Home Ogólnie Śmiech, Kanapa i cała reszta czyli jak zrobić dobry sitcom na przykładzie 10 ulubionych sitcomów zwierza

Śmiech, Kanapa i cała reszta czyli jak zrobić dobry sitcom na przykładzie 10 ulubionych sitcomów zwierza

autor Zwierz

 ?

Hej

 

           Zwierz zadał wczo­raj swoim czytel­nikom pytanie czy woleli­by aby zajął się sit­comem jako pewnym ciekawym przykła­dem seri­alu, który potrafi być zupełnie taki sam i zupełnie inny za każdym razem kiedy ktoś zabiera się za ten for­mat. Oczy­wiś­cie czytel­ni­cy zwierza jak zwyk­le wykaza­li się cud­ownym nie zde­cy­dowaniem (a właś­ci­wie wysokim zde­cy­dowaniem — głosowali niemal po równo na kil­ka opcji), staw­ia­jąc zwierza w trud­nej sytu­acji.  Wychodzi bowiem na to, że aby zad­owolić swoich wiernych czytel­ników, zwierz musi napisać dwie not­ki na raz. No ale zwierz nie mienił­by się prawdzi­wym, kom­pul­sy­wnym blogerem gdy­by nie pod­jął takiego wyz­na­nia. Tak więc zwierz wymyślił — będziemy mieli dziesięć różnych ele­men­tów bez, których nie da się nakrę­cić sit­co­mu i dziesięć sit­comów które zwierz naprawdę lubi. Zwierz odrzu­ca kry­teri­um geograficzne, więc będzie skakał z USA do UK i z powrotem. Niek­tórzy mogą zapy­tać dlaczego tylko dziesięć ele­men­tów i tylko dziesięć seri­ali. Zwierz jest jakoś dzi­wnie przy­wiązany do wylicza­nia wszys­tkiego dziesiątka­mi. Wyraźnie jeśli nie narzu­ci na siebie takiego ograniczenia kończy na wpisach, które mają pięć stron i nikt nie ma cza­su ich czy­tać. A i jeszcze jed­na waż­na rzecz, kole­jność wymieni­anych seri­ali jest jak zwyk­le zupełnie przy­pad­kowa.

 

Śmiech z offu — zwierz uznał, że będzie na tej liś­cie wymieni­ał głównie, a właś­ci­wie wyłącznie seri­ale w których słyszymy śmiech z offu. Dlaczego? Zdaniem zwierza to ele­ment odróż­ni­a­ją­cy sit­com od wszys­t­kich innych seri­ali kome­diowych. Zwierz nigdy nie rozu­mi­ał zal­icza­nia np. The Office do sit­comów, bo serio ten ser­i­al był wszys­tkim tylko nie komedią gdzie wszys­tko roz­gry­wa się na jed­nej sce­nie i słyszymy śmiech z offu, podob­nie Mod­ern fam­i­ly aczkol­wiek bawi sit­comem nie jest. Wyda­je się, że dziś rozmyła się nieco definic­ja tego for­matu, i wyko­rzys­tu­je się to poję­cie po pros­tu do opisu seri­ali kome­diowych. Tym­cza­sem sit­comy stanow­ią ciekawą hybry­dę starej i nowej telewiz­ji, wciąż nagry­wane przed pub­licznoś­cią, imi­tu­jące żywe reakc­je widzów, a jed­nak nie pokazy­wane już jak kiedyś na żywo. Zwierz uzna­je więc śmiech za warunek konieczny, jeśli nie kon­sty­tu­u­ją­cy cały ów gatunek.  Co ciekawe kiedy staramy się przy­pom­nieć czy w seri­alu śmieją się z offu czy nie, przy­chodzi nam to z pewną trud­noś­cią. Tak było w przy­pad­ku zwierza i How I Met Your Moth­er — zwierz musi­ał się sporo namęczyć by przy­pom­nieć sobie czy w tym seri­alu jest obec­ny śmiech z offu. Obe­jrzał kil­ka klipów by przekon­ać się, że rzeczy­wiś­cie wid­ow­n­ia się śmieje. A co do How I Met Your Moth­er, to zwierz musi przyz­nać, że zgadza się ze wszys­tki­mi, którzy widzą w tym seri­alu współczes­ną (nieco gorszą) reinkar­nację przy­jaciół. Zwierz ceni ser­i­al przede wszys­tkim za ciekawą wiz­ję współczes­nych trzy­dziestoparo latków (którzy chcą założyć rodz­inę tylko nie za bard­zo jest z kim), za genial­ny pomysł z ret­ro­spekcją (taka nar­rac­ja wielokrot­nie ura­towała śred­ni odcinek czy wątek) no i za genial­ną rolę Neila Patric­ka Har­risa, który ukradł ser­i­al odtwór­cy głównej roli. Co praw­da zwierz jest już nieco znużony nie kończą­cym się monolo­giem Teda, który za żadne skar­by nie może dojść do his­torii jak poz­nał matkę swoich dzieci, ale wciąż czeka na następ­ne odcin­ki. Być może dlat­ego, że wtedy kiedy HIMYM jest zabawne, to jest bard­zo zabawne. I człowiek się śmieje, niekoniecznie z offu. ( A tak przy okazji, kiedy wyrzu­ci się z sit­comów śmiech, to nagle sta­ją się odrobinę mniej zabawne. Serio)

 

 

 Jakieś 3/4 seri­alu ma jed­nym obrazku. Zwierz szukał do dzisiejszego wpisu fan artów i tam gdzie jest znalazł radośnie jest podrzu­ca.

 

 

Kana­pa — jeśli chce­cie nakrę­cić naprawdę dobry sit­com nie może­cie zapom­nieć o kanapie, dokład­niej kanapie naprze­ci­wko telewiz­o­ra. Nigdy nie widz­imy kawał­ka poko­ju, który zna­j­du­je się za kanapą, głównie dlat­ego, że go nie ma. Niekiedy kana­pa może zna­j­dować się poza mieszkaniem naszych bohaterów (kana­pa w seri­alu Przy­ja­ciele stała w kaw­iarni), ale bez kanapy ani rusz. Niekiedy kana­pa stoi bok­iem do wejś­cia, niekiedy (z rzad­ka) jest zastępowana jakimś innym siedziskiem. Ale i tak musi­cie gdzieś z tył mieć kanapę. Serio. A sko­ro przy kana­pach jesteśmy to czas prze­jść do drugiego ulu­bionego sit­co­mu zwierza czyli The Big Bang The­o­ry.  Na kanapie w tym seri­alu siedzi czterech przy­jaciół i ich ślicz­na  sąsi­ad­ka Pen­ny (a z cza­sem co raz więcej przy­jaciółek naszych bohaterów). Ser­i­al w zamierze­niu miał  naśmiewać się z geeków, ale po cza­sie zaczął co raz częś­ciej brać ich stronę, a ter­az wyda­je się, że co raz rzadziej zapom­i­na, że nie jest seri­alem o zwykłych fac­etach tylko o dok­torach fizy­ki ze skłon­noś­cią  do zbyt­niego prze­j­mowa­nia się pop­kul­tura. Nie mnie mniej jed­nak nadal jest to najśmieszniejszy pokazy­wany obec­nie na ante­nie amerykańs­ki sit­com. Przede wszys­tkim za sprawą Shel­dona (ma on na kanapie swo­je, najlep­sze, ukochane, zarez­er­wowane miejsce) ale także licznych naw­iązań do pop­kul­tu­ry, które zwierz zawsze śledzi z olbrzymią fra­jdą.  Co praw­da zwierz nie ukry­wa, że pier­wsze sezony seri­alu są bez porów­na­nia lep­sze od kole­jnych, ale z drugiej strony czy nie jest to zasa­da, która obow­iązu­je wobec abso­lut­nie wszys­t­kich seri­ali.

 

 

 

 Kana­pa jest pod­sta­wowym sit­co­mowym meblem. Bez niego praw­ie nie ma sit­comów

 

Pra­ca, pra­ca, pra­ca — choć część sit­comów abso­lut­nie ignoru­je pracę swoich bohaterów, część tworzy z miejs­ca pra­cy a właś­ci­wie z wykony­wanego przez bohat­era zawodu ele­ment cen­tral­ny opowieś­ci. Przy czym, nikt w pra­cy tak naprawdę nie pracu­je, i jest to co najwyżej ele­ment pozwala­ją­cy  dorzu­cić do seri­alu odpowied­nią dawkę dow­cipów związanych z tym jak ciężkie jest życie człowieka pracu­jącego. Ot na przykład w jed­nym z ukochanych bry­tyjs­kich sit­comów Black Books, w tytułowej księ­gar­ni pracu­je nasz bohater Bernard, który wie jed­no — nie chce niko­mu sprzedawać książek, chce by ludzie zostaw­ili go w spoko­ju i dali wyp­ić wino do koń­ca. Księ­gar­nia jest więc raczej miejscem, w którym dochodzi do wielu bard­zo sur­re­al­isty­cznych sytu­acji (zwłaszcza od cza­su kiedy zaczął pra­cow­ać w niej Man­ny, który jest nieco przy­jaźniej nastaw­iony do ludzi). Sit­com, choć ope­ru­je czarnym i miejs­ca­mi absurdal­nym humorem, wyko­rzys­tu­je przestrzeń księ­gar­ni a także dow­cip związany z miejscem pra­cy w dość stan­dar­d­owy sposób (tak w księ­gar­ni jest kana­pa choć bohaterowie częś­ciej na nią pada­ją niż siada­ją). W wielu seri­alach, mniej sur­re­al­isty­cznych (ale i zabawnych) miejsce księ­gar­ni spędza bar, w której ktoś jest bar­manem, ewen­tu­al­nie mamy do czynienia z pracą biurową. Nie mniej zwierz woli kiedy na ekranie prze­myka­ją mu nien­aw­ist­ni sprzedaw­cy książek. Czu­je z nimi więk­szą więź duchową. Koniecznie musi­cie zobaczyć Black Books, jeśli zwierz was nie przekon­ał, przeczy­ta­j­cie ten wpis

 

  Plus minus cała filo­zofia biz­ne­sowa Bernar­da, człowieka, który nie lubi innych ludzi i wcale nie chce sprzedawać im książek

 

Drzwi przez które moż­na wejść - ponieważ sit­comy dzi­ała­ją na zasadzie podob­nej do fran­cuskiej farsy (chowamy wszys­t­kich po różnych poko­jach a wtedy wchodzi kole­j­na oso­ba), oczy­wiś­cie nie zawsze w każdym poko­ju czai się kochanek, albo wal­iz­ka ale ogól­nie zasa­da jest taka, że do mieszka­nia każdy może wejść w każdej chwili co jak wiemy nie zdarza się w real­nym życiu. Co więcej drzwi są bard­zo teatralne, nigdy nie prowadzą do przed­poko­ju tylko zawsze pros­to do poko­ju, w którym stoi kana­pa i roz­gry­wa się akac­ja, zazwyczaj umiejs­cowione z boku sce­ny spraw­ia­ją, że w dowol­nej chwili, kiedy naprawdę nie wiemy co zro­bić ze sceną, wchodzi kole­jny bohater. Jeśli kiedykol­wiek oglą­dal­iś­cie Przy­jaciół to mogło się wam podob­nie jak zwier­zowi rzu­cić w oczy, że w obu mieszka­ni­ach (zarówno Rachel i Moni­ki jak i Chanldera i Joye’a) panu­je ciągły, nieprz­er­wany ruch bohaterów. Co więcej nikt nie puka, wszyscy po pros­tu wchodzą jak do siebie, i zwierz pamię­ta tylko jeden przy­padek kiedy drzwi były zamknięte, kiedy ktoś był w środ­ku. Prawdę powiedzi­awszy, tworzy to ciekawą wiz­ję życia, w której każdy może wpaść i spędz­ić z nami trochę cza­su (zwierz który ma przy­jaciół i krewnych na tej samej klatce schodowej wie, że nie do koń­ca tak to wyglą­da). A co do samych Przy­jaciół, to zwierz ma wobec nich dług wdz­ięcznoś­ci bo oglą­da­jąc właśnie ten sit­com zwierz nauczył się ang­iel­skiego. Co praw­da z cza­sem jak wszys­tko poziom lekko spadł (choć kole­jne sezony były lep­sze od wielu seri­ali pokazy­wanych dziś na ante­nie), ale te żar­ty, które były śmieszne zawsze będą śmieszne. Przede wszys­tkim jed­nak Przy­ja­ciele ser­wu­ją nam przepiękną wiz­ję życia, w którym zawsze mamy wokół siebie prawdzi­wych Przy­jaciół na których zawsze moż­na liczyć.

 

 

 Jak widać dla Przy­jaciół zamknięte drzwi to za mało

 

Przy­ja­ciele i rodz­i­na — nasz bohater nigdy nie jest sam — wtedy był­by nud­ny i smut­ny. Ważne jest by miał współloka­to­ra lub współloka­torkę, najlep­szego kumpla w pob­liskim barze czy teś­ciową lub matkę mieszka­jącą w okol­i­cy. Sit­comy pokazu­ją człowieka jako istotę społeczną, ale jedynie w swo­jej małej przy­ja­ciel­sko-rodzin­nej społecznoś­ci. Dzię­ki temu nasz bohater nigdy nie jest samot­ny, rodz­i­na dostar­cza zazwyczaj obow­iązkowego ele­men­tu kome­diowego, a przy­ja­ciele są wspar­ciem dla naszego zazwyczaj narażonego na wiele niefor­tun­nych zdarzeń bohat­era. Dlat­ego przy­jaźnie, częs­to stanow­ią główną oś fab­u­larną seri­alu. Na przykład Will i Grace — bard­zo śmieszny, miejs­ca­mi lekko sur­re­al­isty­czny sit­com o parze przy­jaciół, mieszka­ją­cych razem, która jest dla siebie ide­al­na z tym drob­nym prob­le­mem, że on jest gejem. Obo­je wspier­a­ją się w poszuki­wa­niu swo­jej drugiej połów­ki (choć show krad­ną im bohaterowie dru­go­planowi — ich nadzwyczaj eks­cen­trycz­na lekko pozbaw­iona uczuć przy­jaciół­ka Karen i “gej że hej” Jack), przeży­wa­ją miłoś­ci i rozs­ta­nia ale zawsze mają siebie. Ser­i­al jest zabawny (i lubiany przez zwierza) przede wszys­tkim dlat­ego, że przez kil­ka lat jego emisji przewinęły się przez niego całe tłumy gwiazd, w wys­tę­pach gościn­nych — do najz­abawniejszych należy pojaw­ie­nie się Mat­ta Damona, Kev­ina Bacona i  co było dla zwierza zaskocze­niem Michela Duglasa. Will i Grace to może nie jest najwybit­niejszy ser­i­al w his­torii sit­comów ale zwierza zawsze pod­nosi na duchu.

 

 Ser­i­al był bard­zo teatral­ny, więc trud­no się dzi­wć, że przed ostat­nim odcinkiem (to było już sześć lat temu  bohaterowie ład­nie się kła­niali)

 

 

Bohater inny niż wszyscy - teo­re­ty­cznie sit­comy powin­ny opowiadać o ludzi­ach nor­mal­nych, czy wręcz nud­no prze­cięt­nych. Ale praw­da jest taka, że więk­szość z nich bierze postaci pozornie nor­malne i czyni jest kom­plet­nie odjechany­mi. Spójrz­cie na ser­i­al IT Crowd (który po pol­sku chodz­ił jako Tech­ni­cy Mag­i­cy), bohaterowie to para pra­cown­ików IT, plus nad­zoru­ją­ca ich przesym­pa­ty­cz­na choć nie do koń­ca kom­pe­tent­na dziew­czy­na. Pozornie nasi bohaterowie są nor­mal­ni, oczy­wiś­cie są geeka­mi no ale czego się spodziewać po pra­cown­ikach dzi­ału IT. Dopiero w cza­sie oglą­da­nia seri­alu dostrzegamy, że właś­ci­wie niko­go nor­mal­nego w dziale IT ale także w całej fir­mie nie ma. Zwłaszcza Mau­rice, który wysyła maile w chwili gdy widzi pożar jest zde­cy­dowanie dale­ki od jakiejkol­wiek nor­mal­noś­ci.  Podob­nie szef całej firmy , postać niezwyk­le zabaw­na i świę­cie wierzą­ca, że Sher­lock Holmes był postacią his­to­ryczną. Nie mniej zasa­da, że teo­re­ty­cznie mamy do czynienia z nor­mal­ny­mi przed­staw­iciela­mi swo­jego zawodu jak najbardziej się sprawdza. Kiedy bohaterowie pod­nosza słuchawkę i pyta­ją ” Czy próbowała pani włączyć i wyłączyć.” brzmia dokład­nie jak dzi­ał IT w fir­mie zwierza.

 

 

 

 Praw­ie cały genial­ny ser­i­al na jed­nym plaka­cie. 

