Home Ogólnie Ten Jeden czyli wpis 2500 (serio to jest 2500 wpis na tym blogu)

Ten Jeden czyli wpis 2500 (serio to jest 2500 wpis na tym blogu)

autor Zwierz
Ten Jeden czyli wpis 2500 (serio to jest 2500 wpis na tym blogu)

Posi­adanie ulu­bionego akto­ra to kosz­mar. Jak ślub bez inter­cyzy. Nawet bez mieszka­nia ze sobą. Które­goś dnia wpadasz  nagle okazu­je się, że obrącz­ka na pal­cu. Ter­az na zawsze i na wie­ki wieków amen. A potem okazu­je się, że on nie przestrze­ga zasad gry, rozrzu­ca skar­pet­ki po całym mieszka­niu  i nie może znaleźć porząd­nej pra­cy. Kiedy w końcu paku­jesz wali­ki już masz wychodz­ić i rzu­cać wszys­tko w cholerę sta­je w drzwiach z czeko­lad­ka­mi i znów się zosta­je.

Ulu­bionego akto­ra się nie wybiera. Ulu­biony aktor wybiera nas. Trud­no powiedzieć jak to dzi­ała. Ktoś gdzieś na świecie uda­je ludzi w ten wyjątkowy sposób który trafia do ciebie. Bum i stało się. To miał być tylko ten jeden dra­mat przed snem, kino akcji które zagryziemy pop­cornem, to tylko Szek­spir wyso­ki sądzie. Trafiło i nie puszcza. Przez chwilę jesteśmy wybrani. Tak sobie uświadomić nagle. Że tak be zapowiedzi tutaj, ter­az przed tym DVD. Takie uczu­cie.  Ale  strza­ła trafia nie tylko do nas. Tal­ent nie jest ekskluzy­wny.  Trafia do nas i tysię­cy czy mil­ionów innych ludzi, którzy też nagle zapadali na ser­cową chorobę. A więc zawsze poliamo­r­ia. Da się z tym żyć choć bywa trud­no.  Jeśli licz­ba zaan­gażowanych się­ga mil­ionów potrzeb­na jest dobra wymówka. Trze­ba się tłu­maczyć, że nie uległo się mod­om. Nie, my byliśmy pier­wsi. Wtedy kiedy jeszcze nazwisko nie było pisane zło­ty­mi zgłoska­mi tylko najwyżej dłu­gopisem na jakiejś kartce w kieszeni spod­ni. Nikt nie kojarzył. Rzu­casz zna­jomym i odpowia­da cisza. Choć nie cisza nie jest taka dobra. Bo co jeśli rzeczy­wiś­cie wybral­iśmy niko­mu niez­nany obiekt westch­nień. Nagła pani­ka. Czy nie robi się zbyt intym­nie. My tutaj z pozy­cji widza i aktor tam daleko na planie, na sce­nie. Powinien być dys­tans, a tu tak sam na sam. Lęk że tylko cien­ka grani­ca dzieli nas od wysyła­nia puk­li włosów pocztą.

Chwila cofni­jmy się. Prze­cież my niko­go nie chce­my poz­nawać. Nie o to chodzi. Nie ma takiej iloś­ci auto­grafów, self­ie czy uścisków ręki która skró­ciła­by nasze męki. Nawet pry­wat­na kore­spon­denc­ja (najlepiej na papierze, wszak trze­ba zostaw­ić potom­nym) by nas nie ucieszyła. Umowa nie obe­j­mu­je rados­nych kon­wer­sacji i długich spo­jrzeń w oczy. Co więc obe­j­mu­je? Przede wszys­tkim on musi grać. To jego pod­sta­wowy obow­iązek. W ciągu życia nie spotkamy się tak częs­to. W niek­tórych przy­pad­kach spędz­imy razem zaled­wie kil­ka dni. Kilka­dziesiąt tytułów w fil­mo­grafii to prze­cież sza­leńst­wo. Związek skazany na odległość. Rzad­ko mamy szczęś­cie i dosta­je­my wybran­ka z seri­alu. Ale tu też – kilka­dziesiąt godzin i koniec roman­su. Więc musi pra­cow­ać jak­by jutro nie było, żebyśmy niczym mary­narze na morzu nie zapom­nieli jak wyglą­da twarz żony.  A do tego czas jest taki okrut­ny. Led­wie się poz­na­je­my a już przyśpiesza. Nim się obe­jrzymy najlep­sze lata mamy za sobą. Mieli być zawsze zakon­ser­wowani i piękni a tu taka niespodzian­ka, tam siwiz­na, tu zmarszcz­ka, ta twarz w którą się wpa­tru­je­my co raz bardziej przy­pom­i­na, że czas ucieka. Sko­ro oni to my też. Każ­da ich zmarszcz­ka przy­pom­i­na nam o naszej. Chodzące klep­sydry. Wspól­nych godzin wciąż za mało.

Niepisana umowa mówi, że ten filmy będą dobre. Że te przed­staw­ienia teatralne – nawet jeśli tak bard­zo daleko – będą obsy­pane nagro­da­mi.  Ufamy, że nas nie zaw­iodą. Głupi. Prze­cież zawsze nas zawodzą. Takie pra­wo dale­kich kochanków. Wybier­a­ją ten kre­tyńs­ki sce­nar­iusz, tą marną pro­dukcję, tą bez­nadziejną sztukę. Widz­imy i cier­pimy. Prawdzi­wa miłość nie daje przy­wile­ju śle­po­ty. Och nie, widz­imy każdy błąd, każde potknię­cie, każdą złą decyzję. Nor­mal­nie, był­by koniec. Ale prze­cież nie w ty przy­pad­ku. Tu jesteśmy zaan­gażowani. Nie moż­na tak po pros­tu zrezyg­nować. Ta buty się napraw­ia a nie wyrzu­ca. Więc idziemy do wywiadów by sprawdz­ić czy to aby na pewno pomył­ka, czy tem­br gło­su cią­gle ten sam, ten sam błysk w oku.  Zna­j­du­je­my wymówkę. Rozu­miemy, że trze­ba płacić rachun­ki, mal­ować zam­ki na łoso­siowo, że te trzy domy same się nie utrzy­ma­ją. Obiecu­je­my, że jeszcze jed­na wpad­ka a prze­myślimy związek. Ale nigdy nie umiemy się do koń­ca otrząs­nąć. W 500 stron­i­cowej książce nasze oczy same wyła­pu­ją nazwisko w tekś­cie, strzyże­my usza­mi gdy ktoś obok nas omaw­ia pro­dukcję. Chce­my się wtrą­cić popraw­ić. Prze­cież, to że jesteśmy chwilowo lekko pokłóceni nic nie zmienia. On nie grał w tym filmie, nie dostał tej nagrody, nie, nie ta aneg­do­ta powin­na brzmieć zupełnie inaczej. Mil­czymy. Siadamy na rękach by nie napisać komen­tarza. W końcu trochę wstyd.

Nie moż­na zapom­nieć. Wasz związek zawsze jest trochę tajem­nicą.  Głu­pio się przyz­nać. Będą gadać na mieś­cie, że wiek nie ten, że kandy­dat nie ten, że emoc­je to moja dro­ga trze­ba trzy­mać na wodzy. Poza tym nikt was nie potrak­tu­je poważnie. Ktoś się uśmiech­nie gdy chwilkę dłużej popa­trzy­cie na tapetę na tele­fonie, albo kiedy z rumieńcem podekscy­towa­nia zarez­er­wu­je­cie ten bilet na ten seans na który czeka­cie. Cztery tygod­nie wcześniej. Cza­sem w dyskusji, kiedy wymknie się wam o jed­no słowo za dużo, o jeden mało znany fakt, ktoś zada wam to krępu­jące pytanie. Zawsze w tej sytu­acji jest się samemu. Dru­ga połówka nieświado­ma śpi na drugim kon­ty­nen­cie. Trze­ba powiedzieć co się wie, przyz­nać się, zaświecić obrączką. Reakc­je bywa­ją różne, wiado­mo związek nie­s­tandar­d­owy. Wszyscy rozu­mieją, że w domu kiedy nikt nie patrzy, ale żeby tak na uli­cy i jeszcze innym przed oczy­ma. Deza­pro­ba­ta w życ­zli­wym spo­jrze­niu kłu­je dokład­nie w to miejsce obok ser­ca gdzie trzy­ma­cie ten moment kiedy zrozu­mieliś­cie że to na zawsze. Chce­cie się wytłu­maczyć, ale wszys­tko brz­mi banal­nie. Dziecin­nie. W głowie zapisu­je­cie by nie popełnić błę­du. Zresztą i tak słowa nie wyrażą co czu­je­cie. Kiedy zaczy­na­cie mówić brz­mi to jak pode­jrzany monolog stalk­era. A prze­cież nie o to chodzi.

W pewnym momen­cie pode­j­mu­je­my decyzję. Czy klikniemy na zdję­cie czwartej żony, drugiego męża, wóz­ka z zaku­pa­mi w hiper­marke­cie. Czy kupicie tą auto­bi­ografię, w której pewnie nie będzie ani jed­nego słowa prawdy. To waż­na decyz­ja. Potem nie będzie już odwro­tu. Aktor zamieni się w człowieka. Chcąc nie chcąc wyjdzie z ról, zejdzie ze sce­ny, zmy­je mak­i­jaż. Powie bzdurę a my będziemy się wsty­dz­ić zupełnie jak­byśmy redagowali im wys­tąpi­enia pub­liczne. Będziemy znali wady charak­teru i opinie przy­jaciół, ktoś sza­lony pode­jmie to ryzyko i sprawdzi na Google street view gdzie jest ta uli­ca, gdzie jest ten dom. Jeśli wszys­tko w porząd­ku, będzie temu towarzyszył wstyd. Jeśli coś zaczy­na być nie tak, będzie temu towarzyszył real­ny plan. Nie jest to jed­nak decyz­ja koniecz­na. Może­my zamknąć stronę z plotką. Zad­owolić się skrom­nym opisem na Wikipedii, auto­bi­ografię przekartkować. Nie o to w tym związku chodz­iło.  Nawet jeśli cza­sem naw­iedza nas w snach pyta­jąc czy pójdziemy razem na kawę.

Nawet kiedy dochodzi do rozs­ta­nia to nigdy nie jest na zawsze. Przes­ta­je­cie kupować mag­a­zyny, do kina wybiera­cie się co raz rzadziej. Muszę zastępu­je w głowie mogę a mogę ustępu­je, nie mam ochoty.  Ale nit­ka się tylko przeciera, nie zry­wa. Wiec­zorem kiedy już kładziecie się spać w telewiz­ji właśnie leci powtór­ka. Tego fil­mu, który lata temu obudz­ił tą strunę. Z sen­ty­men­tu nie przełącza­cie. Chce­cie się pośmi­ać. Jacy wszyscy głupi jesteśmy w młodoś­ci, nawet jeśli ta młodość łapie nas kiedy włosy już siwe. W którymś momen­cie zaczy­na­cie widzieć te wszys­tkie straszne błędy i manieryzmy. I oko jed­no jest jak­by bardziej, i nos za dłu­gi i usta za wąskie. I już macie z uczu­ciem spoko­ju w ser­cu ode­jść, zas­nąć w spoko­ju, że to rozs­tanie było słuszne. Ale nie, jed­nak nie. Bo wciąż to jed­nak on, wasz ulu­biony aktor, który miał czel­ność grać w złych fil­mach, powiedzieć głupst­wo i jeszcze się zes­tarzał. Ale w cza­sie wiec­zornego sean­su przed snem doskonale pamięta­cie skąd się wzięła ta pier­wsza miłość. I przy­chodzi wam do głowy, że zupełnie się tych wspom­nień zatrzeć nie da. Bo kiedy łapie się za ucho to wiecie, że to nie żad­na postać, tylko  Aktor.  Zostanie to z wami na zawsze. To jeden z tych związków który wybacza sko­ki w bok, długie romanse i fakt, że nie dzwoni­cie i nie pisze­cie. Nie macie nawet numeru tele­fonu.

Oczy­wiś­cie kiedyś może wam umrzeć. Do tego bez wcześniejszej infor­ma­cji. Nie zostaniecie zaproszeni na pogrzeb. W spisie zachowań żałob­nych takich nie uwzględ­niono. Nawet łkanie jest uznane za prze­jaw his­terii i nie na miejs­cu. Coś tam będzie moż­na napisać, obe­jrzeć, ale więk­szość uczuć należy gdzieś schować  i upch­nąć po kątach zan­im ktokol­wiek się zori­en­tu­je, że są zupełnie prawdzi­wie. Ale chwilowo nie czas o tym myśleć. Przekłada­cie więc nazwisko do tej samej zakład­ki w głowie w której trzy­ma­cie wszys­t­kich blis­kich. Trzy­ma­cie tam wszys­t­kich przy których uda­je­cie że są nieśmiertel­ni. I nawet nie próbu­je­cie pomyśleć o tym jutro.

Posi­adanie ulu­bionego akto­ra to kosz­mar. Znów przy­tył dwadzieś­cia kilo i zagrał w tym kosz­marnie nud­ny filmie. Takim którego się w żadne ludz­ki sposób obronić nie da. Powinien się nie podobać, ale prze­cież znów grał tak jak nikt inny nie gra. Nawet jeśli to wszys­tko jest złe, to jak seren­da pod oknem. Wiele się wybacza. Znów było trochę wstyd. Wiesz, że widzisz kogoś innego niż pozostali. A więc szy­bko, zebać się w sobie, wyprzedz­ić argu­men­ty, zbić kry­tykę, przy­brać odpowied­ni ton. Żeby nikt się nie zori­en­tował jak silne są te różowe oku­lary, jak dawno stra­cil­iśmy pozo­ry obiek­ty­wiz­mu. Wychodzi­cie z kina i omaw­ia­cie więc film. Widzi­cie błędy ale to nie są błędy widziane tak samo. Per­fek­cyjny kamu­flaż.  Uczy­cie się  udawać, że nie rozpoz­na­je­my gło­su po jed­nym słowie, że wcale a wcale nie umiemy z pamię­ci wymienić wszys­t­kich ról i wiemy, że ta obrącz­ka na pal­cu to pry­wat­na a nie założona przez speców od garder­o­by. Byle­by nas tylko nie wzięli za wari­atów, fanatyków, oszołomów. Byle im się nie włączył tryb pog­a­rdy. Żeby tylko nas nie roz­gryźli. To prze­cież takie śmieszne. Infantylne i dziecinne. Do tego pach­nie czymś niebez­piecznym, jak­by każ­da pas­ja oznacza­ła obsesję.

Są na świecie gorsze rzeczy. Więk­sze męki. Te związ­ki gdzie znamy drugą połówkę i musimy się naprawdę starać by jed­nak nasze dro­gi się nie rozeszły. Dole i niedole codzi­en­noś­ci, pen­sje, rachun­ki, dzieci, mężowie, konie, koty, psy, świn­ki morskie. Są prze­sile­nia zimowe i przym­roz­ki, są opłaty za ZUS i ubez­piecze­nie zdrowotne. Są licz­by ujemne gdy się sprawdza stan kon­ta i dodat­nie gdy się sprawdza poziom długu. Są bóle głowy i bóle zamostkowe, są dni dobre i złe. Jest rozry­wka i pra­ca. Jest czy­tanie Kochelta z nudów. I jest ta wiel­ka kosz­mar­na męka wynika­ją­ca z posi­ada­nia ulu­bionego akto­ra. I strate­gia. By zachować ją tylko dla siebie.

Więc kto jest twoim ulu­bionym aktorem?”

Och naprawdę nie sposób wybrać”

To 2500 wpis na blogu.

25 komentarzy
0

Powiązane wpisy