Home Ogólnie Zachcianki czyli 10 rzeczy których chce zwierz od filmów

Zachcianki czyli 10 rzeczy których chce zwierz od filmów

autor Zwierz
Zachcianki czyli 10 rzeczy których chce zwierz od filmów

Ponoć nasz gust fil­mowy wiele o nas mówi. Zwierz nie do koń­ca w to wierzy. Jeśli zapyta­cie zwierza jaki jest jego ulu­biony film może­cie dość niefor­tun­nie wywnioskować, że słabość do Przem­inęło z wia­trem jest prze­jawem roman­ty­cznej natu­ry. Zdaniem zwierza nie tyle konkretne tytuły coś o nas mówią, ale to czego chce­my od filmów, by nam się spodobały.

Zwierz pisząc recen­z­je zazwyczaj prze­chodzi przez kole­jne aspek­ty fil­mu od fabuły, przez reży­ser­ię po aktorów i niekiedy aspek­ty tech­niczne. Kiedy zas­tanaw­ia się nad kry­te­ri­a­mi oce­ny trud­no mu jed­noz­nacznie powiedzieć czy jakieś ma. Co nie zmienia fak­tu, że robiąc przegląd w olbrzy­mi kat­a­logu obe­jrzanych filmów który zwierz trzy­ma w głowie (serio zwierz wyobraża sobie taki staroświec­ki kat­a­log kartkowy i na każdej kartce jest film, reżyser, oce­na i przyp­isy) zwierz zori­en­tował się, że w isto­cie staw­ia fil­mom pewne żąda­nia, które – jeśli pro­dukc­ja je spełni – decy­du­ją o tym czy zwierz film uzna za bard­zo dobry czy też nie. Zwierz postanow­ił je wydesty­lować i przed­staw­ić w tym wpisie. Nie są to jedyne wyma­gania jakie zwierz staw­ia pro­dukcjom ale taki intu­icyjny zbiór tego co zwierz chce w fil­mach (a może w każdej formie nar­racji z jaką się sty­ka)

Nie chce wiedzieć co będzie  dalej – to prob­lem specy­ficzny ale też nie taki rzad­ki. Widzi­ał zwierz w życiu za dużo. A może nie za dużo, tylko po pros­tu dużo. Ze wzglę­du na swój anal­i­ty­czny umysł i jed­nak umiejęt­ność pewnego zdys­tan­sowa­nia się do fil­mu mam skłon­ność do zapamię­ty­wa­nia schematów fab­u­larnych, pop­u­larnych wątków, przestrzeni, postaci, akce­soriów. To spraw­ia, że w pewnym momen­cie więk­szoś­ci filmów wiem co będzie dalej. Ale nie na zasadzie – mniej więcej wiem, że ten film będzie miał hap­py end, tylko na zasadzie – wiem co powie bohater. Zdarza mi się to zwłaszcza (jak wszys­tkim) przy pro­dukc­jach gorszych i pro­dukc­jach pol­s­kich. Ale nawet tam gdzie warsz­tat jest lep­szy, a posta­cie nieco mniej przewidy­walne, częs­to uda­je mi się dość szy­bko roze­grać w głowie wszys­tkie możli­we schematy poprowadzenia nar­racji. Albo sce­ny. Tym­cza­sem najbardziej nie chce wiedzieć czego mam się spodziewać. Chce oglą­dać film z poczu­ciem, że nie wiem co będzie w następ­nej sce­nie, nie mam poję­cia co powiedzą bohaterowie i jak zostanie rozwiązana dana sytu­ac­ja. Myślę że dlat­ego tak bard­zo zwierz lubi filmy Quenti­na Taran­ti­no. Bo to reżyser który wie, że ty wiesz co powin­no być i dalej w tym miejs­cu coś zupełnie innego. Nie mniej ten brak pewnoś­ci co będzie dalej zwierz uważa za jeden z najważniejszych skład­ników udanego przeży­cia fil­mowego. Przy czym trze­ba zaz­naczyć, że jeśli jest za dużo tej obcoś­ci (np. tak bard­zo nie znam schematu, że nie jestem w stanie się cieszyć ode­jś­ciem od niego) to wpły­wa to może nie negaty­wnie na odbiór fil­mu ale zabiera tą radość. Dobrym przykła­dem jest kino chińskie, gdzie np. w pro­dukc­jach przy­godowych zwroty akcji są abso­lut­nie nieprzewidy­walne ale na takim poziomie, że nie mogę się cieszyć że uniknię­to schematu bo nie wiem jaki jest schemat.

Chce pełnej wiz­ji – to jest jeden z tych wymogów który nie jest konieczny by film był dobry, ale jeśli jest dobrze wyegzek­wowany to zwierz jest praw­dopodob­nie zach­wycony. Otóż uwiel­bi­am filmy w których widzę, że nic tam nie jest przy­pad­kowe. I nie chodzi o kwest­ie fab­u­larne czy obsad­owe, ale kreac­je świa­ta przed­staw­ionego.  Ist­nieje w niek­tórych fil­mach taka spójność przestrzeni, kostiumów, deko­racji, aktorstwa, sce­nar­iusza, że widz nie ma wąt­pli­woś­ci, że jest w świecie którego panem i wład­cą jest reżyser. Niek­tórzy doprowadza­ją to do ekstremum jak uwiel­biany przez zwierza Wes Ander­son, inni reży­serzy robią to bez porów­na­nia sub­tel­niej – np. Ojciec Chrzest­ny to film gdzie abso­lut­nie wszys­tko jest dokład­nie tam gdzie być powin­no i widz nawet przez moment nie ma wraże­nia by na tym obra­zie była jakakol­wiek rysa.  Przy czym cza­sem oczy­wiś­cie spójność wiz­ji oznacza, że film ma w sobie dużo ele­men­tów real­isty­cznych, ale chodzi raczej o poczu­cie, że reżyser panu­je nad swoim światem. To jest trud­no opisać, ale zdaniem zwierza kiedy oglą­da się takie filmy to ma się takie satys­fakcjonu­jące wraże­nie, że oglą­da się coś bard­zo spójnego, prze­myślanego i stanow­iącego całość.

Chcę gatunku ale z twistem – zwierz lubi kino gatunkowe świadome tego czym jest i w jakich schemat­ach się obra­ca. Weźmy za przykład komedię roman­ty­czną. Zwierz może tu widzieć co się za chwilę stanie – tu łamanie pewnej ustalonej kole­jnoś­ci zdarzeń nie jest najważniejsze. Bohaterowie muszą się spotkać, pokochać, przeżyć przeszkody, wyz­nać sobie miłość, dorzu­cić kil­ka przeszkód, być razem. Zwierz akcep­tu­je że tak ma wyglą­dać ta struk­tu­ra. Ale jed­nocześnie chce czegoś jeszcze i to niech to będzie choć odrobinę ory­gi­nalne. Może to być kwes­t­ia poczu­cia humoru, może to być obsa­da, moż­na zmienić cza­sy, dodać coś groteskowego, śmiesznego, smut­nego, sen­ty­men­tal­nego. Cokol­wiek co by odróż­ni­ało ten film od innego fil­mu w tym samym gatunku. Zwierz nie należy do ludzi którzy najbardziej lubią piosen­ki które już zna­ją, zwierz uwiel­bia nato­mi­ast cov­ery, gdzie coś co dobrze zna w jed­nym wyko­na­niu jest odrobine inne. Nie ma niczego bardziej frus­tru­jącego niż wyjść z fil­mu z poczu­ciem, że nikt niczego nie dorzu­cił do gatunku. Przy czym np. w przy­pad­ku filmów o super bohat­er­ach nie ważne jak fajny był­by Iron Man 3, Kap­i­tan Amery­ka: Win­ter Sol­dier będzie lep­szy bo właśnie doda­je do ustalonych norm gatunku ele­ment kina szpiegowskiego – nie zmienia t wszys­tkiego ale dorzu­ca coś od siebie.

 

Chce nar­racji nie tylko przez akc­je- to jed­na z najbardziej satys­fakcjonu­ją­cych rzeczy w cza­sie oglą­da­nia filmów. Kiedy reżyser wyko­rzys­tu­je wszys­tkie środ­ki, które ma by przekazać to co chce ci w danym momen­cie opowiedzieć. Zwierz zach­wycał się uję­ci­a­mi w Bird­manie które w jak­iś sposób odpowiada­ją za odbiór fil­mu, ale szuka­jąc przykładu z fil­mu który może widzieliś­cie zwierz musi przy­wołać Samot­nego Mężczyznę. Ilekroć bohater zaczy­na w swoim depresyjnym świecie coś czuć, czy doce­ni­ać jak­iś ele­ment rzeczy­wis­toś­ci zmieni­a­ją się kolory, sta­ją się bardziej nasy­cone, wyraźniejsze. To nie jest trud­ny do rozszyfrowa­nia zabieg, a jed­nocześnie bard­zo prosty sposób by w sce­nie w której nic się nie dzieje, czy nawet nie pada lin­ij­ka dia­logu powiedzieć nam coś o tym jak bohater przeży­wa dany  moment. Zwierz zawsze był wiel­bi­cielem kina jako sztu­ki która posługu­je się obrazem. Obrazy zawsze były tym co najbardziej do mnie prze­maw­iało. Dlat­ego kiedy widzę że film potrafi wyjść poza zwykły zapis tego co jest w sce­nar­iuszu, co wyni­ka z akcji i powiedzieć coś tylko obrazem – wtedy zwierz jest usatys­fakcjonowany. Ale nie musi to być stop­klat­ka, to mogą być uję­cia, mon­taż (np. taki jak w Whiplash), specy­ficzny kont fil­mowa­nia, dobrze dobrane kolory, ich brak, naw­iąza­nia do innych filmów (oczy­wiś­cie w sferze obrazu), inteligentne wyko­rzys­tanie efek­tów spec­jal­nych. Przy czym nie lubię filmów wyd­muszek które tylko są ładne, lubię te które tą swo­ją urodą coś mówią.

Chce bohaterów, o których dbam na tyle by nauczyć się ich imion – to coś co może­cie zauważyć w moich recen­z­jach. Bard­zo rzad­ko korzys­tam z imion bohaterów. Dlaczego zwierz to robi? Bo zwyk­le nie pamię­ta jak kto się nazy­wał. Po pros­tu ma na ekranie akto­ra, który gra jakiegoś bohat­era. Czy on miał na imię Greg, John czy Kon­stan­tyn nie ma dla zwierza znaczenia. Chy­ba, że postać jest na tyle dobrze napisana, ma w sobie tyle życia, że przeskaku­je z „to jest ten koleś którego gra ten aktor” na „to jest ta postać, która ma własne imię, własne życie itp.” Ta zasa­da zupełnie nie doty­czy książek, gdzie imię bohat­era częs­to widz­imy graficznie, nawet podświadomie wyła­pu­je­my je w tekś­cie, w przy­pad­ku fil­mu dużo łatwiej nie zas­tanaw­iać się kto jak się nazy­wa. Dlat­ego tez dla zwierza fakt, że np. wychodząc z kina z Her myślał nie o Jaquinie Phoenix­ie ale o Theodor­ze – jego bohaterze w filmie, był symp­tomem tego, że Spike Jonze napisał postać która jest na tyle ciekawa by miała osobowość wychodzącą poza granice tej jed­nej his­torii. Zresztą zwierz w ogóle strasznie nie lubi postaci, które może łat­wo opisać jed­nym czy dwoma zda­ni­a­mi. Ale to zas­trzeże­nie które wszyscy mamy.

Chce śmiechu a nie rechotu – każdy ma nieco inne poczu­cie humoru. Zwierz zawsze uwiel­bi­ał kome­die i w ogóle uważa że ele­men­ty kome­diowe pod­noszą wartość każdej pro­dukcji. W tym tych opowiada­ją­cych o rzeczach ponurych, bo to co naprawdę nas porusza jest gdzieś na styku tego co śmieszne i straszne. Nie mniej w moim poczu­ciu humoru są ograniczenia. Zwierz nie cier­pi czegoś co nazwał­by rechotem – śmiechu który rodzi się kiedy ktoś się pośl­izg­nie, spad­nie ze stoł­ka, puś­ci bąka, powie bard­zo dużo brzy­d­kich słów. Zwierz lubi się śmi­ać może nie jakoś super inteligencko – bo np. odwołu­jąc się do świa­ta seri­ali – kiedy zwierz oglą­dał w Gala­van­cie poje­dynek gdzie dwo­je bohaterów było zbyt zmęc­zonych by zetrzeć się na kopie i pod­jeżdżali do siebie bard­zo bard­zo powoli – to zwierz wył ze śmiechu. Ale zwierz lubi taki śmiech, którego nie musi się sam przed sobą wsty­dz­ić, pozbaw­iony żenady, może bardziej dorosły. Najbardziej zaś zwierz lubi kiedy w filmie nie ma dow­cipów tylko film jest dow­cip­ny. Co wcale nie jest takie częste a właś­ci­wie jest niesły­chanie rzad­kie.

Chce fil­mu z dobrym tem­pem – to jest jeden z najwięk­szych prob­lemów filmów pop­u­larnych. Całkiem sporo z nich zaczy­na się nawet znośnie, jest akc­ja, dialo­gi, efek­ty spec­jalne a potem nagle następu­je zjazd formy. Filmy albo nad­miernie przyśpiesza­ją bo to już praw­ie dwie godziny i trze­ba kończyć, albo w ogóle tracą przy­jemne cechy i sta­ją się jak w przy­pad­ku Trans­form­er­sów właś­ci­wie filmem niemym (zwierz mówi o trójce, czwór­ki nie widzi­ał).  Tym­cza­sem naprawdę tym co daje satys­fakc­je jest mniej więcej równy rytm fil­mu od początku do koń­ca. Zwierz nawet woli film który jest niezły przez cały czas niż taki, który się wybit­nie zaczy­na by potem popaść w banał albo jeszcze gorzej zamienić się w jakieś odfa­jkowywanie kole­jnych niezbęd­nych ele­men­tów fabuły. Przy czym to jak bard­zo w fil­mach sia­da akc­ja widać najlepiej w cza­sie drugiego oglą­da­nia, co cza­sem stanowi straszny zawód. Bo kino potrafi widza oszukać, że wszys­tko się dzieje w równym tem­pie a potem wracamy do domu i okazu­je się, że jed­nak nie i właś­ci­wie w drugiej połowie fil­mu nie ma nic ciekawego. Dlat­ego zwierz tak ceni Pacif­ic Rim, który utrzy­mu­je mniej więcej ten sam poziom napię­cia i ekscy­tacji przez cały seans – i naprawdę nie odpuszcza ani na moment – tak przy­na­jm­niej czu­je zwierz po bard­zo licznych seansach tego abso­lut­nego cudu.

Nie chce widzieć mech­a­nizmów fil­mu – to zach­cian­ka niekon­sek­went­na i pewnie bard­zo zależ­na od tego jak oglą­da­cie filmy i ile ich oglą­da­cie. Widzi­cie cza­sem jest doskon­ała sce­na ale widz­imy co robi reżyser by wywołać w nas określone emoc­je. Jeśli np. widzę jak bohater coś robi, słyszę muzykę w odpowied­nim napię­ciu, zmienia się oświ­etle­nie, pojaw­ia­ją się napisy, czy wiwatu­ją­cy tłum (albo jakikol­wiek tłum) to nawet jeśli czu­je wzrusze­nie to mam z tył głowy myśl „A tak to zro­biłeś panie reży­serze, więc w tej sce­nie mam płakać, w tej sce­nie mam się cieszyć, tu mam czuć radość z tri­um­fu bohat­era”. Przy czym to nie od razu musi oznaczać że film jest zły, ba nawet nie oznacza że sama sce­na jest zła, ale zwierz uważa że w naprawdę dobrych fil­mach nie ma się tak jas­nej i klarownej świado­moś­ci jak to jest zro­bione. Przy czym to uwa­ga niekon­sek­went­na bo np. podo­ba mi się co zro­bił Tom Ford z kolora­mi w Sin­gle Man mimo, że to bard­zo czytel­ny zabieg i pewien „mech­a­nizm” fil­mu. Ale np. ostat­nia sce­na King’s Speeach gdzie Col­in Firth czy­ta mowę, do 7 sym­fonii Beethowe­na a nam pokazu­je się słucha­ją­cych go pod­danych. Oglą­da­jąc tą scenę zwierz niemal słyszał reży­sera mówiącego mon­tażyś­cie co ma z czym zestaw­ić i miał poczu­cie, że cokol­wiek w tym momen­cie poczu­je nie jest nat­u­ralne tylko wywołane. Jasne wszys­tkie uczu­cia kiedy oglą­da­cie film są w jak­iś sposób wywołane ale kiedy bard­zo dobrze zda­je­cie sobie sprawę jakich środ­ków uży­to to zdaniem zwierza fil­mowi daleko do per­fekcji.

Chce czegoś co nie przekła­da się na słowaOK to jest wyma­ganie trochę od cza­py ale w sum­ie bard­zo ważne. Filmy są sztuką wiz­ual­ną, są pewnym przeży­ciem, prze­jś­ciem do świa­ta cud­zej wyobraźni czy his­torii. Oczy­wiś­cie mówie­nie o nich inter­pre­towanie ich treś­ci czy opisy­wanie przeżyć jest niesły­chanie satys­fakcjonu­jące. Może zauważyliś­cie ale jak zwierz zaczął mówić o fil­mach które lubi to nie może się zamknąć. Ale zdaniem zwierza naprawdę dobry film powinien zaw­ier­ać jak­iś ele­ment którego nie jesteśmy do koń­ca w stanie ująć w słowach. Może chodz­ić o nas­trój jak w nas wywołu­je, o jakieś poczu­cie satys­fakcji, jak­iś stan zgody na świat przed­staw­iony. Jeśli streszcze­nie fil­mu odd­a­je wszys­tko to co warto było o nim powiedzieć, to znaczy że czegoś braku­je. Przy czym zdaniem zwierza najlep­sze filmy jed­nocześnie pozostaw­ia­ją z takim uczu­ciem że coś się przeżyło i jed­nocześnie dają pole do inter­pre­tacji. W zeszłym roku 12 Years a Slave takie było dla zwierza. Z jed­nej strony film o którym zwierz mógł dłu­go pisać, myśleć, roz­maw­iać. Z drugiej – wciąż ma wraże­nie że nie odd­ał całego spek­trum uczuć, emocji, nas­tro­ju jakie ten film w sobie miał. Zresztą podob­nie zwierz nie potrafi nigdy do koń­ca przyszpil­ić Wesa Ander­sona. Niby pisze sporo o jego fil­mach i omaw­ia te cud­owne szczegóły ale zawsze ma wraże­nie że jest w nich coś jeszcze. Może to tylko prob­lem zwierza, który wszys­tko co widzi stara się przełożyć na słowa a nie potrafi ale to lista zwierza.

Chce Puen­ty – To jest właś­ci­wie takie dziecinne żądanie i nie powin­no się go przykładać do wszys­t­kich filmów. Ale zwierz uwiel­bia puen­tę. Nie musi jej mówić bohater z ekranu – nie tego zwierz zde­cy­dowanie nie lubi – za to uwiel­bia kiedy wychodzi z kina z poczu­ciem, że obe­jrzał his­torię, która opowiadała o czymś i co więcej wszys­tko prowadz­iło do takiego a nie innego koń­ca. Jed­nym z abso­lut­nie ukochanych filmów zwierza jest Kro­pla Słoń­ca, trzy­godzin­ny film opowiada­ją­cy his­torię pewnej żydowskiej rodziny na Węgrzech od XIX do XX wieku (brz­mi bez porów­na­nia nud­niej i intelek­tu­al­nej niż w rzeczy­wis­toś­ci). Cały film w którym trzy różne role gra jeden aktor zamy­ka się ide­al­nie jako opowieść o pewnym pro­ce­sie szuka­nia swo­jej tożsamoś­ci, przy­należnoś­ci, miejs­ca – w życiu, społeczeńst­wie czy nar­o­dzie. To co zwierz najbardziej lubi w filmie to że stanowi właśnie spójną opowieść która kończy się – puen­tą, która nie tylko jest traf­na ale pozwala też nieco inaczej spo­jrzeć na wydarzenia w filmie które już zobaczyliśmy. Oczy­wiś­cie bywa­ją filmy które są nastaw­ione na pewne uczu­cie wywołane u widza i ucieka­ją od kon­kluzji, ale sam zwierz woli konkret. Przy czym cza­sem taka puen­ta nie musi być bard­zo wyraź­na. Cza­sem zwier­zowi wystar­czy (ostat­ni raz wracamy do Ander­sona) widok plaży który kończy Moon­rise King­dom. Jed­no uję­cie – zresztą możli­we do inter­pre­towa­nia na wiele sposobów  zupełnie zwier­zowi wystar­czy.

Nie uwierzy­cie jakie proste było napisanie tego wpisu. Jak mniemam ono jest proste dla każdego. Jeśli wyjdziemy poza proste zach­cian­ki – takie jak wielkie robo­ty, przys­to­jni aktorzy i choć jed­na kobieca postać z charak­terem (to nie moja wina, że to brz­mi jak przepis na Pacif­ic Rim) pojaw­ia­ją się te rzeczy, które wychodzą poza ramy jed­nej pro­dukcji. I o ile zdaniem zwierza to, że lubi Przem­inęło z Wia­trem w ogóle nie świad­czy o jego charak­terze, to np. fakt że jego ukochany film ma otwarte zakończe­nie już w jak­iś sposób świad­czy o tym czego zwierz chce od kina, filmów i opowiadanych w nich his­torii. Być może warto spo­jrzeć na swo­je ulu­bione filmy właśnie pod tym wzglę­dem – nie co mają wspól­nego pod wzglę­dem fabuły tylko tego jak zostały wyreży­serowane. Zwierz nie da głowy czy to ma sens, bo w sum­ie takie sądy bywa­ją zgodne, ale widzi po sobie, że coś jest na rzeczy. A jak jest u was? Przy czym nie chodzi zwier­zowi o takie rzeczy typu – chce mniej wybuchów tylko o takie szer­sze wyma­gania. Może się czegoś o sobie dowiemy

Ps: Ostat­ni odcinek Broad­church – Jezu jaki to jest fenom­e­nal­ny ser­i­al. Jak Ten­nant jest smut­ny. Niech ktoś przy­tuli Ten­nan­ta. A Olivia Cole­man powin­na dostać BAFTĘ już ter­az zaraz, na sre­brnej tacy.

Ps2: Zwierz przy­pom­i­na wam moi drodzy, że dziś jest Dzień Bab­ci. Nor­mal­nie to człowiek powinien zadz­wonić, albo nawet wybrać się do posi­adanych babć i może kwiat­ki w zębach przynieść, no ale zwierz ma taki super bonus, że może np. życzyć wazonowi wszys­tkiego najlep­szego na blogu i wiedzieć, że wazon to przeczy­ta. Więc wszys­tkiego najlep­szego :) Przykro mi że tak cię rok po roku dekon­spiru­ję ale to jest takie fajne mieć bab­cię wśród komen­ta­torów, że zwierz jest zbyt dum­ny by trzy­mać się w ukryciu ;)

22 komentarze
0

Powiązane wpisy