Oszust który nie kłamie czyli przypadki zwierza w świecie wielkiego kina

21/09/2017

Będziecie grać w grę czyli Zombie vs Mysz vs RPG

21/09/2017

Nasz Vincent czyli o „Twój Vincent” (Loving Vincent)

21/09/2017

Twój Vincent to coś więcej niż film. To wielkie, artystyczne, malarskie, filmowe, animowane, aktorskie przedsięwzięcie. Chyba najbardziej wyczekiwany autorski film roku, sprawiający że  (nie tylko między wielbicielami kina) oczekuje się biografii malarza na równi z największymi hitami roku. Z jednej strony to fantastyczna sytuacja dla twórców – przychodzą do widowni oczekującej, z drugiej – wielkie wyzwanie, bo oczekiwania są olbrzymie. A jak ostatecznie wyszło?

O filmie „Twój Vincent” dowiedziałam się w 2013 roku kiedy nawet pojawił się o nim wpis na fanpage bloga – zwierz polecał wtedy polubić fanpage i śledzić prace by potem móc mówić że kochało się Vincenta zanim to było modne. Słowa prorocze bo dziś zwierz może się obnosić w glorii i chwale człowieka, który rzeczywiście uważnie podglądał prace nad filmem. Zapewne większość wpisów na jakie natraficie będzie się rozwodzić nad niezwykłą historią przygotowania filmu – nad zatrudnieniem setek malarzy, nad tym, że produkcja wymaga niesłychanego samozaparcia wszystkich twórców. Z całą pewnością Twój Vincent jest produkcją niezwykłą i dowodem na to, że w świecie filmu najważniejsza jest pasja twórcza – bo ona może sprawić, że ludzie dokonują rzeczy niezwykłych a przede wszystkim – gromadzą wokół siebie jeszcze więcej ludzi gotowych pracować razem by zrealizować, szaloną (na papierze) wizję. Zwierz nie będzie się jednak rozwodził na stroną techniczną (bo o niej mówi się najwięcej) ale pochyli się raczej na tym jakim fabularnie filmem jest Twój Vincent.

 

O tym jak namalować farbami olejnymi film dowiecie się z wielu wpisów. Zwierz spojrzy na film okiem które widzi głownie fabułę

 

Pisząc swego czasu długi wpis o filmach poświęconych malarzom zwierz zwrócił uwagę, że w wielu przypadkach filmy o wielkich twórcach są filmami o ludziach którzy próbują tych twórców zrozumieć. Tak jest w przypadku Twojego Vincenta – głównym bohaterem jest syn naczelnika poczty w Arles Armand Roulin, chłopak jest młody, nie za bardzo wie co chce w życiu robić. Ojciec, trochę świadom zagubienia syna wysyła go do Paryża by dostarczył niezwykłą przesyłkę. Znaleziony dwa lata po śmierci Van Gogha jego ostatni list do brata Theo. Armand początkowo się buntuje ale potem rusza na wyprawę. Od Arles przez Paryż do Auvers podąża śladami Van Gogha dowiadując się o nim coraz więcej od ludzi którzy znali malarza osobiście. Im Armand poznaje Vincenta tym bardziej niejednoznaczna staje się ocena jego samobójstwa. Dochodzi do tego, że nasz bohater jest niemalże pewien, że Vincent nie odebrał sobie życia sam.

Niby film animowany a zwierz rozpoznaje każdą twarz

 

 

To podążanie śladami znanego artysty jest jednocześnie najlepszym i najsłabszym pomysłem filmu. Z jednej strony widzimy jak każda z postaci opowiada historię odnosząc ją do siebie i swojej percepcji świata. Zdarza się, że widzimy te same sceny opowiedziane z różnych perspektyw.  Co ładnie się wpisuje w opowieść o tym, że tak naprawdę niewiele wiemy o drugim człowieku, a już najmniej o tym co go gnębi i targa jego duszą. Po drodze wciąż słyszmy o tym, że był on już w lepszym stanie, cieszył się życiem, malował. To dokładnie te same historie które często słyszymy od ludzi którzy zetknęli się z samobójstwem czy depresją. Wypowiadane z pewną pretensją, jakby ludzie pogrążeni w smutku i chorobie powinni robić bardziej ostentacyjnie by odpowiedź na pytanie dlaczego odebrali sobie życie była prosta. Inaczej cały ogląd świata się wali i nic nie ma sensu. Niestety obok tej ciekawej narracji o naturze człowieka i pewnej tajemnicy jaką jest druga osoba, mamy w tych narracjach też element edukacyjny. Oglądając film nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że równie dobrze mogłaby to być jedna z produkcji wyświetlanych w galeriach, jako towarzysząca wystawie obrazów, która ma w jakiś lżejszy i bardziej interaktywny sposób pokazać najważniejsze fakty z życia artysty. Wydaje mi się, że w przypadku filmu który koncentruje się na ostatnich dniach Van Gogha mniej elementów (potraktowanych dość prosto i dość stereotypowo) biograficznych pewnie zaowocowałoby filmem głębszym, bardziej mrocznym i mniej przypominającym produkcje które za wszelką cenę chcą streścić całą biografię. Pod tym względem dobrze się przyjrzeć najlepszym filmom o malarzach które zwykle koncentrują się na przekazaniu informacji o małym wycinku życia twórcy.