 

Twór­ca, Twór­ca — zdaniem zwierza w dobrym sit­comie, może choć nie musi pojaw­iać się jego współtwór­ca. Wielu aktorów kome­diowych ma bowiem dar pisa­nia sobie najz­abawniejszych tek­stów, a wielu potrafi stworzyć postać opartą w jakimś stop­niu o swo­ja osobowość, z resztą jeśli przyjrzy­cie się sit­co­mom to dostrzeże­cie, jak częs­to bohaterowie i odgry­wa­ją­cy ich aktorzy dzielą ze sobą np. imię. Tak z całą pewnoś­cią jest w przy­pad­ku jed­nego z ukochanych sit­comów zwierza czyli wspom­i­nanej już wielokrot­nie Mirandy. Miran­da Hart od swo­jego seri­alowego alter ego sporo się różni ale moż­na pode­jrze­wać, że wszys­tkie dow­cipy doty­czące wysok­iego wzros­tu i dość męskiej urody są wzięte pros­to z włas­nych doświad­czeń. Miran­da to w ogóle przeu­roczy ser­i­al, w którym najlep­sze kawał­ki to te, w których Miran­da prze­chodzi przez czwartą ścianę i zwraca się w śrdoku sce­ny bezpośred­nio do nas. Aktor­ka niekoniecznie musi cokol­wiek mówić, wystar­czy jed­no spo­jrze­nie a zwierz już tarza się ze śmiechu. 

 

 Zwierz nie pode­jrze­wa by Miran­da Hart baw­iła się w strasze­nie ludzi na wys­tawach, ale zwierz musi przyz­nać że ten kawałek niezmi­en­nie go bawi. 

 

 

Dzi­wni ludzie z drugiego planu  — ser­i­al kome­diowy może niekiedy wprowadzać ele­men­ty dra­maty­czne, ale tylko w odniesie­niu do postaci pier­ws­zo planowej, co do postaci dru­go­planowych to obow­iązu­je zasa­da, że powin­ny być one odrobinę prz­erysowane. W każdym sit­comie musi na drugim planie pojaw­ić się choć jed­na oso­ba, która już nic z żad­ną nor­mal­noś­cią ani jej pozo­ra­mi nie ma nic wspól­nego, może być groteskowa, lekko sza­lona,  ego­isty­cz­na lub po pros­tu bard­zo, bard­zo dzi­w­na. Niekiedy zresztą, to właśnie takie posta­cie z drugiego planu decy­du­ją o pop­u­larnoś­ci seri­alu. Na przykład w przeu­roczym sit­comie Vic­ar of Dib­ley, gdzie głów­na bohater­ka jest nowym pas­torem przy­by­wa­ją­cym do niewielkiej mieściny. Oczy­wiś­cie mieścinę zamieszku­ją także zupełnie nor­mal­ni ludzie, ale aku­rat w radzie parafii zna­jdzie się kil­ka zupełnie groteskowych postaci, jak bohater, który każde stwierdze­nie rozpoczy­na od powiedzenia co najm­niej pięć razy “No” czy starsza pani, która teo­re­ty­cznie jest total­ną skleroty­czną wari­atką choć niekiedy powie coś do rzeczy. I tak  choć same słowa i czyny bohater­ki nie zawsze są niezwyk­le kome­diowe to dzię­ki odpowied­nio nakreślonym posta­ciom dru­go­planowym wszys­tko sta­je się nadzwyczaj zabawne.

 

 

 Biorąc pod uwagę to jak zabawny był ser­i­al, i jakie powodze­nie miała głów­na bohater­ka, ewident­nie coś w tym jest 

 

All you need is love — praw­ie nie ma sit­comów, w których na pier­wszym lub drugim planie nie pojaw­ił się jak­iś wątek roman­ty­czny. Sit­comy roz­gry­wa­ją je zupełnie inaczej niż seri­ale poważne, bo bohaterowie mogą chodz­ić wokół siebie  lata­mi ale tak naprawdę wszyscy wiedzą, że w końcu się zejdą. Nigdy tak naprawdę się nie ranią, a ich nie wypowiedziane uczu­cie bywa jed­nym z filarów snutej his­torii. Co ciekawe sit­comy częs­to pozwala­ją się parom pobrać i nadal kon­tynu­u­ją swo­ja opowieść tym razem pokazu­jąc jak trud­no jest żyć w związku. Pewną choć nie konieczną zasadą sit­comów jest to, że bohaterowie powin­ni się od siebie różnić, najlepiej wyk­sz­tałce­niem lub pochodze­niem społecznym, im więcej się kłócą czy nie rozu­mieją włas­nych oby­cza­jów tym dla seri­alu lep­iej. Na przykład jeden z ulu­bionych seri­ali zwierza czyli amerykańs­ka Nia­nia (zwierz lubił pol­ską ale wolał amerykańską). Bohater­ka będą­ca niezbyt wyk­sz­tał­coną dziew­czyną z Brook­lynu opieku­je się dzieć­mi bogat­ego pro­du­cen­ta Musi­cali, który pochodzi z Anglii. Obo­je są rzecz jas­na dla siebie ide­al­ni ale ser­i­al pozwala im przez kil­ka sezonów chodz­ić obok siebie i kłó­cić się o najm­niejszy dro­bi­azg. Zwierz uwiel­bi­ał ten ser­i­al przede wszys­tkim za sym­pa­ty­czną atmos­ferę, i rodz­inę niani — wzbudza­jącą w niej ciągłe poczu­cie winy matką i lekko skleroty­czną bab­cię.

 

 Zdaniem zwierza najz­abawniejsze w całym seri­alu, były trzy pokole­nia tej samej lekko dys­funkcyjnej żydowskiej rodziny z  Brook­lynu

 

Wiele hała­su o nic — zasadą sit­co­mu jest to, że właś­ci­wie o niczym nie opowia­da. Może lata­mi pokazy­wać nam życie, w którym tak naprawdę nic się nie dzieje. Bohaterom przy­darza­ją się zabawniejsze lub mniej zabawne zdarzenia, ale najwięk­szy­mi wydarzeni­a­mi w świecie sit­co­mu są częste ślubu, rzad­kie pogrze­by i niekiedy urodziny. Z drugiej strony w sit­comie może tych wszys­t­kich ele­men­tów zabraknąć , a nadal jest o czym opowiadać. Na przykład Spaced, ukochany sit­com zwierza opowia­da o parze młodych ludzi, którzy postanow­ili wyna­jąć mieszkanie. Prob­lem pole­ga na tym, że oso­ba wyna­j­mu­ją­ca mieszkanie chce je pod­na­jąć wyłącznie parze. Bohaterowie decy­du­ją się więc udawać parę, i szy­bko lądu­ją w śliczny mieszka­niu. I tyle jeśli chodzi o jakikol­wiek zrąb dra­maty­czny. Przez więk­szość cza­su obser­wu­je­my jak nasi bohaterowie gra­ją w gry kom­put­erowe, idą do pubu lub na imprezę czy spędza­ją czas w domu. Nic się tak naprawdę nie dzieje, ale sit­com jest przez­abawny. Zwłaszcza ilość cud­own­ie wple­cionych odniesień do pop­kul­tu­ry. Za his­torię odpowiedzialne jest genialne trio Pegg, Wright, Frost więc zwierz uważa, że nie musi nic więcej mówić.

 

 

 

 To nie jest fan art. Tak naprawdę wyglą­da okład­ka DVD z seri­alem. Czy ist­nieje coś lep­szego niż okład­ka do DVD z sit­comem styl­i­zowana na plakat do Gwiezd­nych Wojen?

 

          Zdaniem zwierza powyższe ele­men­ty poz­wolą wam stworzyć ser­i­al ide­al­ny. Co do wymienionych przez zwierza sit­comów, to w przy­pad­ku tych seri­ali zwierz uważa, że nie powin­niśmy gonić za ideałem. Wystar­czy, że zna­jdziemy coś co nas naprawdę bawi, pod­nosi na duchu i pozwala na chwilę zwiać z tego szarego świa­ta, gdzie kiedy nic się nie dzieje wcale nie jest śmiesznie, a kiedy jest śmiesznie to nie słyszymy parska­nia z offu, które by nam to pod­powiedzi­ało. Świat sit­comów jest  sztuczny i schematy­czny ale być może dlat­ego ich oglą­danie jest jak wracanie do pra­cy do domu i siadanie na chwilkę zan­im zacznie się cokol­wiek robić. To jeden z przy­jem­niejszych momen­tów w ciągu dnia, mimo, że ist­nieją lep­sze rozry­w­ki.

Ps: A jutro zwierz będzie się odd­awał fan­girl­iz­mowi. Dzię­ki królowej.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy