Home Ogólnie A w mojej głowie tylko TY czyli zwierz o “You”

A w mojej głowie tylko TY czyli zwierz o “You”

autor Zwierz
A w mojej głowie tylko TY czyli zwierz o “You”

You trafiło kil­ka tygod­ni temu na Net­flixa i od razu stało się specy­ficznym prze­bo­jem. Kry­ty­cy wcale się nim tak bard­zo nie zach­wycali. Wid­zowie niekoniecznie twierdzili, że nic lep­szego nie nakrę­cono. Ale klikali na kole­jne odcin­ki. Tak bard­zo że już dziś wiado­mo, że w planach jest nie tylko dru­gi ale i trze­ci sezon seri­alu. Pod wzglę­dem fab­u­larnym ser­i­al „You” nie jest ani szczegól­nie błyskotli­wy ani szczegól­nie odkry­w­czy. Mamy młodą, nieco zbyt ufną dziew­czynę, chłopa­ka który ją stalku­je, przy­jaciół którzy niekoniecznie widzą zagroże­nie. Mamy też , poczu­cie zagroże­nia bo bohater z każdym odcinkiem posuwa się coraz dalej. Nic nowego. Dlaczego więc pro­dukc­ja, która do znanych schematów nie wnosi wiele nowego jest jed­nym z tych seri­ali które jak chip­sy – kon­sumu­je się nie mogąc przes­tać?

Od razu powiem, że to niekoniecznie będzie recen­z­ja seri­alu ale raczej pew­na anal­iza tego jak został zro­biony. Dlaczego nie będzie to recen­z­ja? Bo w sum­ie moż­na ją sprowadz­ić do jed­nego zda­nia – bard­zo prze­cięt­ny fab­u­larnie ser­i­al, który oglą­da się całą noc, klika­jąc „następ­ny odcinek”. W wielu przy­pad­kach korzys­ta on z utar­tych tropów, czy wręcz stereo­ty­powych rozwiązań fab­u­larnych. Posta­cie zarysowane są grubą kreską, a prze­bieg zdarzeń wyda­je się bard­zo dale­ki od praw­dopodob­ne­go. Bohaterów zbyt częs­to ratu­je przy­padek, szczęś­cie czy niewy­jaśniony do koń­ca splot okolicznoś­ci.  Tym co jest w nim naprawdę fas­cynu­ją­cy to jak twór­cy osiągnęli ten efekt wcią­ga­nia widza w his­torię. Korzys­ta­jąc zarówno z tego co wiemy o praw­idłach prowadzenia nar­racji jak i doda­jąc coś co będzie bezpośred­nio rezonowało z naszym codzi­en­nym życiem. Na potrze­by tej anal­izy konieczne są spoil­ery ale ponieważ ten ser­i­al zda­je się pod­bi­jać ser­ca widzów błyskaw­icznie a jest na Net­flix już od jakiegoś cza­su to pewnie część z was już widzi­ała całość.

 

