Home Film Moje ulubione 100 filmów dla pewnej definicji słowa ulubiony

Moje ulubione 100 filmów dla pewnej definicji słowa ulubiony

autor Zwierz
Moje ulubione 100 filmów dla pewnej definicji słowa ulubiony

Pięć lat temu na tym blogu pojaw­iała się seria dziesię­ciu wpisów z moi­mi ulu­biony­mi fil­ma­mi. Filmy podzielone były na gatun­ki, a ja – tak jak patrzę dziś na tą listę – robiłam wszys­tko by raczej wypełnić ład­nie podzi­ał (dziesięć gatunków, dziesięć filmów) niż po pros­tu przed­staw­ić moje ulu­bione filmy. Dlat­ego tym razem zde­cy­dowałam się ułożyć listę zupełnie inaczej. I choć niek­tóre tytuły (ok 15–20) się pow­tarza­ją, to zde­cy­dowana więk­szość to zupełnie inne filmy.

Jaka była metodolo­gia? Usi­adłam i wyp­isałam filmy które lubię. Moje założe­nie było następu­jące – na liś­cie mają się znaleźć filmy z który­mi łączy mnie emocjon­al­na więź, takie do których wracam czy takie których obe­jrze­nie było dla mnie istotne. Nie znaczy to, że ta lista jakkol­wiek odpowia­da moim zdaniem liś­cie najlep­szych filmów jakie ist­nieją. Powiedzi­ałabym wręcz prze­ci­wnie – jest całkiem sporo wybit­nej kine­matografii której nigdy nie nazwałabym ulu­bioną. Być może gdy­bym miała napisać jakie jest moim zdaniem 100 najlep­szych filmów jakie zro­biono moja lista niekoniecznie pokry­wała­by się z tą którą wam ter­az przed­staw­iam. Żeby zilus­trować trochę ten paradoks – filmy takie jak „Miłość” Hanekego czy „Kieł” Lan­thi­mosa uważam oso­biś­cie za abso­lut­nie wybitne. Ale na pewno nie są moi­mi ulu­biony­mi.

Raczej nie powin­no was więc dzi­wić że na tej liś­cie domin­u­je kino lże­jsze ale też niekoniecznie fes­ti­walowe i bliższe moje­mu ukochane­mu nur­towi – nieza­leżnego kina amerykańskiego. Jed­nocześnie jest na tej liś­cie trochę żelaznej klasy­ki ale ponown­ie, nie chci­ałam by stała się to lista filmów które wypa­da zebrać w takim zestaw­ie­niu. Wyda­je mi się, że w każdym jest trochę pokusa by ukryć swo­je fil­mowe zau­roczenia pro­dukc­ja­mi rozry­wkowy­mi czy nawet obiek­ty­wnie słab­szy­mi, głównie po to by zaprezen­tować się światu jako widz bard­zo świadomy i bard­zo cenią­cy to co najważniejsze. Nie chci­ałam się w ten sposób prezen­tować, więc skupiłam się na tej niespecy­ficznej kat­e­gorii „ulu­biony”, który kojarzy mi się z przy­jem­noś­cią oglą­da­nia i chę­cią powraca­nia do niek­tórych tytułów. Może dlat­ego, jest to lista jed­na pro­dukcji nowszych niż starszych.

Czy lista ma kole­jność? Po dłuższym zas­tanowie­niu – nie. To jest sto filmów które lubię na różnym poziomie ale których nie umiem ustaw­ić w kole­jnoś­ci. Zresztą to trochę nie ma sen­su bo o ile mogę się jeszcze zebrać na wybranie stu ukochanych tytułów to wiz­ja, że musi­ałabym ter­az powiedzieć który kocham bardziej wyda­je mi się abso­lut­ną tor­turą. Tak więc wszys­tkie kocham bardziej i żad­nego najbardziej.

Ter­az wiecie już wszys­tko i nie pozosta­je nic innego jak zaczy­nać. Żeby post jed­nak nie miał więcej niż czter­dzieś­ci stron przyjęłam żelazną zasadę że moje emoc­je i uza­sad­nie­nie muszę zmieś­cić w mak­si­mum pię­ciu zda­ni­ach (co daje wciąż pięćset zdań). Nie chci­ałam streszczać fabuł bo to każdy zna­jdzie w sieci.

 

 

1. Genial­ny Klan (Roy­al Tanen­baums, reż. Wes Ander­son, 2001) – moje pier­wsze spotkanie z Wesem Ander­son­em. Film urzekł mnie tym jak pokazu­je skom­p­likowane relac­je pomiędzy bohat­era­mi, jed­nocześnie pozwala­jąc sobie zarówno na dys­tans jak i sen­ty­men­tal­izm. Trud­no uwierzyć że współs­ce­narzys­tą tego fil­mu był Owen Wil­son, który potem gry­wał głównie w śred­nich kome­di­ach. Jedyny film przy którym mogę powiedzieć że Gwyneth Pal­trow rzeczy­wiś­cie dobrze w nim gra.

2. Rashomon (reż. Aki­ra Kuro­sawa, 1950) – film obe­jrzany w trak­cie zajęć z his­torii kina. Myślałam że się wynudzę a tym­cza­sem to jeden z tych filmów które zmieni­a­ją per­cepcję kina. Doskonale zagrany, pre­cyzyjny i fas­cynu­ją­cy. Potem do koń­ca życia człowiek ma w głowie kat­e­gorię filmów „Chci­ały zro­bić to samo co Kuro­sawa w Rashomon, ale wyszło gorzej”. Bo naprawdę wszys­tkim ten zabieg kilku subiek­ty­wnych opowieś­ci o tym samym wydarze­niu wychodzi gorzej.

3. Rozważ­na i Roman­ty­cz­na ( Sense and Sen­si­bil­i­ty, reż. Ang Lee, 1995) – moja ukochana ekraniza­c­ja powieś­ci Jane Austen (choć nie ukochana powieść Jane Austen). Nie chodzi jedynie o dow­cip­ny sce­nar­iusz Emmy Thomp­son, ani też o fan­tasty­czną obsadę. Wyda­je się, że Ang Lee reży­seru­jąc swój film, chci­ał wynieść tą opowieść trochę poza ang­iel­ską prow­incję i chy­ba udało mu się zła­pać jakąś prawdę o ludz­kich oczeki­wa­ni­ach i prag­nieni­ach. Plus nieodżałowany Alan Rick­man jako jedyny słuszny wybór roman­ty­czny dla młodz­i­utkiej Kate Winslet.

4. Mau­rycy ( Mau­rice, reż. James Ivory, 1987) – Film, który odkryłam przy­pad­kiem w cza­sie nadra­bi­a­nia całej fil­mo­grafii Ruper­ta Gravesa. Ekraniza­c­ja powieś­ci E.M.Forestera zaskoczyła mnie przede wszys­tkim zakończe­niem. To jeden z niewielu his­to­rycznych filmów pode­j­mu­ją­cy wątek homosek­su­al­iz­mu, który nie kończy się trag­icznie. Plusem jest obsa­da w której gra­ją wszyscy młodzi bry­tyjs­cy aktorzy, których potem będzie się rozpoz­nawać z dru­go­planowych ról w seri­alach BBC.

5. Śmierć Stali­na (The Death of Stal­in, reż. Arman­do Ian­nuc­ci, 2017) – ekraniza­c­ja fran­cuskiej powieś­ci graficznej o kilku dni­ach po śmier­ci Stali­na. Film wybit­nie kome­diowy, przez co, jak to w najlep­szych wypad­kach bywa – niesamowicie straszny. Trochę o Stal­in­ie ale bardziej o naturze władzy, i o tym jak zarządzanie stra­chem i teczka­mi, zawsze ostate­cznie prowadzi do lęku i para­noi. Genial­ny Jason Isaacs jako Żukow, który sam jeden wygrał drugą wojnę świa­tową, oraz wybit­ny Simon Rus­sell Beale jako abso­lut­nie odraża­ją­cy Beria.

6. Spi­der-Man Uni­ver­sum (Spider-Man:Into the Spi­der-Verse, Bob Per­sichet­ti, Peter Ram­sey, Rod­ney Roth­man, 2018) – Moim zdaniem pier­wszy prawdzi­wie komik­sowy film jaki pow­stał. Bez wstępów, bez tłu­maczenia wrzu­ca widza w świat komik­sowych światów. Dow­cip­ny, wiz­ual­nie pory­wa­ją­cy, a w przesła­niu mądry. Przede wszys­tkim jed­nak stwor­zony z wiarą w kom­pe­tenc­je widza, który w jed­nym filmie zaak­cep­tu­je różne wcie­le­nia tej samej postaci bez zbęd­nych przyp­isów. Tak oży­w­czego fil­mu nie widzi­ałam od daw­na.

7. Narzec­zona dla księ­cia (Princes Bride, reż. Rob Rein­er, 1987) – Pro­dukc­ja która leczy z chandry, złego samopoczu­cia i egzys­tenc­jal­nych pytań. Baj­ka w najlep­szym wyda­niu, z najpiękniejszym wyz­naniem miłos­nym na jakie nas stać. Od cza­su tego fil­mu pow­stało niewiele równie zabawnych pro­dukcji, które choć staw­ia­ją na śmiech nie tracą z oczu prawdzi­wych emocji bohaterów. Wciąż jeden z tych filmów, które spraw­ia­ją, że ilekroć się je oglą­da jest niedzielne przed­połud­nie.

8. Nie jestem twoim murzynem (I Am Not Your Negro, reż. Raoul Peck, 2016)– wybit­ny film doku­men­tal­ny poświę­cony Jame­sowi Bald­winowi i jego niedokońc­zonej książce o najważniejszych bojown­ikach o prawa oby­wa­tel­skie w Stanach. Bald­win jawi się w filmie jako wybit­ny intelek­tu­al­ista, który gorzko przewidzi­ał, jak niewiele się zmieni przez te wszys­tkie lata. Pro­dukc­ja doskonale ujmu­je skom­p­likowaną naturę sto­sunków rasowych w Stanach. Jed­nocześnie jed­nak trochę przy­pad­kiem pokazu­je upadek mediów, bo ludzie tacy jak Bald­win już się na tem­aty społeczne nie wypowiada­ją, nie ma ich w wiec­zornych pro­gra­mach telewiz­yjnych i w gronie ekspertów po dzi­en­niku telewiz­yjnym.

9. Padding­ton 2 (reż. Paul King, 2017) – dru­ga odsłona przygód misia Padding­tona zro­biła to co moim zdaniem niekoniecznie udało się pier­wszej – odt­worzyła cud­owną dziecięcą, nieco naw­iną ale bard­zo miłą, atmos­ferę książek. W dru­go­planowej roli wys­tępu­je Hugh Grant w roli swo­jego życia (zresztą z mnóst­wem cud­ownego dys­tan­su do zawodu akto­ra). Jed­nak cud­ow­na atmos­fera fil­mu, która przenosi się nawet na sce­ny więzi­enne to głównie zasłu­ga genial­nej gry głosem jaką w tym filmie pro­ponu­je nam Ben Whishaw, który co ciekawe został zatrud­niony jako głos Padding­tona dopiero po tym jak z roli zrezyg­nował Col­in Firth.

