on wykazu­je się inic­jaty­wą w sce­nie z Trol­la­mi bo to pasu­je do postaci a w książce Bil­bo bard­zo dłu­go właś­ci­wie nic nie robi). Ale zdaniem zwierza Bil­bo pozosta­je najwierniej odd­aną postacią nie tylko w całym filmie ale — jeśli zwierz może sobie poz­wolić — we wszys­t­kich ekraniza­c­jach Tolkiena.  Olbrzymia w tym zasłu­ga Mar­ti­na Free­m­ana, który — zwierz nie zawa­ha się tego stwierdz­ić jest po pier­wsze jedynym możli­wym Bil­bo Bag­gin­sem (za mło­du, bo Ian Holm gra bard­zo dobrego starego Bag­gin­sa) po drugie znakomi­tym aktorem.  Free­man od daw­na grał prze­cięt­nego angli­ka, którego stać było na więcej.  Tolkien sporo mówi o odzy­wa­jącej się w bohaterze krwi Tuków ale jak zagrać ów dyso­nans pomiędzy umiłowaniem spoko­ju a chę­cią przy­gody. Łat­wo to opisać ale wyraz­ić już trud­niej. A Free­manowi wychodzi to doskonale, podob­nie jak doskonale wychodzi mu prz­er­aże­nie, zach­wyt nad Riven­dell i odwa­ga w ostat­nim star­ciu. Jed­nak prawdzi­wą perełką jest sce­na spotka­nia Bil­ba z Gol­lumem. Nie tylko dlat­ego, że to sce­na zagrana z doskon­ałym wyczu­ciem komiz­mu, zagroże­nia  i sza­leńst­wa (czy tylko zwierz optu­je za tym by w końcu dać Andy Serk­isowi Oscara za tą rolę i za wkład w his­torię kine­matografii?). Także dlat­ego, że Free­man gra w tej sce­nie coś co wyda­je się teo­re­ty­cznie zupełnie nie możli­we do zagra­nia. Jeśli pamięta­cie  w książce jest  sce­na, w której Bil­bo praw­ie zabi­ja sto­jącego na drodze do wol­noś­ci Gol­luma. Tolkien pisze tak ” Nagle — obok zgrozy — wyrozu­mi­ałość i litość wezbrały w ser­cu Bil­ba: objął myślą nie­zlic­zone, monot­onne dni bez światła, bez nadziej na jakąś poprawę losu, twarde kamie­nie, zimne ryby, ciągłe cza­je­nie się w mroku, szep­tane roz­mowy z samym sobą. W ułamku sekundy wszys­tko to ukaza­ło się jego wyobraźni. Zadrżał”.  Dla zwierza niesamowite jest to, że na ekranie widać — dokład­nie widać to co opisu­je  Tolkien. Free­man zmi­aną wyrazu twarzy, spo­jrze­niem odd­ał ten frag­ment w taki sposób, że żaden widz nie mógł mieć wąt­pli­woś­ci, że to litość biorą­ca się ze zrozu­mienia ciężkiego losu nieszczęs­nego Gol­luma.  Jed­nak nawet i bez tej sce­ny wyda­je się, że od początku nie było najm­niejszej wąt­pli­woś­ci, że Free­man będzie dobrym Hob­bitem. Są takie castin­gi, których się nie kwes­t­ionu­je tylko przyj­mu­je do wiado­moś­ci. I to był taki rzad­ki przy­padek.

 

 

Zwierz nie pamię­ta już kto, ale ktoś twierdz­ił, że Mar­tin ma dla każdej swo­jej postaci osob­ny sposób chodzenia. I rzeczy­wiś­cie coś w tym jest. Ogól­nie Hob­bit z niego ide­al­ny.

 

 

Niek­tórzy twierdzą, że film się dłużył. Zwierz abso­lut­nie nie jest w stanie się do tej grupy zapisać. Prawdę powiedzi­awszy  ucieszył go fakt, że film trwa dłu­go (choć sam tej dłu­goś­ci zupełnie nie poczuł) bo znalazł się czas i na trzy piosen­ki (szko­da że nie więcej bo chy­ba jed­ną pominię­to ale ta najważniejsza wypadła cud­own­ie), i na lekkie wydłuże­nie sce­ny z Trol­la­mi oraz na pewne wskazów­ki doty­czące tego co będzie się jeszcze dzi­ało (i dobrze bo np. wątek Czarnok­siężni­ka pojaw­ia się potem trochę za bard­zo niespodziewanie jeśli weźmiemy pod uwagę, kim Czarnok­siężnik się okazał). Oczy­wiś­cie część osób może nie lubi sze­ro­kich ujęć Nowej Zelandii ale zwierz nigdy nie należał i nie będzie należał do tej grupy. Zwierz mógł­by spędz­ić życie oglą­da­jąc sze­rok­ie uję­cia Nowej Zelandii. Najlepiej w Nowej Zelandii. Zdaniem zwierza pewien zawód jaki wiąże się dla wielu z tym filmem wyni­ka z fak­tu, że to naprawdę jest tylko mały frag­ment his­torii.  Choć bard­zo dużo i wartko się dzieje to jed­nak z punk­tu widzenia kon­strukcji fabuły rzeczy­wiś­cie dosta­je­my jedynie wstęp. A jak wiado­mo wstęp ma to do siebie, że nie zaw­iera najważniejszych ele­men­tów akcji. Zresztą zwierz musi szcz­erze przyz­nać, że uważa za spory błąd rozkładanie tego fil­mu na trzy lata — co najwyżej wyostrzy to wady pro­dukcji (to nie jest ide­al­ny film) ale przede wszys­tkim ukaże wid­owni, że to jest trochę wiele hała­su o nic tzn. skala wyprawy jest nierów­na do skali filmów. Gdy­by to były dwie częś­ci ta dys­pro­por­c­ja była­by mniej widocz­na (z resztą nie ukry­wa­jmy — Tolkien na tych 300 stronach z kawałkiem opisał więcej przygód niż na pier­wszych 300 stronach Wład­cy Pierś­cieni) . W każdym razie taki Hob­bit dla niko­go chy­ba nie stanie się ulu­bionym filmem bo nie speł­nia pod­sta­wowych założeń fabuły dają­cych wstęp rozwinię­cie i zakończe­nie. Do tego sam Tolkien nie zostaw­ił w książce wielu scen budu­ją­cych posta­cie co dość utrud­nia stworze­nie takich bohaterów, których chce­my oglą­dać nawet jeśli nie dzieje się nic niesamowitego (poty­cz­ki z orka­mi czy gob­li­na­mi to wszak nasz chleb powszed­ni).

 

 

 Zwierz nadal obsta­je że Kili jest za ład­ny na kras­nolu­da. Będzie nadal przy tym obstawał gapiąc się na to zdję­cie.

 