Po pier­wsze – tym co You robi doskonale to pokazu­je jak bard­zo social media ułatwiły stalkerom życie. Oczy­wiś­cie na potrze­by seri­alu logowanie się do chmury czy podglą­danie kogoś przez skradzionego Iphone jest dużo prost­sze niż w real­nym życiu ale wciąż – to jest nowy obraz stalk­era. Takiego który już nie musi za tobą chodz­ić krok w krok, by śledz­ić two­je życie, takiego który nie musi cza­ić się w krza­kach czy kupować lor­netę. Wystar­czy mu sprawny kom­put­er i trochę przed­siębior­c­zoś­ci i wie już o tobie wszys­tko (nawet jeśli ser­i­al dostrze­ga, że w jakimś stop­niu jest to kreac­ja).  Nie musi być też geniuszem kom­put­erowym, czy nawet mis­trzem tech­nologii. Wszys­tko zosta­je podane mu na tacy, a pod­sta­wowa zna­jo­mość nawyków użytkown­ików social media pozwala mu się wła­mać do kom­put­era czy na stronę. Bez dra­maty­cznych scen gdzie ktoś po nocy wali w klaw­iaturę wszys­tki­mi dwudziestoma pal­ca­mi. Fakt, że po emisji seri­alu sporo osób przestaw­iło ustaw­ienia swoich kont na social media na pry­watne, pokazu­je że to poczu­cie zagroże­nia nie towarzyszy nam na co dzień – wręcz prze­ci­wnie, sporo osób o tym nie myśli. Wprowadze­nie ele­men­tu śledzenia czy­je­jś cyfrowej obec­noś­ci (coś co filmy częs­to trak­tu­ją z humorem i pobłażaniem) nie jest zupełnie nowe ale tu pokazane nieźle. Być może dlat­ego, że wszyscy bohaterowie są w takim wieku, że nie ma wąt­pli­woś­ci, że już powin­ni się nieco ori­en­tować w zagroże­ni­ach social media. Jed­nocześnie ser­i­al posuwa nam wiz­ję, w której pry­wat­ność jest zupełnie ilu­zo­rycz­na. Choć przeszkadza nam brak okien w mieszka­niu bohater­ki to jej zachowa­nia w social media nie wyda­ją się ekstremalne. Póki nie zain­tere­su­je się nią ktoś o złych intenc­jach. To ciekawy trop bo trochę sugeru­je, że potenc­jal­nie każ­da oso­ba w social media może stać się ofi­arą takiego trak­towa­nia. Co nie jest dalekie od prawdy.

 

Dru­ga sprawa – film dość dobrze gra ze sche­matem tego jak wyglą­da stalk­er i jak się zachowu­je. Oczy­wiś­cie bohater – Joe, jest trochę taką „stalk­er­ską Mary Sue’ – wychodzą mu rzeczy, które nigdy nie wyszły­by w nor­mal­nym życiu, chy­ba że ktoś miał­by niesamowite wprost szczęś­cie. Jego motywac­je są przed­staw­ione w dość prosty sposób, a skuteczność jego dzi­ała­nia jest możli­wa tylko dlat­ego, że akc­ja musi posuwać się do przo­du. Ale jed­nocześnie – jest to młody, atrak­cyjny i inteligent­ny mężczyz­na. Poma­ga chłopcu z mieszka­nia obok, kar­mi go i otacza opieką. Pracu­je w księ­gar­ni i zna wartość i sposób kon­ser­wowa­nia starych książek. Co zresztą czyni go potenc­jal­nie bard­zo atrak­cyjnym dla takich hip­ster­s­kich przed­staw­icieli młodego pokole­nia. To żaden facet z ciem­nego zauł­ka. Kiedy w końcu jego związek z Beck dochodzi do skutku to rzeczy­wiś­cie na pier­wszy rzut oka wyda­je się dla niej ide­al­nym kocha­ją­cym part­nerem. Nie jest w sposób oczy­wisty odpy­cha­ją­cy i agresy­wny. To oczy­wiś­cie spraw­ia że widz ma ciekawą i wcią­ga­jącą ale też niebez­pieczną per­spek­ty­wę. Bo Joe jest postacią zde­cy­dowanie intere­su­jącą i intrygu­jącą. Trud­no mu kibi­cow­ać ale jed­nocześnie – jak w przy­pad­ku wielu pro­dukcji opowiada­ją­cych o zbrod­ni­ach z per­spek­ty­wy spraw­cy – trud­no się od niego zupełnie odciąć. Kiedy Joe po raz kole­jny uni­ka kary czy tara­p­atów odczuwamy ulgę, bo his­to­ria będzie się toczyć dalej. Bo to jest nasz bohater (Joe jest nar­ra­torem seri­alu). Joe ma cechy bohat­era pozy­ty­wnego ale jego dzi­ała­nia są jed­noz­nacznie negaty­wne. Ser­i­al dość dłu­go ukry­wa przed nami wyjaśnie­nie dlaczego potenc­jal­nie miły facet zachowu­je się tak jak się zachowu­je. Kiedy ostate­cznie sce­narzyś­ci próbu­ją nieco wyjaśnić jego postępowanie prze­bytą traumą – wychodzi im to gorzej niż czynie­nie z Joe postaci tajem­niczej i wewnętrznie skon­flik­towanej.