10. Tamte dni, Tamte noce (Call Me by Your Name, reż. Lica Guadagni­no, 2017) – Kole­jny film, który swój dra­mat zna­j­du­je nie tam gdzie zwyk­le kładą go twór­cy. Przeszkodą do szczęś­cia bohaterów nie są bowiem różnice kla­sowe, czy ich ori­en­tac­ja sek­su­al­na ale fakt, że ludzie nie zawsze są razem na zawsze, nawet jeśli by się tego prag­nęło. Nie mniej nad całym filmem unosi się atmos­fera ciepłego lata i pier­wszych wyz­nań miłos­nych, a także Włoch gdzie każde śni­adanie i każ­da kolac­ja spraw­ia­ją wraże­nie najis­tot­niejszego posiłku w życiu. Cud­own­ie zagrane, pięknie niedopowiedziane, i jakoś odwołu­jące się do wspom­nień czegoś co już za nami.

 

11. Flori­da Project ( reż. Sean Bak­er, 2017) – his­to­ria o zupełnie innej Ameryce. Opowiedziany w cie­niu Dis­ney­lan­du, wśród poma­lowanych na pastelowe kolory moteli his­to­ria o ludzi­ach którzy nigdzie nie mają swo­jego miejs­ca. Był­by z tego przygnębi­a­ją­cy dra­mat społeczny, ale reżyser pozwala nam spo­jrzeć na świat ocza­mi dzieci i doda­je do tego jed­nego naprawdę dobrego człowieka. I nagle his­to­ria sta­je się dużo bardziej intrygu­ją­ca, my zaś wychodz­imy z kina z przeko­naniem że Willem Defoe nie musi grać tylko psy­chopaty­cznych morder­ców.

12. Ave, Cesar ( Hail Cesar, reż. Joel i Ethan Coen, 2016) – bra­cia Cohen piszą list miłos­ny do starego Hol­ly­wood, i chy­ba nawet nie intere­su­je ich ile naw­iązań do innych filmów, czy postaci z przeszłoś­ci kina wyłapiemy. Kto nie wyłapie temu pozostanie cud­own­ie uroczy i absurdal­ny film o aktorach i komu­nistach. Kto wyłapie ten załapie się na bom­bonierkę naw­iązań, przek­sz­tałceń i mrug­nięć okiem. Film w którym pada cud­owne zdanie „Nie roz­maw­iamy o ekonomii, a nie o pieniądzach”.

13. The Trans­form­ers: The Movie (reż. Nel­son Shin, 1986) – film który pow­stał po to by moż­na było dodać nowe zabaw­ki do kat­a­logu Has­bro. Wciąż jest to jed­nak taka ani­mac­ja w której główny, zdawało­by się nieśmiertel­ny bohater ginie w ciągu pier­wszego kwad­ransa. Sporo w tym filmie nagłych zgonów, ale też wspani­ałej dro­gi bohat­era. Ścież­ka dźwiękowa to abso­lutne czyste zło­to. Podob­nie jak Starscream z koroną na głowie.

14. Tylko kochankowie przeżyją (Only lovers left alive, reż. Jim Jar­musch, 2013)– Jar­mush krę­ci film o wam­pirach tak jak­by je znał oso­biś­cie. Wam­pirze kły właś­ci­wie tu nie błyszczą, za to my może­my pode­jrzeć jak żyją wam­piry we współczes­ny­mi świecie. Zaj­mu­ją się głównie czy­taniem książek, brzdąkaniem na gitarze i swoim najpiękniejszym romansem w dzie­jach. Tom Hid­dle­ston wam­pi­ra gra, Til­da Swin­ton była kon­sul­tan­tem mery­to­rycznym odnośnie zachowań nieśmiertel­nych istot.

15. Nieugię­ty Luke (Cool Hand Luke, reż. Stu­art Rosen­berg, 1967) – Główny bohater fil­mu trafia do więzienia za niszcze­nie parkometrów. Mógł­by wyjść wcześniej gdy­by nie uciekał. A ucieka bo ludz­ka potrze­ba wol­noś­ci – zarówno tej fizy­cznej jak i tej psy­cho­log­icznej jest sil­niejsza niż prze­moc która rządzi więzi­en­nym życiem. Film ma jed­ną scenę, która jest abso­lut­nie prze­cu­d­ow­na – kiedy Luke, który zyskał popar­cie i sza­cunek wśród współosad­zonych zaczy­na wykony­wać ciężką, obow­iązkową pracę na tem­po, rados­na ener­gia która oga­r­nia jego współwięźniów nagle pokazu­je przestrzeń wol­noś­ci, jaką daje ta pros­ta decyz­ja o tem­pie wyko­na­nia obow­iązkowego zada­nia. Cud­owny film, który nie pozostaw­ia wąt­pli­woś­ci, że dobrego zda­nia o swoim więzi­en­nictwie amerykanie nie mieli już pół wieku temu.

16. Pen­tameron (Il rac­con­to dei rac­con­ti, reż. Mat­teo Gar­rone, 2015) – po dziesiątkach filmów które prz­er­abi­a­ją trady­cyjne baśnie na współczes­ną mod­łę mamy tu powrót do korzeni. Film kon­cen­tru­je się na baś­ni­ach starych, tych w których jeszcze trze­ba było zjeść serce smo­ka. Film wiz­ual­nie piękny, inny i przy­pom­i­na­ją­cy naturę tych opowieś­ci które dziś zostały abso­lut­nie wygład­zone. A tym­cza­sem wiado­mo, że najlep­sze baj­ki to takie które mają dużo krwi i niekoniecznie dobrze się kończą.

17. Wiel­ki Chłód (Big Chill, reż. Lawrence Kas­dan, 1983) – jeden z filmów który moż­na nazwać trochę założy­ciel­skim dla całego gatunku his­torii o przy­ja­ciołach ze studiów którzy spo­tyka­ją się po lat­ach. Trzy­dziesto­latkowie odkry­wa­ją, że ich życie nie wyglą­da dokład­nie tak jak tego chcieli, a na pewne życiowe decyz­je jest coraz mniej cza­su. Nad wszys­tkim zaś unosi się duch wielkiego nieobec­nego, przy­ja­ciela który popełnił samobójst­wo. Wiele było potem podob­nych pro­dukcji np. „Przy­ja­ciele Petera”

18. Inny kraj ( Anoth­er Coun­try, reż. Marek Kanievs­ka, 1984) — roz­gry­wa­ją­cy się w bry­tyjskiej szkole dla chłopców (takiej jak Eaton) film o dwóch bohat­er­ach – jed­nym homosek­su­al­iś­cie, drugim mark­siś­cie. Film rozlicza się z bry­tyjskim sys­te­mem wychowa­nia opar­tym o podzi­ały kla­sowe i sys­te­mową opresję. W głównych rolach piękni i młodzi Col­in Firth i Rupert Everett. Sztu­ka na pod­staw­ie której nakrę­cono film była hitem na West Endzie i grali tam praw­ie wszyscy młodzi aktorzy bry­tyjs­cy którzy w ciągu następ­nych dwóch dekad odnieśli nieby­wałe sukcesy.

19. Mad Max: na drodze gniewu (Mad Max: Fury Road, reż. George Miller, 2015) – któż by pomyślał, że czwarty film o przy­go­dach Mad Maxa będzie tym co uzdrowi nasze dusze? Film o prostym sce­nar­iuszu (tam i z powrotem) i abso­lut­nej maestrii wyko­na­nia. Pomiędzy jed­nym a drugim rozbitym samo­cho­dem, gdzieś na środ­ku pustyni rozu­miemy że ist­nieje tylko jed­no rozwiązanie dla całego tego zamiesza­nia. Fem­i­nisty­cz­na utopia i chrząka­ją­cy Tom Hardy.

20. Stok­er (reż. Park Chan-wook, 2013) – film o tym co dziedz­iczymy i czego odziedz­iczyć nie chce­my. Wiz­ual­nie piękny, ale też niesamowicie niepoko­ją­cy. Choć zakończe­nie może trochę zawodz­ić, to jed­nak zan­im do niego dojdziemy wszys­tko w tym filmie będzie nas ostrze­gało przed tajem­nicą i zagroże­niem. Matthew Goode w jed­nej ze swoich najlep­szych ról i Mia Wasikows­ki pokazu­ją­ca jak bard­zo kino boi się grzecznych dziew­cząt. Plus jest to jeden z tych filmów gdzie nawet wspól­na gra na fortepi­anie ma w sobie coś kazirod­czego.

 

 

21. Dum­ni i wściek­li (Pride, reż. Matthew Warchus, 2014) – opar­ta na fak­tach, choć radośnie pod­kolorowana opowieść o tym co by było gdy­by dwie zupełnie różne grupy społeczne się nie tylko spotkały ale i porozu­mi­ały. Tu geje i les­bij­ki wspier­a­ją gór­nicze stra­j­ki. W tle sły­chać soc­jal­isty­czne melodie, na pier­wszym planie kwiat ang­iel­skiego aktorstwa. Górnik i Gej mogą się porozu­mieć, o ile ziden­ty­fiku­ją wspól­nego wro­ga i przes­taną się bać. Z każdym rok­iem coraz bardziej chce się wierzyć i coraz trud­niej patrzeć inaczej niż jak na piękne marze­nie.

22. Bird­man (Bird­man: or (The Unex­pect­ed Virtue of Ignorance)reż. Ale­jan­dro Gon­za­lez Inar­ritu, 2014) – o życiu, aktorach i niespełnie­niu. Michael Keaton przy­pom­ni­ał wszys­tkim że jest aktorem z którym należy się liczyć, a sam film na tyle dobrze bal­an­su­je na grani­cy egzal­tacji że daje więcej satys­fakcji niż zniechęce­nia. Najcu­d­own­iejsza sce­na w filmie to ta w której bohater próbu­je roz­maw­iać z kry­ty­czką teatral­ną, pokazu­jąc tym samym dlaczego każ­da roz­mowa z kry­tykiem jest z góry prze­grana. Edward Nor­ton pofaty­gował się dla tego fil­mu na plan, mimo, ze dawno nie grał i to najlep­sza rekomen­dac­ja

23. Magia uczuć (The Fall, Tarsem Singh Dhand­war, 2006) – przepięk­na fan­taz­ja niepow­tarzal­nego Tarse­ma. Opowieść fan­tasty­cz­na która zaczy­na się od odd­zi­ału szpi­tal­nego gdzie leży kon­tuzjowany kaskad­er. Szy­bko jed­nak jego opowieść którą snu­je małej dziew­czynce ze zła­maną ręką wychodzi daleko poza granice szpi­ta­la i wyobraźni. Wiz­ual­nie jeden z najład­niejszych filmów jakie kiedykol­wiek widzi­ałam. A i opowieść, choć pros­ta ma w sobie równie dużo uroku co dawne popisy kaskader­skie.

24. Samot­ny Mężczyz­na (Sin­gle Man, reż. Tom Ford, 2009) – o tym że Tom Ford potrafi robić najpiękniejsze gar­ni­tu­ry na świecie wiedzieli wszyscy, ale to że okazał się doskon­ałym reży­serem było pewnym zaskocze­niem. His­to­ria mężczyzny który po śmier­ci ukochanego chce się zabić ale zostaw­ia sobie jeszcze jeden dzień jest nakrę­cona z dbałoś­cią o każdy detal, i każdą scenę. A jed­nocześnie Ford z pomocą doskon­ałego Col­i­na Firtha i wspani­ałej muzy­ki Abla Korzeniowskiego krę­ci film przede wszys­tkim o samot­noś­ci i miłoś­ci. Gdy­by było odrobinkę mniej pięknie pewnie było­by sen­ty­men­tal­nie.

25. Excal­ibur ( reż. John Boor­man, 1981) – film o Leg­endzie arturi­ańskiej który jest świadom że ekranizu­je leg­endę a nie his­torię. Stąd nikt nie powinien narzekać na nieod­powied­nie zbro­je i stro­je. Jedyny jak na razie film na pod­staw­ie Leg­endy Króla Artu­ra który nie próbu­je jej opowiedzieć zupełnie inaczej. Być może dlat­ego wszys­tko się tu tak dobrze sprawdza i pozostaw­ia nas z najlep­szym jak na razie filmem arturi­ańskim jaki mamy.

26. Geniusz (Genius, reż. Chris Dick­ens, 2016) – sam film może nie tak wybit­ny jak­by chci­ał być ale w ostate­cznoś­ci to his­to­ria o tym że każdy pis­arz potrze­bu­je swo­jego redak­to­ra, a każdy redak­tor swo­jego pis­arza. Jude Law gra wybit­nego pis­arza o autode­struk­cyjnych skłon­noś­ci­ach i kosz­marnym ego, a Col­in Firth (który sta­je się cichym bohaterem tego zestaw­ienia) jego redak­to­ra który nigdy nie zde­j­mu­je kapelusza. Do cza­su kiedy kapelusz zde­jmie i będzie to znaczyć wszys­tko.

27. Lob­ster (reż. Gior­gos Lan­thi­mos, 2015) chy­ba najlże­jszy ze wszys­t­kich filmów Lan­thi­mosa. Opar­ty o dość absurdal­ny pomysł –bohater żyje w świecie gdzie jeśli nie zna­jdzie się part­nera czy part­ner­ki zosta­je się zmienionym w zwierzę. Ale nasz bohater miłość zna­j­du­je choć nie tam gdzie jej szukał. U Lan­thi­mosa jak zwyk­le jest okrut­nie, abstrak­cyjnie i cza­sa­mi bard­zo śmiesznie. Col­in Far­rel gra tak jak­by sobie przy­pom­ni­ał że nikt mu tego nie zaka­su­je. Na drugim planie Olivia Cole­man jeszcze nie wie, że współpra­ca z greckim reży­serem przyniesie jej Oscara.

28. Iris (reż. Mar­tin Walsh, 2001) – biograficzny film o Iris Mur­doch, opowiada­ją­cy zarówno o jej młodoś­ci jak i o choro­bie Alzhaimera z którą zma­gała się w późniejszym życiu. Jest to też his­to­ria olbrzymiej miłoś­ci wybit­nej pis­ar­ki i jej męża. To jeden z tych filmów przy których zaczy­na się łkać gdzieś w połowie a pod sam koniec siedzi się wśród zuży­tych chus­teczek bez żad­nej możli­woś­ci wyjaśnienia komukol­wiek co się właśnie z nami stało.

29. Big Short (reż. Adam McK­ay, 2015) – wydawać by się mogło, że wyjaśnie­nie mech­a­nizmów dzi­ała­nia amerykańskiego kryzy­su finan­sowego nie może być inter­su­jące. Big Short jest jed­nak filmem dow­cip­nym, baw­ią­cym się for­mą i praw­ie przekonu­ją­cym nas że to wszys­tko jest bard­zo głupie i bard­zo zabawne. Póki nie dotrze do nas jakie to jest prz­er­aża­jące ale wtedy już jest za późno. Kil­ka lat minęło a człowiek ma dzi­wne przeczu­cie, że film ani trochę nie stracił na aktu­al­noś­ci.

 

 

30. Car­avag­gio (reż. Derek Jar­man, 1986) – film pomiędzy opowieś­cią o autorze a reflek­sją nad este­tyką jego twór­c­zoś­ci. Derek Jar­man spec­jal­nie wprowadza do fil­mu ele­men­ty współczes­nego świa­ta by pod­kreślić umowność całej opowieś­ci. Ta zaś jest pory­wa­ją­ca, pięk­na i jak to ład­nie mówią trans­gresyj­na. Tak jest kiedy artys­ta opowia­da o artyś­cie – ze zrozu­mie­niem. Obrazy zapada­ją w pamięć na dłu­go, plus nagle człowiek sobie przy­pom­i­na od jak dawno Til­da Swin­ton krę­ci się po dzi­wnych ang­iel­s­kich fil­mach.

 

31. Dźwię­ki Muzy­ki (The Sound of Music, reż. Robert Wise, 1965) – film tak słod­ki że niek­tórych bolą zęby na samą myśl o jego obe­jrze­niu. Ale jest taki moment w życiu każdego człowieka kiedy leży z katarem gigan­tem w łóżku albo boi się efek­tów glob­al­nego ocieple­nia i wtedy ura­tować go mogą wyłącznie śpiewa­jące zakon­nice i miłość która pokona nazistów. Plus jed­nak nie ukry­wa­jmy, jest coś takiego w słucha­niu musi­cali które zna się abso­lut­nie na pamięć co spraw­ia, że film od razu sta­je się o oczko lep­szy.

32. West Side Sto­ry (reż. Robert Wise, Jerome Rob­bins, 1961) – przykład fil­mu musicalowego w którym nie trze­ba zmieni­ać abso­lut­nie nic. Wszys­tko w nim jest ide­alne, nawet jeśli człowiek zda­je sobie sprawę że żaden gang nie ma tyle cza­su na ćwicze­nie chore­ografii. Choć aktorzy na drugim planie krad­ną dość bla­dym nieszczęśli­wie zakochanym film, to ostate­cznie człowiek spędza potem week­end nucąc „I just kiss the girl named Maria” i musi dodawać że to nie com­ing out.

33. Kabaret (Cabaret, reż. Bob Fos­se, 1972) – ostat­nio wszyscy pamię­ta­ją z fil­mu głównie pięknie śpiewa­jącego młodego nazistę, ale warto wracać do całego Kabare­tu. Głównie dlat­ego, że pokazu­je on starą prawdę, że nic nie psu­je świa­ta tak jak obroń­cy moral­noś­ci. Plus sce­na ze swe­trem na która funkcjonowała w mojej rodzinie jako jeden z ele­men­tów edukacji do zrozu­mienia i tol­er­ancji.

34. Moulin Rogue (reż. Baz Luhrmann, 2001) – miłoś­cią do tego fil­mu zapałałam mając lat trzy­naś­cie (albo coś koło tego) i choć po lat­ach widzę że łatwiej zakochać się w tym filmie mając lat naś­cie, to uczu­cie nie ustępu­je. Choć fabuła z Damy Kame­liowej jakoś nie zmieni waszego spo­jrzenia na życie, to odpowied­nie stęże­nie kiczu, piosenek i smut­nego Ewana McGre­go­ra zapewni ide­al­ny melo­dra­maty­czny musi­cal na te wiec­zo­ry kiedy chce się wierzyć że każ­da kobi­eta musi choć raz umrzeć na gruźlicę.

35. Potop (reż. Jerzy Hoff­man, 1974) – niech będzie wiadomym, że niekoniecznie lubię Try­logię Sienkiewicza. Jakoś mnie nie rusza ten west­ern w szlachec­kich deko­rac­jach. Ale Potop jako film uwiel­bi­am. Głównie dlat­ego, że to his­to­rycz­na pro­dukc­ja zre­al­i­zowana z olbrzymim roz­machem, zagrana doskonale, od ról pier­ws­zo­planowych po dru­gi plan. Cały czas mam wraże­nie, że tak już się nigdy nie będzie krę­ciło bo jed­nak dziś poży­c­zone od wojs­ka konie zastępu­je CGI a to nie koniecznie to samo. Bonus – kiedy zori­en­tu­je­my się, że kole­jne kon­tusze tak pięknie pod­kreśla­ją kolor oczu Kmi­ci­ca zaczy­namy się zas­tanaw­iać, gdzie on to wszys­tko trzy­mał w cza­sie swoich wojaży po Rzecz­pospo­litej.

36. Unre­lat­ed (reż. Joan­na Hogg, 2007) – Joan­na Hogg we wszys­t­kich swoich fil­mach portre­tu­je egzys­tenc­jalne rozter­ki bry­tyjskiej klasy śred­niej. Tu mamy bohaterkę która przy­jeżdża do Włoch spędz­ić wakac­je ze swo­ją zna­jomą ze studiów. W niefor­mal­nym podziale na młod­szych i starszych uczest­ników wyjaz­du, bohater­ka decy­du­je się wybrać tych młod­szych, czemu się nie dzi­wimy bo flir­tu­je z nią młodz­i­ut­ki Tom Hid­dle­ston. Ostate­cznie jed­nak trze­ba się zde­cy­dować na to do której grupy się należy i co zro­bić kiedy nie należy się do żad­nej.

37. Chap­lin (reż. Richard Atten­bor­ough, 1992) – trochę za dłu­ga, ale zrozu­mi­ała, z racji na dłu­gość życia i spek­trum dokon­ań fil­mowa biografia Chap­lina. Najwięk­szą zaletą fil­mu jest fakt, że jed­na­ka nie budu­je Chap­linowi pom­ni­ka bez skazy (pewnie by się nie dało) a także że w głównej roli zagrał Robert Downey Jr., który daje swo­je­mu Chap­linowi wszys­tko co potrzeb­ne – od potrze­by przy­cią­ga­nia uwa­gi, po skra­jny egoizm. Jed­na z tych fil­mowych biografii po której chce się przede wszys­tkim wró­cić do twór­c­zoś­ci sportre­towanej oso­by by jeszcze lep­iej ją zrozu­mieć.

38. Taj­meni­ca Broke­back Moun­tain (Broke­back Moun­tain, reż. Ang Lee, 2006) — Ang Lee posi­ada­ją­cy klucze do zrozu­mienia ludzkiej duszy, krę­ci melo­dra­mat czys­tej wody. Dwóch mężczyzn, dwóch kow­bo­jów których łączy miłość a dzieli konieczność ukry­wa­nia jej przed światem. Lee roz­gry­wa tu wszys­tkie melo­dra­maty­czne tropy tak jak­by dopiero je wymyślił. Ostate­cznie miłość oczy­wiś­cie nie zwycięża, wszys­tkim jest smut­no, głównie dlat­ego, że nikt nigdy nie spo­jrzy na nas takim wzrok­iem jak Jake Gyl­len­haal na Heatha Ledgera.

39. Przem­inęło z Wia­trem ( Gone with the Wind, reż. Vik­tor Flem­ing, 1939) – czy moż­na kochać film do którego ma się same pre­ten­sje? Moja pre­ten­s­ja jest taka, że ludziom się po obe­jrze­niu fil­mu wyda­je że książ­ka to tylko romans a to wciąż jest raczej his­to­ria o tym jak woj­na zmienia ludzi. Wciąż jed­nak film ma sce­ny abso­lut­nie cud­owne w tym moją ukochaną w której odziana w żałob­ną czerń Scar­lett tańczy jak­by jutra nie było, a wszys­tko „dla sprawy”.