Dobra było miło ale ter­az czas na narzekanie. Zwierz bowiem postanow­ił iść obe­jrzeć  nie tylko film ale i wspani­ałe nowin­ki tech­niczne. O ile 3D w Hob­b­cie zwierza nie powala, ale mało co w tym względzie zwierza powala (stara zasa­da zwierza mówi, że film ma się sprawdz­ić zarówno w kinie jak i na kom­put­erze zwierza co inny­mi słowy oznacza, że zwier­zowi bardziej zależy na treś­ci niż formie) z resztą znów efekt najlepiej było widać na ani­mowanym logo wytwórni (ostat­nio to jakaś zasa­da). Nato­mi­ast 48 klatek na sekundę to zdaniem zwierza total­na pomył­ka.  Nie chodzi nawet o to, że rzeczy­wiś­cie zde­cy­dowanie lep­iej widać sztuczność niek­tórych deko­racji, a bohaterowie za moc­no odci­na­ją się od tła. Prob­lem pole­ga na tym, że film leci za szy­bko. Przez pier­wsze dziesięć min­ut zwierz miał wraże­nie jak­by ktoś usi­adł na pilocie i puszczał film na naj­wol­niejszym przyśpiesze­niu. Dla zwierza jakość odbioru fil­mu okaza­ła się nawet mniejsza niż więk­sza bo przy takim tem­pie fil­mu oko po pros­tu nie ma cza­su zatrzy­mać się na ele­men­tach  deko­racji — wszys­tko prze­latu­je za szy­bko i w sum­ie wiel­ki wysiłek włożony w wykre­owanie wspani­ałych obrazów przepa­da bo zwierz  odczuwał tylko dyskom­fort. W każdym razie zdaniem zwierza zde­cy­dowanie lep­iej było­by gdy­by pieniądze na przyśpieszanie fil­mu poszły na oświ­etle­niow­ców — ten film  jest miejs­ca­mi fatal­nie oświ­et­lony — nie chodzi o to, że jest ciem­no ale padanie światła jest zde­cy­dowanie sztuczne zaś zmi­ana między dniem a nocą odby­wa się zbyt szy­bko.

 

 

 Nie wszys­tkim podobał się wątek Rada­gas­ta ale zdaniem zwierza był dobrze zagrany i poprowad­zony i wcale nie na miejs­cu.

 

Niem­niej zwierz obsta­je przy tym co napisał już swoim czytel­nikom na face­booku.  Niedo­ciąg­nię­cia czy niekoniecznie dobre odstępst­wa od książ­ki (kami­enne olbrzymy były abso­lut­nie zbędne) są niczym w porów­na­niu z możli­woś­cią kole­jnej wyprawy do Śródziemia. Zwierz nawet nie jest wielkim fanem  fil­mowego LOTR (serio atak Domestosa w Powro­cie Króla bolał), więcej niek­tóre częś­ci uważa za strawne wyłącznie przy włąc­zonym komen­tarzu aktorów (nie widzi­ał LOTR kto nie widzi­ał LOTR z komen­tarzem). Nie jest też jak już wyz­nał ani wybit­nym ani nawet prze­cięt­nym Tolkienolo­giem. Ale daj­cie zwier­zowi kra­jo­brazy Nowej Zelandii, Muzykę Howar­da Sho­ra i bohaterów Tolkiena a w zwierzu budzi się marze­nie. Marze­nie o tym by wybiec z domu, nie wziąwszy kapelusza i chus­tecz­ki i udać się na przy­godę.  Tylko koniecznie by na jej końcu były elfy, smo­ki i jak­iś  drob­ny ele­ment biżu­terii, który będzie moż­na na pamiątkę zabrać do domu.

 

 

 Za to zwierz kocha ekraniza­c­je Tolkiena — za uczu­cie przy­gody towarzyszące wypraw­ie do kina.

    

Ps: Co do uwag pom­niejszych — muzy­ka jak zwyk­le przepięk­na — co więcej mnóst­wo wari­acji na tem­at znanych z Wład­cy Pierś­cieni ulu­bionych moty­wów zwierza — aż się sen­ty­men­tal­na łez­ka w oku krę­ci — nie za filmem ale za włas­ną młodoś­cią :P

 

Ps2: Zwierz jest zach­wycony tym jak pokazano atak Smau­ga nie pokazu­jąc smo­ka, choć zwierz musi przyz­nać, że pokazane w ostat­niej sce­nie oko wyglą­dało odrobinę za bard­zo kom­put­erowo.

  

Ps3: Kto wypa­trzył że Andy Serkis był na planie Hob­bita nie tylko Gol­lumem ale też Sec­ond Unit Direc­tor? Czyli kimś kto krę­ci wiele mniej znaczą­cych scen (np. frag­men­ty scen akcji) oraz dokręt­ki :)??

 

 Czy tym gifem zwierz powinien ter­az kończyć wszys­tkie wpisy (ten gif i inne nie są zwierza znalazł je na tum­blr)

 

1 komentarz
0

Powiązane wpisy