 

Dlaczego to per­spek­ty­wa niebez­piecz­na? Bo choć śledze­nie przestęp­cy wcią­ga (o czym doskonale wiedzi­ał już Szek­spir – kiedy jego bohaterowie deklarowali nam ze sce­ny – na boku – co mają zami­ar zro­bić, czyniąc nas wspól­nika­mi swoich dzi­ałań) to moż­na za bard­zo poczuć się jego przy­ja­cielem. Nie wiem czy widzieliś­cie ale na Twit­terze moż­na znaleźć mnóst­wo wyz­nać miłoś­ci wzglę­dem postaci Joe – który częś­ci obser­wa­torek i obser­wa­torów wyda­je się ciekawą tor­tur­owaną duszą która kocha za bard­zo. Na całe szczęś­cie odtwór­ca tej roli Penn Bad­g­ley chodzi po Twit­terze i przy­pom­i­na zach­wyconym wid­zom, że jed­nak nie należy inwest­ować zbyt wielu uczuć w odgry­wanego przez niego bohat­era. Nieste­ty to jest zawsze niebez­pieczeńst­wo kiedy gra się ze sche­matem i czyni się przestępcę w jak­iś sposób fas­cynu­ją­cym a niekoniecznie odrzu­ca­ją­cym. Zwłaszcza, że twór­cy zde­cy­dowali się obdarzyć bohat­era dodatkową traumą, która uruchamia tu morder­cze zachowanie. Chwała im jed­nak za to, że bohater nie jest w żad­nym momen­cie pokazy­wany jako chory, czy zabur­zony – raczej jako człowiek dla którego pewien dale­ki od normy sposób myśle­nia jest racjon­al­ny. Gdy­by gdzieś tam w seri­alu pojaw­iła się jed­noz­nacz­na diag­noza łat­wo było­by o prostą styg­matyza­cję. Joe pozosta­je w dużym stop­niu bohaterem ide­al­nie niere­al­isty­cznym, książkowym, przez co dużo łatwiej wybaczyć tej postaci taką dość naw­iną charak­terystykę.

 

Jed­nak przede wszys­tkim ser­i­al doskonale gra schemata­mi pro­dukcji roman­ty­cznej. Mamy tu więc klasy­czne „urocze spotkanie” kiedy dziew­czy­na spo­ty­ka chłopa­ka w księ­gar­ni, mamy bohater­s­ki ratunek na per­onie metra, mamy w końcu bie­ganie ulicą po nocy, rzu­canie kamykiem w okno, wspólne zwycza­je, własne kody, nawet pojaw­ia się kwes­t­ia miłoś­ci i zna­jomych oraz miłoś­ci i inspiracji do pra­cy. W seri­alu pojaw­ia­ją się klisze z komedii roman­ty­cznych i melo­dra­matów, które dobrze znamy i uczymy się przyp­isy­wać im konkretne emoc­je. Kiedy Joe bieg­nie po nocy do swo­jej ukochanej wyz­nać jej w końcu miłość, to automaty­cznie prag­niemy by wpuś­ciła go do siebie, bo to jest prze­cież schemat znany z roman­sów. I właśnie tu moim zdaniem kry­je się klucz do pop­u­larnoś­ci seri­alu. Bo on roz­gry­wa ele­men­ty roman­sowe niemal ide­al­nie zgod­nie ze sche­matem, jed­nocześnie doda­jąc do nich świado­mość, że jed­na z zaan­gażowanych osób jest stalk­erem i morder­cą. To spraw­ia, że tworzy się specy­ficz­na mieszan­ka – z jed­nej strony – oglą­damy his­torię która prze­cież zawsze powin­na kończy się hap­py endem, z drugiej – wiemy, że jesteśmy świad­ka­mi czegoś bard­zo niepoko­jącego. To spraw­ia, że nie tylko inaczej patrzymy na bohaterów ale też na same roman­ty­czne schematy. Czy te wszys­tkie przy­pad­kowe spotka­nia rzeczy­wiś­cie mogły­by być takie przy­pad­kowe, czy te wszys­tkie przeszkody w związku nie powin­ny być znakiem, że dwie oso­by naprawdę do siebie nie pasu­ją. Ser­i­al nigdy tak naprawdę nie sta­je się krymi­nałem czy sen­sacją. Jest z tego przy­cią­ga­jącego olbrzymią uwagę gatunku – niebez­piecznego roman­su. Coś co powin­no odrzu­cać ale fas­cynu­je.

 

Co ciekawe nawet seks zosta­je w tym seri­alu pokazany bardziej w kon­tekś­cie komedii roman­ty­cznej niż thrillera. Pier­wsze zbliże­nie bohaterów jest wręcz kuri­ozal­nie nieu­dane. Dopiero kiedy lep­iej się zrozu­mieją i poz­na­ją, obo­je zna­jdą zaspoko­je­nie. Pier­wszy nieu­dany sto­sunek sta­je się dowcipem, kole­jną perypetią którą bohaterowie musza pokon­ać żeby się do siebie zbliżyć. Choć w niek­tórych sce­nach ser­i­al sugeru­je, że życie sek­su­alne wszys­t­kich bohaterów jest dużo bardziej akty­wne niż w kome­di­ach roman­ty­cznych, to sama his­to­ria zbliżeń głównej pary jest roz­gry­wana w dużo bardziej stan­dar­d­owej kon­wencji. Właśnie po to by była to bardziej para z komedii roman­ty­cznej czy melo­dra­matu niż z eroty­cznego thrillera. Bo to film ser­i­al, który wpisu­je w stalk­ing w schemat “miłoś­ci za bard­zo”. Co oznacza, że pewnie nie jed­na mło­da i roman­ty­cz­na dusza, dostrzeże w nim głównie miłość. No a ponieważ miłość trud­na cieszy się w naszej kul­turze zaskaku­ją­co wysokim poważaniem, to sama nar­rac­ja zami­ast odrzu­cać wcią­ga, bo nieje­den widz pewnie ma nadzieję, że te wspólne emocjon­alne przeży­cia bohaterów zbliżą, a Joe wyz­woli się ze stalk­er­skiej manii, jak tylko ustatku­je się przy ukochanej.

 

Kole­j­na sprawa – która, co trud­no powiedzieć na pewno – spraw­ia, że ser­i­al jest dużo ciekawszy – jest kwes­t­ia samej Beck – obiek­tu uczuć Joe. Otóż nie jestem w stanie stwierdz­ić czy taki był dokład­nie zami­ar twór­ców, ale nie jest to dziew­czy­na ide­al­na, więcej jest to dziew­czy­na dość iry­tu­ją­ca. Beck to typowa stu­den­t­ka pisa­nia, która robi wszys­tko tylko nie pisze. Przed­staw­iciel­ka młodego pokole­nia która lubi życie pon­ad stan ale jed­nocześnie nie uważa by pojaw­ian­ie się na czas w pra­cy było czymś czego należy się jakoś szczegól­nie trzy­mać. Beck pode­j­mu­je głupie decyz­je, umaw­ia się z kosz­marnym dup­kiem i na Tin­derze szu­ka miłoś­ci. Jest zaprzecze­niem pewnego schematu opowiada­nia o bohaterkach, które albo są zupełnie niewinne i zbyt pozy­ty­wnie nastaw­ione do świa­ta, albo pewne siebie, nieza­leżne odnoszące sukces. Beck jest iry­tu­ją­ca bo jest dokład­nie taka jaka nie powin­na być bohater­ka. Rozko­jar­zona, nieuważ­na, kapryś­na, nie umieją­ca sobie poradz­ić ze swoi­mi emoc­ja­mi. Do tego kłamie, nie wie czego chce i zami­ast być sobą cią­gle uda­je kogoś innego. Zna­jome dobiera głównie po to żeby utrzy­mać wyso­ki sta­tus, sama zachowu­je się jak­by miała coś ważnego do powiedzenia światu ale więk­szość jej opowieś­ci jest dość banal­na. Do tego nie jest przykła­dem chodzącej moral­noś­ci – kiedy ma ochotę na romans to się w ów romans wda, być może stara­jąc się wypełnić pustkę jaką w jej życiu zostaw­ił ojciec, który z uza­leżnienia wyleczył się dopiero po ode­jś­ciu od rodziny.

 

Jeśli uczynie­nie z Beck postaci iry­tu­jącej było zami­arem sce­narzys­tów to trze­ba im przyz­nać – zro­bili doskon­ały krok w odpowied­nim kierunku. Gdy­by Beck była ide­al­na wtedy uczu­cia wid­owni zbyt łat­wo zdys­tan­sować się do bohat­era i jego dzi­ałań (co i tak powinien zro­bić bo bohater jest stalk­erem) jed­nak ponieważ wybrał na swo­ja ofi­arę dziew­czynę, którą tak ewident­nie ide­al­izu­je, widz niekoniecznie ma pier­wszy odruch by sol­idary­zować się z dziew­czyną. Co oczy­wiś­cie jest niepoprawne jeśli się nad tym zas­tanow­imy, ale jed­nocześnie – cechy wykazy­wane przez bohaterkę zwyk­le są pokazy­wane w kul­turze jako negaty­wne i iry­tu­jące. Z drugiej strony być może twór­cy prag­nęli pokazać, że nawet dość iry­tu­jące dziew­czyny, które mają w życiu wielkie ambic­je i mało zapału, które roman­su­ją z dup­ka­mi albo fac­eta­mi z Tin­dera nie zasługu­ją na obsesyjnych stalk­erów. Gdy­by to był zamysł twór­ców moż­na było­by im uścis­nąć rękę, że udało im się zro­bić ser­i­al o przys­to­jnym stalk­erze, jed­nocześnie mówiąc coś ważnego o naszym postrze­ga­niu schematów zachowa­nia kobi­et. Nie mniej  tu musimy założyć, że to twór­cy chcieli osiągnąć, a nie że bohater­ka wyszła im taka trochę przy­pad­kiem, bo niek­tóre cechy które są w niej iry­tu­jące mogły­by zostać przez część osób uznane za atrak­cyjne. W każdym razie fakt, że wielu widzów było ziry­towanych zachowanie Beck postrzegam jako jed­ną z najbardziej przy­cią­ga­ją­cych sił seri­alu. Nie lubimy dziew­czyny, więc kiedy paku­je się w kole­jne kłopo­ty mamy mniej wyrzutów sum­ienia a więcej satys­fakcji. Ten mech­a­nizm dzi­ała dość pros­to – zwłaszcza, że ser­i­al nie roz­gry­wa się w bard­zo real­isty­cznej kon­wencji (co pozwala na chwilę odłożyć wyrzu­ty sum­ienia że kibicu­je się morder­cy).

 

Kole­j­na sprawa która przy­cią­ga widzów do seri­alu to wątek przy­jaciół­ki Beck – która okazu­je się ma na jej punkcie obsesję. Wprowadze­nie drugiej postaci która ma obsesję na punkcie bohater­ki – zwłaszcza postaci kobiecej nie ma za wiele sen­su i nie jest jakoś bard­zo praw­dopodob­ne. Chy­ba, że znów spo­jrzymy na schematy nar­racji. Rywal­iza­c­ja stalk­erów przede wszys­tkim zde­j­mu­je z pro­dukcji prostą dychotomię – kobi­ety ofi­ary, mężczyźni napast­ni­cy. Przy czym warto zwró­cić uwagę, że obses­ja Peach jest zupełnie inna niż obses­ja Joe. Joe dzi­ała w imię źle rozu­mi­anych uczuć roman­ty­cznych. Z kolei Peach ma w sobie tłu­miony homosek­su­al­izm który prowadzi ją do obsesji. To o tyle ciekawe, że ten wątek – kobi­ety której represjonowana sek­su­al­ność czyni z niej stalk­erkę drugiej kobi­ety dość dobrze znamy – pojaw­ia się w kine­matografii to tu to tam, pod postacią teo­re­ty­cznie najlep­szej przy­jaciół­ki. To tani trop – chy­ba się­ga­ją­cy jeszcze lat osiemdziesią­tych. Ale jed­nak dzi­ała­ją­cy na wyobraźnię. Dlaczego – chy­ba właśnie dlat­ego, że się­ga do tych najbardziej klasy­cznych mech­a­nizmów budowa­nia napię­cia – gdzie kon­tro­la, seks i prze­moc są blisko siebie. Doda­jmy do tego jeszcze różnice w sta­tusie społecznym, wielkie pieniądze i voila – mamy wątek który gdy­by potrak­tować go nieco mniej poważnie spoko­jnie mógł­by się znaleźć w Dynas­tii. Zresztą w ogóle ser­i­al częs­to odwołu­je się do takich psy­cho­log­icznych przesądów za dwa grosze. Doskonale widać to w wątku z psy­choter­apeutą, gdzie przed­staw­ie­nie ter­apii, ale też w ogóle jego samego, przy­pom­i­na wspom­ni­ane już thrillery z lat osiemdziesią­tych. Kto wiem, że na fali nos­tal­gii niek­tóre wąt­ki i tropy znów robią się modne.

 

 Ostat­nia kwes­t­ia jest już może wyłącznie moją włas­ną intu­icją może pewnym dostrzeże­niem intencji twór­ców. Otóż jak wiado­mo twór­ca może dawać wid­zowi jakieś wskazów­ki jak ma intepre­tować stwor­zony przez niego świat. Cza­sem – daje mu jas­no do zrozu­mienia, że wszys­tko jest na poważnie, cza­sem wręcz prze­ci­wnie, mru­ga do niego z ekranu i przy­pom­i­na co jak­iś czas że zda­je sobie sprawę z nar­ra­cyjnych absur­dów. W przy­pad­ku You twór­cy moim zdaniem nie mru­ga­ją do nas z ekranu, a jed­nocześnie – są tak poważni w sprzedawa­niu nam nie koniecznie bogatej w sen­sy fabuły, że nie sposób nie dostrzec, że zaprasza­ją nas bardziej do zabawy niż głębok­iej reflek­sji. Jeśli przyjąć tą intu­icję za real­ną, You było­by świadomie przy­go­towanym kok­ta­jlem tych tropów które wiemy, że są zużyte, stereo­ty­powe i bezsen­sowne ale nadal mamy na nie ochotę. To zupełnie jak jedze­nie ekskluzy­wnych chip­sów. Kiedy chcesz chip­sy, i doskonale wiesz, że żad­na ilość soli morskiej nie zmieni fak­tu, że to nie jest zdrowe jedze­nie. Ale cieszy się, że ktoś podał ci tą przekąskę w papierowej tor­bie z ład­nie nasz­ki­cow­aną solą morską.

 

You w pewien sposób staw­ia wyzwanie wid­zowi który chce by dawne wąt­ki zginęły i już się więcej nie pojaw­iały. Zmusza do znalezienia jakiegoś wyjaśnienia (stąd moim zdaniem artykuły które twierdzą, że You to komen­tarz na tem­at tego dlaczego współczes­nym kobi­etom tak trud­no rand­kować) dlaczego wracamy do tych kosz­marków, jakim jest sym­pa­tia dla stalk­era, fas­cy­nac­ja jego wkraczaniem w przestrzeń pry­wat­ną ofi­ary, czy słabość do wrzu­conej w fil­mowe ramy psy­chologii. Doda­jmy do tego piękne książ­ki, z odrobiną łatwych do odczy­ta­nia naw­iązań i dosta­je­my ide­al­ny ser­i­al dla współczes­nej wid­owni która wie, że nie powin­na się dobrze baw­ić ale bawi się znakomi­cie. Na całe szczęś­cie na te potrze­by wymyślono określe­nie „guilty plea­sure”. I nawet jeśli się go nie lubi to ono tu pasu­je ide­al­nie.

 

Prob­lem You pole­ga na tym, że to jak pisałam jest pacz­ka chip­sów. I jest jed­na zasa­da doty­czą­ca paczek chip­sów. Jeśli zjesz jed­ną jak chomik, i zaczy­na ci być głu­pio to nie koniecznie czekasz na kogoś kto przyniesie ci drugą. Nie jestem przeko­nana, że kole­jne sezony You to dobry pomysł. Opowiedze­nie tej his­torii – która zresztą jest dość luźną adap­tacją książ­ki ‑jakkol­wiek nieco nies­trawne spraw­ia przy­jem­ność, a przy­na­jm­niej pozwala wyłączyć mózg na jak­iś czas. Kole­jne sezony nie wyda­ją mi się potrzeb­ne – zwłaszcza, że bohaterowie nie mają znów tak wiele do zaofer­owa­nia. Twist jakim jest pozostaw­ie­nie złoczyń­cy na wol­noś­ci, zawsze dobrze się sprawdza. Gra z tym obow­iązkowym dobrym zakończe­niem jest jed­nym z najlep­szych rozwiązań na jakie zde­cy­dowali się sce­narzyś­ci. Bo dobre zakończe­nie jest dla widza banalne, każde inne – stanowi jak­iś odd­ech. Jed­nocześnie fakt, że Joe zabi­ja Beck pozwala przy­pom­nieć wid­zom o co toczy się tu gra.  Ciąg­nię­cie tego dalej nie ma sen­su. Im mniej wiemy o Joe tym lep­iej – przy­na­jm­niej nie przy­wiązu­je­my się do niego za bard­zo. Do tego obser­wowanie jak Joe będzie zwodz­ił policję (o ile ta się kiedykol­wiek zjawi) wpędzi ser­i­al w jeszcze bardziej kuri­ozalne podziemia niepraw­dopodobieńst­wa. Joe jest typową postacią na jed­ną opowieść. Im dalej w las tym moim zdaniem- będzie gorzej.

 

Na samym końcu należało­by dodać dwa słowa o społecznym kosz­cie opowiada­nia sobie takich his­torii. Spoko­jnie nie będę w was widzów rzu­cać kamie­niem. Sama obe­jrza­łam ser­i­al za jed­nym zamachem. Prob­lem w tym, że nieste­ty – każdy twór­ca pode­j­mu­ją­cy tem­at stalkingu i opowiada­ją­cy go z per­spek­ty­wy przys­to­jnego, inteligent­nego stalk­era utrud­nia dobre rozpoz­nanie tego zjawiska przez społeczeńst­wo. Stalk­ing wciąż ma pewne roman­ty­czne obu­dowanie, wciąż uznawany jest przez wielu za pochleb­st­wo dla kobi­ety. Choć bohater­ka tar­ci tu życie, to jak wskazu­ją inter­ne­towe reakc­je – wid­zowie i tak byli bardziej przy­wiązani do śledzącego ją mężczyzny. Co więcej naw­iązanie, częś­ciowo do schematu melo­dra­matu czy komedii roman­ty­cznej jeszcze bardziej osadza stalk­ing w znanych ramach. Moż­na pode­jrze­wać że część osób potrak­tu­je to jako iron­iczny komen­tarz do kul­tu­ry, ale wciąż dam głowę, że nie jed­ne­mu wid­zowi seri­alu You Joe zawró­cił w głowie. Zaś Beck go den­er­wowała. I cieszą się, ze Joe jeszcze z nimi zostanie. I to jed­nak jest pewien koszt tej zabawy. Koszt który płacą oso­by stalkowane którym potem trud­no jest wyjaśnić jak bard­zo trau­maty­czne i wcale ani odrobinę roman­ty­czne doświad­cze­nie ich spotkało.

 

You moim zdaniem całkiem dużo mówi o nas jako o widzach. Jak bard­zo lubimy pewne schematy, jak wystar­czy tylko odrobinę nimi zagrać i moż­na nas przy­ciągnąć, nawet do dość miałkiej a niekiedy po pros­tu idio­ty­cznej opowieś­ci. You nie jest mis­tr­zost­wem jeśli chodzi o treść his­torii, ale muszę przyz­nać, że odpowiedzial­ni za ser­i­al ludzie wiedzieli jak opowiedzieć his­torię żeby przykuć nas do telewiz­orów czy kom­put­erów. Dlat­ego, mimo że nie mam zbyt wysok­iej opinii o You, muszę przyz­nać, że cieszę się że ser­i­al obe­jrza­łam. Dano nic miałam takiej fra­jdy ze śledzenia jak his­to­ria jest opowiadana. Ale jak pisałam – mam wąt­pli­woś­ci czy należy ją snuć dalej. Ja bym skończyła na tych dziesię­ciu odcinkach. Bo to co przyniosło pro­dukcji pop­u­larność może się szy­bko okazać jej najwięk­szą słaboś­cią.

PS: Nagrodę za konkurs Gwiezd­nowo­jen­ny dosta­je autor­ka komen­tarza pod­pisana Nuka Cola. Poszę napisz do mnie na maila, żeby dostać nagrodę.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy