Home Ogólnie Wszystkie dobre filmy są do siebie podobne, każdy marny film jest marny na swój sposób* czyli Zwierz i problemy Anną

Wszystkie dobre filmy są do siebie podobne, każdy marny film jest marny na swój sposób* czyli Zwierz i problemy Anną

autor Zwierz

 

Hej

 

 Zwierz zazwyczaj pisząc recen­zję stara się nie odd­zielać swoich czuć związanych z treś­cią od swoich uczuć związanych z for­mą przekazu fil­mowego. Zwierz wychodzi najczęś­ciej z założe­nia, że argu­ment że film był ład­ny to takie pociesze­nie się, że nie udany prezent był zapakowany w śliczne pudełko. Pudełkiem co praw­da się nie pobaw­isz ale możesz postaw­ić na półce i cza­sem zerkać nieco bole­jąc, że nie zna­j­dowała się w nim lep­sza zawartość. Tak więc zwierz zazwyczaj sprowadza zach­wyty nad stroną wiz­ual­ną śred­nich filmów do jed­nego czy dwóch zdań skwitowanych wzrusze­niem ramion “i co z tego”. Trze­ba jed­nak przyz­nać, że najczęś­ciej owe ładne filmy, są po pros­tu dobrze nakrę­cone, mają spójne kadry i całkiem przy­jemne dla oka stro­je. W takim przy­pad­ku moż­na spoko­jnie wzruszyć ramion­a­mi i powró­cić do past­wienia się nad niezbyt dobrym aktorstwem czy dzi­u­rawym sce­nar­iuszem. Zazwyczaj, ale nie w przy­pad­ku Anny Kareniny. 

 

 

 Annę Karen­inę krę­cić ponown­ie albo z pomysłem albo wcale. Reży­serowi pomysłu na nową Annę nie wystar­czyło.


Anna Karen­i­na to film przepiękny. Przepiękny z kilku powodów. Po pier­wsze, reżyser o najbardziej plas­ty­cznym oku we współczes­nym kinie czyli Joe Wright postanow­ił zasza­leć z for­mą — przez pier­wsze dwadzieś­cia min­ut obser­wu­je­my niesamow­ity sceniczny taniec — w długich dynam­icznych uję­ci­ach (a właś­ci­wie w jed­nym długim uję­ciu o ile zwierz się nie myli) zmieni­a­ją się przed nami sym­bol­iczne scener­ie kole­jnych scen, świat w którym porusza­ją się bohaterowie jest zupełnie umowny podob­nie jak umowne są ich prze­sadne ruchy i gesty. W biurze wszyscy urzęd­ni­cy wykonu­ją te same gesty by w kole­jnej sce­nie zamienić się w kel­nerów w naj­mod­niejszej Moskiewskiej restau­racji. Potrze­ba jedynie krótkiej chwili by się w tej umownej prze­sad­nej ale mimo wszys­tko dynam­icznej, styl­istyce zakochać i potrak­tować ją jako ucieczkę przed kole­jny­mi, pow­tarzany­mi w kinie niemal do złudzenia obrazka­mi przepysznej carskiej Rosji, które wcześniej czy później zamieni­a­ją się w lau­rkę dla cza­sów okrut­nych lecz pięknych bo dawno min­ionych. W tym umownym świecie wszys­tko nabiera znaczenia — przepyszne toale­ty pań przes­ta­ją być tylko popisa­mi garder­o­biany  zaś wyt­worne i napus­zone gesty ofi­cerów sta­ją się  oczy­wiste i odzysku­ją odrobinę swego pier­wot­nego znaczenia. Szu­ranie buta­mi, całowanie kobi­et zamaszyś­cie w rękę, ruchy wach­larza — wszys­tko tak nien­at­u­ralne że nat­u­ralne jedynie w tym teatral­nym otocze­niu. I choć taka nar­rac­ja każe się reży­serowi pozby­wać wielu scen i pobocznych wątków (akc­ja bieg­nie początkowo niesły­chanie szy­bko) to jed­nak rozu­miemy go lep­iej niż zwyk­le — to sztu­ka a na sce­nie nie zmieś­ci się wszys­tko. Gdy­by Wright doprowadz­ił swój pomysł do koń­ca. Gdy­by przez cały czas film składał się z takiego wiru­jącego spek­tak­lu prze­suwa­ją­cych się deko­racji (czy tylko zwierz pod­czas pier­wszego uję­cia pomyślał o cud­ownej Rosyjskiej Arce?) — wtedy zwierz mach­nął­by ręką na niedostat­ki fabuły i potrak­tował­by ją jedynie jako pretekst do jed­nego z najpiękniejszych wiz­ual­nie spek­tak­li i ekspery­men­tów fil­mowych ostat­nich lat.

 

 Choć pomysły insc­eniza­cyjne są w więk­szoś­ci nowa­torskie to tu w sce­nie balu reżyser trochę prze­sadz­ił i przede wszys­tkim ścią­gał z samego siebie


 Nieste­ty tym co spraw­ia, że film aż na takie zach­wyty nie zasługu­je jest to, że w pewnym momen­cie ta wiz­ja reży­sera zawodzi. Tam gdzie trze­ba opuś­cić salon i towarzyst­wo, tam gdzie spek­takl zamienia się w oso­bisty dra­mat czy po pros­tu nar­rac­ja wyma­ga wprowadzenia przestrzeni nagle sce­na przes­ta­je wystar­czać. I tak film dość moc­no rozła­mu­je się wiz­ual­nie na duszne, umowne sce­ny teatralne (które oglą­da się znakomi­cie) i na odd­y­cha­jące sce­ny w przestrzeni, które jed­nak zde­cy­dowanie zbyt częs­to każą nam zająć się kule­jącą nieco his­torią, zami­ast dać się por­wać cud­ownej nar­racji.  Co więcej wyda­je się, że ta uciecz­ka do przestrzeni nie była reży­serowi aż tak bard­zo potrzeb­na, widać bowiem że umie roze­grać przestrzeń, pogodę i wszys­tko co nat­u­ralne także w sposób teatral­ny. Jest w filmie sce­na kiedy wezwany telegramem do rodzącej cud­ze dziecko żony Karenin drze kartkę i podrzu­ca ją do góry, jed­nak kawał­ki kart­ki nie spada­ją zami­ast niej na ramionach bohat­era pojaw­ia się sztuczny teatral­ny śnieg, który pada wokół niego. Takie zabie­gi każą podzi­wiać zdol­noś­ci i plas­ty­czną wrażli­wość reży­sera i przek­li­nać każdy moment gdy zastępu­je tą cud­owną umowność, dosłownoś­cią jaką przynosi kręce­nie w plen­erze czy w dają­cych więcej przestrzeni wnętrzach. Tam bowiem his­to­ria traci mag­ię, zaś cały film styl­isty­czną spójność (co więcej trud­no powiedzieć jaki jest klucz scen otwartych i zamknię­tych — sce­na roz­mowy Anny i Wrońskiego mogła­by się spoko­jnie toczyć na sce­nie a toczy się w lesie, sce­na wyś­cigów kon­nych proszą­ca się o przestrzeń toczy się nato­mi­ast w teatrze)

 

 

 Gdy tylko Wright schodzi ze sce­ny by zabrać nas do zde­cy­dowanie mniej dusznej przestrzeni np. stacji kole­jowej jego wspani­ała umow­na opowieść traci rytm a miejsce pięk­na zaj­mu­je wcale nie taka pory­wa­ją­ca his­to­ria


Tak więc gdy­by zwierz miał wys­taw­ić Annie Kareninie  ocenę bazu­jąc jedynie na wiz­ual­nym pomyśle — kto wie czy zwierz nie kaza­ł­by wam tego cacusz­ka naty­ch­mi­ast nie kupić i nie przyglą­dać się jak pięknie lśni. Choć­by dlat­ego, że to coś innego, nowego dającego argu­ment dlaczego w ogóle pory­wano się na kole­jną ekraniza­cję his­torii Kareniny. I choć niekiedy może się wydawać, że pewne zabie­gi są prze­sad­zone (serio chore­ografia w cza­sie balu budz­iła więcej śmiechu niż zach­wytu) albo że reżyser zży­na sam z siebie  (w tej samej sce­nie gdy ze sce­ny znika­ją wszyscy poza Karen­iną i Wrońskim co przy­pom­i­na niezwyk­le scenę z Dumy i Uprzedzenia tego samego reży­sera) to jed­nak to jest coś więcej niż tylko nakręce­nie ład­nych plen­erów i ludzi w ład­nych ubra­ni­ach. Nieste­ty prob­le­mem Anny Kareniny jest to, że w tym ślicznym opakowa­niu mieś­ci się co najm­niej dyskusyj­na zawartość.

 

 

I trochę jak na tym zdję­ciu — nie prob­lem w tym jak ludzie są ubrani czy jak wyglą­da­ją tylko że film jest jak kon­wer­sac­ja w której nie mówi sie nic ważnego mimo wielu pięknych słów.

 

Dlaczego dyskusyj­na? Otóż jak wszyscy wiedzą reżyser zde­cy­dował się na niesły­chanie ciekawy ruch obsad­owy. W roli porzu­canego Karen­i­na wys­tąpił Jude Law znany doty­chczas z tego, że jego pojaw­ie­nie się na ekranie powodowało szyb­sze bicie serc niewieś­ci­ch. Z kolei rolę Wrońskiego powierzył Aaronowi John­sonowi-Tylerowi, który co chy­ba najbardziej wszys­t­kich poruszyło jest od gra­jącej Annę Karen­inę Keiry Knight­ley nie tylko pięć lat młod­szy, ale i na sporo młod­szego od niej wyglą­da. Prawdę powiedzi­awszy na tle pozostałych bohaterów wyglą­da tak mło­do czy wręcz chłys­tkowa­to (serio to słowo wymyślono by opisy­wać takich mdłych blon­dynków z marnym wąsikiem), że zwierz poz­wolił sobie na paskud­ną uwagę, że papieros został przez reży­sera włożony w jego dłoń byśmy mieli pewność, że chłopak jest pełno­let­ni. Taka obsa­da rzecz jas­na naty­ch­mi­ast zmienia naszą optykę. Po pier­wsze Karenin Jude’a Law to bohater, który naty­ch­mi­ast budzi naszą sym­pa­tię a nawet współczu­cie. Jest w filmie sce­na w której Anna oświad­cza Kareni­nowi, że chce od niego defin­i­ty­wnie ode­jść, i jak głosi słyn­ny cytat z Simp­sonów — moż­na zro­bić pauzę i dostrzec dokład­ny moment, w którym serce bohat­era roz­pa­da się na mil­ion kawałków. Law nie gra bowiem mężczyzny, który swo­ją żonę ignoru­je zaję­ty robi­e­niem kari­ery. Wyda­je się, że wręcz prze­ci­wnie jest to człowiek cały czas wal­czą­cy z brakiem umiejęt­noś­ci okazy­wa­nia uczuć (nie tylko do żony ale także do syna, którego w tej inter­pre­tacji zde­cy­dowanie kocha), który rutynę uważa za najlep­szy sposób uporząd­kowa­nia życia, ale nie jest w tym suchy czy budzą­cych niechęć. Karenin Lawa, to postać, którą się lubi, co więcej której się wierzy i której  w ostate­cznym rozra­chunku się żału­je. Co więcej zwierz musi stwierdz­ić, że nieste­ty książ­ka i film rządzą się inny­mi prawa­mi. Nawet z kosz­marną fryzurą i wciąż trzy­ma­ją­cy się pros­to Jude Law, jest najprzys­to­jniejszym mężczyzną w całym filmie co jed­nak spraw­ia, że inaczej patrzymy na postępowanie bohater­ki. Do tego na nieko­rzyść takiego ruchu obsad­owego gra fakt, że powszech­nym jest obsadzanie w fil­mach jako par aktorów i aktorek pomiędzy który­mi jest spo­ra różni­ca wieku (zwierz pisał o tym tutaj) — tak więc mimo że Law jest od Keiry od 13 lat starszy to jed­nak w świecie fil­mowym nie mam między nimi takiej dużej różni­cy wieku.

 

 

 Cytu­jąc Bar­ta Simp­sona “you can actu­al­ly pin­point the sec­ond when his heart rips in half?” czyli Jude Law i jego znakomi­ty Karenin (zwierz nigdy nie wąt­pił że Jude potrafi Karen­i­na zagrać choć słusznie wąt­pił czy potrafi z niego uczynić postać nie będzuącą sym­pa­tii)

 

Na tle roli Lawa Wrońs­ki John­sona-Tylera to postać iry­tu­ją­ca i właś­ci­wie zupełnie nie dopa­sowana do resz­ty obrazu.  Między nim a Keirą nie ma żad­nej chemii — dosłown­ie żad­nej — mimo długich spo­jrzeń, pocałunków, objęć i bard­zo dokład­nie wykadrowanych ujęć w łóżku obo­je wyda­ją się przez cały film być parą abso­lut­nie niedopa­sowaną. Co więcej młodzieńczy wygląd akto­ra spraw­ia, że od samego początku wyda­je się on być mężczyzną (a właś­ci­wie chłopakiem) zupełnie nie god­nym namięt­noś­ci jaką obdarza go Anna (a właś­ci­wie jaką deklaru­je Anna bo namięt­noś­ci tu nie ma żad­nej), zaś jej uczu­cie jest nie tylko nie zrozu­mi­ałe co den­er­wu­jące. Więcej chemii jest w jed­nej jego sce­nie z  ukochanym koniem niż we wszys­t­kich mają­cych por­wać roz­mowach z Anną. Nieste­ty cały arse­nał aktors­ki Wrońskiego to długie spo­jrzenia (przy­pom­i­na­jące jako żywo te, który­mi bohaterowie filmów o ucz­ni­ach zakochanych w nauczy­cielkach obdarza­ją obiek­ty swych uczuć) i smutne spo­jrze­nie zbitego psi­a­ka. Gdy w jed­nej ze scen przy­jeżdża po niego mat­ka by zabrać go z domu Karen­inów nie sposób pozbyć się wraże­nia, że mamy do czynienia z niegrzecznym chłopcem, który namieszał w życiu dorosłych a ter­az przy­chodzą po niego rodz­ice obiecu­jąc, że już się więcej nie będzie wygłu­pi­ał. Tak więc w tym filmie o wielkim melo­dra­ma­cie nie może być mowy, bo melo­dra­mat wyma­ga od nas byśmy uwierzyli w namięt­ność a tu namięt­noś­ci nie ma jest co najwyżej chore­ografia (zwierz wie, że wielu czytel­ników nie lubi wer­sji z Seanem Beanem z 1997 roku ale tam jak Wrońs­ki spoglą­dał na Karen­inę to czuło się, że obo­je są straceni, tu co najwyżej dwie oso­by się na siebie patrzą).

 

 Jest coś takiego w gra­ją­cym rolę Wrońskiego aktorze co każe krzy­czeć NIE. Serio wszys­tko w zwierzu uważa ten pomysł za kosz­marny, co więcej wyda­je się że naprawdę prob­lem nie jest tylko w wyglądzie ale w tym że Tay­lor ‑John­son nie jest dobrym aktorem, a właś­ci­wie nie jest wystar­cza­ją­co dobrym aktorem.

 

Na tym tle mamy Annę , która ma w tym filmie dwa zada­nia. Pier­wszym jest dobrze wyglą­dać. Serio wyda­je się, że Anna jest tu przede wszys­tkim odpowied­nikiem lśniącej brosz­ki przyp­iętej do prostej sukien­ki w jed­nej ze scen. Każ­da kole­j­na sce­na, to kole­j­na przepysz­na suk­nia, każ­da fryzu­ra to kole­jny piękny układ stroi­ka i spinek, biżu­te­ria lśni prawdzi­wym blask­iem, zaś sama Keira wyda­je się być ide­al­nym wyt­worem współczes­nego kino — bo jak stwierdz­ił brat zwierza, który udał się z nim do kina (i o zgro­zo ma zde­cy­dowanie wyższą opinię o filmie niż zwierz) — jest przepięk­na, nie widać po niej upły­wu cza­su, a do tego nie ma bius­tu więc każ­da suk­nia ukła­da się znakomi­cie i nie trze­ba manip­u­lować za bard­zo kamerą w cza­sie scen łóżkowych. Zwierz należy do frakcji, która podzi­wia urodę Keiry i musi przyz­nać, że dawno żad­na aktor­ka w żad­nym filmie nie była tak pięk­na. O ile to zadanie Keira speł­nia dobrze o tyle jej Anna Karen­i­na razi przede wszys­tkim nijakoś­cią. Nasze uczu­cia do bohater­ki powin­ny się zmieni­ać ale pozosta­ją właś­ci­wie niezmi­enne. Od samego początku wyda­je się być istotą iry­tu­jącą, ego­isty­czną i po pros­tu den­er­wu­jącą. Jeśli jest w Annie coś wyjątkowego (poza urodą) to tu ginie albo nie zosta­je wystar­cza­ją­co umiejęt­nie przekazane. Co więcej cały jej arse­nał aktors­ki jest jak na razie dość moc­no związany z graniem młodych kobi­et bez zobow­iązań więc w sce­nach gdzie ma grać matkę (niesły­chanie ważny ele­ment postaci) wypa­da niezwyk­le sztucznie — nie poma­ga też fakt, że jako żywo nie wyglą­da na kobi­etę która mogła­by mieć tak na oko dziesię­ci­o­let­niego syna. Zdaniem zwierza reżyser postąpił­by słusznie gdy­by dziecko było mniejsze (nawet jeśli to nie zgodne z treś­cią powieś­ci).  Z resztą trze­ba Keirze przyz­nać, że lep­iej wychodzi jej dru­ga his­terycz­na część fil­mu — co właś­ci­wie nie dzi­wi bo jej styl gry dobrze pasu­je do gra­nia his­teryczek, choć i tu jest raczej den­er­wu­ją­ca niż zdes­per­owana zaś jej dwu­biegunowość (którą częs­to diag­nozu­je się na pod­staw­ie opisu Anny) jest zagrana nieco zbyt prosty­mi środ­ka­mi. Niem­niej kiedy rzu­ca się pod pociąg (to chy­ba nie jest spoil­er po tylu lat­ach) to właś­ci­wie widz czu­je pewną ulgę, że został pozbaw­iony jej obec­noś­ci.

 

 Anna jest ślicz­na a w stosownym momen­cie pojaw­ia się w czer­wonym szlafroku który pod­kreśla jej stan upadły. Ale iry­tu­je nas za wcześnie byśmy mogli być po jej stron­ie gdy wda­je się w romans.


Jak zauważyliś­cie zwierz pisał na początku nie o złej ale o kon­trow­er­syjnej obsadzie. Oto bowiem zwierza i bra­ta zwierza naszła pew­na myśl. Otóż jak krąży wieść gmin­na Tołs­toj nie był zad­owolony z tego jak została ode­brana jego powieść. Chci­ał z Anny uczynić postać złą, budzącą niechęć, god­ną potępi­enia a stworzył bohaterkę, której namięt­ność wszyscy starali się rozu­mieć a postępowanie roz­grzeszyć. Tym samym tropem szły kole­jne ekraniza­c­je roman­ty­cznie pod­kreśla­jąc uczu­cie Anny i Wrońskiego a winę za całą sytu­ację przenosząc z bohaterów na społeczeńst­wo, które nie mogło zrozu­mieć pory­wu ser­ca i kaza­ło bohater­ce żyć bez miłoś­ci.  Tak więc może fakt, że Wrońs­ki budzi naszą niechęć, a jego związek z Anną wyda­je się tak strasznie głupi i niel­og­iczny jest powrotem do źródła. Co jeśli nie mamy do czynienia z trag­iczną pomyłką obsad­ową tylko prze­myślanym krok­iem mają­cym pokazać nam, że ów romans z wielkiej miłoś­ci był tylko prze­jawem czys­tego egoiz­mu. Czy dało­by się to osiągnąć gdy­by Wrońs­ki nie był tak bezbar­wny, gdy­by nie był młod­szy od Anny co czyni go jeszcze bardziej nieod­powied­nim wyborem. Załóżmy że tak było. Wtedy nowa Anna Karen­i­na jawi się jako najbardziej kon­ser­waty­w­na inter­pre­tac­ja powieś­ci od lat! To dopiero zaskaku­ją­ca kon­kluz­ja. Nieste­ty zwierz obaw­ia się, że może to też być inter­pre­tac­ja zupełnie nie uprawniona.

 

 Anna Karen­i­na to his­to­ria która mysi być zagrana na uczu­ci­ach najwyższych bo inaczej nas nie ruszy. Tu między aktora­mi jest sporo chore­ografii ale żad­nej chemii


O ile w głównym wątku dzieją się rzeczy dzi­wne i budzące pewną kon­ster­nację o tyle wszys­tko co dzieje się dookoła Wrońs­ki, Karenin , Anna jest bliskie doskon­ałoś­ci. Naresz­cie Lewin jest bohaterem młodym i niepewnym (zwierz strasznie się namęczył skąd zna akto­ra by w końcu przy­pom­nieć sobie że to jeden z Wes­leyów z Har­rego Pot­tera) co czyni jego metafizy­czne rozważa­nia zde­cy­dowanie bardziej strawny­mi. Także jego związek z Kit­ty został roze­grany tak, że jak powinien (zgod­nie z założe­ni­a­mi Tołs­to­ja) budzi naszą pełną sym­pa­tię i daje nam odpocząć od dramy Karen­inów. Ale show krad­nie wszys­tkim Matthew Mac­fy­den jako Obłońs­ki —  roman­su­ją­cy, nieco jowial­ny brat Anny — wszys­tkie jego sce­ny to pereł­ki i choć nie powinien budz­ić aż takiej sym­pa­tii to człowiek nie może doczekać się aż znów zobaczy go na ekranie. Świet­na rola, grana z równym zaan­gażowaniem nawet wtedy kiedy aktor pojaw­ia się w tle sce­ny. Z resztą równie dobrze sprawu­je się Kel­ly McDon­ald jako Dol­ly co czyni z nich tą nieszczęśli­wą rodz­inę, której nieszczęś­cie jest nam jakoś najbliższe. Po wielu tru­dach zwierz zori­en­tował się też że ta aktor­ka bez brwi, która tak brawurowo gra księżną Bet­sy to nikt inny tylko Ruth Wil­son — zwierz nigdy by jej nie poz­nał, gdy­by nie charak­terysty­czny krój ust i chro­powaty głos. Zach­wyceni powin­ni być też wiel­bi­ciele Dow­ton Abbey bo zna­jome twarze migną aż w dwóch rolach — Tomas Howes pojaw­ia się na ekranie na momen­cik, A Michelle Dock­ery robi to w czym jest najlep­sza — gra arys­tokratkę umiejącą dłu­go i lekko sarkasty­cznie mówić o niczym. Z resztą właś­ci­wie w tym filmie nie ma twarzy niez­nanych albo nie znanych zwier­zowi — no ale tak już jest w ang­iel­s­kich fil­mach (sześ­ciu aktorów !)

 

 

Matthew Mac­fy­den jest od daw­na jed­nym z ulu­bionych aktorów zwierza, tu jed­nak wybi­ja się przed resztę obsady tworząc ze swo­jej dru­go­planowej roli najwięk­szy aktors­ki popis w całym filmie.?

               

W ostate­cznym rozra­chunku dosta­je­my więc film, który pozostaw­ia widza w dzi­wnym stanie. Oto bowiem dostał film o tym jak namięt­noś­ci rujnu­ją życie człowieka, ale bez namięt­noś­ci. Film płynie przez pon­ad dwie godziny od sce­ny do sce­ny ale ani razu nie budzi w nas tego dobrze znanego wid­zowi filmów o rozterkach uczu­cia, że bohaterowie muszą się zaraz spotkać, pocałować, zapewnić o swoich uczu­ci­ach. Nic takiego na ekranie nie ma. Namięt­ność, roz­pacz, miłość są jedynie deklarac­ja­mi.  Umowność formy snutej opowieś­ci, nigdy nie powin­na prze­chodz­ić na umowność uczuć a trochę tu tak jest. Reżyser prosi nas byśmy uwierzyli, że w spo­jrze­niu tej kobi­ety i tego mężczyzny jest tyle uczu­cia, że mogą rzu­cić wszys­tko, że w zabaw­ie w szaradę przy stole jest nieu­dol­na pró­ba wyz­na­nia prawdzi­wej głębok­iej miłoś­ci, że przyję­cie z powrotem do domu zdradza­jącego męża jest możli­we, że jeden taniec może zru­jnować życie, że moż­na być mężem, który mija w drzwiach kochanka żony i nadal z nią mieszkać,  że moż­na w końcu kochać tak, że moment w którym miłość utracimy zaprowadzi nas tam skąd nie ma odwro­tu. Reżyser prosi, zapew­nia, mami. Ale my już powoli zamykamy pudełko. Śliczne ale puste.

 

 


 Reżyser prosi: uwierz­cie w dra­mat Anny, Zwierz mówi : Nie

 

Ps:  Zwierz chce dodać że najlep­szy możli­wy tytuł dla recen­zji Anny Kareniny w tym wyda­niu wymyśliła Rusty. Serio czap­ki z głów.??

 

*Zwierz nie mógł się pow­strzy­mać przed parafrazą ukochanego zda­nia z Anny Kareniny. Choć zda­je sobie sprawę że z prawdą ma to niewiele wspól­nego :)

 

1 komentarz
0

Powiązane wpisy