Home Góry Tatry warte są mszy czyli wpis górski trzeci

Tatry warte są mszy czyli wpis górski trzeci

autor Zwierz
Tatry warte są mszy czyli wpis górski trzeci

Rano budzi mnie zdanie mojej sza­cownej mat­ki „Przepraszam, że budzę cię pięć min­ut wcześniej, ale musisz coś mi pokazać w sieci”. Wiem, że to wymówka, wiem, że to pułap­ka, wiem, że po pros­tu krok po kroku stara się mnie budz­ić coraz wcześniej. Tego jestem abso­lut­nie pew­na po chwili kiedy schodz­imy na śni­adanie i okazu­je się, że drzwi na stołówkę są jeszcze zajęte. Ale ponieważ nie jesteśmy pier­wsi w kole­jce to czu­je, że ambic­ja mojej mat­ki nie jest do koń­ca zaspoko­jona.

Owa wczes­na (coraz wcześniejsza pobud­ka) jest teo­re­ty­cznie zupełnie przy­pad­kowa i nie zaplanowana ale jakoś tak dzi­wnie się złożyło, że już koło ósmej jesteśmy na szlaku. Tym razem idziemy na spac­er który – ku zaskocze­niu wszys­t­kich – najbardziej samego Zwierza, jest dla niego nowoś­cią. Oto bowiem okazu­je się, że jeszcze nigdy w życiu nie szedł Doliną Małej Łąki a co więcej nie był na Przysłopie Mię­tusim. Nie pozostało nic innego jak prze­jść się Drogą pod Regla­mi do Doliny, Doliną na Przysłop, a z Przysłopu zejść do Koś­cieliskiej.

 

 

Jak sami widzi­cie w kadrze tłumów nie ma bo wystar­czy zro­bić krok w bok i nagle pus­to.

 

Ktokol­wiek szu­ka w górach niewyma­ga­jącej trasy która nagradza turys­tę wspani­ały­mi widoka­mi ten powinien brać z nas przykład. Bo po sto­sunkowo krótkim spac­erze moż­na znaleźć się w miejs­cu tak mal­own­iczym, że jest to trudne do uwierzenia – pięk­na łąka ofer­u­je wido­ki, które w niek­tórych – a może tylko w Zwierzu wzbudza­ją nagłą potrze­bę odniesienia pierś­cienia do Mor­doru, bo okoli­ca wyglą­da naprawdę jak­by zza rogu miały wypaść jakieś Hob­bity. Jed­nak na samym szczy­cie hob­bitów nie ma (nie licząc mat­ki Zwierza) jest nato­mi­ast spo­ra gru­pa młodych ludzi robią­cych pomp­ki. Jeśli jest coś czego Zwierz nigdy by nie robił w górach to pomp­ki. Ogól­nie jeśli człowieka otacza­ją góry to powinien albo po nich zapieprzać albo podzi­wiać. Wszys­tkie inne czyn­noś­ci wyda­ją się Zwier­zowi zbędne.

 

Typowy przykład hob­bita górskiego

 

Wyciecz­ka mogła trwać dłużej gdy­by Zwier­zowi nie udało się pow­strzy­mać swo­jej mat­ki, która posłusznie trzy­mać się szlaku doszła do wniosku, że prze­cież mogły­byśmy tą dolinę małej łąki najpierw zobaczyć do koń­ca a potem zawró­cić i iść dalej. Musi­cie zrozu­mieć, że Zwierz wie, iż nie było­by to wielkie nadłoże­nie dro­gi, ale jeśli jest coś na świecie strasznego i obrzy­dli­wego to są to piero­gi z jago­da­mi i zawracanie w górach. Myśl, że po osiąg­nię­ciu jakiejś wysokoś­ci i poko­na­niu jakiejś odległoś­ci należało­by ją pokon­ać ponown­ie jest Zwier­zowi obrzy­dłą. Nato­mi­ast co zawsze napawa Zwierza zdzi­wie­niem to jak mało osób jest w Tatra­ch gdy tylko zejdzie się dwa kro­ki w bok od najbardziej uczęszczanych szlaków. W Dolin­ie Małej Łąki ludzi jest trochę ale o tłu­mie nie ma mowy, a już np. na Przysłop idzie się właś­ci­wie w całkowitej ciszy i samot­noś­ci. Oczy­wiś­cie – spacerow­iczów w Dolin­ie Koś­cieliskiej jest wielu, ale naprawdę – nie jest trud­no przed tłok­iem uciec.

 

Zejś­cie do Koś­cieliskiej to ist­na kraina motyli od lat nie widzi­ałam tyłu na raz.

Po prze­jś­ciu naszej trasy – która okaza­ła się zaskaku­ją­co jed­nak krót­ka (choć pod koniec każdy krok był jed­nak wyczuwal­ny jak­by nieco bardziej niż zwyk­le) doszłyśmy do wniosku, że należało­by coś zjeść i być może odpocząć. Odpoczynek w wyda­niu mat­ki Zwierza składał się z pięt­nas­tomin­u­towej drzem­ki w której Zwierz został wybud­zony z dziesiątej min­u­cie bo w sum­ie nie prze­sadza­jmy, żeby tak przesyp­i­ać cały dzień. Co do obiadu to dziś poszłyśmy do włoskiej kna­jpy w której mat­ka Zwierza zjadła szpinak. Tylko szpinak. Widzi­cie właśnie takie zachowa­nia mat­ki Zwierza przez całe życie przekonu­ją mnie, że tylko naprawdę bard­zo dorośli ludzie jedzą szpinak. Wszyscy którzy nie jedzą szpinaku są jeszcze dzieć­mi. Ja bard­zo pielęgnu­ję moje dziecińst­wo.

 

Ja wiem że wiele moż­na kupić za pieniądze ale górs­kich widoków niczym dostęp­nym za pieniądze zastąpić się nie da

Jedze­nie było, spanie było więc czas – jak zwyk­le trochę sobie poza­pieprzać po Zakopanem. Doprowadz­iło nas to na szczyt Gubałów­ki gdzie usi­adłam na tarasie widokowym po czym oświad­czyłam sza­cownej rodzi­cielce, że „trochę się skończyłam” jej odpowiedź nie powin­na mnie dzi­wić a brzmi­ała „Może­my jeszcze pode­jść do Butorowego Wier­chu”. Cza­sem mam wraże­nie, że gdy­bym oświad­czyła jej w górach że właśnie odpadła mi noga, mat­ka zareagowała­by czymś w sty­lu „To pięk­na okaz­ja by pójść na Czer­wone Wier­chy”.  Popi­ja­jąc piwo i patrząc na panoramę Tatr zde­cy­dowałam się na pier­wszą w moim życiu kon­sumpcję ziem­ni­a­ka na patyku. Ziem­ni­ak na patyku pole­ga na tym, że biorą ziem­ni­a­ka i wyci­na­ją go w sprężynkę a potem go smażą. Z niez­nanych ludzkoś­ci powodów tak spreparowany Ziem­ni­ak zosta­je pod­nie­siony do poziomu jed­nej z najlep­szych rzeczy na świecie, a także atrakcji turysty­cznej. Co jest dowo­dem na to, że wszyscy powin­niśmy być trochę zakręceni.

 

Nie da się ukryć, jest to ziem­ni­ak pozy­ty­wnie zakrę­cony

 W cza­sie spaceru doszłam do wniosku,  że jeśli ist­nieje jak­iś prze­jaw niesamowitego optymiz­mu to sprzedawanie kożuchów w niesamowicie gorą­cy sierp­niowy dzień. Te filo­zoficzne rozważa­nia nad tym jak daleko wyda­je się zima kiedy jest lato i jak bard­zo się za takim kożuchem tęskni jak już jest zima, spraw­iły, że nieco uważniej przyjrza­łam się wys­taw­ie jed­nego ze sklepów i zgad­ni­j­cie kto ma nową piękną skórzaną tore­bkę. Tak moi drodzy obserwac­je socjo­log­iczne potrafią być nie tylko błyskotli­we ale także niesamowicie kosz­towne. Za to dowiedzi­ałam się od pani w sklepie, że rzeczy­wiś­cie trzy­dzieś­ci stop­ni w cie­niu nie sprzy­ja sprzedawa­niu kożuchów i sztucznych futer.

 

Serio wido­ki dziś po drodze były rodem ze Śródziemia. A ter­az pros­ta zgada­ka na do patrzymy

Zapewne jesteś­cie ciekawi czy hotel w którym prze­by­wa Zwierz objaw­ił jakieś nowe niesamowite przymio­ty. Otóż dwa. Pier­wszy iście PRLows­ki – jest w nim ewident­ny niedobór papieru toale­towego, mimo wielokrot­nych próśb nie została nam przy­dzielona dodatkowa rol­ka, co zaowocow­ało kap­i­tal­isty­czną dyw­er­sją w postaci zakupu włas­nego papieru w pob­liskiej Biedronce. Było trud­no pow­strzy­mać się przed pro­mocją na dwadzieś­cia cztery rol­ki papieru, ale mamy ich ter­az osiem i patrzymy w przyszłość z nie­jakim optymizmem. Nato­mi­ast Zwierz odkrył, że stan­dard tute­jszych łóżek pod­wyżs­zono kładąc na niezbyt wygodne prycze grube miękkie mat­er­ace. Są istot­nie wygodne chy­ba, że za moc­no przewró­cisz się z boku na bok i wtedy czu­jesz że mat­er­ac zaczy­na się delikat­nie zsuwać z łóż­ka. Tu rozpoczy­na się wiel­ka przy­go­da, wylą­du­je­my na podłodze czy nie. Na razie Zwierz jakoś ustrzegł się tego losu ale widzi w swoich gwiaz­dach pobud­kę pod łóżkiem.

 

Możli­wość utraty kalorii nie jest uspraw­iedli­wie­niem do ist­nienia schodów

 

Poza tym nasza byt­ność w Zakopanem nabiera pewnych charak­terysty­cznych dla wypoczynku z Matką Zwierza trady­cji jak obsesyjne licznie kroków i kilo­metrów. Na przykład dziś tych kroków było 33 tysiące na 12 kilo­me­tra­ch i nie chcę wam nic mówić ale ton gło­su mat­ki Zwierza wskazu­je, że nie jest ona nami szczegól­nie zach­wycona. Najwyraźniej plan dzi­en­ny nie został zre­al­i­zowany.

 

I to tyle. Kolację jemy w hotelowej restau­racji, która ser­wu­je dania rodem z PRL co o dzi­wo oznacza, że na razie wszys­tko co zjadłyśmy jest cud­owne. Obok nas wyciecz­ka ze Słowenii – wyciecz­ka rowerowa i złożona z emery­tów próbu­je porozu­mieć się z kel­nerką korzys­ta­jąc z języ­ka niemieck­iego i włoskiego, co jak wszyscy wiemy, nie jest przyję­tym w Polsce językiem wspól­nym. Ist­nieje jed­nak szansa że wszyscy dostaną piero­gi i piwo. Kończę ten wpis jed­nak z niewielką nadzieją na przyszłość, bo właśnie się dowiedzi­ałam, że mat­ka Zwierza zakupiła bile­ty na kole­jkę na Kasprowy tak rano, że jutro o śni­ada­niu to ja sobie mogę zapom­nieć.

 

Ps:  Dziś pod­słuchu­jąc w kaw­iarni  zobaczyłam dwie zakon­nice siedzące z pochy­lony­mi głowa­mi. Pomyślałam, że pewnie zmaw­ia­ją krótką mod­l­itwę przed posiłkiem. Kiedy podeszłam bliżej okaza­ło się, że pochy­la­ją się nad smart­fonem. Dosłysza­łam też zdanie „Jeśli wciśniemy tą mszę na szóstą rano to zdążymy jeszcze pójść na długą wycieczkę”. Cóż góry warte są mszy o szóstej rano.

 

 

 

0 komentarz
0

Powiązane wpisy