 

Przed obejrzeniem filmu koniecznie odświeżcie sobie obrazy Van Gogha. Seans będzie jeszcze lepszy

 

Ten edukacyjny wymiar filmu niestety ciągnie go w dół. W górę zaś ciągną go skryci pod animacją aktorzy. Dla części polskich widzów nie wszystkie rysy twarzy będą proste do odnalezienia ale zwierz miał wrażenie jakby oglądał wielki festiwal BBC. W głównej roli pojawia się niezły Douglas Booth, jego ojca gra doskonale znany z IT Crowd Chris O’Dowd, w rolach drugoplanowych zobaczymy Saoirse Ronan, Helen McCrory czy Jerome Flynna. Zwierza osobiście najbardziej urzekł fakt że w filmie pojawia się zarówno Aidan Turner jak i Eleanor Tomlinson – czyli ktoś ewidentnie miał chody na planie Poldarka (jeśli ta osoba żyje w Polsce błagam proszę mnie wkręcić ;). Zwierz pisze o grze aktorskiej bo choć przykryta animacją to jednak jak najbardziej widoczna, zwłaszcza jeśli dobrze zna się aktorów i ich sposób gry. To niesamowite ale w przypadku zwierza który się z całą grupą bardzo dobrze opatrzył w pewnym momencie przestał widzieć animację a zaczął żywych aktorów. Warto też dodać że Roebert Gulaczyk jest doskonałym Van Goghiem. Naprawdę fenomenalnym.

 

Niekiedy za dużo w filmie prostej dydaktyki. Trochę jak film który pojawia się jako atrakcja dołączona do wystawy w galerii

 

Film ma też dodatkową atrakcję – dla wielbicieli twórczości malarza. Otóż w filmie o Van Goghu opowiadają głównie ludzi uwiecznieni na jego obrazach. Stąd jeśli dobrze znacie twórczość holendra to część seansu spędzicie uśmiechając się na widok nawiązań do znanych obrazów i portretów. To niekiedy trochę wytrąca ze śledzenia akcji bo zastanawiacie się który dokładnie kadr jest odwzorowaniem znanego wam obrazu, a który jest już tylko inspirowany twórczością malarza. Zresztą zwierz bardzo poleca przejrzeć album artysty (jeśli przed seansem kojarzycie tylko Słoneczniki) bo dzięki temu po prostu ogląda się ten film lepiej i jest on ciekawszy. No i można bardziej docenić niesamowitą pracę animatorów. Zresztą skoro jesteśmy przy aspektach technicznych. Film w Polsce pokazywany jest z dubbingiem. Choć zwierz dałby wiele by zobaczyć produkcję w wersji oryginalnej (ma nadzieję, że pojawi się choć jedna kopia) to dubbingu absolutnie nie należy się bać. I nie tylko dlatego, że animacja sprawia iż jednak powstaje inna relacja między widzem a aktorem. Po prostu to doskonale zrealizowany dubbing ze świetnie dobranymi głosami. Nie ma się więc czego obawiać. Inna sprawa, jest to film w dużym stopniu polski więc rozumiem, że jest nie tyle dubbingowany co występuje w dwóch wersjach językowych.

 

Ktoś ewidentnie miał chody na planie Poldarka ;)

 

Ponieważ oglądałam film na gali otwarcia festiwalu w Gdyni mogłam podsłuchiwać co mówili zgromadzeni wokół mnie przedstawiciele polskiego kina. Ich pierwszą refleksją było – dla kogo tak właściwie będzie to film. Bo przecież zaciągnąć ludzi do kina na animację o malarzu może być niesłychanie trudno. Zwłaszcza, że pewnie niejeden widz mógłby powiedzieć – a nie prościej byłoby to nakręcić zwyczajnie zamiast się tak męczyć z tymi obrazami. Osobiście mam wrażenie, że takie myślenie to typowe niedocenianie widza.  Gdyby Twój Vicent nie był filmem animowanym – animowanym w tak niesamowity sposób, pewnie nie wzbudziłby nawet w połowie takich emocji. Jednocześnie spotkanie z tą niesłychaną, czasochłonną ale też wciągającą animacją to największa zaleta filmu. W końcu nie tylko chce opowiadać o Vincencie chce zmusić nas byśmy zobaczyli świat jego oczyma. To jest dokładnie to co może przyciągnąć widzów na film o artyście.

 

Animacja jest niesamowita i nawet narzekania na pewną zbytnią liniowość fabuły tego nie zmienią

 

Czy jest Twój Vincent filmem pozbawionym wad? Osobiście mam wrażenie, że twórcy wpadli w świat malarza tak głęboko, że powoli zasklepiło się nad nimi niebo uwielbienia dla artysty. Choć film próbuje nakreślić niejednoznaczny obraz artysty ostatecznie przekonuje nas że mamy do czynienia z klasycznym obrazem – niedoceniony geniusz, wyszydzany, wyśmiewany, noszący w sobie tą boską wrażliwość, niezrozumiałą dla ludzi z jego otoczenia. Człowiek dobry, miły, zasługujący na wszystko co najlepsze, ale wyprzedzający swoje czasy, zbyt czuły na wszystko co go otacza. Ta figura jest doskonale znana i trudno z nią filmowo polemizować. Poza obrazem malarza egotycznego który swoim talentem rozsadza świat to przedstawienie malarza jako wyobcowanego ze społeczeństwo z powodu nadmiernej wrażliwości, jest chyba najczęstsze. Brakuje tu przełamania, znalezienia zupełnie innego klucza. Czegoś co wyjęłoby tą historię z szufladki „smutna opowieść o artyście”. Co więcej w filmie jest szansa – mamy w końcu głównego bohatera – to o niego powinna toczyć się pewna walka w tym filmie. Niestety jednak w pewnym momencie film jakby tracił nim zainteresowanie. Staje się tylko świadkiem kolejnych świadectw. Nie ma dla niego puenty, jest tylko puenta Vincenta. A szkoda bo tu była szansa.

 

Zwierz spodziewa się, że Twój Vincent zgarnie niejedną nagrodę

 

Twój Vincent to taki film na którym bardzo chciałabym zobaczyć wycieczki szkolne. Ja wiem, że zdanie „szkoły pójdą” zwykle uważa się za obraźliwe dla filmu. Ale to jest dokładnie film dla licealistów może gimnazjalistów. Pod względem fabularnym – czytelny, edukacyjny, poruszający ważne zagadnienia związane nie tylko z twórczością czy życiem Van Gogha ale też ze zdrowiem psychicznym i jego oceną. Bohater jest w odpowiednim wieku – młody jak oni, wiedzący wszystko lepiej. Do tego niesamowita animacja i technika która mogłaby pokazać jak wiele robi kino. Twój Vincent to doskonały film którym można by edukować młodego widza, bez obrzydzania mu sztuki filmowej. I choć dla wielu to może być śmieszne dla mnie to naprawdę olbrzymi komplement pod adresem filmu.

Ps: Zwierz uświadomił sobie, że ma dla was jeszcze teksty o trzech polskich filmach. Potem już nikt zwierzowi nie zarzuci że nie wie co kręcą jego rodacy.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Monika Sterkowiec

    Zwierzu, byłam w tym roku na Nowych Horyzontach i pokazywali tam wersję oryginalną, nie z polskim dubbingiem, ale jednocześnie dostaliśmy komunikat od twórców, że to jedyne pokazy w oryginale w Polsce, więc z tą wersją może być ciężko :(

  • Ay

    Mimo, że sama zajmuję się sztuką, a więc dziedziną z zasady dosyć bezużyteczną, to jednak nie lubię utrudniania sobie życia i robienia w jakiś bardzo skomplikowany sposób rzeczy, które można by było zrobić o wiele prościej z podobnym efektem. A więc na przykład używania farb olejnych zamiast grafiki komputerowej jedynie imitującej malarstwo, która to mniejszym kosztem dałaby bardzo podobny efekt. Wiem, że oczywiście nie chodziło tu tylko o efekt wizualny, ale o pewnego rodzaju hołd dla artysty oraz samą świadomość procesu tworzenia wpływającą na ogólny odbiór filmu. Zdaję sobie z tego sprawę, jednak mimo wszystko nie przepadam za takimi działaniami. Więc gdy usłyszałam parę lat temu zapowiedź filmu, to byłam sceptycznie nastawiona i miałam obawy, że spotka się on z ogólnym zachwytem tylko dlatego, że ludziom głupio będzie krytykować coś co wymagało takiego wysiłku. W każdym razie cieszę się, że skupiłaś się w recenzji na kwestiach fabularnych.

    • zpopk

      Moim zdaniem to jakby nie ma sensu – sztuka przecież nie polega na znalezieniu najprostszego rozwiązania tylko na ekspresji twórczej. Inna spawa, w filmie rzecz jasna zastosowano cale mnóstwo techniki komputerowej. Która jednak nie byłaby w stanie dać dokładnie takiego samego efektu, co bardzo w filmie widać

      • Ay

        To akurat kwestia tego, czego kto oczekuje od sztuki, a nie ma jednej słusznej definicji, na czym sztuka polega, a na czym nie. :) A w sumie to są pewne nurty które właśnie trochę opierają się na poszukiwaniu najprostszego rozwiązania i wyzbyciu się wszelkiej ekspresji, ale to już zupełnie inny temat. W każdym razie ja za czymś takim jak napisałam nie przepadam, dla kogoś innego to może być bardzo ważne i zasadne. I w pełni rozumiem, że można mieć inne zdanie, ale z drugiej strony czasami spotykam się z podejściem ludzi na zasadzie „w sumie to tego nie rozumiem, ale nic nie powiem, bo wyjdę na ignoranta” tymczasem nie ma nic złego w tym, że coś nam się nie podoba czy że uważamy coś za bezsensowne.

      • Shakuahi

        Ja w kontekście recenzji i Waszych komentarzy mam dwa przemyślenia. 1. Jeśli fabularnie film nie powala to czy nie jest to klasyczny przerost formy nad treścią? 2. Czy w przypadku tej animacji można mówić o jakiejkolwiek ekspresji twórczej, jeśli cała koncepcja opiera się na skopiowaniu stylu innego artysty?
        Od razu mówię – nie znam odpowiedzi na te pytania. Zastanawiam się.

        • zpopk

          1. Nie po porostu w animacji forma i treść są równie ważne 2. Trudno dyskutować z tym pytaniem bo film jest inspirowany niesamowitym stylem malarza ale jest jak najbardziej nową jakością. Serio inspirowanie się twórczością też jest ekspresją twórczą.

  • wazon

    No dobrze, to wszystko jest bardzo pozytywne, ale jednak nie rozumiem, dlaczego film biograficzny jest animacją ? Czemu nie graja go aktorzy ? Może nikt nie chciał obciąć sobie ucha ? A może to nowy trend ?
    Oczywiście, to, ze akurat ja nie rozumiem, nie znaczy że coś jest nie tak.Po prostu chciałabym iść na ten film, a animacja kojarzy mi się raczej z Królewną Śnieżką i 7 krasnoludkami z których nawet żaden nie był malarzem.. Chyba nie będę jej oglądać.

    • Kinga Kołakowska

      A ja mam „a dlaczego nie?” Jeśli ktoś nie ma ochoty to nie musi oglądać ale może właśnie nieco przekona ludzi, że animacja to nie tylko bajki Disneya. Choć może to tylko moje marzenie jako osoby, która ogląda animacje nałogowo.

    • potworek

      A dla mnie to jest pewnego rodzaju oddanie hołdu artyście. Już na pewno nie chodzi o to, że nikt nie chciał dać sobie odciąć ucha, bo w dzisiejszych czasach technologia pozwala na robienie takich efektów zupełnie bezinwazyjnie ;)

  • Gizmo

    Przypomniały mi się „Sny” Akiry Kurosawy, w jednym z których też została wykorzystana twórczość Van Gogha (granego tam przez Martina Scorsese). Tam wprawdzie bohaterowie byli fabularni, ale miejsce akcji stanowiły właśnie obrazy Van Gogha. Doceniam pomysł, podziwiam go nawet, bo łączenie różnych rodzajów sztuki w jednym dziele zwykle mi odpowiada, jednak najpewniej filmu nie obejrzę. Głównie, choć nie tylko, dlatego, że nie przepadam ani za historią Van Gogha (na tyle, na ile ją poznałam od przypadku do przypadku), ani nawet za jego obrazami. To nie mój malarz, po prostu.

    Z drugiej strony tak teraz myślę, że w sumie jestem ciekawa, jak ten film będzie pokazywany i odbierany w ojczyźnie Van Gogha, w której obecnie mieszkam… Więc może jednak wybiorę się do kina, nawet jeśli bardziej ze względu na miejsce zamieszkania niż na sam film.

  • Patryk Głażewski

    Jest coś magicznego, gdy widzi się te wszystkie grube ślady farby, które wyraźnie wskazują że to dzieło człowieka. Podobnie moja wykładowczyni mówiła kiedyś, że lubi widzieć w animacji plastelinowej odbite linie papilarne. Fabuła w filmie może nieco znużyć ciągłymi retrospekcjami, które jakoś kojarzą mi się z Obywatelem Kane’m. Recenzja w sumie dobrze podsumowuje problemy filmu, ale trzeba nie mieć serca by nie docenić pracy animatorów (bez urazy dla nikogo), a i muzyka Mansella zasługuje na uwagę (nie jest to człowiek, którego spodziewałbym się w polskiej produkcji, nawet jeśli to koprodukcja brytyjska :).

    • AnixKajol .

      Na końcu filmu była jakaś polska piosenka. Może wiesz jaka? Bo nie mogę znaleźć tych tej informacji.

  • Kalevala

    W Krakowie Pod Baranami grają w oryginalnej wersji językowej :)

  • Zafascynowana

    Hejo ludzie, w Gdańsku w Heliosie w Alfa Centrum jest z napisami, obawiam się, że tylko do czwartku :(
    Polecam, nie wiedziałam wersji z dubbingiem, ale angielska wydawała mi się być bardzo naturalna (nie wyobrażam sobie Poldarka mówiącego po polsku ;))

    • nat

      Poldark mówi głosem młodego Stuhra, także ten… :D
      Ale tak naprawdę to był to tylko jeden z dwóch głosów które mi jakkolwiek przeszkadzały (nie cierpię dubbingu więc byłam zaskoczona). Drugim był swoją drogą Stuhr starszy, bo niestety jak go słyszę, a nie widzę twarzy, to automatycznie staje mi przed oczyma Osioł ze Shreka :p

  • MarvelMan

    Przybyłem tutaj i zapoznałem się z recenzją (dość późno względem pojawienia się tejże ale cóż) głównie dlatego że … no, wybieram się na ten film ze szkoły. Z Liceum Plastycznego dokładnie żeby śmieszniej było. I muszę przyznać że o ile sam film wydaje mi się szalenie interesujący to…trochę martwi mnie fakt tego „gdybania” na temat tego czy Van Gogh rzeczywiście popełnił samobójstwo. Bo ja rozumiem, że filmy biograficzne mogą zmieniać pewne rzeczy jednak wydaje mi się to na tyle ważnym elementem że trochę dziwnie się czuję kiedy czytam że zamienili samobójstwo na zabójstwo. Czy to trochę nie umniejsza tego jak Van Gogh się czuł i tego jak był niedoceniany za życia?

    A sam pomysł zrobienia tego filmu w technice rotoskopii zamalowanej stylem nawiązującym do Van Gogha wydaje mi się wyśmienitym pomysłem! Tak, można by pewnie taniej, prościej, ale zakładam że na końcu każdy kto przy tym pracował miał masę satysfakcji. Zasłużenie.

    I mam nadzieję że się zgodzę do dubbingu. Dubbingu w filmach aktorskich wolę unikać jak ognia a ten film… na razie myślę że trochę balansuje na granicy między filmem aktorskim i animacją jednak ostatecznie się oczywiście zobaczy.

    • Ay

      Ale nie jest do końca pewne, czy popełnił samobójstwo. I nie tylko film to tak przedstawia, czytałam o tym w różnych miejscach. I niczego to nie umniejsza.

      A jeszcze co do samego filmu, to bardzo mi się podobał i uważam, że fabuła dobrze współgrała z obrazem. Ale podobałby mi się w takim samym stopniu, gdyby efekt osiągnięto mniejszym kosztem. Tak więc nie unieważniam komentarza, który napisałam przed obejrzeniem filmu. :D Tylko przyznaję, że moje obawy się nie spełniły i film mnie nie rozczarował.

  • zlotma

    Nawiązując do tego, kto pójdzie na ten film, byłam na nim kilka dni temu, całkiem długo już jest grany w kinach – sala była prawie całkiem wypełniona :)