Home Ogólnie Time of my life czyli 32 seanse Dirty Dancing których nie musicie się wstydzić

Time of my life czyli 32 seanse Dirty Dancing których nie musicie się wstydzić

autor Zwierz
Time of my life czyli 32 seanse Dirty Dancing których nie musicie się wstydzić

Kil­ka dni temu zwierz przy­pad­kowo zaczął wątek na face­booku który zamienił się na najład­niejszy zestaw pop­kul­tur­al­nych wyz­nań jaki zwierz widzi­ał od lat. Wśród nich przewi­jało się jed­no, które uświadomiło zwier­zowi, że coś stracił. Otóż moi drodzy. Zwierz nigdy nawet przez mgnie­nie oka nie lubił Dirty Danc­ing.

3-12

Na początku deklarac­ja którą moż­na uznać chy­ba za istot­ną w kon­tekś­cie wpisu — zwierz nie przepa­da za Dirty Danc­ing

Widzi­cie ist­nieje pewien rodzaj filmów które trze­ba obe­jrzeć w pewnym bard­zo dokład­nym momen­cie swo­jego życia by zro­biły na nas odpowied­nie wraże­nie. Nie znaczy to, że potem przes­taną się nam podobać czy nie będziemy mogli do nich zapałać sym­pa­tią ale kiedy obe­jrzymy je  w pewnym specy­ficznym momen­cie podzi­ała­ją na nas zupełnie inaczej. Tak właśnie jest z Dirty Danc­ing. Zwierza ten film zupełnie ominął aż do klasy mat­u­ral­nej (tak moi drodzy — tyle jeśli chodzi o pop­kul­tur­al­ną erudy­c­je zwierza). Wtedy koleżan­ki zszokowane luka­mi w wyk­sz­tałce­niu zwierza postanow­iły pokazać mu film. Było jed­nak za późno. Wiecie co zwierz widzi­ał? Pro­dukcję która nie mogła­by być bardziej związana ze styl­istyką lat 80 nawet gdy­by chci­ała. Piosen­ki które powin­ny wzruszać miały zde­cy­dowanie za dużo brzmienia z dyskote­ki sprzed dwóch dekad. Do tego jeszcze pros­ta  his­to­ria, ze sce­na­mi które niekiedy ocier­ały się o granicę kiczu a niekiedy radośnie ją przekracza­ły. Do tego — co jest juz zupełnie subiek­ty­wne — zwierz wolał­by całe wakac­je spędz­ić w ciem­nym poko­ju czy­ta­jąc książkę niż choć na chwilę znaleźć się na sali treningowej z Patrick­iem Swayze. Ostate­cznie zwierz mógł nawet przyz­nać, że to miła his­to­ryj­ka ale gdzie tu mate­ri­ał do emocjon­al­nych przeżyć które stały się udzi­ałem wielu jego przy­jaciółek, dal­szych i bliższych zna­jomych.

movies_dirty_dancing_9

  

Zwierz jest jed­nak pewny, że ten emocjon­al­ny dys­tans wynikał przede wszys­tkim z fak­tu, że obe­jrzał film za późno. Nie chodzi tu byna­jm­niej o żad­ną wiedzę fil­mową czy jakąś wybit­ną dojrza­łość. Dirty Dan­ing to typowy film który najbardziej trafia do ser­ca gdy oglą­da się go mając kil­ka — kilka­naś­cie lat. Dlaczego? Wyda­je się, że w isto­cie pro­dukc­ja ide­al­nie zbiera kil­ka uwiel­bianych schematów. Mamy tu więc i różnice kla­sowe (o tym zaraz jeszcze będzie), mamy taniec, mamy waka­cyjny romans, mamy poszuki­wanie pewnoś­ci siebie i cud­owną przemi­anę. Wszys­tko skła­da się na pewną waka­cyjną fan­tazję — która dodatkowo doskonale gra z pewnym uczu­ciem jakie towarzyszy więk­szoś­ci młodych dziew­czyn — że nikt ich nie dostrze­ga, a one same zawsze będą siedzi­ały na rogu stołu gdzieś w cie­niu. Oczy­wiś­cie potem więk­szość z dziew­czyn z tego wyras­ta i dostrze­ga — ku swo­je­mu zaskocze­niu — że to uczu­cie bycie nieważnym, brzy­d­kim czy ignorowanym jest przeży­ciem wspól­nym a niekoniecznie jed­nos­tkowym.

thelift

Ale Dirty Danc­ing chy­ba nie stało­by się tak wielkim hitem gdy­by tylko sprawnie korzys­tało ze znanych schematów. W końcu ile wcześniej i później było filmów gdzie dziew­czy­na zakochi­wała się w niewłaś­ci­wym chłopaku i w ilu pro­dukc­jach taniec odgry­wał główną rolę. Tym co wyróż­nia Dirty Danc­ing jest to, że jest to w sum­ie jed­na z niewielu — pro­dukcji która kon­cen­tru­je się na odkry­wa­niu włas­nej sek­su­al­noś­ci z punk­tu widzenia kobi­ety. Jeśli się nad tym zas­tanow­imy to w sum­ie — w kinie pop­u­larnym mało jest takich filmów. Bo istot­nie — zgod­nie z Pol­skim trag­icznym tłu­macze­niem tytułu — w Dirty Danc­ing chodzi o seks. Jeśli prześledz­imy film od początku to zna­j­du­je­my tu na początku dość charak­terysty­czny układ. To znaczy dziew­czy­na z dobrego domu i przys­to­jny starszy chłopak z niższej klasy społecznej.  To jest pewne odwróce­nie schematu (zazwyczaj mamy jed­nak zamożnego chłopa­ka i uboższą ale ambit­ną dziew­czynę) choć i ono zdarza­ło się już wcześniej. Zau­rocze­nie jest oczy­wiste — dobrze wpisane w naszą kul­turę. Co nie jest oczy­wiste? Po pier­wsze fakt, że dla całej fabuły niesły­chanie istot­ny jest fakt, że nasza bohater­ka się z tancerzem prześpi. Więk­szość filmów tego typu romans (mowa o fil­mach pop­u­larnych) zakończy pocałunkiem i wyz­naniem uczuć w deszczu. Tu jed­nak chodzi o seks — od samego początku stanow­ią­cy niesły­chanie istot­ny ele­ment fabuły. Zresztą nie na dar­mo akc­ja roz­gry­wa się w lat­ach 60 (co niekoniecznie zawsze widać na ekranie) — gdzie dopiero zaczy­nały budz­ić się ruchy które doprowadz­iły w końcu do rewolucji 68.

film.org.pl_dirty-dancing-historia-fenomenu

Nie chodzi jed­nak o sam fakt, że nasza Baby prześpi się z przys­to­jnym instruk­torem. Chodzi o kon­sek­wenc­je. Film  roz­gry­wa ten wątek w sposób ciekawy. Otóż w klasy­cznej nar­racji dziew­czy­na która wychodzi poza swo­ja klasę społeczną, poza pewien schemat zachowa­nia — zosta­je ukarana. I tu rzeczy­wiś­cie mamy pewien schemat kary — wątek niele­gal­nej abor­cji i stra­conych szans. Tylko że  nie doty­czy on głównej bohater­ki. Jest to (istot­ny dla fabuły) wątek dru­go­planowy, który zresztą też zosta­je roze­grany niekoniecznie zgod­nie ze sche­matem (za “niemoralne” postępowanie zosta­je ukarany chłopak a nie dziew­czy­na). Tym­cza­sem sama Baby nie poniesie negaty­wnych kon­sek­wencji swo­jej decyzji. Wręcz prze­ci­wnie — romans da jej konieczną pewność siebie, pozowali pokazać rodzinie, że nie jest już dzieck­iem i ma pra­wo do nieza­leżnoś­ci, da jej swo­bodę i wol­ność. W sum­ie Baby prze­chodzi przemi­anę zde­cy­dowanie pozy­ty­wną sta­jąc się z zahukanej dziew­czyny rados­ną i wyz­woloną kobi­etą. Ostat­ni taniec – nie tylko potwierdza przemi­anę naszej bohater­ki ale jeśli przyjrzy­cie się mu dokład­niej to jasne jest, że nasza Baby po raz pier­wszy dobrze czu­je się w swo­jej skórze. Nic dzi­wnego, że sce­na stała się tak pop­u­lar­na – w końcu bije z niej czys­ta radość bycia tym kim się jest. Jeśli dorzu­ci się do tego fakt, że gra­ją­ca Baby Jen­nifer Grey nie jest jakąś sza­loną pię­knoś­cią (choć była istot­nie śliczną dziew­czyną) to dosta­je­my ide­al­ny przepis na scenę nie do zapom­nienia. Zwłaszcza że zwyk­le ofer­u­je się nam jed­nak przemi­anę opier­a­jącą się na zmi­an­ie wyglą­du a nie na zmi­an­ie pode­jś­cia do tego ciała które już się ma. Film ury­wa się zresztą w ciekawym momen­cie — sugeru­jąc wid­zowi dość jed­noz­nacznie, że to co widzi­ał na ekranie to w isto­cie zapis let­niego roman­su po którym równie dobrze nic więcej nie nastąpi. Zresztą w sum­ie wyda­je się, że rzeczy­wiś­cie taka let­nia miłość nie ma szan­sy przetr­wać. Baby zostaną pewnie po niej mile wspom­nienia, taneczne ruchy i pewność siebie.

DirtyDancing_129Pyxurz

W lat­ach 80 Dirty Danc­ing był jed­nym z najczęś­ciej — jeśli nie najczęś­ciej — oglą­danych przez kobi­ety filmów jakie wypro­dukowano. Jeśli się nad tym zas­tanow­ić — nie powin­no to dzi­wić. Bo tak naprawdę nar­rac­ja w Dirty Danc­ing jest od początku do koń­ca kobieca. Jasne — film bard­zo korzys­ta z pewnych kic­zowatych rozwiązań i naprawdę aż stra­ch niek­tóre sce­ny oglą­dać (zwłaszcza jeśli nie ma się pewnego sen­ty­men­tu z młodoś­ci) ale w sum­ie — cała his­to­ria w mniejszym lub więk­szym stop­niu odwołu­je się do uczuć i przeżyć które stanow­ią jak­iś ele­ment życia niemal każdej kobi­ety. Nie chodzi tu byna­jm­niej o romans z let­nim nauczy­cielem tań­ca (to było­by śmieszne gdy­by było to wydarze­nie łączące życie wszys­t­kich kobi­et), ale już wspom­nie­nie poczu­cie, że nikt nie trak­tu­je nas poważnie, czy chęć wyr­wa­nia się z pewnego miejs­ca w rodzinie jakie nam narzu­cono — to wszys­tko skła­da się na jak­iś zestaw wspól­nych przeżyć. Nic więc dzi­wnego, że film który nie tylko przeży­cia zbiera ale też daje wszys­tkiemu hap­py end (powiedzmy sobie szcz­erze — nie wszys­tkim dziew­czynom uda­je się przekon­ać rodz­inę, że są już nieza­leżne i “osob­ne”) trafia pros­to w serce kobiecej wid­owni.  Przy czym nie chodzi tu nawet o to, że takie uczu­cia nie naw­iedza­ją facetów — oczy­wiś­cie, że sta­ją się też ich udzi­ałem, ale w sum­ie kul­tura zde­cy­dowanie częś­ciej opowia­da o męskim doras­ta­niu i związany­mi z nim cier­pi­eni­a­mi niż o kobiecym. A już w kon­tekś­cie odkry­wa­nia włas­nej sek­su­al­noś­ci (bez stras­zli­wych moral­nych kon­sek­wencji) to mamy tu sporą dys­pro­por­cję. Jak pisała kiedyś komen­ta­tor­ka zwierza (zgod­nie zresztą z intu­ic­ja­mi badaczy tem­atu) gdzieś po drodze dal­iśmy sobie wmówić, że his­to­ria o męskim doras­ta­niu jest his­torią ogól­noludzką. I choć pewne lęki i uczu­cia dzie­limy wszyscy nieza­leżnie od płci, to jed­nak kul­tura spraw­ia, że jed­nak pewne przeży­cia tego okre­su dość moc­no wiążą się z tym czy jest się dziew­czyną czy chłopakiem.

jennifer-grey-dirty-dancing-1

Co ciekawe pró­ba opowiedzenia tej his­torii właś­ci­wie jeszcze raz — w roz­gry­wa­ją­cym się na Kubie Dirty Danc­ing 2 — okaza­ła się przed­sięwz­ię­ciem pozbaw­ionym celu. Nie chodzi jedynie o to, że fil­mowi brakowało jakiejkol­wiek świeżoś­ci i po pros­tu był marny. Wyda­je się, też że w 2004 roku, tego typu his­to­ria straciła już swo­ją moc. Zresztą jeśli ktoś miał się wybrać na Dirty Danc­ing 2 to pewnie już znał jedynkę, więc opowiedze­nie tej samej his­torii po raz dru­gi na nikim nie robiło wraże­nia. Poza tym zmieniło się samo kino — wyda­je się, że lata 80 były zde­cy­dowanie lep­iej przys­tosowane do opowiada­nia takich his­torii niż to z początku wieku. Zwierz dale­ki jest by uznać Dirty danc­ing za film przeło­mowy czy porusza­ją­co głębo­ki. Ale z drugiej strony — to ciekawe że pro­dukc­ja która cieszy się uznaniem i miłoś­cią tylu kobi­et jest jed­nocześnie pewnym wspól­nym cichym sekretem. Może oglą­dałyś­cie Dirty Danc­ing po 40 razy ale dziś nikt nie przyz­na się do tego głośno. A prze­cież z tym trochę jak z Gwiezd­ny­mi Woj­na­mi — też pro­dukcją z lat 80 którą oglą­da się nieskońc­zoną ilość razy i która — mimo całej miłoś­ci zwierza do fil­mu — nie wyglą­da na najmą­drze­jszą kiedy ją się streszcza (dlat­ego nie powin­no się streszczać filmów).

Jak zwierz pisał — nigdy nawet przez moment nie był fanem Dirty Dan­ing. Ale doskonale pamię­ta to ciepłe let­nie popołud­nie w klasie mat­u­ral­nej, kiedy wraz ze swoi­mi koleżanka­mi oglą­dał film. Było nas w poko­ju pięć i chy­ba jed­nej z nas przekułyśmy wtedy ucho (zwierz tylko siedzi­ał i obser­wował). Zwierz który jakoś przeszedł przez życie bez bandy koleżanek i przy­jaciółek, wspom­i­na to jako jed­no ze swoich najbardziej dziew­czę­cych wspom­nień. Łącznie z obser­wowaniem swoich koleżanek recy­tu­ją­cych kole­jne par­tie i śpiewa­ją­cych utwory z tła. Być może więc czas przes­tać się wsty­dz­ić naszych 32 sean­sów Dirty Danc­ing. W końcu “Nobody puts baby in the cor­ner”

Ps: tak pamię­ta zwierz że już jest Dare­dev­il. Recen­z­ja najpewniej jutro

Ps2: Tak zwierz wybiera się na Szy­b­kich i Wściekłych 7 w nad­chodzą­cym tygod­niu i przeprasza że nie zdążył o nich napisać przed seansem.

25 komentarzy
0

Powiązane wpisy

25 komentarzy

Marvja 11/04/2015 - 2:08 pm

Nigdy nie widzi­ałam tego fil­mu i jakoś mi się nie śpieszy. Po tym co przeczy­tałam naszła mnie reflek­s­ja, że takich filmów jest więcej — moim “Dirty Danc­ing” jest “Śni­adanie u Tiffaniego”, które widzi­ałam zbyt wiele razy. Kiedy próbowałam przekon­ać do tego fil­mu przy­jaciółkę, już gdy byłyśmy po 20-tce, plan się nie pow­iódł. Film jej się podobał, ale nie miał szans znaczyć dla niej tyle co dla mnie.

Sherlock Sherlockista 11/04/2015 - 2:45 pm

Dla mnie z kolei to był tylko jeden z tryliona filmów, który miał mnie przekon­ać, że “taka była nieza­uważona, a ter­az taka szczęśli­wa i wyz­wolona”, a przekon­ał wyłącznie, że a) szczęś­cie pole­ga na tym, że się zna­j­du­je fajnego chłopa­ka; b) szczęś­cie jest wyłącznie dla ślicznych i szczupłych dziew­czyn, które wcześniej pozostawały nieza­uważone przez fajnych chłopaków wyłącznie dlat­ego, że tak chci­ał reżyser.
Ską­d­i­nad bard­zo — bard­zo! — doce­ni­am to, o czym pisze Zwierz, pokazy­wanie dojrze­wa­nia dziew­czyny, wyz­wole­nie sek­su­alne etc. To jest i rzad­kie i cenne i super. Ale tak doce­ni­ać tose­mogę ter­az, jak jestem stara i zad­owolona z życia, jak byłam młodą zahukaną tar­get-odbior­czynią tego typu pro­dukcji, to wyłącznie mnie dobi­jały, bo zawsze czułam się o tyleż gorsza od bohater­ki.

Shetani 12/04/2015 - 9:09 pm

Nie bard­zo wiem, jak z tego fil­mu moż­na wywnioskować, że szczęś­cie jest dla szczupłych. O.o
Baby nie stała się szczęśli­wa bo jest szczupła, ani nawet dlat­ego, że znalazła fac­eta (który szcz­erze mówiąc raczej nie jest marze­niem kobi­et, jest utrzy­mankiem oraz jest burk­li­wy i zde­cy­dowanie mało przy­jazny) tylko dlat­ego, że pew­na fas­cy­nac­ja mężczyzną wyz­woliła w niej odwagę, pewność siebie i zaczęła się po pros­tu lubić taką jaką jest bez oczeki­wa­nia na aprobatę/przyzwolenia wszys­t­kich wkoło.

Sherlock Sherlockista 12/04/2015 - 11:38 pm

pew­na fas­cy­nac­ja mężczyzną wyz­woliła w niej odwagę, pewność siebie i zaczęła się po pros­tu lubić taką jaką jest”- Nie bard­zo wiem, czym to sfor­mułowanie się różni od krót­szego “znalazła fac­eta”. His­to­ria zna umi­arkowanie wiele przy­pad­ków wybuchu samoak­cep­tacji na skutek fas­cy­nacji nieod­wza­jem­nionej. Oraz “taką, jaką się jest” czyli śliczną i szczupłą. Ta his­to­ria raczej by się nie wydarzyła, gdy­by była za cięż­ka do efek­townych akrobacji tanecznych ;/
To nie jest resen­ty­ment grubasa, to jest po pros­tu odbiór świa­ta naprawdę zahukanej i po pros­tu nor­mal­nej, niei­de­al­nej dziew­czyny, której amerykańskie pro­dukc­je wmaw­ia­ją po mil­ion razy, jak to “ty tez możesz pol­u­bić siebie jak bohater­ka” — tylko że tam­ta jest dzi­wnym trafem zawsze ide­al­nie ślicz­na.

Wazon 11/04/2015 - 3:08 pm

Nie widzi­ałam fil­mu i to zupełnie świadomie- nie wiem, dlaczego, ale BARDZO nie lubię Patric­ka Swayze. Nie podo­ba mi się jego głos, jego sposób porusza­nia się, a przede wszys­tkim to, jak wyglą­da. Może powo­dem jest także przykry fakt, że jest sza­le­nie podob­ny do zna­jomego moich rodz­iców, kosz­marnego idio­ty. To oczy­wiś­cie jest rzecz w stu pro­cen­tach subiek­ty­w­na i aktor nie jest temu winien.

Anika 11/04/2015 - 3:10 pm

Od pier­wszego sean­su nie cier­pię Dirty Danc­ing, dobrze wiedzieć, że nie jestem jedy­na, bo już traciłam nadzieję. Nie podobała mi się ani ta styl­isty­ka (choć chy­ba tylko tu, bo w innych fil­mach nie miałam z nią aż takiego prob­le­mu), ani piosen­ki, ani pode­jś­cie do tem­atu. Do tego to taki lek­ki, mimo wszys­tko, filmik, a z drugiej strony pojaw­ił się taki poważny tem­at jak np. abor­c­ja i był do tego potrak­towany po macosze­mu, przez co czuło się pewien dyskom­fort w cza­sie sean­su. Głów­na bohater­ka była nies­traw­na, a Patrick Swayze nie był nigdy moim obiek­tem westch­nień, w ogóle niko­go w tym filmie lubić się nie dało. To już mil­ion razy wolę Dirty Danc­ing 2, bo choć to nie jest film najwyższych lotów, to sprawdza się jako taki lek­ki film na pochmurny dzień. A Dirty Danc­ing? Zgiń, przepad­nij kosz­marku.

Zwierz 11/04/2015 - 3:14 pm

To wiesz jak mówimy o dyskom­for­cie to sposób potrak­towa­nia rewolucji na Kubie w dwójce też dyskom­fort powinien wywoły­wać. Plus to że ja fil­mu nie lubię nie znaczy że chcę wywołać hejt­fest

Anika 11/04/2015 - 5:28 pm

Nie no jasne, pewnie w więk­szoś­ci filmów moż­na takie ele­men­ty znaleźć, ale mnie po pros­tu mierzi bardziej to, co zro­bili w Dirty Danc­ing jedynce, może dlat­ego, że przyzwycza­iłam się jak trak­tu­je się his­torię w fil­mach i jakieś wari­ac­je, czy uproszczenia mnie w tej kwestii nie bolą. Subiek­ty­wne odczu­cie. A do hejt­fes­tu to jeszcze daleko:)

Ula 11/04/2015 - 9:08 pm

Wow, czyli nie jestem jedyną osobą, która woli dwójkę od jedyn­ki (przy uzna­niu, że żaden z tych filmów nie jest prze­sad­nie dobry). Tak, też nie podobało mi się pode­jś­cie do rewolucji na Kubie (cóż, takie ele­men­ty zawsze będą postrze­gane jako “mal­own­icze” w takich fil­mach), ale:
1. Głów­na para — tę w dwójce nawet pol­u­biłam, była między nimi chemia — za grosz nie mogłam znaleźć sym­pa­tii do tej ory­gi­nal­nej, zwłaszcza Jen­nifer Grey nie mogłam zdzierżyć
2. To, może trochę wynikać z pier­wszego punk­tu, ale — gdy w dwójce widać było rozwój, ksz­tał­towanie się nie tylko miłoś­ci do siebie, ale też i do tań­ca, w jedynce był seks, seks, seks i taniec. który jako taki był panience Baby zupełnie obo­jęt­ny. Może się czepi­am, ale mnie, osobę, która kiedyś tańczyła i wciąż trak­tu­je to jako hob­by, strasznie to raz­iło. Może oczeki­wałam czego innego…
3. Resz­ta postaci — też w sum­ie bez wyrazu, i o ile ten zarzut moż­na postaw­ić oby­d­wu częś­ciom, to w dwójce przy­na­jm­niej relac­je z rodzi­ca­mi wydawały mi się w porząd­ku, całkiem wiary­godne (jak na film tego kali­bru). Mat­ka z jedyn­ki jest chy­ba żyw­cem wzię­ta ze słabych blo­gowych opków — mat­ki tak obo­jętne na los włas­nych dzieci, w innych fil­mach kończą jako niemal pato­log­iczne. Choć znowu, może tylko mnie to wkurzyło.
Co film ratu­je? Przede wszys­tkim kli­mat i muzy­ka, takiej słucham w wol­nym cza­sie, jed­nak samo myśle­nie o fab­ule spraw­ia, że nie chcę powracać do “Dirty Danc­ing”. A, i oglą­dałam jako gim­naz­jal­ist­ka, więc chy­ba zała­pałam się na tar­get :-).

noida 12/04/2015 - 5:28 pm

Ja też wolę chy­ba dwójkę. Muzy­ka fajniejsza ;)

