Home Ogólnie Kto ma być śmieszny jak nie kobiety czyli Zwierz obejrzał drugi sezon The Marvelous Mrs. Maisel

Kto ma być śmieszny jak nie kobiety czyli Zwierz obejrzał drugi sezon The Marvelous Mrs. Maisel

autor Zwierz
Kto ma być śmieszny jak nie kobiety czyli Zwierz obejrzał drugi sezon The Marvelous Mrs. Maisel

Kil­ka tygod­ni temu na blogu pojaw­ił się tekst o pier­wszym sezoni The Mar­velous Mrs. Maisel. Nie będę ukry­wać, że mimo wielu pozy­ty­wnych opinii a także wątków które całkiem mi się podobały, pier­wszy sezon seri­alu nie skradł mojego ser­ca. A przy­na­jm­niej nie w takim stop­niu w jakim się spodziewałam. Nie mniej usi­adłam do sezonu drugiego, który miał pre­mierę na początku grud­nia. I muszę powiedzieć, że tym razem zaskoczyło. Jak rzad­ko nie mam wąt­pli­woś­ci, że w przy­pad­ku tego seri­alu dru­gi sezon zde­cy­dowanie przewyższa pier­wszy.

Dla niezori­en­towanych – The Mar­velous Mrs. Maisel opowia­da his­torię młodej rozwód­ki, z dobrej żydowskiej rodziny, która odkry­wa w sobie tal­ent kome­diowy. Tal­ent kome­diowy, który niekoniecznie współ­gra z jej codzi­en­nym życiem, rodzi­ca­mi, dzieć­mi i pozy­cją w towarzys­t­wie. W pier­wszym sezonie bohater­ka musi­ała się zde­cy­dować czy w ogóle chce rozpocząć kari­erę jako komicz­ka, w drugim – przyszedł czas by przy­go­tować rodz­inę i blis­kich na to, że przyjdzie czas kiedy jej dow­cip­ne monolo­gi usłyszy ktoś więcej niż tylko niezbyt trzeźwa wid­ow­n­ia małego klubu gdzieś na peryfe­ri­ach Man­hat­tanu. O ile w pier­wszym sezonie dużo było takiego przekony­wa­nia bohater­ki by spróbowała swoich umiejęt­noś­ci na sce­nie, to w drugim sezonie chodzi raczej o kierunek w którym ma pójść jej kari­era i co będzie musi­ała poświę­cić, jeśli naprawdę zaprag­nie osiągnąć sukces.

 

Jed­nak co ciekawe, tym co w drugim sezonie seri­alu wypa­da najlepiej, to niekoniecznie opowieść o rozwi­ja­jącej się kari­erze w stand-upie. Co praw­da w seri­alu wciąż sporo jest scen, które przy­pom­i­na­ją, że kobiecie w świecie komedii trud­no jest zawsze (a trud­niej było na przełomie lat pięćdziesią­tych i sześćdziesią­tych, kiedy roz­gry­wa się ser­i­al) ale wypada­ją dużo mniej ciekaw­ie niż śledze­nie oby­cza­jów i perypetii rodziny bohater­ki, oraz właś­ci­wie całego sze­rok­iego środowiska nowo­jors­kich żydów z wyższej klasy śred­niej. W seri­alu zna­jdziemy dwa abso­lut­nie fenom­e­nalne odcin­ki roz­gry­wa­jące się w let­nim kuror­cie, do którego na dwa miesiące wakacji zjeżdża się od lat ta sama gru­pa społecz­na – dobrze sytuowanych żydows­kich rodzin, które przy­jeżdża­ją w to samo miejsce od lat. Sam ośrodek i pokazane nam oby­cza­je i trady­c­je jego goś­ci, to dokład­nie takie miejsce w którym za kil­ka lat roze­gra się Dirty Danc­ing. Ale na to jeszcze nie pora, jeszcze lata pięćdziesiąte nie dobiegły koń­ca i trwa czas swois­tej (choć prze­cież bard­zo opresyjnej) niewin­noś­ci.

