Home Ogólnie Tylko dla twych oczu czyli dlaczego naprawdę nie potrzebujesz towarzystwa w kinie

Tylko dla twych oczu czyli dlaczego naprawdę nie potrzebujesz towarzystwa w kinie

autor Zwierz

Hej

Zwierz uwiel­bia chodz­ić do kina. Serio gdy­by zwierz miał wymienić dziesięć swoich ulu­bionych czyn­noś­ci to chodze­nie do kina na pewno znalazło­by się na tej liś­cie. Oglą­danie filmów na kom­put­erze, w telewiz­orze nawet na wielkim ekranie na świeżym powi­etrzu – nic nie jest równe chodze­niu do kina. Nie ważne czy mul­ti­pleks czy małe kino studyjne – kiedy gaśnie światło – wtedy każdy film jest w stanie przykuć uwagę zwierza. Tym smut­niej było zwier­zowi uświadomić sobie, że całkiem sporo osób nie chodzi do kina, bo nie ma z kim. Choć o samot­nym chodze­niu do kina pisała Noi­da, to zwierz czu­je się w obow­iązku (mając nadzieję, że jego wpis będzie nosił znamiona ory­gi­nal­noś­ci) powiedzieć wam, dlaczego naprawdę nie potrze­bu­je­cie niko­go w kinie by dobrze się baw­ić.

Dziś w ramach ilus­tracji kil­ka  z najpiękniejszych sal kinowych na świecie. Ta to Cas­tro The­atre w San Fran­cis­co

Po pier­wsze dro­gi czytel­niku musimy coś ustal­ić – chodze­nie samemu do kina nie oznacza, że jest się smut­ną jed­nos­tką bez zna­jomych. Tak to praw­da – wyjś­cie do kina przyjęło się trak­tować, jako fajny dodatek do towarzyskiego spotka­nia, ale kino nigdy nie było pomyślane, jako rozry­wka grupowa. Jeśli się nad tym dobrze zas­tanow­ić, to właś­ci­wie kino jest rozry­wką wręcz stwor­zoną do samodziel­nych wyjść – nie moż­na w cza­sie oglą­da­nia fil­mu roz­maw­iać, nie patrzy się na drugą osobę, a jeśli pro­dukc­ja jest naprawdę dobra powin­no się o niej zapom­nieć (podob­nie jak o całym świecie). Co więcej, tak naprawdę nikt na sali kinowej nie jest sam – pomi­ja­jąc seanse, na które dotar­liśmy tylko my (zwierz był na takich – moż­na się poczuć wybit­nie luk­su­sowo) zawsze mamy towarzyst­wo. Na dobrym filmie, gdzie wid­ow­n­ia naprawdę wciąg­nie się w fabułę moż­na bez trudu poczuć, że jesteśmy w tym wszyscy razem (zwierz pamię­ta doskonale jak sala pękała ze śmiechu oglą­da­jąc Drob­ne Cwa­ni­acz­ki i choć zwierz na sali był sam to w tym śmiechu samot­ny na pewno nie był). A nawet, jeśli nie czu­je­my obec­noś­ci osób w sali kinowej, to prze­cież cały czas są z nami bohaterowie fil­mu. To dla nich przys­zliśmy i to im przede wszys­tkim mamy w kinie towarzyszyć. Samot­nie na sali kinowej poczuć jest się więc dość trud­no, no chy­ba że to film o wsze­chog­a­r­ni­a­jącej nas egzys­tenc­jal­nej pustce. Ale wtedy nawet zna­jo­mi nie pomogą.

Wnętrze Tam­pa Ther­a­tre.

No dobra powiecie, ale prze­cież samotne chodze­nie do kina to pozbaw­ian­ie się takich przeżyć jak dyskus­ja o filmie po sean­sie, wspólne piszcze­nie, kiedy się boimy, możli­wość wyko­rzys­ta­nia czy­je­goś ramienia, jako pier­wszej linii obrony przed tymi wszys­tkim straszny­mi rzecza­mi na ekranie. Istot­nie – chodze­nie do kina w towarzys­t­wie ma swo­je plusy. Ale cytu­jąc klasy­ka – nie pozwólmy by plusy przesłoniły nam minusy. Po pier­wsze przy wspól­nym chodze­niu do kina zawsze pojaw­ia się możli­wość reper­tu­arowej wpad­ki. Oto wy wybiera­cie film a on okazu­je się bez­nadziejny, albo abso­lut­nie nie odpowied­ni dla danego towarzyst­wa. Zwierz wysłuchi­wał już o zna­jomej, która trafiła na Wstyd z chłopakiem swo­jej przy­jaciół­ki – widzianym zresztą po raz pier­wszy w życiu. Inna sprawa, to sytu­ac­ja, kiedy film, który wybral­iśmy jest po pros­tu zły, – jaki wtedy wstyd i poczu­cie odpowiedzial­noś­ci. Nawet, jeśli nikt nas nie wini za to, że genial­ny cztero­godzin­ny film szwedzkiego reży­sera okazał się nud­ny to jed­nak pewne poczu­cie winy zosta­je. Albo kiedy namówiliśmy wszys­t­kich by pos­zli z nami do kina na wys­tęp lubianego akto­ra a potem okazu­je się, że jest on w filmie w jed­nej sce­nie.  Ale ze spisu strasznych kon­sek­wencji wspól­nego wychodzenia do kina najs­traszniejszy jest ten lęk jaki dopa­da nas pod­czas oglą­da­nia naprawdę złego fil­mu. A co jeśli oso­bie czy osobom, z który­mi jesteśmy w kinie film się spodo­ba? Jak żyć z tym, że strasz­na kicha, która powodu­je u nas facepalm u kogoś innego wzbudz­iła zach­wyt? Pokłó­cić się? To nie wypa­da. Udawać że nie było tak źle? Tak nakazu­je dobre wychowanie, ale cza­sem strasznie trud­no zachować dla siebie wszys­tkie złośli­woś­ci. Serio kosz­mar. A jest jeszcze dru­gi – równie zły sce­nar­iusz. Kiedy wam się podo­ba a wszys­tkim innym nie. Nie ważne ile razy nazwiecie w głowie waszego towarzysza czy cale towarzyst­wo pozbaw­iony­mi gus­tu imbe­cy­la­mi (nie mów­cie, że od cza­su do cza­su nie nazywa­cie tak ludzi, którzy nie lubią filmów, które wy kocha­cie) i tak nie zmieni to fak­tu, że część fra­jdy z obe­jrzanego fil­mu może się szy­bko ulot­nić. A co jeśli film ma treść, której naprawdę nie chce­my oglą­dać w towarzys­t­wie? Jeśli nie chce­my się nawet sami przed sobą przyz­nać, że marzy nam się seans pol­skiej komedii roman­ty­cznej, albo chce­my się cichaczem wybrać na noc­ny mara­ton ze wszys­tkim częś­ci­a­mi Zmierzchu? Albo naprawdę chce­my obe­jrzeć Ludzką Stonogę 3 bez zas­tanaw­ia­nia się co pomyślą sobie o nas zna­jo­mi? Dlaczego mamy koniecznie cią­gać ze sobą kogoś na seans? By poczuć dyskom­fort i lekkie zażenowanie włas­ną postawą. Też mi rozry­wka. Tak  , więc naprawdę – jeśli nie daj boże idziecie do kina w innym celu niż całować się z kimś w ostat­nim rzędzie (powiedzmy sobie szcz­erze, to nie jest dobre rozwiązanie – jak film jest ciekawy może dojść do kon­flik­tu interesów) to towarzyst­wo nie jest aż tak bard­zo konieczne.

Rex Cin­e­ma w Berkham­st­ed

Ale nie chodzi jedynie o ewen­tu­alne minusy chodzenia do kina z inny­mi ludź­mi (a nie trud­no zna­j­dować nowe np.: ulu­biony kinowy towarzysz zwierza, z którym zwierz praw­ie zawsze się zgadza i uwiel­bia razem oglą­dać filmy nie toleru­je jedzenia w cza­sie sean­su) chodzi o to jak odnosimy się do zda­nia innych. Tak spotkamy w naszym życiu mnóst­wo osób, które powiedzą nam, że samotne chodze­nie do kina jest prze­jawem tego, że coś jest z nami nie tak. Albo takich, które będą się dzi­wiły, że kino w poje­dynkę może nam spraw­iać przy­jem­ność. Wobec takiej postawy musimy sobie zadać przede wszys­tkim jed­no pytanie. Co jest dla nas ważne, czy nasza satys­fakc­ja czy też satys­fakc­ja kogoś, kto nie rozu­mie przy­jem­noś­ci chodzenia do kina w poje­dynkę. Zwierz, który uwiel­bia poranne seanse, układanie sobie w głowie myśli zan­im przed­stawi ostate­czną opinię o filmie i który kocha pop­corn i nie wyobraża sobie bez niego pewnych sean­sów (tacy Szy­b­cy i Wściek­li bez pop­cor­nu? To wręcz pot­warz) zna­j­du­je satys­fakcję w samodziel­nym chodze­niu do kina. Nigdy nie czu­je się wtedy osamot­niony czy dzi­wny. Co więcej, zwierz nawet nie dopuszcza do siebie myśli by w jego postępowa­niu było coś niety­powego. W świecie zwierza w kinie najważniejszy jest film i zwierz. Wszyscy inni to tylko dodat­ki. Jeśli nie macie tego sposobu myśle­nia, jeśli idąc sami do kina czu­je­cie się źle, macie wraże­nie, że jesteś­cie bez­nadziejni czy osamot­nieni – wtedy po pros­tu zostal­iś­cie obrabowani. Jacyś ludzie (najczęś­ciej trud­ni do wskaza­nia pal­cem) stwierdzili, że do kina nie chodzi się w poje­dynkę i z tego powodu wam ma być głu­pio.  Zabrali wam przy­jem­ność w imię jakiejś wydu­manej zasady.  Bo praw­da jest taka, że jeśli macie ochotę obe­jrzeć film sami to nic prost­szego wystar­czy zarez­er­wować bilet. Nikt nie krę­ci filmów dla zor­ga­ni­zowanych wycieczek (OK może poza częś­cią twór­ców pol­s­kich filmów na pod­staw­ie lek­tur), film krę­ci się dla widza. Jed­nego widza i wszys­t­kich widzów na raz. Nie ważne czy artys­ta czy rzemieśl­nik – reżyser chce pokazać coś właśnie Tobie dro­gi czytel­niku, a nie Tobie i two­jej koleżance, koledze i dalekiemu wspól­ne­mu zna­jomemu, który nigdy nic nie mówi a potem musi szy­bko iść na tramwaj. Tak więc jedyne co do kina musi­cie koniecznie zabrać to bilet i oczy. Dobrze by były podłąc­zone do mózgu ale nie zawsze korzys­tanie z niego będzie konieczne.

Pathe Tuschin­s­ki W Ams­ter­damie (tam zwierz był)

Nie zrozum­cie zwierza źle. Zwierz lubi wspólne wyjś­cia do kina. Tą obow­iązkową kawkę przed seansem, dyskus­je po zakończe­niu fil­mu, śmiech, spac­er do domu, roz­mowy trwa­jące dłużej niż sam film. To jest bard­zo przy­jemne, choć trze­ba pamię­tać, że bard­zo zależy to od towarzyst­wa – nie zawsze nasi zna­jo­mi są dobry­mi part­nera­mi do wspól­nych wypadów do kina. Zwierz na przykład naciął się kil­ka razy, kiedy oso­ba, którą bard­zo lubił miała inny tryb oglą­da­nia filmów w kinie (np. nie chci­ała o nich roz­maw­iać po sean­sie, albo mówiła w ich trak­cie). Dlat­ego, nie zawsze wspólne wypady ze zna­jomy­mi do kina to ide­al­ny przepis na to by obe­jrzeć film.  Ale pop­kul­tur­alne serce zwierza boli, kiedy okazu­je się, że są na świecie ludzie, którzy myślą „Och poszłabym do kina, ale nie mam z kim”. Bo z chodze­niem do kina jest trochę tak jak ze wszys­tkim w naszym życiu. Może­my czekać aż przyjdą inni ludzie i uza­leżnić od ich obec­noś­ci czy będziemy się dobrze baw­ić. Ale może­my też przyz­nać sami przed sobą, że o ile inni ludzie są fajni i sym­pa­ty­cznie jest utrzymy­wać z nimi kon­tak­ty, to nie może­my naszego zad­owole­nia uza­leż­ni­ać tylko od ich obec­noś­ci. Jasne zwierz uwiel­bia podróżować w towarzys­t­wie i na razie zawsze miał to szczęś­cie, że kogoś do wspól­nych podróży znalazł. Ale czy gdy­by nikt nie chci­ał ze zwierzem zwiedzać świat to zwierz miał­by siedzieć sam w domu? Kto dokład­nie miał­by na tym zyskać? Dokład­nie tak samo jest z oglą­daniem filmów. Na tym, że nie pójdziemy do kina tracimy przede wszys­tkim my. Dlat­ego nie moż­na poz­wolić by taka drob­na rzecz jak brak towarzyst­wa na wyprawę do kina stanął nam na przeszkodzie. Zresztą zarad­ny kino­man zawsze sobie poradzi. Zwierz zapew­nia was, że odpowied­nie potrząsanie pięś­cią w trak­cie trail­erów sprawi, że naty­ch­mi­ast rozpoz­namy na kinowej sali brat­nie dusze. Zwierz nie raz wychodząc sam do kina wdawał się w kon­wer­sacyjne z teo­re­ty­cznie zupełnie obec­ny­mi ludź­mi, których jed­nak łączyła ze zwierzem kinowa sala.

Orin­da The­atre  San Fran­cis­co

Zwierz pamię­tał jak kiedyś wychodząc z domu postanow­ił, że pójdzie do kina. Aku­rat w Atlanticu grali Piratów z Karaibów. Zwierz kupił pop­corn i colę, usi­adł w prze­dostat­nim rzędzie i zupełnie bez żad­nych oczeki­wań usi­ał obe­jrzeć sobie film, o którego fab­ule naprawdę nic nie wiedzi­ał. Kiedy po sean­sie wychodzi z olbrzymim uśmiechem z kina przyszło mu do głowy, że to była chy­ba jed­na z najcu­d­own­iejszych fil­mowych niespodzianek jego życia. Zwierz był aut­en­ty­cznie szczęśli­wy, że oto zobaczył taki zabawny i przy­jem­ny film. Nie było wokół niego niko­go kto by wytknął luki w fab­ule. Żad­nego kręcącego nosem kone­sera, który roz­wodz­ił­by się nad miałkoś­cią kina pop­u­larnego. Nie było koniecznoś­ci rozkłada­nia na częś­ci, ani prowadzenia roz­mowy o czymś zupełnie innym. Nie trze­ba było za nikim nadążyć, niko­go pytać o wraże­nia. Nie trze­ba było się tłu­maczyć z trud­nej wal­ki z pokusą by kupić sobie bilet na kole­jny seans jeszcze tego samego dnia. Był tylko zwierz i muzy­ka Hansa Zim­mera którą zwierz nucił całą drogę do domu. To jed­no z najmil­szych związanych z kinem wspom­nień zwierza. I wiecie czego w tym wspom­nie­niu nigdzie nie ma? Żalu że zwierz był sam.

Ps: Zwierz był w kinie na nowym filmie Ter­rego Gillia­ma – Zero The­o­rem. I zwierz ma dylemat – film bard­zo się mu nie podobał z wielu względów ale najbardziej z powodu pewnego schematu pokaza­nia kobi­et, który go den­er­wu­je. I zwierz pier­wszy raz od daw­na zas­tanaw­ia się czy w ogóle sobie nie darować recen­zowa­nia fil­mu. Jeśli chce­cie iść na Bena Whishawa to może­cie sobie spoko­jnie darować, bo jest go w filmie jakieś 40 sekund. Resz­ta nato­mi­ast zdaniem zwierza stanowi zapis kryzy­su wieku śred­niego z puen­tą niepoko­ją­co przy­pom­i­na­jącą zapis­ki oso­by dużo młod­szej. Styl­isty­cznie – Gilliam pełną gębą. Ale bez świeżoś­ci. O tyle za recen­z­je wam wystar­czy?

35 komentarzy
0

Powiązane wpisy