 

40. Ziemia Obiecana (reż. Andrzej Waj­da, 1975) – ten film ma wszys­tko co kocham w kine­matografii. Wielką opowieść rozpisaną na wiele mniejszych wątków, przemi­any ludzi których lubimy na początku a co do których mamy coraz więcej wąt­pli­woś­ci pod koniec. A do tego romanse, fab­ry­ki, wielokul­tur­owe społeczeńst­wo i ten wyś­cig po to kto odniesie sukces i straci wszys­tko. Moim zdaniem nie ma lep­szego pol­skiego fil­mu. Albo i jest tylko nie dla mnie.

41. Poku­ta (Atone­ment, reż. Joe Wright, 2007) – film do którego musi­ałam się dłu­go przekony­wać – niby gra moty­wa­mi melo­dra­matu ale sporo jest tu też o przy­pad­ku, winie, karze, odkupi­e­niu i złych decyz­jach które pode­j­mu­je się w życiu. Wszyscy tu pięknie gra­ją, Keira nosi najład­niejszą sukienkę jaką widzi­ała kine­matografia a i tak film krad­ną dwie aktor­ki. Młodz­i­ut­ka Saoirse Ronan i przy­chodzą­ca posprzą­tać po wszys­t­kich Vanes­sa Red­grave.

42. Bękar­ty Wojny (Inglou­ri­ous Bas­ter­ds reż. Quentin Taran­ti­no, 2009)– jedne z moich ukochanych filmów o kinie. Tak bowiem czy­tam ten wojen­ny west­ern Taran­ti­no – jako pochwałę kina, zarówno jako insty­tucji jak i jako przestrzeni gdzie twór­ca może dowol­nie ksz­tał­tować los bohaterów a jego władza jest więk­sza niż jakiekol­wiek zapis­ki his­to­ryków. W bonusie, pier­wsze spotkanie z Fass­ben­derem zamaw­ia­ją­cym piwo i najbardziej prz­er­aża­ją­ca sce­na kon­sumpcji strud­la we współczes­nej kine­matografii.

43. Z dala od zgiełku (Far from the madding crowd, reż. Thomas Vin­ter­berg, 2015) – mogę się śmi­ać że to film pokazu­ją­cy jak bard­zo owce nien­aw­idzą ludzi ale w isto­cie wyszła bard­zo zgrab­na ekraniza­c­ja lit­er­ack­iej klasy­ki. Mamy tu zarówno romans jak i nieza­leżną kobi­etę w cza­sach w których kobi­etom nie wypadało być nieza­leżny­mi. Ostate­cznie należy głosem ser­ca, choć przed wcześniejszym sprawdze­niem czy wybranek ser­ca ma odpowied­nie doświad­cze­nie z owca­mi. Wszyscy inni kandy­daci przyniosą jedynie smutek i niepokój.

44.Social Net­work (reż. David Finch­er, 2010) – Aaron Sorkin zro­bił film o tym, że nasze współczesne kanały komu­nikacji stworzyli ludzie którzy nie umieją pogadać z dziew­czyną w barze. Pozornie może się wydawać, że to zwykłe narzekanie ludzi ze świa­ta przed social media na ludzi ze świa­ta Inter­ne­tu. Ale lata które upłynęły od pre­miery fil­mu potwierdza­ją diag­nozę, że jest to film o tym, że w social medi­ach nigdy nie mieliśmy się naprawdę porozu­mieć. Inna sprawa, że nawet gdy­by Face­book nie ist­ni­ał jest to doskonale napisany i nakrę­cony film.

45. Przed wscho­dem słoń­ca ( Before Sun­rise, reż. Richard Lin­klater, 1995)– najwybit­niejszy z filmów chod­zonych. Dwo­je młodych ludzi spo­ty­ka się przy­pad­kowo w pociągu i spaceru­je nocą po Wied­niu. To jed­no­ra­zowe spotkanie zamieniło się w dłu­gi związek który obser­wu­je­my i pod­słuchu­je­my już od lat. Lin­klater stworzył film który z jed­nej strony jest napisany od A do Z a z drugiej brz­mi jak­by był zapisem zupełnie nat­u­ral­nej roz­mowy. Mam nadzieję, że reżyser jeszcze kiedyś do niej wró­ci.

46. Kupiec Wenec­ki (The Mer­chant of Venice, reż. Michael Rad­ford, 2006) – Jed­na z moich ukochanych ekraniza­cji Szek­spi­ra. Roze­grana w his­to­rycznych deko­rac­jach ale z pełną świado­moś­cią różnic we współczes­nym odczy­ta­niu sztu­ki. Al Paci­no gra swo­ją rolę w prze­j­mu­ją­cy sposób i głównie za jego sprawą nie sposób czy­tać tej sztu­ki jako his­torii tego jak wyk­lucze­nie, zgorzknie­nie i porzuce­nie niszczy człowieka. Cud­owne deko­rac­je, abso­lut­nie genial­na obsa­da no i najlep­szy sce­narzys­ta świa­ta. Wyszło cud­own­ie.

47. Fan­tasty­czny Pan Lis (Fan­tas­tic Mr. Fox, reż. Wes Ander­son, 2009) – lata czy­tałam o tym że Fan­tasty­czny Pan Lis ma w sobie coś z Bergmana. Jest w tym sporo prawdy. Ten ani­mowany film o Panu Lisie jest w isto­cie ciekawą reflek­sją nad naturą człowieka, albo lisa. Wes Ander­son nie był­by sobą gdy­by nie zebrał najlep­szej możli­wej obsady, plus sama ani­mac­ja jest przesłod­ka. A sce­na gdzie dwa małe lis­ki oglą­da­ją jazdę kole­j­ki ma w sobie więcej zrozu­mienia dla dziecięcej psy­chi­ki niż nieje­den film na ten tem­at.

48. Wpływ Księży­ca ( Moon­struck, reż. Nor­man Jew­i­son, 1987)– his­to­ria pros­ta i bard­zo nowo­jors­ka. Z operą w tle i ze sce­na­mi które stały się niemalże kul­towe. Cher próbu­je nas przekon­ać że jest w niej cokol­wiek z zanied­banej wdowy, a Nico­las Cage jeszcze pamię­tał o tym, że w fil­mach się gra i to nie zawsze tak samo. Ostate­cznie dosta­je­my uroczą rodzin­ną pro­dukcję która uczy nas wszys­t­kich, że najważniejsza w życiu jest opera i uwa­ga przy pra­cy w piekarni.

49. Moon­light (reż. Bar­ry Jenk­ins, 2016) – kiedy wydawało się że już nie da się opowiedzieć współczes­nej his­torii zbu­dowanej całkowicie na napię­ciu i niepowodze­niu pokaza­ło się piękne, oniryczne i pełne tego niezre­al­i­zowanego napię­cia Moon­light. Prag­niemy by bohaterów nic nie pow­strzymy­wało ale pow­strzy­mu­je ich wszys­tko od ori­en­tacji sek­su­al­nej, przez miejsce zamieszka­nia po kolor skóry. Film przy­pom­i­na że są w kinie takie emoc­je które czu­je­my rzad­ko ale szukamy ich zawsze.

50. X‑men: Pier­wsza klasa (X‑men: First Class, reż. Matthew Vaughn, 2011) – kil­ka lat temu pewnie wymieniłabym X‑men 2 jako mój ulu­biony film o mutan­tach ale od tamtego cza­su zobaczyłam X‑men: First Class. Film wyróż­nia się przede wszys­tkim prze­niesie­niem akcji his­torii o mutan­tach do epo­ki zim­nej wojny, a zwłaszcza kryzy­su kubańskiego. Tym jed­nak co jest sercem fil­mu to doskon­ała obsa­da z pod­bi­ja­ją­cym ser­ca wiel­bi­cieli rek­inów na całym świecie Fass­ben­derem. Sce­na w argen­tyńskim barze to po poros­tu kawał dobrej kine­matografii, nieza­leżnie w jakim filmie.

51. Kochankowie księży­ca (Moon­rise King­dom, reż. Wes Ander­son, 2012) – Wes Ander­son na liś­cie jest już po raz czwarty ze swo­ją podróżą do świa­ta którego dosłown­ie już nie ma. Młodzi, zakochani na wyspie, do której zbliża się taj­fun i na której wypoczy­wa­ją skau­ci. Jest w tej opowieś­ci sen­ty­ment, nos­tal­gia, humor i kwin­tes­enc­ja Ander­sona. Trochę o doras­ta­niu a bardziej o tym co potem gdy się już dorośnie i tylko o tych wszys­t­kich plażach pamię­ta.

52. Ryszard III (Richard III, reż. Richard Lon­craine, 1996) – ekraniza­c­ja Szek­spi­ra zwana w moim domu „Ryszar­dem z Czołgiem”, prze­nie­siona z desek Nation­al The­atre do kina adap­tac­ja łączy szek­spirowską frazę z deko­rac­ja­mi niczym z trze­ciej rzeszy. W tej inter­pre­tacji wszys­tkie intry­gi nadal dzi­ała­ją, a wypowiadane przez bohaterów kwest­ie mają sens, choć żad­nego konia nie widać w zasięgu wzroku. Za to Ian McK­ellen uczy wszys­t­kich jak się mówi do kamery – tak byśmy stali się zgod­nym wspól­nikiem zbrod­ni. Przyz­nam szcz­erze, że jedyne czego żału­je to fak­tu, że nie widzi­ałam nagra­nia spek­tak­lu scenicznego bo wyda­je mi się że McK­ellen czuł się tam jeszcze swo­bod­niej niż w filmie.

53. Odyse­ja Kos­micz­na 2001 (2001:Space Odyssey, reż. Stan­ley Kubrick, 1968) – film przes­tał mnie nużyć gdzieś za trzec­im oglą­daniem, zakochałam się w nim za czwartym. Uwiel­bi­am jego skalę, misty­cyzm i spo­jrze­nie na relację człowieka z tech­nologią do której dopiero być może dopiero ter­az doras­tamy. Plus Kubrick krę­ci kos­mos tak, że czu­je się iż tylko kos­mos ma znacze­nie, a wszys­tko co ludzkie musi być odnie­sione do tego co kos­miczne. Poza tym Kubrick jest popisu­je o ile lep­iej potrafił robić filmy od więk­szoś­ci reży­serów. I nawet iry­tu­jące niek­tórych zakończe­nie ma w sobie taką cud­owną świeżość.

54. Szpieg (Tin­ker Tai­lor Sol­dier Spy, reż. Tomas Alfred­son, 2011) – film którego obsa­da wyglą­da jak książ­ka tele­fon­icz­na bry­tyjskiego związku zawodowego aktorów. W filmie gra­ją wszyscy, ale najbardziej gra Gary Old­man, który na potrze­by pro­dukcji postarzał się dwadzieś­cia lat . Pro­dukcję trze­ba oglą­dać uważnie bo tu chodzi o drob­ne gesty i spo­jrzenia. Ale nawet gdy poz­namy rozwiązanie to wciąż jest na tyle cud­owne by powracać raz na jak­iś czas i zach­wycać się jeszcze raz tym jaki to cud­own­ie pre­cyzyjny film.

55. No (reż. Pablo Lar­rain, 2012)– głębok­ie fanowskie uczu­cie jakim darzę Gaela Gar­cię Bernala zaprowadz­iło do tego cud­ownego chili­jskiego fil­mu który opowia­da o ref­er­en­dum w 1988, w którym należało przekon­ać społeczeńst­wo by zagłosowało na nie, prze­ci­wko dal­szym rzą­dom Pinocheta. To jeden z najlep­szych filmów poli­ty­cznych jakie znam kon­cen­tru­ją­cy się na tym jak wiele znaczy mar­ket­ing poli­ty­czny. Do tego całość została nakrę­cona tak by jak najbardziej przy­pom­i­nać filmy z lat 80 więc wszys­tko jest utrzy­mane w takiej cud­ownej specy­ficznej kolorystyce.

56. Polowanie (Jagten, reż. Thomas Vin­ter­berg, 2012) – pod­czas kiedy amerykanie patrząc na Mad­sa Mikkelse­na widzą kani­bala, w jego rodzin­nej Danii twór­cy mogą dostrzec w nim niegroźnego przed­szkolan­ka oskarżonego o molestowanie. Rzad­ko zdarza się film w którym wszyscy chcieli­by dobrze a kon­sek­wenc­je tych dzi­ałań szkodzą wszys­tkim. Ostate­cznie jed­nak jest to jeden z najlep­szych portretów małych społecznoś­ci, które dzi­ała­ją pod wpły­wem impul­su. Piękny film, i naprawdę fan­tasty­cz­na rola Mikkelse­na.

57. Co jest grane, Davis? (Inside Llewyn Davies, reż. Joel i Ethan Coen, 2013)- zdaniem niek­tórych kry­tyków najlep­szy film braci Cohen. Dla mnie pro­dukc­ja która ma w sobie wyłącznie dobre ele­men­ty. Fan­tasty­cz­na muzy­ka (ścież­ki dźwiękowej moż­na słuchać w kółko co też robię), rudy kot i Oscar Isaacs. Jak zwyk­le u braci Cohen – niby nie dzieje się nic takiego a ja po sean­sie mam wraże­nie, że dużo lep­iej rozu­miem naturę człowieka. Plus, po lat­ach odkryłam że ten dzi­wny gość o zupełnie nie aktorskiej twarzy to nikt inny tylko Adam Dri­ver.

58. Ojciec Chrzest­ny (God­fahter, reż. Fran­cis Ford Cop­po­la, 1972) – kiedy pod­chodz­iłam do obe­jrzenia tego fil­mu byłam pew­na że mi się nie spodo­ba. Wszak nie przepadam za his­to­ri­a­mi o mafii. Jedyne co mnie zachę­cało to fakt, że moja mat­ka potrafiła przy­wołać z pamięć konkretne sce­ny, a to nie jest oso­ba, która częs­to mówi o fil­mach. W Ojcu Chrzest­nym zakochałam się od początku. Uwiel­bi­am wszys­tkie sce­ny ale zwłaszcza tą ślubu. Dla mnie jest w tym filmie jakaś czys­ta per­fekc­ja, wszys­tko jest na swoim miejs­cu i ostate­cznie za każdym razem kiedy oglą­dam Ojca Chrzest­nego czu­ję tą samą przy­jem­ność spotka­nia z czymś co nie wyma­ga poprawek.

59. Casablan­ca (reż. Michael Cur­tiz, 1942) – kiedy pier­wszy raz zobaczyłam Casablankę byłam niesamowicie zaw­iedziona. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Jed­nak kilka­naś­cie sean­sów później zori­en­towałam się że ten film ma abso­lut­nie ide­al­ną pro­por­cję pomiędzy humorem, romansem, i odrobiną patri­o­ty­cznej pro­pa­gandy. Wciąż uważam że dia­log „Aresz­tować pode­jrzanych” „Których” „Tych samych co zwyk­le” jest jed­nym z najlep­szych jakie słysza­łam w filmie. Plus kiedy człowiek już dorośnie to trochę lep­iej rozu­mie czemu głów­na bohater­ka tak całym sercem pokochała Bog­a­r­ta.

 

60. Psy­choza (Psy­cho, reż. Alfred Hitch­cock, 1960) – wyda­je się niesamowite że moż­na obe­jrzeć Psy­chozę po lat­ach, zna­jąc zakończe­nie i wciąż dać się wciągnąć w tą opowieść tak jak­by dopiero weszła do kin. Ale właśnie tak jest z Hitch­cock­iem że jego reży­ser­s­ki geniusz przeskaku­je nawet przez spoil­ery. Jed­nocześnie muszę przyz­nać, że ostat­nia sce­na fil­mu jest moim zdaniem abso­lut­nie wybit­na, i wyprzedza­ją­ca to co się dzi­ało wów­czas w kinie o kil­ka dłu­goś­ci. Wielu potem próbowało naślad­ować to co zro­bił Hitch­cock ale mało komu wychodz­iło to tak dobrze.

61. Bul­war Zachodzącego Słoń­ca (Sun­set Boule­vard, reż. Bil­ly Wilder, 1950) – moim skrom­nym zdaniem jeden z najlep­szych filmów jaki ist­nieje. Nie nakrę­cono potem już nigdy nic lep­szego o aktorach, Hol­ly­wood, prag­nie­niu sławy i niszczą­cym mech­a­nizmie fab­ry­ki słów. Opowieść zaczy­na się od ciała w base­nie a kończy na sce­nie tak fan­tasty­cznej że moż­na ją cytować nawet nie doda­jąc skąd brało się inspirację. Kocham ten film całym sercem i uważam, że wciąż za mało osób go widzi­ało, zwłaszcza młod­szych. No i jeszcze te ukłony w kierun­ki aktorów kina niemego. Naprawdę fenom­e­nal­na rzecz.

62. Dwu­nas­tu Gniewnych Ludzi (12 angry men, reż. Sid­ney Lumet, 1957)– film którego obe­jrze­nie powin­no być obow­iązkowym ele­mentem edukacji. Wszak mamy tu abso­lut­nie wszys­tko – od pyta­nia jak postrzegamy spraw­iedli­wość i przed­staw­ione nam fak­ty, po wpływ jaki jed­na charyz­maty­cz­na jed­nos­t­ka może mieć na otocze­nie. Film pokazu­je skąd nas pewność i skąd w nas wąt­pli­woś­ci. I jak częs­to nasza abso­lut­na pewność wcale nie wyni­ka z przed­staw­ionych fak­tów. Plus po objerze­niu tego fil­mu człowiek zaczy­na moc­no wąt­pić czy obec­ność przysięgłych w pro­ce­sie sądowym to dobry pomysł.

63. Gwiezdne wojny: Część V — Imperi­um kon­trataku­je ( Star Wars Episode V: The Empire Strikes Back reż. Irvin Ker­sh­n­er, 1980)– nie mam wąt­pli­woś­ci, że nie byłabym tym kim jestem gdy­by w odpowied­nim i for­ma­cyjnym momen­cie mojego życia nie posad­zono mnie przed Gwiezd­ny­mi Woj­na­mi. Jed­nak od pier­wszego obe­jrzenia zawsze najbardziej lubiłam drugą część. Chy­ba dlat­ego, że otwarte zakończe­nie poma­ga uciec przed banal­noś­cią zakończenia jed­noz­nacznie dobrego. Ja zaś od dziecińst­wa prefer­owałam kiedy rzeczy albo się nie kończyły albo kończyły się nie ide­al­nie. No i to jest ten odcinek w którym zde­cy­dowanie najłatwiej zakochać się w Hanie Solo.

64. Pół żartem, pół serio (Some Like It Hot, reż. Bil­ly Wilder, 1959) – kome­die, zwłaszcza te oby­cza­jowe, mają ten­denc­je do tego by szy­bko się starzeć. Ale nie Pół żartem, pół serio. Choć wydawać by się mogło, że mężczyźni prze­brani za kobi­ety przes­taną baw­ić to tu prze­bier­an­ka idzie o krok dalej i nagle bycie kobi­etą i bycie mężczyzną zaczy­na ciążyć na równi. Jack Lem­mon odgry­wa jed­ną z najcu­d­own­iejszych postaci w kine­matografii a zdanie „Mój narzec­zony to nie dzi­ad” przeszło do mojego rodzin­nego idi­olek­tu. W filmie jest też Marylin Mon­roe ale gdzie jej tam do Jac­ka Lem­mona tańczącego aż po świt tan­go.

65. Amadeusz (Amadeus, reż. Miloš For­man, 1980) – po lat­ach moja per­cepc­ja tego fil­mu bard­zo się zmieniła, głównie dlat­ego, że dowiedzi­ałam się więcej i o Salier­im i o Mozarcie i miałam okazji posłuchać więcej muzy­ki jed­nego i drugiego. Ostate­cznie więc zami­ast trak­tować film jako biograficzny, skupiłam się na tym co w nim umowne i przyz­nam, że lubię go jeszcze bardziej. Jako bardziej uni­w­er­sal­na opowieść o ambicji, tal­en­cie i ludz­kich prag­nieni­ach sprawdza się ide­al­nie. Plus For­man wyko­rzys­tał muzykę Mozar­ta lep­iej niż ktokol­wiek wcześniej i później.

66. Co się wydarzyło w Madi­son Coun­try ( The Bridges of Madi­son Coun­ty, reż. Clint East­wood, 1992) – Clint East­wood w prz­erwach pomiędzy kręce­niem anty­west­ernów i filmów dla ostat­nich prawdzi­wych repub­likanów wybrał się w świat melo­dra­matu i nakrę­cił wręcz podręcznikowy wyciskacz łez. Jest tu miłość niemożli­wa, i to miłość osób nie młodych, i jeszcze do tego sce­na w której pada deszcz i bohater­ka musi się zde­cy­dować czy iść za głosem ser­ca czy zostać tam gdzie jej rodz­i­na. Nie wiem jakie moce posi­adł East­wood by tak dobrze rozu­mieć jak się krę­ci prawdzi­we melo­dra­maty ale udało mu się ide­al­nie. To dokład­nie ten film który będę oglą­dać raz w tygod­niu jak tylko przekroczę sześćdziesiątkę.

67. Filadelfi­js­ka Opowieść (The Philadel­phia Sto­ry, reż. George Cukor, 1940) – z punk­tu widzenia dzisiejszego opowiada­nia o kobi­etach i mężczyz­nach pewnie ten film nie prze­chodzi przez sito, nie zmienia to jed­nak fak­tu, że abso­lut­nie uwiel­bi­am tą opowieść, o dziedz­iczce która już zaraz ma wyjść za mąż a tu zjaw­ia się były mąż, i reporter który niby ma być obiek­ty­wny ale też ule­ga jej czarowi. Kather­ine Hep­burn w roli głównej spraw­ia, że ten film jed­nak moż­na spoko­jnie oglą­dać wiele lat później i trochę fan­tazjować co by było gdy­by w jeden wieczór zakochał się w nas Jim­my Stew­art.

68. Far­go ( reż. Joel i Ethan Coen, 1996) – Bra­cia Cohen wiedzą że ludzie bywa­ją częś­ciej głupi niż źli a cza­sem są źli i głupi. Far­go roz­gry­wa cały ten dra­mat wśród przykry­tej śniegiem małej amerykańskiej miejs­cowoś­ci w której nic za bard­zo nie ma. Jeden z nielicznych filmów który pokazu­je, że nepo­tyzm to doskon­ała decyz­ja bo nie była­by to rzecz tak wybit­na gdy­by w roli polic­jan­t­ki nie wys­tępowała ciężar­na Frances McDor­mand. Co ciekawe, pier­wszy sezon seri­alowego Far­go jest doskon­ałym uzu­pełnie­niem i rozsz­erze­niem prze­myśleń z fil­mu.

69. Dyk­ta­tor (The Great Dic­ta­tor, reż. Char­lie Chap­lin, 1940) – wydawać by się mogło, że satyra Chap­lina w której wyśmiewa się z Hitlera i Mus­solin­iego po lat­ach będzie wyłącznie fil­mową ramotą. Tym­cza­sem dobre filmy mają to do siebie, że raz na jak­iś czas znów są niezmiernie aktu­alne. W tym przy­pad­ku po godzinie śmiechu, czeka nas przemówie­nie ubo­giego fryz­jera który wyglą­da iden­ty­cznie jak Dyk­ta­tor, przemówie­nie w którym nielu­bią­cy dźwięku w filmie Chap­lin prze­maw­ia a jego słowa wciąż mają moc- w ostat­nich lat­ach nawet więk­szą niż wcześniej.

 

70. Sokół Mal­tańs­ki ( The Mal­tese Fal­con, reż. John Hus­ton, 1941)– ist­nieje ten cud­owny moment kiedy po raz pier­wszy sia­da się do fil­mu którego zakończenia się nie zna. Ja pier­wszy raz Sokoła Mal­tańskiego obe­jrza­łam wiele lat temu nie mając poję­cia jak się skończy i wsiąkłam w świat przed­staw­iony który co oczy­wiste zaczy­na się od prostej sprawy dla detek­ty­wa a kończy na podróży w świat intryg i najm­roczniejszych stron ludzkiego charak­teru. Choć potem widzi­ałam film jeszcze wiele razy to za każdym razem zach­wyca mnie to jak sprawnie prowadzi intrygę i jak bard­zo zależy nam na sukce­sie bohat­era – nawet jeśli jest to sukces bard­zo gorz­ki.

71. Piętro Wyżej ( reż. Hen­ryk Wars, 1937) – w ostat­nich lat­ach trochę z pasji a trochę z obow­iązku nadro­biłam więk­szość pol­skiego kina między­wo­jen­nego które się nam ostało. Piętro Wyżej to jeden z tych tytułów które prak­ty­cznie się nie zes­tarza­ły. Nadal są zabawne, nadal wywołu­ją uśmiech na twarzy i trochę zmieni­a­ją spo­jrze­nie na to co w kinie przed­wo­jen­nym zro­bić było moż­na. Plus jest tam dłu­ga sek­wenc­ja w której Bodo śpiewa prze­brany za Mae West. Gen­dery takie. I to przed wojną!

72. Titan­ic ( reż. James Cameron, 1997) – ja wiem, że to jest straszny wyciskacz łez. Jed­nak jeśli oglą­da się film na około grzy­w­ki młodego Leonar­do DiCaprio to jest to też jed­na z tych pro­dukcji, zre­al­i­zowanych z wielkim roz­machem, w której jest mnóst­wo doskon­ałych małych scen. Zwłaszcza pier­wsza część fil­mu, która bardziej niż na katas­trofie kon­cen­tru­je się na zobra­zowanych przez podzi­ał na klasy różni­cach kla­sowych, jest naprawdę ciekawa. Nie jest to film wybit­ny ale kiedy oglą­dałam go kil­ka lat temu ponown­ie w kinie zdałam sobie sprawę, że jest to wybit­nie sprawnie zre­al­i­zowany film, który jak orkies­tra na Titan­icu gra na emoc­jach widza do samego koń­ca.

73. Między Słowa­mi (Lost in Trans­la­tion, reż. Sofia Cop­po­la, 2003) – film o ludzi­ach którzy spo­tyka­ją się w świecie którego zupełnie nie rozu­mieją. Alien­ac­ja jaką czu­ją bohaterowie w Japonii ponoć dopa­da wiele osób które przy­jechały z zachodu i znalazły się w zupełnie innej kul­turze. Tu mamy spotkanie akto­ra w śred­nim wieku z młodz­i­utką dziew­czyną, która chy­ba nie do koń­ca wie czego chce w życiu. Fakt, że obo­je snu­ją się po Tokio, albo po hotelowych poko­jach spraw­ia, że dosta­je­my taką wydesty­lowaną opowieść o uczu­ci­ach jakie rodzą się między ludź­mi, którzy przez chwilę zosta­ją całkowicie wyr­wani z rzeczy­wis­toś­ci jaką zna­ją. Być może nie był­by to dobry film gdy­byśmy wiedzieli co Bill Mur­ray wyszep­tał do ucha Scar­lett Johans­son w ostat­niej sce­nie.

74. Hot Fuzz: Ostre Psy (Hot Fuzz, reż. Edgar Wright, 2007) – nakręce­nie pre­cyzyjnej komedii wyma­ga więcej pra­cy niż mogło­by się wydawać. A Hot Fuzz to jeden z najbardziej pre­cyzyjnych filmów jakie kiedykol­wiek widzi­ałam. Jest bard­zo zabawnie, bard­zo ang­iel­sko i trochę absurdal­nie – jak to w dobrych kome­di­ach być powin­no. Dodatkowo film ma taką obsadę że kojarzy się nawet sprzą­taczkę z trze­ciego planu. Pod koniec krę­ci się zaś z niedowierzaniem głową że ten pozornie absurdal­ny chaos skła­da się w tak dokład­nie prze­myślaną his­torię. Mam­rotanie po sean­sie “The Greater Good” gwaran­towane. Zresztą film w ogóle tworzy kod do porozu­miewa­nia się ze zna­jomy­mi, którego bez zna­jo­moś­ci przygód dziel­nych polic­jan­tów w ang­iel­s­kich miasteczkach nie sposób zła­mać.

75. Hob­bit: Niezwykła Podróż (The Hob­bit: An Unex­pect­ed Jour­ney, reż. Peter Jack­son, 2012) – tu pewnie pod­niesiecie jed­ną brew a nawet dwie, jeśli nie umiecie tylko jed­nej– jak to Hob­bit a nie Wład­ca Pierś­cieni. Przyz­nam szcz­erze z ręką na ser­cu. Wiem, że Hob­bit jest gorszym filmem niż każ­da część Wład­cy Pierś­cieni ale jed­nocześnie – bawi mnie bardziej. Dlaczego? Nie wiem dokład­nie dlaczego, może dlat­ego, że kras­noludy są takie ładne. A może dlat­ego, że Mar­tin Free­man jest lep­szym aktorem niż Eli­ach Wood? A może to radocha z powro­tu do Śródziemia? A może fakt, że o ile z Wład­cą Pierś­cieni mam sil­ny emocjon­al­ny związek, to z Hob­bitem już nie, co znaczy, że nie przeszkadza­ją mi reży­ser­skie volty i przeinaczenia? Nie wiem, ale pier­wsza część Hob­bita za każdym razem daje mi mnóst­wo szczęś­cia. Choć w sum­ie video z pro­dukcji Hob­bita dają mi jeszcze więcej szczęś­cia.

76. Okruchy Dnia (The Remains of the Day, reż. James Ivory, 1993) – film w cza­sie oglą­da­nia którego człowiek chce krzy­czeć na bohaterów, a zwłaszcza na głównego bohat­era, służącego którego źle poj­mowany pro­fesjon­al­izm, uniemożli­wia wyartykułowanie swoich uczuć i potrzeb. Głównie dlat­ego, że jego pode­jś­cie do obow­iązku i lojal­noś­ci sta­je na drodze do jakiegokol­wiek pry­wat­nego szczęś­cia. Ostate­cznie jed­nak nie da się ukryć, że cała siła fil­mu opiera się na tym czego bohaterowie sobie nie mówią i nigdy nie powiedzą. No i nie było­by to tak dobre gdy­by Antho­ny Hop­kins i Emma Thomp­son nie należeli do tej ligi aktorów którzy potrafią zagrać prostego dia­logu tak, że jest w nim całe spek­trum ludz­kich emocji. Plus to jeden z tych nielicznych ang­iel­s­kich filmów który przy­pom­i­na, że nie wszyscy na wys­pach dziel­nie opier­ali się poku­som jakie niosły za sobą sys­te­my total­i­tarne rozwi­ja­jące się w Europie w lat­ach trzy­dzi­estych.

77. Hen­ryk V (Hen­ry V, reż. Ken­neth Branagh, 1989) – kole­j­na na tej liś­cie ekraniza­c­ja Szek­spi­ra. Tym razem cenię film przede wszys­tkim za to jak sprawnie Branagh odciął się od fil­mu Oliviera. Zwycięs­ka bit­wa roz­gry­wa się w bło­cie i nie ma w sobie nic roman­ty­cznego. Młody książę naprawdę jest młody a jego zapał ma w sobie coś z entuz­jaz­mu nas­to­lat­ka. His­to­ria wychodzi poza patri­o­ty­czną opowieść o zwycięst­wie Anglików i wraca tam gdzie być powin­na – do reflek­sji nad pewny­mi przymio­ta­mi ludzkiej duszy i nad tym jaka jest cena mil­i­tarnych zwycięstw i poli­ty­cznych przepy­chanek. Pod koniec zaś Szek­spir dorzu­cił scenę jak z komedii roman­ty­cznej. Patrick Doyle napisał do Hen­ry­ka V wybit­ną ścieżkę dźwiękową którą potem wyko­rzysty­wano w rozlicznych zwias­tu­nach zupełnie innych filmów.

78. John Wick (reż. David Leitch, Chad Sta­hel­s­ki, 2014) – film który moż­na było­by streś­cić – zabili mu psa i ukradli samochód a ter­az wszyscy nie żyją. Fab­u­larnie to pros­ta his­to­ria o zbrod­ni z pozornie prze­sad­zonym punk­tem wyjś­cia. Ale film przede wszys­tkim pro­ponu­je spójną wiz­ję świa­ta przed­staw­ionego zaś pod koniec rozu­miemy, że każdy kto pod­niesie rękę na psa zasługu­je na śmierć. Plus Keanu Reeves nie zmienia wyrazu przez cały film i tworzy tym samym bohat­era o którym nie sposób zapom­nieć. W swo­jej klasie jeden z tych filmów który dał mi najwięk­szą uciechę.

79. Bil­ly Elliot (reż. Stephen Daldry, 2000) – jest to taka his­to­ria która streszc­zona brz­mi jak naj­gorszy wyciskacz łez od Hall­marku. Chłopak z gór­niczej rodziny nie chce trenować bok­su tylko ćwiczyć balet. Ale ponieważ film nakrę­cili Bry­tyjczy­cy to zami­ast przesłod­zonej his­to­ryj­ki dosta­je­my świet­ny portret grupy społecznej w dobie kryzy­su (his­to­ria roz­gry­wa się w cza­sie stra­jków gór­niczych za rządów Mar­garet Thatch­er). Doskon­ałe portre­ty bohaterów, świet­ny – tak bard­zo młody- Jamie Bell jako tytułowy Bil­ly no i ostat­nia sce­na przy której nieza­leżnie od tego, który to seans się­ga się po przy­go­towane zaw­cza­su chus­tecz­ki.

 

80. With­nail i Ja ( With­nail & I, reż. Bruce Robin­son, 1987) – his­to­ria dwóch bezro­bot­nych aktorów którzy pod sam koniec 1969 roku dochodzą do wniosku, że potrze­bu­ją wakacji. I jadą na te wakac­je, co nie daje im zbyt wiele radoś­ci bo pada a na dodatek gospo­darz czyni im homosek­su­alne awanse. Streszczanie tej pro­dukcji o tyle nie ma sen­su, że jest ona przede wszys­tkim opar­ta na doskon­ałych dow­cip­nych dialo­gach i absurdal­nych sce­nach. Pod koniec jed­nak czu­je­my pewien żal, choć do koń­ca nie wiemy za czym. Jeden z tych filmów który bard­zo słusznie nazy­wa się kul­towy­mi.

81. Not­ting Hill (reż. Roger Michell, 1999) – jed­na z najlep­szych komedii roman­ty­cznych jaką nakrę­cono. Zgod­nie z zasadą odwró­conego kop­ciusz­ka, gdzie to kobi­eta ma wszys­tko a mężczyz­na nic. Richard Cur­tis pisze zawsze tego samego zakłopotanego sobą bohat­era, a Hugh Grant gra go najlepiej jak potrafi. Choć his­to­ria jest pros­ta, to jed­nak Curits ide­al­nie roz­gry­wa plusy i minus darzenia uczu­ciem oso­by sławnej, jed­nocześnie wrzu­ca­jąc do fil­mu kil­ka całkiem błyskotli­wych obserwacji odnośnie tego jak dzi­ała sława. Tylko potem jak się pojedzie zobaczyć Not­ting Hill na żywo, to nie jest nawet w połowie tak roman­ty­czne jak w filmie.

82. Rzym­skie wakac­je (Roman Hol­i­day, reż. William Wyler, 1953) – Trochę jak w bajce – księżnicz­ka ucieka od swoich obow­iązków. Ale zami­ast spotkać księ­cia spo­ty­ka dzi­en­nikarza. Wszys­tko w tym filmie jest urocze, a Rzym nigdy nie był tak pocztówkowo roman­ty­czny. Pewnie by się ten film zes­tarzał gdy­by Audrey Hep­burn była choć odrobinę mniej urocza, a Gre­go­ry Peck nie był Gre­go­rym Peck­iem. Wciąż jed­nak najin­teligent­niejsze w tym filmie jest zakończe­nie które kon­fron­tu­je nas z rzeczy­wis­toś­cią – pewne rzeczy mogą się zdarzyć tylko przez chwile i nie ma sen­su pisać dal­szego ciągu.

83. Scott Pil­grim kon­tra świat (Scott Pil­grim vs the World, reż. Edgar Wright, 2010) – gdzieś przeczy­tałam zdanie o tym, że jest to najlep­sza ekraniza­c­ja gry kom­put­erowej w his­torii. Choć gra Scott Pil­grim vs The World nie ist­nieje – jest za to naprawdę dobra powieść graficz­na. His­to­ria sama w sobie wyda­je się głu­pia – nasz bohater musi wal­czyć ze straszny­mi były­mi fac­eta­mi dziew­czyny w której się zakochał. Ale to też film o tym jakie mamy wyobraże­nia o ludzi­ach których kochamy i jak cza­sem niekoniecznie są one zgodne z prawdą. Film jest bard­zo zabawny, doskonale zre­al­i­zowany pod wzglę­dem tech­nicznym i do tego jeszcze całkiem mądry.

84. Wyjś­cie przez sklep z pamiątka­mi (Exit Through the Gift Shop, reż. Banksy, 2010) – film o Banksym, film Banksy’ego. Doku­ment. Fabuła. Insta­lac­ja artysty­cz­na? Fenom­e­nal­ny film, który bawi się naszy­mi wyobraże­ni­a­mi o tym czym jest pro­dukc­ja doku­men­tal­na i każe sobie zadawać pytanie – jak bard­zo może­my wierzyć w to co wyglą­da na bard­zo prawdzi­we. Poza tym film zabawny, sporo mówią­cy o współczes­nej sztuce, a jeszcze więcej o jej per­cepcji. Trochę jak czy­tanie iron­icznych komen­tarzy w Internecie gdzie nigdy nie jesteśmy do koń­ca pewni czy ktoś pisze na poważnie czy robi sobie z nas jaja. Pereł­ka.

85. Kap­i­tan Amery­ka: Zimowy Żołnierz ( Cap­tain Amer­i­ca: The Win­ter Sol­dier, reż. Antho­ny Rus­so­Joe Rus­so, 2014) – zan­im bra­cia Rus­so postanow­ili prze­nieść swo­je kon­flik­ty na skalę kos­miczną opowiedzieli jed­ną z najlepiej prze­myślanych his­torii w świecie Mar­vela. Z jed­nej strony to wciąż film super bohater­s­ki, z drugiej – zde­cy­dowanie więcej w nim tropów z amerykańskiego kina szpiegowskiego z lat 70. Nawet Robert Red­ford się pojaw­ia. A w tle super wyczynów mamy jak najbardziej ważne pytanie – ile ludzie są w stanie odd­ać władzy i wol­noś­ci w imię ulot­nego poczu­cia bez­pieczeńst­wa. Ktokol­wiek po tym filmie ma wraże­nie że Mar­vel jest apoli­ty­czny powinien obe­jrzeć go jeszcze raz.

86. Pacif­ic Rim (reż. Guiller­mo del Toro, 2010) – Wielkie pot­wory morskie, wielkie robo­ty, Idris Elba anu­lu­ją­cy apokalip­sę. W chwili kiedy myślałam że w świecie kina czys­to rozry­wkowego niczym nie moż­na mnie zaskoczyć wkroczył Guiller­mo del Toro cały na biało i zapro­ponował film, który niby był do wszys­tkiego co znam podob­ny ale zupełnie nie podob­ny. Wyszła z tego abso­lut­nie cud­ow­na rozry­wka, i film który przy­wró­cił wielkie robo­ty (a właś­ci­wie mechy) kinu. Potem próbowano do wiel­kich pot­worów i wiel­kich robot­ów wró­cić ale nie wyszło. Najwyraźniej aby nakrę­cić doskon­ały głupi film trze­ba mieć błyskotli­wego reży­sera.

87. Rękopis Znaleziony w Saragossie (reż. Woj­ciech Has, 1964)– mam wraże­nie, że ktoś rzu­cił zdaniem „Powieś­ci Potock­iego nie da się zekrani­zować” na co Woj­ciech Has powiedzi­ał tylko „Potrzy­ma­j­cie moje piwo”. Mimo licznych prób nadal nie przeczy­tałam całego Rękopisu ale film widzi­ałam kilka­naś­cie razy i nadal jestem pod wraże­niem, jaka to jest fenom­e­nal­na pro­dukc­ja, od aktorstwa, po sposób prowadzenia skom­p­likowanej nar­racji. Jeden z tych filmów które spoko­jnie moż­na pokazy­wać na całym świecie i tylko czekać na słowa uzna­nia dla jed­nego z najwybit­niejszych filmów pol­skiej kine­matografii.

88. Popiół i Dia­ment ( reż. Andrzej Waj­da, 1958)– są takie filmy w kine­matografii każdego kra­ju, których moż­na nie oglą­dać a człowiek i tak zna połowę kadrów. Tak jest trochę z Popi­ołem i Dia­mentem, bo prze­cież i scenę z odwró­conym krzyżem, i z kieliszka­mi wód­ki i tą na wysypisku ma się w głowie nawet jeśli nigdy nie obe­jrza­ło się fil­mu od początku do koń­ca. Kiedy się jed­nak obe­jrzy to moż­na dojść do przeko­na­nia, że to jest film abso­lut­nie fenom­e­nal­ny, ale też – doskon­ały film o niejed­noz­nacznoś­ci wyborów i braku czarno białej his­torii. No i jeszcze Zbig­niew Cybul­s­ki który gra jak James Dean tylko lep­iej.

89. Neru­da (reż. Pablo Lar­raín, 2016) – już dru­gi film Pablo Lar­ri­na na tej liś­cie – co każe pode­jrze­wać, że po pros­tu bard­zo lubię styl tego reży­sera (w szer­szej liś­cie filmów była też Jack­ie co pogłębia to pode­jrze­nie). Neru­da to film odrobinę biograficzny, ale zde­cy­dowanie bardziej przyglą­da­ją­cy się kreatorskiej mocy poe­ty i słowa. Neru­da poetą był fas­cynu­ją­cym, a człowiekiem ciekawym. Przede wszys­tkim jed­nak ilekroć oglą­dam ten film myślę o tym jaką siłę mogę mieć w społeczeńst­wie poe­ci, jeśli tylko da im się taką możli­wość. I dlaczego tych możli­woś­ci poe­ci mają coraz mniej.

 

90. Jeszcze Dalej niż Północ (Bien­v­enue chez les Ch’tis, reż. Dany Boon, 2008) – żeby było jasne – fakt, że jedynym fran­cuskim filmem na tej liś­cie jest kome­dia nie znaczy, że nie cenię i nie lubię filmów Nowej Fali czy fran­cus­kich mis­trzów kina. Wciąż jed­nak nie są to filmy do których wracam w ten sposób co do filmów ulu­bionych. His­to­ria pra­cown­i­ka pocz­ty wysłanego na daleką fran­cuską północ, który uczy się kochać miejsce do którego nikt nie chce trafić, ma w sobie humor, ciepło i życiową prawdę że cza­sem płaczemy tylko dwa razy – wtedy gdy gdzieś jedziemy i wtedy kiedy musimy wyjechać.

91. Oczy sze­roko otwarte ( Einaym Pkuhot , reż. Haim Tabak­man, 2010) – sko­ro już zwró­cil­iśmy uwagę, że mam słabość do nieszczęśli­wych his­torii miłos­nych, to ter­az czas na kole­jną, tym razem roz­gry­wa­jącą się w środowisku ortodoksyjnych żydów. Uwiel­bi­am to jak film pokazu­je społeczność w której nic nie umknie uważne­mu oku tych którzy zawsze patrzą, zawsze pil­nu­ją zasad i moral­noś­ci. Cud­owne jest też to jak w tym świecie, uczu­cie między bohat­era­mi rozwi­ja się nat­u­ral­nie. A jed­nocześnie – ponieważ to jest w dużym stop­niu film zanur­zony w wierze i religii, pytanie o własne uczu­cia i pożą­danie roz­gry­wane jest nie tylko na płaszczyźnie emocjon­al­nej, ale też religi­jnej.

92. Spir­it­ed Away: W krainie Bogów ( Sen to Chi­hi­ro no Kamikakushi , reż. Hayao Miyaza­ki , 2001) – pamię­tam, że wybrałam się na ten film do kina za namową mojego taty, który od jakiegoś cza­su zaj­mował się infor­mowaniem nas o osiąg­nię­ci­ach stu­dia Ghi­b­li. Film zro­bił na mnie niesamowite wraże­nie, ponieważ był zupełnie czym innym niż to co znałam doty­chczas w ani­macji ale też w ogóle w sposo­bie snu­cia opowieś­ci. Do dziś ilekroć wracam do tego fil­mu jestem zach­wycona kreacją świa­ta, mno­goś­cią postaci a także sce­na­mi taki­mi jak podróż bohater­ki pociągiem, które są po pros­tu zapisem czys­tej magii. Lubię inne filmy stu­dia Ghi­b­li ale żaden nie jest dla mnie tak mag­iczny jak Spir­it­ed Away.

93. Fish Tank (reż. Andrea Arnold , 2009)– to jeden z tych filmów który ma niesamow­itą umiejęt­ność zwodzenia widza. Kiedy zaczy­na się go oglą­dać pode­jrze­wa się jed­no zakończe­nie, a potem film robi wszys­tko by uśpić naszą czu­jność. Tylko po to by ostate­cznie wró­cić do tego co moż­na było pode­jrze­wać od początku. To kole­jny film o tej innej Anglii, dalekiej od pocztówkowego Lon­dynu, oraz o ambic­jach, tańcu i młodzieńczej wrażli­woś­ci, którą tak łat­wo utracić. Niesamowite jest napię­cie w tym filmie a także doskon­ała gra aktors­ka, młodz­i­utkiej głównej bohater­ki.

94. Gos­ford Park (reż. Robert Alt­man, 2001) — nikt tak nie opowia­da o ang­iel­s­kich podzi­ałach kla­sowych jak Julian Fel­lowes, nikt tak spranie nie radz­ił sobie z wielowątkową nar­racją jak Alt­man. Tu zamy­ka pod jed­nym dachem państ­wo, służbę, anglików i amerykanów a potem – jak­by chci­ał się pośmi­ać ze wszys­tkiego co nam pokazał – dorzu­ca morder­st­wo i detek­ty­wa. Ostate­cznie Gos­ford Park jest wspani­ałym rozlicze­niem z tym jak wiele kosz­tu­je zachowanie pewnej fasady i jak bard­zo podzi­ały kla­sowe opier­a­ją się na tym, że wszyscy poświęcą coś z siebie. Fel­lowes potem nie raz opowiadał o tym co się dzieje pod i nad schoda­mi ale wychodz­iło mu to już bardziej pocztówkowo.

95. Słod­kie życie (La Dolce Vita, reż. Fred­eri­co Felli­ni, 1960) – do żelaznych klasyków fil­mowych pod­chodzi się niekiedy z przeko­naniem, że nie mogą por­wać sko­ro oglą­da się je trochę z przy­musu. Ale oglą­da­jąc Felliniego, jedyne co sobie człowiek uświadamia to jakie rzesze reży­serów od niego ścią­gało, z mniejszym lub więk­szym powodze­niem. Słod­kie życie wciąż ma w sobie dużo prawdy zarówno o artysty­cznych środowiskach, jak i o ludzkim niespełnie­niu. Zresztą nie ukry­wam że mogło­by się na tej liś­cie znaleźć też 8 i pół które kiedyś sprzedano mi jako najnud­niejszy film na świecie, a które pokochałam całym sercem.

96. Wszys­tko w Porząd­ku (The Kids Are All Right, reż. Lisa Cholo­denko, 2010) – film który nauczyłam się bard­zo lubić a potem wręcz uwiel­bi­ać. W życiu dwóch pozornie bard­zo szczęśli­wych kobi­et pojaw­ia się bio­log­iczny ojciec ich dzieci. Przys­to­jny, sym­pa­ty­czny i wylu­zowany. Szy­bko okazu­je się że jed­nak nie wszys­tko jest tak w porząd­ku w życiu jak­by się mogło wydawać. Świet­ny film o rodzin­nych relac­jach, związkach, dzieci­ach, ojcost­wie i macierzyńst­wie. A do tego jak to jest fan­tasty­cznie zagrane, zwłaszcza Julianne Moore i Anette Bein­ning gra­ją jak­by nie miały sce­nar­iusza tylko po pros­tu były swoi­mi bohaterka­mi.

97.Powrót Bat­mana (Bat­man Returns, reż. Tim Bur­ton, 1992) – nie zliczę ile razy widzi­ałam ten film. Na moje oko – blisko dwudzi­es­tu. Powrót Bat­mana to dla mnie ide­al­ny film komik­sowy. Niekoniecznie super bohater­s­ki bo więcej tam postaci ułom­nych niż bohater­s­kich. Michael Keaton nie przepakował na siłowni, i to abso­lut­nie nie przeszkadza bo charyz­ma Bat­mana nie leży w jego bicep­sie. Gotham Tima Bur­tona to ciemne miejsce gdzie nie widać nie­ba a mroczne budyn­ki odci­na­ją światło. Oglą­da się to doskonale i żaden inny bardziej real­isty­czny Bat­man nie rozbudz­ił we mnie tylu emocji co ten nie wsty­dzą­cy się ani komik­sowego ani nieco kam­powego dziedz­ict­wa Człowieka Nietop­erza.

98. Wiele hała­su o nic (Much Ado About Noth­ing, reż. Ken­neth Branagh, 1993) – chy­ba już niko­go nie dzi­wi, ze lubię ekraniza­c­je Szek­spi­ra. Wiele hała­su o nic, prze­nie­sione do słonecznej Toskanii, ma w sobie energię, radość i humor który spraw­ia, że niemal nie czu­je­my, że oglą­damy XVI wieczne spory o to z kim kobi­eta ma pra­wo syp­i­ać przed ślubem. Emma Thomp­son gra swo­ją bohaterkę z mieszan­iną inteligencji i melan­cholii która jest naprawdę wybit­na. Den­zel Wash­ing­ton jest księ­ciem którego pod­dany­mi chcieli­by być wszyscy. Zaś otwier­a­ją­ca film sek­wenc­ja to zapis czys­tej nieskrępowanej radoś­ci, która udziela mi się za każdym razem gdy oglą­dam film.

99. Ran (reż. Aki­ra Kuro­sawa, 1985) – po obe­jrze­niu tego fil­mu ma się ochotę odpowiedzieć na pytanie „Kim był Szek­spir?” zdaniem „Sce­narzys­tą Kuro­sawy”. Ran jest arcy­dziełem na każdym poziomie. Wiz­ual­nym, nar­ra­cyjnym, inter­pre­ta­cyjnym. Serio nie umiem nawet dobrze opisać jak dobry jest to film i jak bard­zo nie ma w nim nic złego, jeśli miałabym powiedzieć co zro­biło na mnie najwięk­sze wraże­nie, to poza genial­ną reży­ser­ią jest to uży­cie koloru. Mało jest filmów które tak doskonale oper­owały by kolorem w każdym kadrze. To jest tak piękny film, że mimo iż trwa praw­ie trzy godziny to zupełnie nie chce się wychodz­ić z tego niesamowitego świa­ta przed­staw­ionego.

100. Cztery Wesela i Pogrzeb (Four Wed­dings and a Funer­al, reż. Mike Newell, 1994) – kiedy ktoś mnie pyta jaki film widzi­ałam najwięcej razy to musze odpowiedzieć zgod­nie z prawdą – Cztery Wesela i Pogrzeb. Pier­wsza bry­tyjs­ka kome­dia roman­ty­cz­na jaką zobaczyłam i co w sum­ie trochę zmarnowało mi trochę cały gatunek, bo jest ona wciąż moim zdaniem najlep­szą komedią roman­ty­czną jaką nakrę­cono w ostat­nich dekadach. Jest tu bard­zo bry­tyjsko i bard­zo zabawnie poza jed­ną sceną gdzie jest niezwyk­le smut­no. Tym samym Richard Cur­tis przy­p­ieczę­tował najważniejszy schemat komedii roman­ty­cznej – na wszys­tkie cztery zabawne sce­ny jed­na musi być smut­na żeby wszys­tko nabrało więk­szej głębi i znaczenia.

 

Uch­wycony moment kiedy po napisa­niu wpisu powiedzi­ałam Mateuszowi że ja muszę chwilkę odpocząć

 

No i tyle. Sto. Mało. Przyz­nam szcz­erze, że ta lista była ze dwa trzy razy dłuższa, a mogła­by być pewnie i jeszcze dłuższa. Sto to taka arbi­tral­na licz­na. Mam nadzieję, że jako czytel­ni­cy rozu­miecie czym jest opub­likowanie takiego zestaw­ienia. Jest pewnym odsłonię­ciem się na skalę dużo więk­szą niż moż­na było­by się spodziewać. Dopuszcze­niem do pewnej wrażli­woś­ci i pewnej podat­noś­ci na specy­ficzny rodzaj his­torii. Jed­nocześnie jak widzi­cie, nie próbu­ję sfab­rykować listy prawdzi­wego kino­mana. Nie ma tu kina rumuńskiego ani irańskiego, ponown­ie nie dlat­ego, że go nie cenię ale dlat­ego, że nie jest moim ulu­bionym. Jed­nocześnie, uprzedza­jąc nieco specy­ficzny rodzaj komen­tarzy – na tej liś­cie niczego nie braku­je, jest na niej dokład­nie to co być powin­no. Bo nie jest to lista najlep­szych filmów jakie widzi­ałam tylko ulu­bionych. Choć to kat­e­go­ria tak nieuch­wyt­nie specy­ficz­na, że nie umiem jej nawet dobrze zdefin­iować.

Czy to lista ostate­cz­na, która nigdy nie uleg­nie zmi­an­ie? Na pewno nie. Wręcz prze­ci­wnie – kiedy patrzę na swo­je własne zestaw­ienia sprzed pię­ciu lat jestem zaskoc­zona niek­tóry­mi tytuła­mi które się tam pokaza­ły. Z drugiej strony – nie ma nic lep­szego niż przekon­ać się raz na jak­iś czas jak bard­zo się zmieni­amy jako wid­zowie, jak doce­ni­amy inne his­to­rie, innych reży­serów i inne opowieś­ci. Choć patrząc na moje pref­er­enc­je, ide­al­nym filmem dla Zwierza jest opar­ty o jakąś sztukę Szek­spi­ra kostiu­mowy melo­dra­mat, gdzie jed­ną z ról gra Col­in Firth a całość reży­seru­je albo Ken­neth Branagh albo Wes Ander­son. Brz­mi spoko. Ale tak serio to przy­pom­ni­j­cie mi kiedy na ekrany wchodzi nowy film o Hen­ryku V? Mam dzi­wne wraże­nie że mi się spodo­ba.

Ps: ponieważ ten post ma dwadzieś­cia stron to może się w nim zdarzyć więcej literówek niż zwyk­le, próbowałam je wyła­pać ale to nie jest łatwe przy takiej obję­toś­ci tek­stu.

0 komentarz
7

Powiązane wpisy