Home Ogólnie Sherlock, Sherlock, Sherlock czyli wpis podróżny 4

Sherlock, Sherlock, Sherlock czyli wpis podróżny 4

autor Zwierz

Hej

Spacerowanie weszło nam w krew tak bard­zo że spoglą­da­jąc wiec­zorem na mapę szukamy przede wszys­tkim tras które może­my pokon­ać nie korzys­ta­jąc z komu­nikacji miejskiej. Po raz kole­jny okazu­je się że nasz hos­tel ułatwia ten dość eks­cen­tryczny (w końcu Lon­dyn to mias­to sławnej i sprawnej komu­nikacji) sposób zwiedza­nia znacznie ułatwia. Nic dzi­wnego, że lokaliza­c­ja hostelu budzi w nas poczu­cie zna­j­dowa­nia się w cen­trum świa­ta. Dwa kro­ki od naszego miejs­ca zamieszka­nia mieszkał kiedyś Lenin, dom dalej Jerome Jerome (ten od Trzech Panów w Łód­ce nie licząc psa), nieco dalej mieszkał Dick­ens. Dobre sąsiedzt­wo. Może dlat­ego Dziś decy­du­je­my się podążać śla­dem jed­nego z najsławniejszych mieszkańców mias­ta. To, że nie ist­ni­ał nie powin­no niko­go zmylić.

WP_001666

Sher­lock pier­wszy

Zaczy­nam od North Gow­er Street. Niewiel­ka sen­na ulicz­ka na której o poran­ki wala­ją się jeszcze nie sprząt­nięte wor­ki ze śmieci­a­mi. Gdy­by nie charak­terysty­cz­na kaw­iar­nia i grup­ka dziew­czyn robią­ca sobie zdję­cie pod zupełnie zwykły­mi drzwia­mi moż­na było­by uznać że na tej sen­nej uliczce nic się nigdy nie zdarzyło i nie odgry­wa ona żad­nego znaczenia. A prze­cież jed­nak odgry­wa przy­na­jm­niej dla tych wszys­t­kich piel­grzy­mu­ją­cych tu fanów dla setek osób które koc­zowały na niej gdy nagry­wano kole­jne odcin­ki Sher­loc­ka. I choć spotkanie się z tą prze­cież niewielką deko­racją nieco psu­je wiz­ję z seri­alu (zawsze kiedy sta­je­my w tym samym miejs­cu uświadami­amy sobie, jak bard­zo kam­era jest w stanie zbu­dować nas­trój i skalę przestrzeni) to jed­nak miło tu zajrzeć. Nie mamy chwilowo ochoty na lubch ale każde­mu kto zna­jdzie się niedaleko Speedy’s bard­zo pole­cam tute­jsze wyro­by. Jest smacznie i niezbyt dro­go.

Spod fil­mowych deko­racji przenosimy się pod te lit­er­ack­ie. Przed Bak­er Street 221b dzi­ki tłum. Czekanie w kole­jce część turys­tów uprzy­jem­nia sobie w sklepie z pamiątka­mi. Z miłym zaskocze­niem dostrzegam że Sher­lock BBC jeszcze kil­ka lat temu zupełnie w sklepie nieobec­ny dostał swój mały kącik. Jed­nak nas na Bak­er Street bardziej niż od Sher­loc­ka intere­su­ją Beat­le­si. W niewielkim sklepie z pamiątka­mi twarze czwór­ki z Liv­er­poolu moż­na znaleźć dosłown­ie na wszys­tkim od toreb przez kub­ki, przypin­ki, książ­ki, plakaty i skar­pet­ki. Z głośników sączą się kole­jne piosen­ki. Połowa klien­tów trochę je podśpiewu­je. To jeden z sym­pa­ty­czniejszych sklepów w tym mieś­cie. Jed­nak tłok wśród Bak­er Street nie pozwala nawet na chwilę reflek­sji (byłam tu kiedyś w nocy i dam głowę że praw­ie słysza­łam dochodzą­cy z pier­wszego pię­tra dźwięk skrzy­p­iec). Uciekamy od tego trud­nego do opanowa­nia turysty­cznego gwaru mija­jąc jeszcze ciągnącą się przez całą ulicę kole­jkę do muzeum fig­ur woskowych. Jed­na z atrakcji której chy­ba nigdy nie zrozu­miem.

WP_001667

Sher­lock dru­gi

Trze­ci Sher­lock wita nas tuż obok Trafal­gar Square. Sym­pa­ty­czny pub w którym obsłu­ga z niepoko­jącą reg­u­larnoś­cią tłucze jakąś szk­lankę to ide­alne miejsce na spotkanie z czytel­nika­mi zwierza. Początkowy lęk że nikt się nie pojawi ustępu­je radoś­ci gdy w kilka­naś­cie osób próbu­je­my roz­maw­iać o wszys­tkim na raz. Okazu­je się że zupełnie obcy sobie ludzie szy­bko zna­j­du­ją wspól­ny język gdy mowa o dinoza­u­rach, żeglowa­niu czy starych kinach. Wymieni­amy się obiet­ni­ca­mi zna­jo­moś­ci na face­booku, tele­fon­a­mi a nawet umaw­iamy się na poniedzi­ałek z Riennherą autorką bard­zo pop­u­larnego blo­ga (na tyle że jej pojaw­ie­nie się budzi nie mniejsze porusze­nie niż obec­ność zwierza). Jest miło głośno i jak zwyk­le w przy­pad­ku spotkań z czytel­nika­mi przesym­pa­ty­cznie. Z pubu wychodzę głod­na i z lekko zdar­tym gardłem bo trze­ba przekrzy­czeć połowę nowych zna­jomych.

Lunch jemy w niewiel­kich ogro­dach odd­ziela­ją­cych wysok­ie poważne budyn­ki od Tamizy. Siedz­imy pod pom­nikiem odwró­conego ku nas tyłem wojskowego i przyglą­damy się kole­jnym parom młodym które robią sobie zdję­cia na tle pięknych kwit­ną­cych kwiatów. Dziś raczę się shusi które smaku­je jakoś lep­iej gdy zieleń dorzu­canych tu jako sałat­ka fasolek zgry­wa się z zie­lenią trawy pod stopa­mi. Jest przy­jem­nie, zaskaku­ją­co cicho. Chci­ało­by się zostać na dłużej ale Lon­dyn wzy­wa. Początkowo mamy plan by popłynąć łód­ką w dół rze­ki ku Tow­er. Trud­no powiedzieć kiedy plany się zmieni­a­ją. Idziemy brzegiem Tamizy a Lon­dyn pokazu­je nam swo­ją nową twarz pełną lśnią­cych budynków i nowoczes­nych wieżow­ców które trud­no dostrzec gdy nie spoglą­da się z nad rze­ki która w tym miejs­cu ma dość paskud­ny kolor brud­nej wody.

WP_001668

Sher­lock trze­ci

Energię tracimy trochę za St. Paul’s , szuka­jąc przys­tanku auto­bu­sowego trafi­amy na niewiel­ki skw­er. W jed­nym miejs­cu mamy stare budyn­ki przez­nac­zone na ban­ki, giełdy i inne przestrze­nie pełne ludzi zaj­mu­ją­cych się pom­nażaniem i trace­niem pieniędzy innych ludzi. Dalej zza tych wik­to­ri­ańs­kich budynków wys­ta­ją wysok­ie lśniące wieżow­ce. W jed­nym miejs­cu nagle nowy i stary Lon­dyn zbie­ga­ją się razem dając na chwilę doskon­ały obraz tego czym jest nowoczesne mias­to gdzie nowe dostaw­ia się do starego, z sza­cunkiem dla his­torii ale bez lęku przed nowoś­cią. Zresztą Lon­dyn zda­je się być w remon­cie. wszędzie trwa­ją prace dro­gowe, odnaw­ian­ie domów, żuraw­ie wnoszą się nad miniatur­owy­mi pla­ca­mi budowy. Najwyraźniej to mias­to które nie umie przes­tać.

Dwupiętrowy najnowocześniejszy na świecie auto­bus wiezie nas spoko­jnie ku domowi. Mias­to z tej per­spek­ty­wy wyglą­da chy­ba jeszcze sym­pa­ty­czniej. Charak­terysty­czny tłum pod każdym z pub­ów — ludzi którzy chcą zapal­ić, ich zna­jomych, tych dla których zabrakło sto­li­ka, tych którzy nawet ie szukali sto­li­ka.  Zmęczeni turyś­ci, jeszcze bardziej zmęcze­nie londyńczy­cy obład­owani siatka­mi, dziel­nie próbu­ją­cy prze­drzeć się przez uliczny tłum z dziecię­cy­mi wózka­mi. W kaw­iar­ni­ach tłumy sączą kawę, jak mniemam tą wyczekaną popołud­niową dającą choć odrobinę energii przed końcem dnia. Z auto­busu wysi­adamy tuż przy Oxford Street. Wpadamy jeszcze na chwilę do kiosku. Przed półką z cza­sopis­ma­mi czu­ję jak łzy powoli napły­wa­ją mi do oczu.Chciałoby się mieć abso­lut­nie wszys­tko, moż­na sobie kupić tylko kil­ka.

Do domu idziemy bard­zo wol­no. Każdy krok przy­pom­i­na o sza­lonym planie zwiedza­nia metropolii na piechotę. Po drodze znów ktoś pyta mnie on kierunek. Dziś to już dwa razy. Próbu­je­my przeanal­i­zować ten fenomen. Ale jak zwyk­le odpowiedź nam umy­ka. Jest to jed­na z tych drob­nych fas­cynu­ją­cych mnie rzeczy. Jak wybier­amy ludzi którym zadamy pytanie, skąd wiado­mo, że uzyskamy odpowiedź. Dlaczego to zawsze jestem ja? Zwłaszcza że ku moje­mu zaskocze­niu zazwyczaj wiem gdzie mach­nąć ręką. Jed­na z tych zagadek które będą mnie jeszcze prześlad­ować. Czyż­by rzeczy­wiś­cie było tak, że mam uni­w­er­sal­nie niegroźny wygląd. I dlaczego nikt nie zauważa, że co trzy kro­ki zatrzy­mu­je się przed doskonale opra­cow­any­mi plana­mi mias­ta wskazu­ją­cy­mi gdzie się jest wśród plą­taniny ulic. Dlaczego ludzie ufa­ją mi sko­ro nie ufam sama sobie?

Ps: Jutro Król Lew ale chy­ba recen­z­ja dopiero po powro­cie.

9 komentarzy
0

Powiązane wpisy