Panie ringu czyli zwierz o GLOW

07/07/2017

Sapiąc w SPA czyli zwierz w poszukiwaniu nowych doświadczeń

07/07/2017

Niech zjedzą pięć ciastek czyli czy blogowanie to trudna praca?

07/07/2017

Dziś będzie branżowo bo zwierz się branżowo nieco zirytował. Po czym postanowił wyrazić swoją frustrację na blogu no bo gdzie. A wszystko za sprawą tekstu na blogu „Krytyka Kulinarna” który myśl ma nawet słuszną ale już sposób wykonania – zdecydowanie groszy. Ale bardziej niż samą blogerką zwierz chciałby się zająć kwestią i pytaniem. Czy blogowanie to ciężka praca.

Zacznijmy od wstępu dla ludzi którzy mają normalne życie i nie zajmują się monitorowaniem blogowych perypetii (mniemam, że to większość z was). Jakiś czas temu autorka bloga poświęconego kulinariom i podróżom napisała u siebie tekst w którym pisała ogólnie o wadach taksówek i negatywnych zachowaniach taksówkarzy. Jakiś czas potem pojawił się tekst reklamujący aplikację mytaxi –który jasno oznaczony jako sponsorowany, podpowiadał że taksówki zamówione z tej aplikacji powinny być lepsze a taksówkarze nie sprawiać takich kłopotów jak ci opisani wcześniej. Typowy wpis sponsorowany z cyklu „Wszyscy są źli poza tą jedną firmą co zła nie jest” – nic specjalnego. Nie mniej rozpętała się mała blogowa afera bo część osób zaczęło podejrzewać, że ów pierwszy wpis wymieniający wady taksówek i taksówkarzy też był sponsorowany i miał stworzyć taki ładny wstęp do późniejszej współpracy reklamowej. Jak było? Możemy założyć, że blogerka która sama piętnowała w niektórych swoich wpisach nieuczciwe zachowania blogosfery raczej nie zdecydowałaby się na taki krok. Nie mniej wiele osób poczuło się zniesmaczonych, chociażby faktem że po tekście krytycznym wobec taksówek dość szybko pojawił się tekst pozytywny, z którego być może za bardzo promieniowała chęć zareklamowania produktu i firmy.

 

 

Zamknijmy akt pierwszy rozpocznijmy akt drugi. Tu blogerka napisała wpis. Wpis pisany ostrym dość aroganckim językiem – ale to akurat jest charakterystyczne dla całego bloga, który taki już jest. Można się nie zgadzać czy zgadzać z tym jak odnosi się do czytelników i jak broni swojego prawa do nawiązywania współprac reklamowych na zasadach które jej się podobają ale wielkiej kontrowersji tu nie ma – ot po prostu kolejny bloger który ma problem z dość gwałtowną reakcją czytelników na tekst sponsorowany. Dla mnie zwykle jest to znak że jednak tekst sponsorowany nie był przygotowany dobrze, bo coraz większa grupa czytelników dobrze reaguje na posty sponsorowane jeśli ma poczucie, że rzeczywiście zostały napisane w zgodzie z jakimś wewnętrznym kompasem bogera i pasują do jego bloga. Jeśli jednak tekst za bardzo pachnie reklamą – nawet jeśli intencje autora były inne – wtedy często czytelnicy reagują podejrzliwie albo agresywnie. To bywa frustrujące zwłaszcza w przypadku autorów którzy starają się być zawsze rzetelni niezależnie od tego jaki rodzaj wpisu piszą i czy ktoś im za to płaci czy nie.

 

 

Gdzie więc jest problem? Otóż wpis rozpoczyna dość długa opowieść o tym jak trudnym i wymagającym zawodem jest blogowanie o jedzeniu i podróżach. Mamy tam więc opisy jak blogerka nie ma urlopu, musi jeździć wszędzie z zegarkiem i planem dnia by zobaczyć wszystko. Jak idąc do ciastkarni zamawia kilka ciastek a do restauracji kilka dań – tylko po to by napisać jak najlepszą recenzję. Jak często zdarza się jej czymś zatruć albo w ekstremalnych sytuacjach – jak jazda autobusem czy pociągiem –  pisać kolejne wpisy. Do tego jest przyklejona do telefonu bo odpowiada na maile non stop. A głupi ludzie tego nie widzą i nie doceniają. Obraz rysuje się więc taki – blogowanie to trudna praca, można nawet powiedzieć ciężka praca, pożerająca pieniądze stąd zarabianie jest psim prawem blogera i nikomu nic do tego ile i jak zarabia. I tu zwierz ma problem. Nie z drugą częścią zdania – bo zwierz też nie jest wielbicielem zaglądania sobie do portfeli (nie wychodzi z tego nic poza zazdrością) ale z tym jak autorka kreuje pracę blogera. Bo moi drodzy praca blogera to nie jest ciężka praca.

 

 

Zacznijmy po kolei – co to znaczy ciężka praca. Dla niektórych ciężką pracą jest praca fizyczna – tu symbolem jest oczywiście ten słynny górnik który jak wszyscy wiemy utożsamiany jest z tą najtrudniejszą i najbardziej wymagającą pracą. Prawda jest taka, że ciężar pracy to trochę bardziej skomplikowane zagadnienie. Po pierwsze – tak praca fizyczna jest zazwyczaj pracą ciężą pod tym względem że nie ma zmiłuj – trzeba wymęczyć organizm (czasem ponad siły) otrzymując za to zwykle niskie wynagrodzenie i niski status społeczny. Ponieważ coraz mniej z nas ma wśród znajomych osoby pracujące fizycznie (bardzo wiele elementów pracy czysto siłowej zostało jednak zautomatyzowanych) to praca ta zwykle jest dla nas czymś odległym i dość symbolicznym. Nie mniej – niech cieszy się ten kto nie pracuje fizycznie bo to naprawdę jest ciężkie życie. Zwłaszcza, że nawet jeśli nie przynosisz pracy do domu to przynosisz ze sobą zmęczenie, które utrudnia cieszeniem się tym co stanowi dla nas często podstawę spędzania czasu wolnego. Jak się popracuje osiem godzin w fabryce to potem człowiek mniej ochoczo idzie na spacer czy jeździ na rowerze. Mniej ochoczo robi cokolwiek bo po porostu jest fizycznie zmęczony. Jednak wysiłek nie jest jednym elementem który powinniśmy rozpatrywać – drugim jest kwestia stresu i konsekwencji źle wykonanej pracy. Tu na pierwszy front wysuną się nam wszyscy pracownicy służby medycznej – od pielęgniarek i ratowników po wyspecjalizowanych chirurgów którzy codziennie podejmują trudne decyzje, też pracują w dużym stopniu fizycznie i często są tam gdzie nikt nie chce być. Niemniej w tej grupie mogą się znaleźć też osoby które zarządzają dużymi sumami pieniędzy – bo jeśli popełnią błąd to konsekwencje dla nich i dla innych mogą być bardzo duże. Stąd nie należy uznawać, że CEO wielkiej firmy zajeżdżający pod pracę mercedesem ma na pewno cudne życie. Od niego dużo zależy i nie może wziąć po prostu chorobowego. Jest zbyt ważny by móc sobie pozwolić na taki luksus. Na ciężar pracy wpływa też jej środowisko – weźmy takich nauczycieli – nawet jeśli wychodzą z miejsca pracy wcześniej niż większość osób to jednak spędzają całe dnie w hałasie i muszą wykazywać się dużą czujnością by dobrze zaopiekować się – zwłaszcza młodszymi dziećmi.

 

 

 

 

Ponownie jednak to nie wszystkie aspekty świadczące o ciężarze pracy. W przypadku zawodów wolnych i intelektualnych tym co jest najtrudniejsze to wyjście z pracy. Naukowcy nie kończą zajęć i nie wracają do domu tylko noszą swoją pracę wszędzie tam gdzie wezmą ze sobą swój mózg. Jednocześnie – ponieważ to taki zawód – bardzo często są oceniani i właściwie nie ma momentu w ich karierze kiedy mogą sobie darować czy zamknąć drzwi w piątek i ponownie zacząć myśleć dopiero w poniedziałek. To zresztą tyczy się wszystkich zawodów twórczych – z blogowaniem włącznie. Właśnie ta trudność w zachowaniu odpowiednich proporcji pomiędzy czasem wypoczynku a czasem pracy jest najczęściej przywoływanym dowodem na to, że człowiek pracujący głową wcale się nie leni bo wbrew temu co się wydaje – nie ma życia mniej wypełnionego pracą ale bardziej. Do tego dochodzą kwestie techniczne o których się często zapomina – prac fizyczna jest mało zdrowa (zwłaszcza kiedy wykonuje się ją bez poszanowania zasad BHP) ale siedzenie dzień w dzień przy komputerze czy nad książką – też do najzdrowszych nie należy. Zwłaszcza wtedy kiedy pisanie z obowiązku i dla rozrywki niebezpiecznie się ze sobą zlewa. Pracowanie głową też męczy fizycznie – bo jednak nie da się ukryć myślenie potrafi zmęczyć. Zwłaszcza jeśli myślimy na skomplikowanymi zagadnieniami.

