Home Ogólnie Seanse nadobowiązkowe czyli 10 filmów których obejrzenie nikomu krzywdy nie zrobi

Seanse nadobowiązkowe czyli 10 filmów których obejrzenie nikomu krzywdy nie zrobi

autor Zwierz

Hej

Wszyscy mamy jakieś sprawy, do których wracamy jak zdar­ta pły­ta. Niby już wszys­tko powiedzieliśmy, ale wciąż czu­je­my niedosyt. W przy­pad­ku zwierza takim tem­atem jest prob­lem braku edukacji fil­mowej w Pol­s­kich szkołach. Zan­im zaczniecie przy­pom­i­nać zwier­zowi, że ist­nieje pro­gram edukacji fil­mowej dla szkół, zwierz prag­nie was poin­for­mować, że doskonale o tym wie. Wie także, że film puszczany na lekcji to wciąż syn­on­im lekcji luźnej, albo ewen­tu­al­nie pró­ba ominię­cia fak­tu, że nikt nie przeczy­tał lek­tu­ry. Mało kto otrzy­mu­je w szkole wiedzę na tem­at gatunków fil­mowych, inter­pre­tacji fil­mu sposobu jego pro­dukcji. Choć jest pewien postęp to jed­nak wciąż film jest tą nowinką, którą trak­tu­je się nieco po macosze­mu. Zresztą nie chodzi tylko o szkołę, ale w ogóle o naszą kul­turę gdzie rodz­ice wiedzą, że powin­ni pole­cić dziecku książ­ki ale nie czu­ją impul­su by posadz­ić je przed fil­ma­mi które uważa­ją za dobre czy ważne.  Tym­cza­sem tak jak po pewne książ­ki nie sięg­niemy jeśli ktoś nam ich nie pod­sunie tak i po pewne filmy nie wyciąg­niemy ręki jeśli ktoś nas nie posadzi przed ekranem. Zwierz postanow­ił więc namówić zna­jomych by razem stworzyć listę takich filmów.

Ilus­trac­ja co praw­da nie przed­staw­ia zwierza ale doskonale przed­staw­ia jego intenc­je (obrazek stąd)

Raz na jak­iś czas ogłasza się na blo­gach wyzwa­nia –zwyk­le doty­czą przeczy­ta­nia czy obe­jrzenia książek  na określony tem­at i opisa­nia ich na blogu. Są też łań­cusz­ki do których moż­na zapraszać zna­jomych. Zwierz ma zami­ar połączyć te dwa oby­cza­je – z jed­nej strony trak­tu­je swo­ją akcję trochę jak wyzwanie gdzie każdy uczest­nik ma pewne pole do inter­pre­tacji postaw­ionego przed nim zada­nia z drugiej jak łań­cuszek – bo ma zami­ar zaprosić do współpra­cy kilku blogerów (nie był świnia i zapy­tał wcześniej czy zna­jdą czas). Zasady są proste – należy wybrać dziesięć filmów które waszym zdanie  należy pokazać oso­bie, którą chcielibyś­cie wprowadz­ić w świat fil­mu. Może­cie dobier­ać filmy ze wzglę­du na kraj pochodzenia, może­cie wybrać kino gatunkowe, może­cie wybrać pro­dukc­je ze wzglę­du na tem­atykę. Chodzi nie o to by pow­tarzać jakie są najważniejsze pro­dukc­je w his­torii kina – bo to każdy oga­r­nie – ale raczej o wybór takich pozy­cji które waszym zdaniem albo są ważne albo pozwala­ją czegoś się o kinie nauczyć. Przy czym zwierz pamię­ta ze swo­jego dziecińst­wa i młodoś­ci – że najwięcej o budowa­niu nar­racji w książkach nauczył się nie z arcy­dzieł ale z książek sto­ją­cych pomiędzy czy­tadłem a doskon­ałą książką – niekiedy dobra rzemieśl­nicza rob­o­ta potrafi wiele pokazać. Jed­nocześnie nie usta­lamy, że mają to być filmy do oglą­da­nia w szkole – wyz­wolimy się wtedy od pewnego oby­cza­jowego kier­atu jaki nakładał­by na nas taki wybór. Poza tym nie ukry­wa­jmy – sporo z nas zaczęło się „uczyć” kina dawno po ukończe­niu edukacji.

  Po pewne filmy nie sięg­niemy jeśli nikt nam nie powie, że powin­niśmy po nie sięgnąć

Może­cie oczy­wiś­cie zapy­tać po co takie wzy­wanie – czy nie jest to kole­j­na pró­ba stworzenia jakiejś listy lek­tur obow­iązkowych. Zwierz nie jest tego zda­nia – raczej chodzi mu o zwróce­nie uwa­gi na to, że filmów też musimy się nauczyć oraz że jeśli nikt nie posz­erzy nam hory­zon­tów fil­mowych to właś­ci­wie nie moż­na się den­er­wować na ludzi że sami tego nie robią. Zwłaszcza w sytu­acji gdy oczy­wiś­cie wszyscy znamy długie i ciągnące się w nieskońc­zoność listy klasy­ki ale … no właśnie oglą­dać po kolei wszys­tko co nakrę­cono? Jed­nocześnie kino klasy­czne odstrasza (niekiedy zupełnie niepotrzeb­nie) a nie amerykańskie wyda­je się być zupełnym ter­ra incog­ni­ta. Oczy­wiś­cie na lis­tach które zapro­ponu­ją inni blogerzy – czy sam zwierz – klasy­ki na pewno się pojaw­ią ale zwierz da głowę że może pojaw­ić się sporo tytułów o których nikt nie myślał. Nie mniej chodzi w ogóle o wszczę­cie dyskusji w spraw­ie – co warto pokazać, nadro­bić – gdzie zacząć przy­godę z reflek­sją nad filmem. Bo to nie jest tak, że do oglą­da­nia filmów nie są potrzeb­ne żadne wyuc­zone kom­pe­tenc­je. Oczy­wiś­cie moż­na iść do kina i zrozu­mie się co się widzi – ale pewnych rzeczy się nie dostrze­ga. Czy to źle? Zdaniem zwierza wielu widzów było­by dużo szczęśli­wszych widząc nie tylko fabułę ale także to jak jest ona poprowad­zona, jakie znacze­nie ma kadr, kolor, sposób prowadzenia kamery, mon­taż. Zresztą niech najlep­szym przykła­dem będzie fakt, że zwierz wpadł na pomysł przeglą­da­jąc album poświę­cony twór­c­zoś­ci Wesa Ander­sona – znalazł tam kadr po kadrze wskazane wiz­ualne naw­iązanie Ander­sona w Rush­more do 400 batów Truf­faut. Zwierz niko­mu nie każe kojarzyć wszys­t­kich kadrów z Nowo Falowych filmów (zwłaszcza początku­ją­cym) ale to dobrze pokazu­je że o ile naw­iąza­nia lit­er­ack­ie do klasy­ki jakoś wyła­pu­je­my to takie pereł­ki więk­szoś­ci z nas przepad­ną. Dobra tyle wstępu – zwierz ma nadzieję, że jego dziesiąt­ka coś wam pod­powie odnośnie tego jak zwierz wyobraża sobie taką listę – a wyobraża ją sobie jako pewien misz masz – w zależnoś­ci od naszych uczuć i gus­tu – tego co konieczne, tego co ciekawe, tego co porusza­jące, klasy­czne, nowe i po pros­tu inne. A i jeszcze jed­no – to, że ktoś obe­jrzy te filmy nie znaczy, że nigdy nie zobaczy żad­nych innych więc to nie jest tak, że wyboru dokonu­je­my kosztem czegoś. Zwierz woli by pole­ca­ją­cy nie czuł się w obow­iązku odpowiada­nia na pytanie dlaczego coś pom­inął. Zwłaszcza że może­my założyć, że z koniecznoś­ci obe­jrzenia np. Ojca Chrzest­nego to moż­na sobie na pewnym etapie swo­jego życia zdać sprawę. Zwierz zda­je sobie sprawę, że przy wylicza­niu dziesię­ciu tytułów zwyk­le krzy­czy się, że czegoś nie ma a zwierz woli kiedy kon­cen­tru­je­my się na tym co jest.

  Jesteśmy młodzi i mamy mnóst­wo filmów do obe­jrzenia więc to że czegoś na liś­cie nie ma nie znaczy że tego nie zobaczymy

Rashô­mon – zaczy­namy od klasy­ki i to na dodatek Kuro­sawy. Ale zwier­zowi wcale nie chodzi o to, że film jest stary i japońs­ki więc ład­nie świad­czy o tym, że zwierz widzi­ał coś więcej poza trail­erem Gwiezd­nych Wojen.  Rashô­mon doskonale pokazu­je jak moż­na w filmie pokazać jed­no wydarze­nie z wielu punk­tów widzenia, jed­nocześnie pod­kreśla­jąc subiek­ty­wność nar­racji i wskazu­jąc jakie mogą być motywac­je bohaterów opowiada­ją­cych jed­ną his­torię w różny sposób. Jed­nocześnie film mimo egzo­ty­ki jest bard­zo blis­ki kul­turze europe­jskiej – do tego stop­nia, że nie za bard­zo podobał się w Japonii odnosząc sukces dopiero za granicą. Przy czym film jest o tyle doskon­ały jeśli próbu­je­my dowidzieć się czegoś o sposo­bie prowadzenia nar­racji że nie tylko widz­imy różne wer­sje tego samego wydarzenia, ale też Kuroswa doskonale pod­kreśla swo­je intenc­je światłem i muzyką, co oczy­wiś­cie robi wielu reży­serów ale Kuro­sawa był mis­trzem. Do tego to film ide­al­ny do dyskusji bo otwier­a­ją­cy się na liczne inter­pre­tac­je – oczy­wiś­cie są te najprost­sze które przy­chodzą od razu do głowy ale jak w przy­pad­ku naprawdę dobrych filmów i książek – nie ma jedne odpowiedzi na pytanie – jaką kon­kluzję całej his­torii ma dla nas autor. Co jest dodatkowym plusem bo zwierz ma częs­to zdarze­nie, że wielu widzów gubi się w fil­mach bez jed­noz­nacznej kon­kluzji zami­ast docenić jak wiele dają możli­woś­ci. Do tego jest to film co praw­da czarnobi­ały ale abso­lut­nie cud­own­ie nakrę­cony – piękny i niesły­chanie wyrazisty. Przy czym to jest taki przy­padek klasy­ki, który się nie starze­je bo sama fabuła osnu­ta wokół jed­nego wydarzenia każe wid­zowi z cieka­woś­cią czekać na to aż w końcu poz­na wszys­tkie wer­sje wydarzeń. Co przy­cią­ga do fil­mu i każe kom­plet­nie zapom­nieć w którym roku został wypro­dukowany.

  Jeden z tych filmów gdzie szyku­jesz się że będzie nud­no a jest fas­cynu­ją­co

Kabaret – kil­ka dni temu brat zwierza powiedzi­ał, że to trochę dzi­wne że moż­na skończyć edukację i nigdy nie widzieć Kabare­tu ani nawet o nim nie słyszeć. Zdaniem zwierza to jest jeden z tych filmów który powin­no się wcześniej czy później umieś­cić w swo­jej ścieżce eduka­cyjnej z kilku powodów. Po pier­wsze – to jest musi­cal ale nie jest to doskon­ały przykład na to, że film z piosenka­mi nie musi mieć idio­ty­cznej czy przy­czynkowej fabuły. To dobra nau­ka dla wszys­t­kich tych którzy postrze­ga­ją ten gatunek fil­mowy w sposób jed­nowymi­arowy. Dru­ga sprawa to sama tem­aty­ka – zestaw­ie­nie rados­nego świa­ta Kabare­tu z rodzą­cym się faszyzmem – to zestaw­ie­nie gdzie to co poplą­tane, częs­to niemoralne, nieod­powiedzialne jest ludzkie i przys­tęp­ne a ci którzy opowiada­ją się w imię czys­toś­ci i „moral­noś­ci” są tą siłą której naprawdę się boimy. Zresztą choć dla samej sce­ny Tomor­row Belongs to Me należało­by ten film obe­jrzeć – uświadami­a­jąc sobie jak strasznie wcią­ga­jące są tego typu ruchy społeczne. Zdaniem zwierza to film doskonale przeskaku­ją­cy nad grani­ca­mi gatunków i pokazu­ją­cy, że właś­ci­wie nie ma takiego sposobu opowiada­nia his­torii który nie może raz na jak­iś czas opowiedzieć o czymś ważnym. Przy czym zdaniem zwierza Kabaret o tyle jest doskon­ały, że mimo iż opowia­da o bard­zo konkret­nych cza­sach i bard­zo konkret­nej sytu­acji to chy­ba nikt nie będzie miał prob­le­mu z tym by wnios­ki z niego prze­nieść na ogólne praw­idła funkcjonowa­nia społeczeństw.

Kabaret to jeden z tych filmów który zaskaku­je widza który nigdy  wcześniej go nie widzi­ał

Dogville – zwierz nie jest wielkim fanem Von Tri­era ale uważa że ten film jest doskon­ałą lekcją w kwestii ile tak naprawdę potrze­bu­je kino by opowiedzieć his­torię. Dogville jest krę­cone w ciekawy, niesły­chanie min­i­mal­isty­czny sposób. Deko­rac­je są sprowad­zone do min­i­mum a przestrzeń wyz­nacza­ją lin­ie narysowanie na czarnej podłodze biała far­bą. Co ciekawe – bard­zo szy­bko moż­na o tym zapom­nieć. Kiedy oglą­da się film zupełnie moż­na o tym zapom­nieć – nagle okazu­je się, że 99% tego co mamy zobaczyć na ekranie dopowia­da nam nasz mózg. Co pokazu­je, że kino może dzi­ałać podob­nie jak książ­ka i teatr opier­a­jąc się przede wszys­tkim na pewnej umowie z widzem czy czytel­nikiem, który sta­je się odpowiedzial­ny za część kreacji tego co widzi. Dodatkowo Dogville nie zawodzi w kwestii fabuły. Studi­um mieszkańców niewielkiego miastecz­ka którzy dosta­jąc skrom­ną władzę nad młodą kobi­etą zaczy­na­ją wyko­rzysty­wać ją do granic to dobry przykład reflek­sji nad zachowaniem grupy. Jed­nocześnie moż­na się zas­tanow­ić nad tym co czyni jed­nos­tkę najbardziej bezbron­ną wobec nawet najsłab­szych i najm­niej uprzy­wile­jowanych mieszkańców miastecz­ka. Film ma specy­ficzną kon­strukcję – jest podzielony na rozdzi­ały – prowadzi ury­waną ale bard­zo kon­sek­went­ną fabułę. To ponown­ie pro­dukc­ja która z jed­nej strony doskonale pokazu­je, jak różnorodne może być kino i jak his­to­ria i sposób jej opowiada­nia mogą się doskonale sprzęgnąć. Plus mamy tu film reży­sera europe­jskiego który dzię­ki anglosask­iej obsadzie jest dla widza, który dopiero  szu­ka szer­szych hory­zon­tów fil­mowych dużo bardziej przys­tęp­ny.

Cud­owny przykład na to jak niewiele potrze­bu­je kino

Bękar­ty wojny – zdaniem zwierza to jest ide­al­na pro­dukc­ja Quenti­na Taran­ti­no dla ludzi, którzy nie zna­ją kina Quenti­na Taran­ti­no. Dlaczego nie Pulp Fic­tion? Zdaniem zwierza Pulp Fic­tion jest genialne ale stało się ofi­arą włas­nego geniuszu. Taran­ti­no wprowadz­ił do kina nar­rację która stała się tak pop­u­lar­na, że trze­ba długiego wstępu przed filmem by dostrzec, że poza tym jaki jest zabawny i ciekawy jest też nowoczes­ny. Dziś pro­dukcję oglą­da się po pros­tu zupełnie inaczej. Nato­mi­ast Bękar­ty Wojny to film który po pier­wsze doskonale gra z pewny­mi fil­mowy­mi tropa­mi (zwłaszcza west­er­nowy­mi), po drugie każe sobie zadawać pytanie gdzie są grancie ingerencji reży­sera  w rzeczy­wis­tość. Dla zwierza Bękar­ty Wojny to film przede wszys­tkim o potędze kina i fil­mu – zarówno w dosłownym (do ostate­cznej kon­frontacji dochodzi w kinie) jak i przenośnym (kino jako miejsce popraw­ia­nia rzeczy­wis­toś­ci) znacze­niu. Zdaniem zwierza to doskon­ały punkt wyjś­cia do roz­mowy czy reflek­sji nad tym do jakiego stop­nia kino musi odzwier­cied­lać rzeczy­wis­tość a do jakiego może pójść w kierunku które wyz­naczy reżyser. Jed­nocześnie to po pros­tu doskon­ały film z pier­ws­zorzęd­ny­mi rola­mi i niesły­chanie zabawny­mi sce­na­mi. Oczy­wiś­cie by w pełni się nim cieszyć wypadało­by znać trochę klasy­cznego kina wojen­nego i west­ernów ale nawet bez wcześniej naby­tych kom­pe­tencji fil­mowych to doskon­ały punkt wyjś­cia do roz­mowy gdzie zaczy­na się kino a kończy się praw­da.

Tran­ti­no cud­own­ie gra z pytaniem co tak naprawdę wol­no twór­cy fil­mowe­mu

Genial­ny Klan – zwierz wybrał swój ukochany film Ander­sona dlat­ego, że nie chci­ał wybier­ać Grand  Budapest Hotel bo wyszło­by, ze zwierz ma abso­lut­nego fioła na punkcie filmów odnoszą­cych się do wojny. Tym­cza­sem Genial­ny Klan wyda­je się zwier­zowi wartoś­ciowy z kilku powodów. Po pier­wsze to film, który jest – jak wszys­tkie filmy Ander­sona – kom­plet­ną wiz­ją wykre­owaną przez reży­sera. Nic co widz widzi w kadrze nie zna­j­du­je się tam przy­pad­kowo, cały świat pod­porząd­kowany jest określonej styl­istyce – od obrazów na ścianach przez stro­je aktorów, po ich sposób mówienia i sposób obra­zowa­nia. Ander­son ma bard­zo charak­terysty­czny sposób prowadzenia nar­racji – wyczuwal­ny od pier­wszych scen – co doskonale pozwala pokazać na czym pole­ga kino autorskie. Jed­nocześnie sen­ty­men­tal­no-dow­cip­ny wydźwięk jego filmów spraw­ia, że są one bard­zo przys­tęp­ne, i oglą­da się kino nieza­leżne bez poczu­cia, że wybier­amy się w świat sztu­ki bard­zo wysok­iej gdzie tylko nieliczni mają wstęp. Po drugie Genial­ny Klan to ekraniza­c­ja nie ist­niejącej książ­ki – przyję­cie struk­tu­ry książ­ki, wprowadze­nie nar­ra­to­ra, ret­ro­spekcji, wiz­ual­nych skrótów – wszys­tko to pokazu­je ile reżyser ma w kieszeni trick­ów pozwala­ją­cych na poprowadze­nie his­torii w taki a nie inny sposób. Przy czym choć jest to film z bard­zo jas­nym przesłaniem i bard­zo czytel­ny to też pozwala sobie zadawać pyta­nia – szukać naw­iązań wiz­ual­nych, odkry­wać znacze­nie poszczegól­nych ele­men­tów umieszc­zonych w kadrze. No i jest to – jak wszys­tkie filmy Ander­sona – film abso­lut­nie przepiękny co także zdaniem zwierza ma znacze­nie.

Ander­son to kwin­tes­enc­ja przys­tęp­nego kina autorskiego

Fight Club – ist­nieje niewiele filmów które trze­ba zobaczyć dwa razy i Fight Club jest jed­nym z nich. Zakłada­jąc że ktoś nie ma poję­cia jaki jest koniec his­torii może to być jed­no z najwięk­szych przeżyć fil­mowych – bo pokazu­je jak bard­zo zwod­nicza jest nar­rac­ja fil­mowa. Przy czym jest to film per­fek­cyjny – co widz dostrze­ga dopiero za drugim razem gdy widzi cały ten balet aktorów, wszys­tkie zabie­gi mające na celu przeko­na­nia nas, że oglą­damy his­torię opowiadaną przez zaan­gażowanego ale wiernego obser­wa­to­ra. Poza tym Finch­er jest reży­serem w którego fil­mach nie ma scen przy­pad­kowych, zaś obrazy na dłu­go zosta­ją w pamię­ci. Jasne krę­ci głównie filmy które są wrzu­cane do prze­gród­ki „dobre kino pop­u­larne” ale właśnie z dobrego kina pop­u­larnego skła­da się zbiorowa pamięć fil­mowa ludzi. Do tego jest to ciekawy przy­padek anar­chisty­cznego antykon­sump­cyjnego fil­mu, który jed­nocześnie odniósł olbrzy­mi sukces kasowy. No i oczy­wiś­cie moż­na wskazy­wać w cza­sie oglą­da­nia wid­zom te cud­owne pomysły reży­sera jak umieszcze­nie w każdym kadrze kubecz­ka ze Star­buck­sa. Ale najważniejsze w Fight Club jest to co czu­je­my kiedy ori­en­tu­je­my się na czym pole­ga film i kiedy naty­ch­mi­ast chce­my go zobaczyć po raz dru­gi.

  Fight Club trze­ba obe­jrzeć dwa razy — i na tym pole­ga jego abso­lut­ny geniusz

Dzień Świs­ta­ka – jakoś tak ciężko w tym zestaw­ie­niu więc zwierz postanow­ił dorzu­cić film który cięż­ki nie jest. Dlaczego? Z for­mal­nego punk­tu widzenia ten film jest ide­al­ny do pokaza­nia jak moż­na oprzeć film na pow­tarza­niu w kółko tych samych wydarzeń gdzie nic poza reakc­ja­mi bohat­era nie ule­ga zmi­an­ie. Od tamtego cza­su nakrę­cono sporo filmów według tej for­muły ale żaden nie udał się tak dobrze. Ale nie tylko o to chodzi. Widzi­cie zwierz ma pewną tajem­nicę. Jego zdaniem Dzień Świs­ta­ka to jeden z najlep­szych filmów jaki nakrę­cono. Robi­cie się bladzi? Bada­cie sobie puls? Nie trze­ba – zwierz jest po pros­tu przeko­nany, że filmy należy porówny­wać przede wszys­tkim w ramach gatunku jaki reprezen­tu­ją. Dzień Świs­ta­ka konku­ru­je z inny­mi kome­di­a­mi i choć zwierz przyz­na że na liś­cie doskon­ałych komedii jest sporo filmów to ten pla­su­je się wysoko. Nie tylko ze wzglę­du na dobry pomysł ale też dlat­ego, że bohater reagu­je na zmi­any (a właś­ci­wie na brak zmi­an) wokół niego całym spek­trum zachowań od tych dow­cip­nych przez wredne po wzrusza­jące. Przy czym zdaniem zwierza to co spraw­ia, że kome­dia jest naprawdę dobra to kryją­ca się w niej pew­na tajem­ni­ca – nikt nie wie dlaczego bohater musi od nowa przeży­wać w kółko ten sam dzień – co spraw­ia, że cała his­to­ria sta­je się raczej dow­cip­ną przy­powieś­cią niż po pros­tu komedią nastaw­iona tylko na to by nas rozśmieszyć. I żeby nie było – zwierz uwiel­bia kome­die nastaw­ione tylko na to by go rozśmieszyć ale jak w ramach gatunku dosta­je coś więcej to czu­je się szczęśli­wy z takiego bonusu.

 

Wiele jest dobrych komedii ale takie które baw­ią ilekroć się je oglą­da — bard­zo niewiele

Okruchy Dnia – zwierz uzna­je że cza­sem opła­ca się obe­jrzeć tylko jeden film z całego gatunku by wiedzieć   o co tak właś­ci­wie w pewnym rodza­ju filmów chodzi. Okruchy Dnia to ide­al­ny przed­staw­icie ang­iel­skiego kina oby­cza­jowego z akcją obow­iązkowo dziejącą się w przeszłoś­ci gdzie nic się tak naprawdę nie dzieje. Zwierz zda­je sobie sprawę, że tylko część widzów lubi tego typu pro­dukc­je pod­czas kiedy więk­szość raczej ziewa i szu­ka jakieś miękkiej częś­ci fotela by sobie przys­nąć. Ale z drugiej strony – nigdy z góry nie wiemy komu – taka nar­rac­ja opar­ta o powolne studi­um ludz­kich emocji się spodo­ba. Przy czym zdaniem zwierza Okruchy Dnia są o tyle dobre że tam uczu­cia bohaterów są dla nas dość jasne, zaś niemożność ich bezpośred­niego wyraże­nia budzi frus­trację (nie tylko bohaterów ale też samego widza). To zaś powodu­je, że w sum­ie oglą­da się ten film niekiedy z całkiem sil­ny­mi emoc­ja­mi – i ma się ochotę raz na jak­iś czas rzu­cić kap­ciem w telewiz­or. Poza tym nie ukry­wa­jmy to jest jeden z tych filmów gdzie wszys­tko jest zapięte na ostat­ni guzik – od miejs­ca gdzie roz­gry­wa się akc­ja, po sposób jego kręce­nia i wresz­cie – doskon­ałe aktorstwo – co też jest jed­nym z tych ele­men­tów filmów na które powin­niśmy się „wys­taw­iać”.

 

  Każdy choć raz powinien zobaczyć film w kto­rym  ma ochotę przyłożyć kap­ciem bohaterowi a jed­nocześnie strasznie mu go żal

Fan­ny i Alek­sander – zwierz musi powiedzieć, że to jest jeden z najws­panial­szych filmów jakie kiedykol­wiek oglą­dał, który pokazy­wał­by wszys­tkim którzy boją się Bergmana. Bo serio to jest film który w żad­nym momen­cie nie jest dla widza nieprzys­tęp­ny – wręcz prze­ci­wnie nie jest nam trud­no dostrzec sil­ny wiz­ual­ny kon­trast między rados­nym domem rodzin­nym dzieci – pełnym aktorów, zabaw i szczęś­cia a zim­ny­mi kom­nata­mi domu ich ojczy­ma gdzie trafi­a­ją po tym jak mat­ka związa­ła się z surowym pas­torem. Ten kon­trast jest niesły­chanie wyraźny, łatwy do odczy­ta­nia i daje wid­zowi poczu­cie, że rozu­mie co dzieje się na ekranie. Oczy­wiś­cie to tylko część urody fil­mu i uroku nar­racji ale spraw­ia, że przes­ta­je­my myśleć „Bergman jest tak wyrafi­nowany że nic nie zrozu­miem”. Poza tym to film prze­cu­d­owny – doskonale odd­a­ją­cy per­spek­ty­wę dzieci przyglą­da­ją­cych się wydarzeniom jakie się roz­gry­wa­ją wokół nich. A jed­nocześnie – ileż w nim jest ciepła i zrozu­mienia wobec bohaterów – którzy są nie pozbaw­ieni wad a przez to ludz­cy i nam blis­cy. No i nieje­den widz może być zaskoc­zony kiedy pojaw­ia­ją się w filmie ele­men­ty mag­iczne – i to ze źródła którego pewnie nie jeden siada­ją­cy do fil­mu Bergmana by się nie spodziewał. Zwierz pamię­tał że oglą­dał ten film z mieszanką zach­wytu i złoś­ci. Zach­wytu bo film mu się niesamowicie podobał i złoś­ci na samego siebie bo przez lata odrzu­cał seans bo to „Bergman” a potem ojciec zmusił w końcu zwierza by ten obe­jrzał jeden z jego ulu­bionych filmów i tak zwierz dowiedzi­ał się, że nie ma nic gorszego niż czynić wyjś­ciowe założe­nia odnośnie jakiejś pro­dukcji.

Zwierz pokazy­wał­by film by przekon­ać, że nie ma się co bać filmów Bergmana

Lawrence z Ara­bii – zdaniem zwierza każdy powinien choć raz w życiu zobaczyć jakiejś wielkie Hol­ly­woodzkie wid­owisko które pow­stało przed cza­sa­mi kom­put­erowych efek­tów spec­jal­nych. Dlaczego? Bo dopiero wtedy człowiek rozu­mie jak fenom­e­nal­nie wyglą­da­ją wielkie pro­dukc­je w których wszys­tko co zro­biono – nawet jeśli sko­rzys­tano z efek­tów spec­jal­nych – jest mniej lub bardziej rzeczy­wiste.  To spraw­ia, że na efek­ty kom­put­erowe spoglą­damy zupełnie inaczej – niekiedy widząc że nie są nam wcale potrzeb­ne by stworzyć na ekranie wraże­nie, że oglą­damy przed­sięwz­ię­cie o gigan­ty­cznej skali. Poza tym te starsze wielkie filmy – trwa­jące zawsze strasznie dłu­go, z wielki­mi sce­na­mi, wspani­ały­mi obraza­mi i posta­ci­a­mi które albo się naty­ch­mi­ast lubi albo się ich nien­aw­idzi pokazu­ją czym właś­ci­wie może być kino. Bo to jest jed­na z najws­panial­szych rzeczy w kine­matografii – ten brak ograniczeń w skali obrazu, te powolne his­to­rie które wcią­ga­ją  na długie godziny a potem człowiek musi wró­cić do rzeczy­wis­toś­ci taki trochę zagu­biony fak­tem, że tu nie ma żad­nego piasku.

Choć raz trze­ba zobaczyć wielkie wid­owisko starego Hol­ly­wood a nie było więk­szego do Lawrence z Ara­bii

Dobra to moja dziesiąt­ka – ponieważ nikt nie czy­ta wstępów do wpisów to zwierz prag­nie przy­pom­nieć, że to nie jest dziesięć najlep­szych filmów jakie pow­stało zdaniem zwierza – raczej tak eklek­ty­cznie wybrane dziesięć filmów które każde­mu by pole­cił. Jed­nocześnie odpowiada­jąc z góry na pytanie – zwierz jest przeko­nany, że nie ist­nieje dzieło fil­mowe które muszą zobaczyć wszyscy, podob­nie jak nie ist­nieje książ­ka którą wszyscy muszą przeczy­tać. Choć to jest tem­at na inną dyskusję. Zwierz mówił że umaw­iał się z inny­mi blogera­mi więc ma nadzieję że pode­jmą oni wyzwanie. Jeśli to zro­bią to zwierz obiecu­je zlinkować wszys­tkie ich wypowiedzi – cho­ci­aż­by po to by oprócz szerze­nie pomysłu oglą­da­nia fajnych filmów lan­sować też dobrych blogerów.

PS: Zwierz obe­jrzał wczo­raj odcinek pol­skiego seri­alu – było to przeży­cie lekko trau­maty­czne – głównie dlat­ego, że nie było w odcinku tego dzieła żad­nego zda­nia powiedzianego po pol­sku – wszys­tko jakaś seri­alową odmi­aną naszego języ­ka. Kiedy twór­cy zaczną w końcu słuchać tego jak ludzie mówią a nie kre­ować alter­naty­wnej wer­sji rzeczy­wis­toś­ci? Przy czym dodatkowo ser­i­al wzbo­ga­cał brak jakichkol­wiek wydarzeń co było ciekawe bo odcinek trwał praw­ie godz­inę.

PS2:  Na stron­ie wydarzenia Secret San­ta zna­jdziecie zdję­cia z Poz­nańskiego spotka­nia czytel­ników zwierza.

38 komentarzy
0

Powiązane wpisy