Świeczek 12/04/2015 - 9:47 pm

Uff, nie jestem sama :D

raklubiretro 11/04/2015 - 3:52 pm

Dla mnie najwięk­sza przy­jem­ność tego fil­mu płynie po pier­wsze z przed­staw­ienia ludzi, którzy czu­ją się w tańcu pewni siebie, swo­bod­ni, wyz­woleni, sek­sowni i pożą­dani. Świet­na jest sce­na, w której obsłu­ga ośrod­ka bawi się wspól­nie po ciężkim dniu — zmęcze­nie wcza­sow­icza­mi i iry­tac­ja roszczeni­a­mi chle­bo­daw­ców gdzieś się ulat­nia, opada­ją mas­ki nos­zone w ciągu dnia, ciało się odpręża, czu­jność male­je, słowem naresz­cie mogą być sobą. Bard­zo lubię patrzeć na ludzi, którzy nie wsty­dzą się swoich ciał, lecz mogą poruszać się w sposób, który pod­powia­da im wyobraź­nia i muzy­ka. To bard­zo odpręża­jące uczu­cie. Przy czym nie ma co ukry­wać, że intym­ność tych ruchów prowoku­je sek­su­alne sko­jarzenia. Po drugie — oglą­dam ten film dla włosów Baby, bo są super, kręcą się, pod­skaku­ją w tańcu, a nie tylko sza­s­ta­ją powi­etrze i rzeczy­wiś­cie przy­pom­i­na­ją loki dziec­ka. Po trze­cie ‑główni bohaterowie nie są krys­tal­icznie czyś­ci. Zwłaszcza chłopak, wyda­je się niesym­pa­ty­czny, burk­li­wy, otacza go sug­es­tia bycia utrzy­mankiem bogatych kobi­et, ojciec poniekąd słusznie wyrzu­ca mu wyko­rzys­tanie cór­ki. Nie mamy więc tu do czynienia ze sche­matem 100% szla­chet­nego, bied­nego chłopa­ka. Nie mogę nazwać się fanką fil­mu, ale miedzy inny­mi z tych powodów, oglą­danie go nie spraw­ia mi tor­tu­ry;)

Hannah 11/04/2015 - 3:58 pm

Dirty Danc­ing lubil­am, ale nie tak, zeby trzy­dzi­esci razy obe­jrzec, o nie. Nie lubil­am Patric­ka Swayze, watek roman­ty­czny byl dla mnie poboczny, ale swiet­nie poprowad­zono watek Baby. Wtedy jeszcze nie umi­alam ujac tego w slowa, ale bard­zo mi sie spodoba­lo, ze Baby jest po pros­tu odwaz­na a rownoczes­nie pel­na delikatnosci, w sen­sie — prze­la­mu­je stereo­typ ze introw­er­ty­cz­na dziew­czy­na musi byc niesmi­ala koniecznie. To w zasadzie ona wyz­nawala uczu­cia i zainicjowala kon­takt, wykazy­wala inic­jaty­we — caly czas pozosta­jac soba. Nie zmie­ni­la sie w dusze towarzyst­wa znien­ac­ka; po pros­tu wiedziala czego chce, a czego nie i nie musiala byc super ekstraw­er­ty­cz­na by do tego dazyc.
No i oczy­wi­scie jako total­nie niezbor­na jed­nos­t­ka z zach­wytem ogladalam sek­wenc­je taneczne. Rozbroi­lo mnie co gdzies wyczy­ta­lam, ze ta sce­na, kiedy probu­ja super zmys­lowy ruch a Baby nie moze pohamowac smiechu bo ma laskot­ki jest aut­en­ty­cz­na, tzn pochodzi z rehearsals, nie jest wyrezy­serowana do kon­ca, ze frus­trac­ja Patric­ka jest szcz­era.

Dla mnie przyk­la­dem zlej koor­dy­nacji cza­sowo przestrzen­nej jest Wlad­ca Pier­scieni. Przeczy­ta­lam za pozno i juz nie umi­alam sie tak total­nie zach­wycic jak wielu fanow. Umi­alam docenic, ale bez entuz­jaz­mu.

Scarlet Dragon 12/04/2015 - 12:06 am

Wład­ca Pierś­cieni, kur­ka! Pier­wszy raz przeczy­tałam mając około chy­ba lat 10 i i dobrnęłam do koń­ca tylko dlat­ego, że miałam wtedy taką fik­sację że musi­ałam skończyć każdą zaczętą książkę. Było za wcześnie. Potem nakrę­cili film, wlazłam w fan­dom i uznałam że pora przy­pom­nieć sobie lek­turę, może będzie lep­iej. Ale było już za późno. I o ile cenię Tolkiena za jego kreaty­wność itd. to ta książ­ka nie robi mi doku­ment­nie nic. Wolę filmy, bo mam do nich sen­ty­ment z powodu pier­wszego fan­do­mu do którego należałam świadomie LOL.

Ginny 11/04/2015 - 4:55 pm

No dobra, to ja się wyoutu­ję :) Może nie 32 razy, ale Dirty danc­ing (obe­jrzany w odpowied­nim momen­cie życia po raz pier­wszy) stał się jed­nym z moich ukochanych filmów. Ukochanych nie za wybit­ność prze­cie, nie za grę aktorską czy niuanse fabuły — tylko za trafi­an­ie pros­to do mego ser­dusz­ka. I tak mi przyszło do głowy a pro­pos tego, co Zwierz pisze o czu­ciu się dobrze w swo­jej skórze, że jed­ną z oznak tego, że się czu­ję ze sobą dobrze, może być fakt, że się nie wsty­dzę powiedzieć, że kocham wielką miłoś­cią film nieam­bit­ny, prosty i z lekką domieszką kiczu. Bo mogę :)
PS. “Zwierz który jakoś przeszedł przez życie bez bandy koleżanek i przy­jaciółek”… ;)

wronka 11/04/2015 - 9:35 pm

Bez logowa­nia nie da się pol­u­bić Two­jej wypowiedzi, więc pol­u­bi­am umown­ie :)
I jed­noczę się w wyau­towa­niu. W roku, w którym film wszedł do kin, miałam niecałe 10 lat, więc siłą rzeczy byłam za mała, aby obe­jrzeć go na wielkim ekranie (tym bardziej, że wtedy “od 15” naprawdę oznacza­ło “od 15”, a pani bileter­ka w naszym prow­incjon­al­nym kinie była sro­ga ;) . Nadro­biłam kil­ka lat później, jako nas­to­lat­ka (taka raczej wczes­na). Pomi­mo wieku miałam doskon­ałą świado­mość, że nie przeży­wam wielkiego kina, ale mimo wszys­tko — oglą­dałam, cóż, entuz­jasty­cznie. Nie 32 razy, ale — i owszem — zdarzyło mi się do “Dirty danc­ing” wró­cić. I pode­jrze­wam, że gdy­bym obe­jrza­ła film ter­az, to może z lekkim uśmiechem, ale nadal z przy­jem­noś­cią.
Nie wiem, na ile duże znacze­nie ma fakt, że jestem dzieck­iem lat 70-tych, więc 80-te to dla mnie nie jest “dawno dawno temu w odległej galak­tyce”. Pewnie jakieś ma.

joly_fh 11/04/2015 - 4:59 pm

Widzę, że więk­szość komen­ta­torek twierdzi tu (póki co), że fil­mu nie lubi, co dowodzi two­jej tezy, że ten film trze­ba było obe­jrzeć w określonym momen­cie życia (mając lat ‑naś­cie, ale nie kil­ka ;) No a poza tym to nie jest film dla dzisiejszej młodzieży, która zach­wyca się czymś innym. Dla mnie zde­cy­dowanie był to film moich nas­to­let­nich lat. Oczy­wiś­cie ter­az nie robi już na mnie takiego wraże­nia, ale ileż razy zas­tanaw­ialam się już, co było w tym filmie takiego, że osza­lałam na jego punkcie ja i wiele innych nas­to­latek. Two­je uwa­gi są słuszne, ale chy­ba nie wycz­er­pu­ją tem­atu.

ada 11/04/2015 - 5:59 pm

Zwierz chy­ba dobrze zauważył, że ważny jest czas (w sen­sie, że od razu — na fali pop­u­larnoś­ci pro­dukcji, czy po roku, czy 15–20 lat­ach) i wiek widza. Wyda­je mi się, że ma tez znacze­nie z kim go się oglą­dało, jakie były wów­czas w nas emoc­je, w jakim byliśmy nas­tro­ju, czy gdzieś dostrze­gal­iśmy w nim samych siebie. U mnie ma to znacze­nie, dlat­ego do niek­tórych filmów wracam częś­ciej i z radoś­cią, a innych (choć­by dobrych i klasyków) staram się unikać. Dirty Danc­ing widzi­ałam może z 5 razy i za każdym kole­jnym razem objaw­iał mi się kole­jny, wcześniej gdzieś ukry­ty, kicz. Mimo wszys­tko mam do niego sen­ty­ment — człowiek był wtedy taki młody, nai­wny i wierzył, że może sięgnąć gwiazd. Ja mam podob­nie z “Gwiezd­ny­mi Woj­na­mi”. Sza­leńst­wo na nie jakoś mnie w nas­to­let­nim wieku ominęło i kiedy próbowałam je nadro­bić mając “po 20”, to jakoś do mnie nie przemówiły. No może poza inter­pre­tacją, że to film o bard­zo kiep­skim rodzi­cielst­wie :)

Scarlet Dragon 11/04/2015 - 9:51 pm

Oj fakt, są filmy na które jest odpowied­ni moment, również takie które zobaczyło się za wcześnie. Ja “Cztery wesela i pogrzeb” obe­jrza­łam stanow­c­zo za wcześnie i potem przez wiele lat nie chci­ałam dać się przekon­ać że to świet­ny i zabawny film, bo zapamię­tałam że wynudz­iłam się jak dia­bli i nic mnie w tym filmie nie śmieszyło. Podes­zli mnie pod­stępem i słusznie zro­bili, bo ter­az to jeden z moich ulu­bionych filmów.

Lilith 11/04/2015 - 10:28 pm

Ja muszę przyz­nać, że uwiel­bi­am ten film, cho­ci­aż miałam ze dwadzieś­cia trzy lata, kiedy obe­jrza­łam go po raz pier­wszy. Ma to duży związek z sen­ty­mentem do sytu­acji — współdzie­le­nie poko­ju z dziew­czyną, która z cza­sem stała się jed­ną z dwóch moich najlep­szych przy­jaciółek. I dodam, że przyszła przy­jaciół­ka miała taką fazę, że przez co najm­niej tydzień film leci­ał u nas w poko­ju w kółko, jak rodzaj stale włąc­zonego radia. Miałam do wyboru — pokochać, albo zwar­i­ować :D

Plus — patrzę na Baby i nie wiem, jak aktor­ka wyglą­dała później, ale w tym filmie jest olśniewa­ją­ca!

Ale ucz­ci­wie muszę przyz­nać, że trud­no mi nie przyz­nać momen­ta­mi racji ojcu Baby, bo już mniejsza o pochodze­nie, ale facet z dziesięć lat od niej starszy!

Ria 12/04/2015 - 11:06 am

Bard­zo lubię „Dirty Danc­ing”, cho­ci­aż nie fanaty­cznie i pewnie nie widzi­ałam go więcej niż pięć razy. Lubię, cho­ci­aż po raz pier­wszy obe­jrza­łam ten film w zaawan­sowanym wieku 22 lat :-)

His­to­ria oczy­wiś­cie mnie urzekła, bo każ­da kobi­eta lubi widzieć, jak niepo­zor­na dziew­czy­na zdoby­wa prze­bo­jem najprzys­to­jniejszego chłopa­ka w okol­i­cy (Partick Swayze cud­ny w obcisłych czarnych pod­koszulkach, a wcześniej znany jako dżen­tel­men z Połud­nia, wspaniale dosi­ada­ją­cy konia…). Masz rację, Zwierzu, to nieczęs­to pojaw­ia­ją­ca się w kinie opowieść o dojrze­wa­niu dziew­czyny, o budzącej się zmysłowoś­ci (znakomi­ta, choć pode­jrze­wam, że obec­nie słabo czytel­na, sce­na pier­wszego wejś­cia do sali, gdzie tańczyła młodzież z obsłu­gi) i nabiera­niu pewnoś­ci siebie.

Jed­nak lubię w tej his­torii coś więcej: jej epick­ość – w sen­sie pokaza­nia pewnego momen­tu w his­torii amerykańskiej społecznoś­ci (jest lato 1963), kiedy jeszcze wszys­tko wyda­je się tkwić w schemat­ach, ale już wiado­mo, że nade­jdą zmi­any. To ta część his­torii związana z prawdzi­wym imie­niem Babe, która ma zmienić świat (jeszcze raz – ile jest filmów o tym, że to dziew­czy­na ma zmieni­ać świat?) i dowiadu­je się, że świat do zmi­any jest nie gdzieś w Chi­nach, ale we włas­nym kra­ju. To tu trze­ba wal­czyć z nierównoś­ci­a­mi kla­sowy­mi, uprzedzeni­a­mi rasowy­mi, brakiem per­spek­tyw dla gorzej urod­zonych i pokąt­ną abor­cją. Lubię tę Babe z jej ide­al­izmem i wiarą, że wszys­tko da się zmienić i wszys­tko się ułoży – i która już na swój sposób zmienia świat i wprowadza ład. Dzię­ki tej postaci film daje fajnego kopa… No i last but not least – lubię muzykę lat sześćdziesią­tych i bal­ladę „She’s like a wind”, a nawet brzmienia dis­co w „Time of my life” :-)

Asia Prezentuje Prezenty 12/04/2015 - 12:53 pm

Nie­zliczę ile razy widzi­ałam ‘Dirty Danc­ing’ — możli­we, że na nawet 32 razy i abso­lut­nie nie zamierzam się tego wsty­dz­ić! Być może to dlat­ego, że pier­wszy raz widzi­ałam go gdy miałam właśnie te kil­ka-kilka­naś­cie lat ;) cel­na anal­iza dro­gi Zwierzu!

Ewa Zielińska 12/04/2015 - 8:42 pm

A ja obe­jrza­łam, dosłown­ie pier­wszy raz, parę dni temu…i też myślę, ze jest to parę lat za późno ;)

Świeczek 12/04/2015 - 9:45 pm

Podobało mi się Dirty Danc­ing 2, przepraszam. Może po pros­tu trafiło w ten ide­al­ny moment, popołud­niem w trze­ci piątek listopa­da ;)

Milennn 13/04/2015 - 8:10 pm

ekhem, czy to dobry moment by powiedzieć, że nigdy w życiu nie widzi­ałam tego fil­mu w całoś­ci, bo po pros­tu za późno do niego się zabrałam? Ani Swayze, ani piosen­ki, ani his­to­ria mnie nie urzekła, wiec wyłaczyłam. Wybacz­cie fan­ki, ale tym naprawdę moż­na się zch­wycać w wieku “wczesne naś­cie lat”, tak myślę.

Comments are closed.