 

Dru­gi sezon to także pró­ba wprowadzenia wątku roman­ty­cznego. W pier­wszym sezonie z oczy­wistych powodów nie było nań miejs­ca. W nowej odsłonie pojaw­ia się jed­nak ide­al­ny kandy­dat do ręki Midge, przys­to­jny, dow­cip­ny lekarz, które­mu, w prze­ci­wieńst­wie do byłego męża bohater­ki, nie przeszkadza za bard­zo fakt, że jego ukochana opowia­da dow­cipy ze sce­ny. Przys­to­jnego lekarza gra Zachary Levi, który już wyraźnie przy­pakował na okoliczność gra­nia w nowym filmie DC, więc jest w tym seri­alu trzy razy więk­szy od wszys­t­kich. Wątek jest całkiem ład­ny i nawet uroczy, choć nieste­ty – trochę braku­je w nim chemii, więc kiedy pojaw­ia się wiz­ja, że może nic z niego nie wyjść, serce widza nie jest zła­mane.  Zresztą jeśli chodzi o ser­cowe perypetie to nie da się nie dostrzec pewnego podobieńst­wa pomiędzy tym seri­alem a Gilmore Girls (w końcu to ta sama sce­narzys­t­ka) – otóż w obu pro­dukc­jach, byli mężowie, face­ci czy ukochani, nie znika­ją w pom­roce dziejów, tylko nadal odgry­wa­ją ważną rolę w życiu bohaterek. Tu jest podob­nie – nawet kiedy na hory­zon­cie pojaw­ia się potenc­jal­nie ide­al­ny lekarz, to były mąż – Joel nadal odgry­wa ważną rolę w życiu Midge. Z jed­nej strony to całkiem życiowe – wszak ludzie którzy kiedyś byli małżeńst­wem, i mają dzieci, rzeczy­wiś­cie zwyk­le mają bard­zo splą­tane relac­je (zwłaszcza jeśli pochodzą z tego samego środowiska, a ich rodz­ice nadal spo­tyka­ją się cza­sem na grun­cie towarzyskim). Z drugiej – pier­wszy sezon pokazy­wał Joela jako człowieka który jest zbyt zakom­plek­siony i niepewny siebie by wytrzy­mać z dow­cip­ną, inteligent­ną i robiącą kari­erę żoną. Jed­nak na potrze­by drugiego sezony bohater przeszedł pewną reha­bil­i­tację i ter­az mamy go nawet lubić. Pozosta­je więc pytanie —  skąd te wszys­tkie prob­le­my sko­ro bohater ewident­nie zmienił charak­ter.

 

Trze­ba zresztą przyz­nać, że nieza­leżnie od wątków roman­sowych i tak najlep­szą relację na ekranie i najlep­szą chemię bohater­ka ma w tym seri­alu z całkiem real­nym (wzię­tym z his­torii) komikiem Lennym Bruce. Tak się cza­sem zdarza, że sce­narzyś­ci piszą najlep­sze roman­sowe sce­ny, wtedy kiedy chcą napisać damsko-męską przy­jaźń. Bohaterowie nie są wtedy roman­ty­czni czy czułostkowi tylko po pros­tu mówią co naprawdę czu­ją. Co jak wiemy jest w sum­ie naj­ciekawsze. Lenny Bruce, z oczy­wistych przy­czyn raczej nie zostanie ukochanym głównej bohater­ki (i dobrze, bo nieste­ty ten zdol­ny i kon­trkul­tur­owy komik, umarł po przedawkowa­niu narko­tyków w wieku zaled­wie czter­dzi­es­tu lat) ale nie da się ukryć, że jej wszyscy pozostali ekra­nowi part­nerzy bled­ną przy tej relacji. Serio cza­sem mam wraże­nie, że powin­no się wszys­tkim powiedzieć by pisali romanse tak jak chcą pisać przy­jaźnie i było­by zde­cy­dowanie ciekaw­iej na ekranie.

 

Co ciekawe – przy­na­jm­niej w mojej opinii – tak naprawdę nie jest to sezon o Midge Maisel, młodej komiczce która zaraz odniesie sukces. Dru­gi sezon to zde­cy­dowanie his­to­ria jej ojca – matem­aty­ka z Columbii, którego umiłowanie do porząd­ku i niezmi­en­nych mech­a­nizmów funkcjonowa­nia rodziny zosta­je wys­taw­ione na próbę. W pier­wszych odcinkach sezonów Abe wyrusza do Paryża gdzie wyjechała jego żona, przeko­nana, że niko­mu w Nowym Jorku nie jest potrzeb­na. Później mamy cały wątek roz­gry­wa­ją­cy się latem, kiedy z kolei Abe odkry­wa, że jego cór­ka opowia­da po nocy nieprzyz­woite dow­cipy na sce­nie. Ostat­nim gwoździem do trum­ny względ­nego spoko­ju jest infor­ma­c­ja że jego ukochany syn, pracu­je na tajnej rzą­dowej posadzie co ukry­wa przed rodz­iną.  To jak bohater próbu­je się w tym wszys­tkim odnaleźć, jak ze wszys­t­kich jego dzi­ałań wyni­ka jed­nak olbrzymia miłość do dzieci, żony i rodziny – to naprawdę ciekawy i doskonale poprowad­zony wątek.  Muszę przyz­nać, że ter­az jestem naprawdę zła że Tony Shal­houb nie dostał nom­i­nacji do Złotego Globu za tą rolę, bo gra fenom­e­nal­nie. Serio w tym sezonie są takie sce­ny w których po  pros­tu powin­na wjechać sre­br­na taca z kilku­nas­toma wyróżnieni­a­mi i stanąć obok akto­ra. Od lat nie widzi­ałam tak dobrze zagranej roli na drugim planie. A jest to rola wyma­ga­ją­ca bo trze­ba naprawdę ode­grać wszys­tkie możli­we emoc­je. A przy okazji nie stracić z oczu swo­jego dość eks­cen­trycznego bohat­era.

 

Dru­gi sezon seri­alu jest dużo bardziej eklek­ty­czny (tu dwa odcin­ki z Paryżem w tle, tam odcin­ki waka­cyjne) ale wychodzi mu to na dobre. Np. doskon­ały jest odcinek w którym bohater­ka i jej przys­to­jny lekarz próbu­ją kupić obraz od bard­zo znanego ale niekoniecznie bard­zo otwartego na propozy­c­je finan­sowe malarza. Malarza gra Rufus Sewell co doda­je mil­ion punk­tów każdej pro­dukcji. Nie mniej cały odcinek – który ostate­cznie jest reflek­sją nad tym, czy moż­na odd­ać wszys­tko sztuce i zostaw­ić jeszcze trochę dla innych, tak by nor­mal­nie ułożyć sobie życie – jest po pros­tu doskon­ały. Jedyny minus – bohater­ka twar­do nie daje się uwieść bied­ne­mu artyś­cie, co moim zdaniem jest prob­lematy­czne, bo kur­czę… on tak dobrze malu­je, tak ład­nie mówi, i jeszcze wyglą­da jak Rufus Sewell. Gdzie tu real­izm ja się pytam? Ale żeby nie było tylko o relac­jach z mężczyz­na­mi – doskon­ały jest odcinek w którym Midge wraz ze swo­ją man­agerką Susie wyjeżdża­ją na małą i dość nieu­daną trasę po klubach. To jak pisana jest ich relac­ja – przy­ja­ciel­sko ale bez czułostkowoś­ci, z prze­suwa­ją­cym się środ­kiem ciężkoś­ci (raz Susie jest bardziej oga­r­nię­ta, raz Midge) to jed­na z najsym­pa­ty­czniejszych kobiecych relacji w telewiz­ji.

 

Muszę powiedzieć, że ogól­nie bard­zo lubię postać Susie. To z jed­nej strony dość stereo­ty­powo napisana postać kobi­ety która niko­go nie potrze­bu­je i dzię­ki temu jakoś uda­je się jej odnaleźć w męskim świecie (bo jed­nak świat rozry­w­ki jest tu bard­zo męs­ki). Z drugiej – im lep­iej ją znamy tym bardziej widz­imy, że nieza­leżność bierze się raczej z samot­noś­ci i ze skom­p­likowanych sto­sunków rodzin­nych. Susie  nie odrzu­ca życ­zli­woś­ci innych, wręcz prze­ci­wnie  — widać jak bard­zo, mimo całej nieza­leżnoś­ci, braku­je jej po pros­tu towarzyst­wa i ciepła. Przy czym ser­i­al nie mówi „Samotne kobi­ety nie dadzą sobie rady” raczej, sugeru­je, że wszyscy chce­my mieć jakichś ludzi w życiu, którzy cieszą się na  nasz widok. I może to być włos­ka rodz­i­na której pod­na­j­mu­je­my mieszkanie, albo pra­cown­i­cy let­niego kuror­tu, którzy spędzili całą noc szuka­jąc nas po lesie, mimo że w sum­ie  nawet dobrze nas nie zna­ją.  Susie pozosta­je obec­nie jed­ną z najlepiej pisanych postaci takich kobi­et które niekoniecznie pasu­ją do swoich cza­sów pod wzglę­dem zachowa­nia i wyglą­du. Może dlat­ego, że jed­nak sce­narzys­t­ka pisze ją nie jako postać która wal­czy o akcep­tację innych tylko kogoś kto ma głęboko gdzieś co wszyscy o niej myślą.

 

Ser­i­al nadal jest prześliczny. Śledze­nie wszys­t­kich zmi­an garder­o­by bohater­ki daje prawdzi­wą przy­jem­ność – zwłaszcza, że na gra­jącej główną rolę Rachel Bros­na­han wszys­tko ide­al­nie leży.  Do tego cud­own­ie wystyl­i­zowane kadry i świet­nie dobrana muzy­ka spraw­ia­ją, że to wciąż jeden z najład­niejszych seri­ali jakie moż­na oglą­dać na dostęp­nych ser­wisach streamin­gowych. Przy czym to jest dokład­nie ten rodzaj seri­alu gdzie kil­ka razy moż­na się głośno zaśmi­ać – bo dialo­gi są pisane tak jak Amy Sher­man – Pal­ladi­no, zawsze pisze swo­jego dialo­gi – szy­bko i dow­cip­nie, ale ostate­cznie – najlep­szy jest wtedy kiedy pojaw­ia się wątek poważniejszy. Wtedy wszys­tko wpa­da na swo­je miejsce i po zakończe­niu sezonu zosta­je­my z poczu­ciem niedosy­tu ale też z taką  niekoniecznie zabawną reflek­sją, że w życiu jest jed­nak sporo rzeczy z których nie ma się co śmi­ać. Co nie zmienia fak­tu, że po tym sezonie na trze­cią odsłonę his­torii wspani­ałej pani Maisel będę czekać z utęsknie­niem. A zna­jąc Ama­zon oznacza to, że przy kole­jnej recen­zji zobaczymy się za rok.

Ps: W pewnym momen­cie seri­alu okazu­je się, że służą­ca w rodzinie bohater­ki jest polką. Jakoś to musi­ałam prze­gapić ale w pewnym momen­cie, wypowia­da zdanie po pol­sku. Trud­no było się zori­en­tować wcześniej bo z nie wiadomych przy­czyn służą­ca ma na imię Zel­da co jak wiemy – nie jest koniecznie najpop­u­larniejszym pol­skim imie­niem w his­torii.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy