Home Film Tytuł tego postu nie jest nawiązaniem do żadnego dzieła popkultury czyli Zwierz o Ready Player One (bez spoilerów)

Tytuł tego postu nie jest nawiązaniem do żadnego dzieła popkultury czyli Zwierz o Ready Player One (bez spoilerów)

autor Zwierz
Tytuł tego postu nie jest nawiązaniem do żadnego dzieła popkultury czyli Zwierz o Ready Player One (bez spoilerów)

Mam dzi­wne przeczu­cie, że to będzie jeden z tych tek­stów po którym przyjdzie sporo osób tłu­maczyć mi, że się nie znam i nie zrozu­mi­ałam albo, że Rot­ten Toma­toes twierdzi inaczej. Cóż takie życie kiedy nie pała się miłoś­cią do tek­stu, który dla wielu jest syn­on­imem dobrej rozry­w­ki. Co nie zmienia fak­tu, że nic mnie nie pow­strzy­ma przed napisaniem wam jak złym filmem jest Ready Play­er One. Wpis przez niemal całość nie będzie zaw­ier­ał spoil­erów. Ale pod sam koniec pojawi się jeden (oznac­zony!) akapit ze spoil­erem – bo muszę omówić kwest­ię z zakończenia.

Zaczni­jmy od tego, że Ready Play­er One to bard­zo luź­na ekraniza­c­ja. To znaczy – pojaw­ia­ją się w niej ele­men­ty prze­jęte niemal jeden do jed­nego z ory­gi­nału ale np. pełnią w filmie zupełnie inną funkcję, albo pojaw­ia­ją się w innym kon­tekś­cie. Choć książkę i film łączy ten sam bazowy pomysł  — jest cyfrowy świat Oasis w którym ludzie spędza­ją więk­szość cza­su i trwa roz­gry­wka w której moż­na zdobyć kon­trolę nad całą tą wirtu­al­ną rzeczy­wis­toś­cią to w sum­ie – tu trochę podobieńst­wa się kończą.  Przede wszys­tkim dlat­ego, że zarówno świat przed­staw­iony, jak i motywac­je oraz sposób dzi­ała­nia bohaterów jest w obu tek­stach przed­staw­iony zupełnie inaczej. No i poza tym – nie da się ukryć – w filmie nie pojaw­ia się to co najważniejsze z punk­tu widzenia książ­ki – obsesyj­na fas­cy­nac­ja jed­ną dekadą kul­tu­ry.

 

W książce bohater miał dość paskud­ny charak­ter. W filmie rozwiązano ten pomysł tak — bohater nie ma charak­teru

 

Tak moi drodzy – jeśli czy­tal­iś­cie Ready Play­er One – albo czy­tal­iś­cie o tej książce to zapewne wiecie, że w samym cen­trum opowieś­ci zna­j­du­je się fas­cy­nac­ja auto­ra (i trochę z obow­iązku bohaterów) kul­turą pop­u­larną lat osiemdziesią­tych. Książ­ka jest w pewien sposób hoł­dem dla zjawisk w kul­turze pop­u­larnej które uksz­tał­towały młodych ludzi którzy w tym okre­sie przeży­wali swo­je for­ma­cyjne lata. Dzieje się tak między inny­mi dlat­ego, że autor książ­ki Ernest Cline – urod­zony w lat­ach siedemdziesią­tych, sam doras­tał w lat­ach osiemdziesią­tych i z sen­ty­mentem wspom­i­nał to co sam znał i lubił kiedy był nas­to­latkiem. Nieza­leżnie jak den­er­wu­ją­cy jest w książce sposób przed­staw­ienia tego jak zachowu­ją się fani, jest w tym pew­na spójność. Bohaterowie poz­na­ją kul­turę lat osiemdziesią­tych – niemalże jak kom­put­ery chłonąc infor­ma­c­je (i niczego nigdy nie zapom­i­na­jąc) bo twór­ca wyzwa­nia w Oasis — James Hal­l­i­day, podob­nie jak autor książ­ki też wychował się w lat­ach osiemdziesią­tych. Naw­iąza­nia – choć dość iry­tu­jące w swo­jej naturze, nie tylko są więc spójne ale też – pełnią niesły­chanie istot­ną rolę nar­ra­cyjną. Bez nich książ­ka nie ma sen­su bo książ­ka pow­stała po to by moż­na było te naw­iąza­nia wprowadz­ić i roze­grać. Tak więc są te naw­iąza­nia ale przy­pad­kowe nie ustruk­tu­ry­zowane i cza­sem zupełnie bezsen­sowne. W sum­ie najwięcej naw­iązań do lat 80 jest na plaka­cie.

 

Film zaw­iera dość den­er­wu­ją­cy wątek roman­ty­czny, który opiera się na tym że bohater musi się zakochać w imię imper­aty­wu roman­ty­cznego. Tzn. jest dziew­czy­na trze­ba się zakochać

 

Do tego rzeczy­wiś­cie w niek­tórych swoich aspek­tach książ­ka doty­ka tych zjawisk z kul­tu­ry pop­u­larnej które przez lata stały się niemal wyłącznie domeną fan­do­mu czy bardziej zaan­gażowanych geeków. Choć filmy John Hugh­e­sa są wciąż jeszcze istotne kul­tur­owo nawet dla młodzieży urod­zonej później niż data ich pow­sta­nia (choć nawet dla rówieśników Zwierza nie są już tak ważne jak dla dzieci­aków z lat osiemdziesią­tych) to na przykład granie w D&D- które było całkiem main­stremowe na początku lat osiemdziesią­tych dziś jest już domeną osób bardziej zaan­gażowanych w fan­dom (choć w sum­ie D&D oraz RPG przeży­wa ter­az całkiem ład­ny rene­sans). Dlaczego o tym piszę? Bo wyraźnie widać, że film za wszelką cenę stara się uniknąć naw­iązań zbyt nis­zowych i zbyt słabo rozpoz­nawal­nych. Co więcej – niekoniecznie chce się odwoły­wać do pop­kul­tu­ry z lat osiemdziesią­tych – bo dzisi­aj do kina idą dzieci­a­ki które niekoniecznie mają same jak­iś sen­ty­ment do gier na Atari, do papierowych RPG-ów, do gra­nia na automat­ach. Tak moi drodzy – film zde­cy­dował się odsunąć na dru­gi plan to co było najważniejsze – wielkie sen­ty­men­talne pochyle­nie się nad pop­kul­turą lat osiemdziesią­tych. Porzuce­nie tego pomysłu, że obiek­tem zain­tere­sowa­nia wszys­t­kich graczy jest tylko 10 lat kul­tu­ry, doprowadz­iło do tego, że naw­iąza­nia w filmie straciły jakąkol­wiek struk­turę, a także – funkcję.

 

Film nie zmienia wielkiej słaboś­ci ory­gi­nału. Źli są źli bo są źli.

 

No właśnie – ponown­ie – nieza­leżnie od tego jak bard­zo iry­tu­ją­ca była lek­tu­ra Ready Play­er One (mamy o tym odcinek Czy­tu Czy­tu) istotne było by bohaterowie znali pop­kul­turę na pamięć – to właśnie taka jej zna­jo­mość – zde­cy­dowanie bardziej zaan­gażowana niż prze­cięt­nego użytkown­i­ka pozwalała im prze­jść przez kole­jne wyzwa­nia. Oczy­wiś­cie, musieli znać twór­cę gry, ale najważniejsze było poz­nanie go przez pryz­mat jego upodobań. Dlat­ego nasz bohater spędzał godziny doskon­aląc się w gra­niu na automat­ach, czy­ta­jąc opinie Hal­l­i­daya na tem­at dzieł kul­tu­ry, w końcu zapamię­tu­jąc wszys­tkie dialo­gi jego ulu­bionych filmów, był w stanie prze­jść przez kole­jne wyzwa­nia. W filmie uznano jed­nak, że to jest mało atrak­cyjne ‑zami­ast tego, bohaterowie właś­ci­wie muszą znać jed­no – biografię i życie samego twór­cy gry. Kiedy idą do przepast­nego archi­wum kon­cen­tru­ją się przede wszys­tkim na tym by odt­warzać sobie nagrane w 3D sce­ny z życia auto­ra Oasis. Co ciekawe – twór­cy usunęli też motyw prze­wod­ni łączą­cy wszys­tkie wyzwa­nia. Ter­az niekoniecznie wiążą się one ze zna­jo­moś­cią jakiejkol­wiek kul­tu­ry np. pier­wsze wzy­wanie jest po pros­tu wyś­cigiem samo­chodowym, drugie wiąże się z udzi­ałem w filmie, ale zupełnie innym (i w sum­ie z per­spek­ty­wy książ­ki i ogól­nego fan­do­mu przy­pad­kowym), zresztą jego zna­jo­mość nie jest pod­stawą do zwycięst­wa, trze­cie wyzwanie naw­iązu­je do tego co jest w książce – ale wciąż – nie jest obu­dowane tylo­ma mniejszy­mi zada­ni­a­mi wyma­ga­ją­cy­mi odpowied­niej wiedzy.

 

Mam prob­lem z zaan­gażowaniem się w wirtu­al­ną część his­torii bo przy­pom­i­na mi este­tyką trochę za bard­zo Salę Samobójców

 

Co więc zosta­je? Prawdę powiedzi­awszy – niewiele. Zwierz czy­tał w kilku miejs­cach zach­wyty nad tym ile w tym filmie jest ester eggów. Prob­lem w tym, że to takie marni­utkie niespodzian­ki. Trochę na zasadzie – wrzucimy w tło trochę na chy­bił trafił kilka­set naw­iązań. Niek­tóre opisze­my bard­zo dokład­nie bo może jesteś za młody by wiedzieć o co chodzi. Innych nie opisze­my. Czy to będzie miało znacze­nie dla fabuły? Czy będzie czymkol­wiek więcej poza obec­noś­cią ? Czy będzie w jakikol­wiek sposób komen­towało się czy odnosiło się do swo­jej pier­wot­nej funkcji? Odpowiedź brz­mi – Nie zupełnie nie. W filmie bohater jeździ DeLore­anem a jego koleżan­ka moto­cyk­lem z Akiry. Czy to ma jakieś znacze­nie, jest pod­stawą żar­tu, jest czymkol­wiek więcej? Nie. Podob­nie jak dziesiąt­ki postaci w tle które wzię­to z najróżniejszych dzieł kul­tu­ry – tu Stalowy Gigant, tam postać z Over­watch, gdzie indziej bohater kresków­ki. W sum­ie jest to ciekawe tylko z takiego punk­tu widzenia, że wiemy do jakich postaci Warn­er Bros ma prawa. No więc – do wielu nie ma praw. Przyz­nam szcz­erze – nie za bard­zo wiem gdzie tu czer­pać radość. Rozu­miem kiedy naw­iązanie jest sub­telne, wyma­ga wiedzy, jest w jak­iś sposób ciekaw­ie roze­grane, pozwala nam wcześniej niż bohaterom wiedzieć pewne rzeczy. Ale kiedy po pros­tu wrzu­casz postać z pop­u­larnej gry do sekundy fil­mu to… ogól­nie co? Pokazu­jesz że wiesz że gra ist­nieje? To raczej nie jest bard­zo geekows­ka wiedza jeśli grę ma na świecie mil­iony osób.

 

Film rzu­ca naw­iąza­ni­a­mi na pra­wo i lewo ale nie za bard­zo wie co z nimi zro­bić. Są bo to fajne. Tylko, że w sum­ie — trochę też nużące

 

Inna sprawa to sama kon­strukc­ja i tem­po fil­mu. Przyz­nam szcz­erze nie spodziewałam się po Spiel­ber­gu tak słabego fil­mu pod wzglę­dem nar­ra­cyjnym. Tym­cza­sem Ready Play­er One ma strasznie długą – dość niepo­rad­ną ekspozy­cję, którą moż­na było­by pewnie streś­cić w kilku sce­nach – bard­zo szy­bkim mon­tażem – a zami­ast tego dosta­je­my takie długie – i niekiedy pow­tarza­jące się wprowadze­nie. Potem następu­je dość rwana akc­ja, podzielona na to co dzieje się w świecie rzeczy­wistym i wirtu­al­nym. Prob­lem w tym, że na potrze­by budowa­nia napię­cia, zdarzenia w świecie rzeczy­wistym są niekiedy roz­ciąg­nięte do granic – pod sam koniec film tak bard­zo chce budować napię­cie, że to się aż robi śmieszne – zwłaszcza że robi to niepo­rad­nie. Do tego w środ­ku fil­mu pojaw­ia się prob­lem z tem­pem – w książce też w pewnym momen­cie akc­ja zwal­nia ale o dzi­wo – spowol­nie­nie akcji w książce nie jest prob­le­mem – gwał­towne spowol­nie­nie akcji w filmie – spraw­ia że trochę człowiek ziewa. Zresztą jest w tym filmie kil­ka kosz­marnych rozwiązań fab­u­larnych – w tym np. w pewnym momen­cie bohater­ka ratu­je się przed zagroże­niem korzys­ta­jąc ze sposobu uciecz­ki który może ostat­nim razem udał się w Scoo­by- Doo. Ogól­nie o ile jeszcze część w świecie wirtu­al­nym potrafi być wid­owiskowa, o tyle sce­ny w świecie rzeczy­wistym oglą­da się z tru­dem – jest w nich jakaś stras­zli­wa toporność i napię­cie rodem z pro­dukcji telewiz­yjnych.  Może trochę przy­czy­nia się do tego fakt, że nikt w tym filmie nie gra naprawdę dobrze? No może poza Markiem Rylance choć on i Simon Pegg mają taki wyraz twarzy jak­by chcieli umrzeć na planie zan­im pro­dukc­ja dobieg­nie koń­ca.

 

Oglą­da­jąc film Zwierz miał takie wraże­nie, że raczej oglą­da przekrój tych wyt­worów pop­kul­tu­ry do których WB ma prawa. Do Dis­neya praw zde­cy­dowanie nie ma

 

Wiele osób może zapy­tać – jak film radzi sobie z tym, że główny bohater książ­ki jest stras­zli­wym dup­kiem. Z jed­nej strony – udało się rozwiązać kil­ka prob­lematy­cznych kwestii – dzię­ki sporym zmi­anom w his­torii, a także temu, że film rezygnu­je w więk­szoś­ci scen z nar­racji pier­ws­zoosobowej – nie musimy słuchać rozważań naszego dziel­nego chwa­ta o tym, że gee­ki mają trud­nej w życiu i dlaczego mas­tur­bac­ja jest koniecz­na dla genial­nych ludzi. Z drugiej strony – pewnych mielizn nie udało się uniknąć – nasz bohater nadal jest „miłym chłopakiem”, który czu­je się w obow­iązku powiedzieć poz­nanej w sieci dziew­czynie, że nie jest zaw­iedziony jej wyglą­dem. Nadal dziew­czy­na jest głównie po to by wspier­ać bohat­era i to on decy­du­je kiedy jej przy­go­da ma się skończyć. Nadal jego miłosne zau­rocze­nie jest ważniejsze od jej emocji. Więcej – film się nie przemógł i postać Art3mis w filmie jest takiej elfick­iej urody z ide­al­ną fig­urą. Co jest trochę sprzeczne z tym co wiemy z książ­ki. Poza tym film nie umi­ał się pow­strzy­mać przed pokazaniem nam że ludzie w wirtu­al­nej rzeczy­wis­toś­ci też mogą się obłapi­ać. Hłe hłe. Do tego nieste­ty — film głównie zach­wyca się kom­pe­tenc­ja­mi bohat­era i jak nie czy­tało się książ­ki to nie sposób wywnioskować, że to Art3mis była niesły­chanie pop­u­lar­na a nasz bohater był nikim. Inna sprawa – pode­j­mowana kil­ka razy kwes­t­ia tego jak w książce są reprezen­towane mniejs­zoś­ci została potrak­towana następu­ją­co – Japończy­cy są odrobinę mniej stereo­ty­powi niż byli zaś o mniejs­zoś­ci­ach sek­su­al­nych nic się nie mówi, bo jeszcze ktoś by się obraz­ił i była­by buba.

 

Aktorsko film jest… żaden. Aktorzy nie spraw­ia­ją wraże­nia jak­by byli jakoś bard­zo zaan­gażowani w grę. Jacyś tacy są nija­cy

 

Nie mniej jed­nym z najwięk­szych prob­lemów fil­mu jest to jak pokazu­je świat nie wirtu­al­ny ale real­ny. Otóż w książce jest dość jas­no zaz­nac­zone, że real­ny świat w którym miał­by wieść życie bohater jest właś­ci­wie niez­dat­ny do nor­mal­nego funkcjonowa­nia. Olbrzy­mi kryzys, wojny, no właś­ci­wie wokół jest trochę post-apo. Oasis nie jest więc tylko miejscem w którym człowiek gra i się dobrze bawi, ale też miejscem w którym ludzie chodzą do pra­cy, młodzież chodzi do szkoły i ogól­nie – toczy się życie, które z różnych powodów nie za bard­zo mogło­by się toczyć poza wirtu­al­ną rzeczy­wis­toś­cią. No i właśnie ten kon­cept zupełnie umknął twór­com którzy niby mówią nam że rzeczy­wis­tość nie jest jakaś spec­jal­nie różowa ale jed­nocześnie pokazu­ją Oasis jako przestrzeń przede wszys­tkim rozry­wkową. Widać tu taki kon­cept, że jeśli jest wirtu­al­na rzeczy­wis­tość to musi służyć tylko do gry. I tu mam wraże­nie, że duże znacze­nie ma fakt, że reży­serem jest Spiel­berg, który jed­nak z racji wieku, jest zapewne poza grupą graczy którzy wyobraża­ją sobie już zupełnie inną rzeczy­wis­tość (choć jed­nocześnie Zwierz niekoniecznie jest przeko­nany do tej inter­pre­tacji bo prze­cież zna sporo starszych ludzi i autorów którzy sami przewidy­wali takie życie w takiej wirtu­al­nej rzeczy­wis­toś­ci). W każdym razie – tu roz­gry­wka toczy się głównie o to, żeby nie było reklam (przy czym to jest zabawne w pro­dukcji która ma mnóst­wo prod­uct place­ment)  w grze i żeby nie było kont pre­mi­um. Tym­cza­sem w świecie książ­ki wal­ka toczyła się o to by dostęp nie tyle do rozry­w­ki ale do całego życia – był bezpłat­ny.

 

Film ma spore prob­le­my z tem­pem i kon­strukcją, coś czego się nie spodziewałam po pro­dukcji Spiel­ber­ga

 

No i tu następu­je  SPOILER. Otóż film kończy się kon­kluzją, że życie w wirtu­al­nej rzeczy­wis­toś­ci nie jest fajne. Mówi to nam trzy­ma­jąc na kolanach swo­ją dziew­czynę w wielkim prze­stron­nym mieszka­niu. A potem oświad­cza że Oasis będzie zamknięte we wtor­ki i czwart­ki. Tak moi drodzy – to jest wielkie rozwiązanie jakie pro­ponu­je nam film – trze­ba żyć w rzeczy­wis­toś­ci więc wyłączymy na dwa dni w tygod­niu rzeczy­wis­tość wirtu­al­ną. Trochę jak muzeum, pocztę czy bib­liotekę. No i tu oczy­wiś­cie najbardziej wychodzi ten prob­lem że dla twór­ców Oasis nie jest alter­naty­wą dla wszys­t­kich aspek­tów real­nego świa­ta – w tym pra­cy czy edukacji, ale tylko rozry­wką. Prawdę powiedzi­awszy – trud­no o bardziej paskud­ny gest ze strony wszech­moc­nego bogacza niż zamknąć mniej uprzy­wile­jowanym dostęp do edukacji i pra­cy na dwa dni bo on ma aparta­ment i dziew­czynę. Inna sprawa – nigdzie nie jest wspom­ni­ane, że nasz bohater zro­bi cokol­wiek by napraw­ić prob­le­my otacza­jącego go świa­ta. Być może dlat­ego, że otacza­ją­cy go świat nie jest taki zły – dzi­ała w nim polic­ja co niekoniecznie było­by oczy­wiste w książce. To zakończe­nie świad­czy że twór­cy nie postarali się o żad­ną inną reflek­sję poza „Ej może wyłącz­cie Inter­net we wtor­ki i czwart­ki”. Istot­nie pogłębiona reflek­s­ja społecz­na. Koniec SPOILERA

 

Z tego co Zwierz pamię­ta książkowa Art3mis nie miała ide­al­nej fig­ury. Ale w filmie to by nie przeszło.

 

Ready Play­er One zawodzi zarówno jako ekraniza­c­ja książ­ki, jako film który powinien w jak­iś sposób odnosić się do nos­tal­gii za lata­mi osiemdziesią­ty­mi (a Stranger Things pokazu­je nam, że to nie był­by zły pomysł) i nawet jako zwykły film rozry­wkowy. Zwierz bard­zo wierzył, że Spiel­berg – który w pewien sposób stworzył świat przed­staw­iony lat osiemdziesią­tych, będzie umi­ał – cho­ci­aż­by naw­iązu­jąc do włas­nych filmów, ciekaw­ie odnieść się do tem­atu książ­ki i tego jak bezkry­ty­cznie odnosi się ona do pop­kul­tu­ry z przeszłoś­ci. Ale nie, nic takiego nie ma miejs­ca. To dopiero jest przykry zawód kiedy reżyser który naprawdę miał szan­sę sko­men­tować dzieło kul­tu­ry które w pewien sposób komen­towało jego dzi­ała, nie robi tego w ogóle. Zami­ast jakiejkol­wiek gry z pewnym kon­ceptem czy kon­wencją nos­tal­gii dosta­je­my jak­iś nieprze­myślany chaos. Równie dobrze za kamerą mógł­by stać dużo mniej doświad­c­zony reżyser. Kto wie czy nie wyszło­by lep­iej bo może ktoś by zwró­cił mu uwagę, że film ma sporo wad. A Spiel­ber­ga się mniej popraw­ia, niż pier­wszego lep­szego reży­sera. Poza tym nie da się ukryć – fil­mowi ciąży fakt, że sce­ny roz­gry­wa­jące się w wirtu­al­nej rzeczy­wis­toś­ci niekoniecznie są bard­zo angażu­jące. Ale to może prob­lem Zwierza który nie przepa­da za posta­ci­a­mi ani­mowany­mi w taki sposób w jaki widz­imy je w tym filmie. Jak pros­ta rozry­wka o tyle słabo się sprawdza, że ma nierówne rwane tem­po i bohaterów którzy są tak nija­cy, że trud­no jakoś bardziej zain­west­ować emoc­je w to co się im przy­trafia. Całość w ogóle spraw­ia wraże­nie, jak­by bardziej niż reżyser czyn­ni tam byli pro­du­cen­ci bard­zo uważnie dobier­a­ją­cy treść do naw­iązań tak by na pewno znalazły się takie znane. Co prowadzi do reflek­sji — że w sum­ie o geekach nie da się zro­bić fil­mu, bo z założe­nia musi­ał­by być przy­na­jm­niej częś­ciowo nis­zowy. Da się nato­mi­ast zro­bić mieszankę bardziej i mniej pop­u­larnych naw­iązań, przy czym na wszel­ki wypadek wszys­tkie takie nieco mniej super rozpoz­nawalne — koniecznie się wyjaś­nia. Na dłuższą metę to ani zabawne, ani ciekawe.

 

Nie przepadam za książką, ale zde­cy­dowanie jest lep­sza od fil­mu. Przy­na­jm­niej ma jak­iś pomysł. Głupi bo głupi ale ma.

 

Zwierz chci­ał­by coś napisać o aktorach ale serio – gubią się w całym tym chaosie, niewyko­rzys­tanych szansach i jakiejś dzi­wacznej pró­bie ekraniza­cji książ­ki, z pominię­ciem jej głównej myśli i pomysłu. Fakt, że autor książ­ki pisał też sce­nar­iusz (częś­ciowo) może świad­czyć o tym, że on sam nie jest do koń­ca pewien co chci­ał powiedzieć. W każdym razie wyszła pro­dukc­ja marni­ut­ka, miejs­ca­mi wręcz żenu­ją­ca, a ostate­cznie – mało rozry­wkowa. I naprawdę – rozry­wka pole­ga­ją­ca na zna­j­dowa­niu na ekranie postaci z kresków­ki która mignie przez sekundę to nie jest powód żeby oglą­dać dwu­godzin­ny film. Równie dobrze moż­na było­by zro­bić jed­ną wielką stop­klatkę i wrzu­cić do sieci. Zresztą Zwierz ponown­ie miał wraże­nie, że mało kto rozu­mie czym są emoc­je fanowskie. To nie chodzi o to by wrzu­cić Mechagodzil­lę. Chodzi o to by wrzu­cić taką scenę w której zna­jo­mość pop­kul­tu­ry się przy­da do czegokol­wiek innego niż nazwanie postaci i w całym tym filmie jest naprawdę chy­ba jed­na taka sce­na. Niewiele. Tak więc – to zde­cy­dowanie nie jest dobry film. I to naprawdę nieza­leżnie od tego co się myśli o książce. To po pros­tu jest słabi­ut­ka pro­dukc­ja. Szko­da bo ja miałam nadzieję, na dobrą ekraniza­cję marnej książ­ki. No ale najwyraźniej nie będzie mi dane pol­u­bić się z Ready Play­er One w żad­nym medi­um.

 

PS: Jak ktoś mi napisze że to tylko film rozry­wkowy i nie ma co go anal­i­zować, to dostanę piany na ustach, bo przy­pom­nę – kon­cepc­ja książ­ki którą ten film ekranizu­je opiera się na założe­niu, że są ludzie którzy anal­izu­ją każdy aspekt pop­kul­tu­ry.

6 komentarzy
0

Powiązane wpisy