 

 

Tu warto zaznaczyć, że potencjalnie – każda praca może być ciężka. Tu decydują warunki w jakich pracujemy – zwłaszcza  stosunki z naszym pracodawcą. Czasem nawet proste zadanie wykonywane w stresie potrafi być bardzo trudne i kosztujące nasz dużo nerwów, energii i zdrowia. Czasem niema żadnego szefa – sami jesteśmy sobie pracodawcą i zwykle – jesteśmy pracodawcą najgorszym – mającym niesamowicie wysokie  wymagania i nie stosującym się do żadnych zasad prawa pracy. Nie zmienia to faktu, że każda – nawet pozornie idealna i prościutka praca może unieszczęśliwiać, być olbrzymim ciężarem w życiu i zatruwać nam codzienność. Wystarczy tylko że będziemy pracować w niesprzyjających warunkach, będziemy się nudzić, bać albo po prostu będziemy czuli, że to jest coś czego bardzo nie chcemy robić. Jednocześnie wierzę że każda praca może być źródłem olbrzymiej satysfakcji – jeśli spełnia te potrzeby jakie w danym momencie mamy. Jeśli komuś praca nawet nudna przynosi dobre zarobki –  i to daną osobę interesuje – wtedy jest dobrze. Jeśli ktoś lubi pracę fizyczną – wtedy też jest to dobra praca – może nawet nie taka ciężka. To jest jednak rzecz dość subiektywna. Na pewno dużo bardziej skomplikowana od prostego „ciężko to ma górnik”.

 

 

 

To powiedziawszy chce stwierdzić wprost. Praca blogera nie jest ciężką pracą. Przynajmniej moim zdaniem (ogólnie cały post jest moim zdaniem, ale co mi tam – podkreślę to tu trochę mocniej). Istotnie – jest pracą wymagającą. Bardzo często czasochłonną. Potrafi być niekiedy niesłychanie stresująca. Ale nie jest sama w sobie ciężka. Dlaczego tak uważam ? Z kilku powodów.

Po pierwsze – kwestia tego jakie wymagania narzucimy sobie jako autorom. Nawet bardzo wysokie standardy przygotowania do tekstu wychodzą od nas samych. Co znaczy, że to my stawiamy sobie cele. To sytuacja zupełnie inna, niż taka w której coś się nam narzuca. Byłam w obu sytuacjach i zapewniam was, że pisanie tekstu na własnych warunkach jest sytuacją bardzo luksusową. I tak jasne – żeby napisać niedawny tekst o Vivien Leight obejrzałam wszystkie jej filmy (które jednak trwają swoje), kupiłam i przeczytałam dwie książki, spędziłam sporo czasu na oglądaniu i czytaniu artykułów i wywiadów. Tylko, że sama postanowiłam że to zrobię. W związku z tym nie mogę mieć do nikogo pretensji ani też kazać się za to podziwiać. Po prostu spełniłam własne wymagania. Jeśli autorka uważa że musi w ciastkarni zamówić pięć ciastek aby napisać dobrą recenzję to bardzo dobrze. Ale spełnianie własnych wymagań względem siebie nie jest dla mnie synonimem ciężkiej pracy. Czy było to czasochłonne? Tak. Czy być może spędziłam więcej czasu pracując niż pani która wychodzi z pracy do domu i idzie posiedzieć u siebie? Prawdopodobnie. Ale nadal – sama sobie wyznaczyłam ten cel i sama go spełniałam. Jakoś  dla mnie to jest coś zupełnie innego niż spełnianie wymagań pracodawcy. Zwłaszcza, że jednocześnie – miałam świadomość, że tekst mogłabym napisać przy połowie tej pracy. Dodawanie sobie samemu pracy kiedy się ma na to siłę i ochotę – uznaje za coś co nie czyni pracy ciężką.

 

 

Po drugie – jednak to co blogerka opisała jako trudy pracy blogerskiej naprawdę nie prezentuje się tak straszliwie na tle tego co ludzie robią na co dzień. Jasne – zwierz sam wie – bycie blogerem bywa zajęciem zaskakująco czasochłonnym i niekiedy – czytelnikowi trudno sobie wyobrazić że kiedy on śpi bloger produkuje kolejny tekst. Jako osoba która od dziewięciu lat niemal codziennie pisze blogowy tekst i robi to często po nocy też się dziwię że mi się chce. Ale jednocześnie – doskonale zdaję sobie sprawę że całe mnóstwo piszących osób robi dokładnie to samo. Jaka jest różnica? Jak bardzo mi się nie chcę to mogę tą pracę sobie rozbić. Część napisać wieczorem, część rano. Mogę zrobić kwadrans przerwy na gapienie się na zdjęcia McAvoya. Mogę odejść od komputera, mogę go zabrać do kawiarni. Mogę – nawet jak się stresuję czy znajdę wi-fi wrzucić post o godzinę później. A jak nie wrzucę to bardzo rzadko coś naprawdę złego się stanie. I to jest taki luksus o którym łatwo zapomnieć. Tak więc nawet jak czasem blogowanie jest pracochłonne to jednak atmosfera takiej pracy – przynajmniej w założeniu jest inna. I piszę to jako osoba która pracuje też zawodowo w normalnym miejscu pracy do którego chodzi i które bardzo lubi. Mam niesłychanie luksusowe miejsce pracy. Sympatyczne, ciepłe, często bardzo interesujące. Pracę która jest elastyczna i pozwala mi na wiele. I nadal siedzenie osiem godzin w pracy – w określonym miejscu, wykonując powierzone mi zadania, pod nadzorem (acz ciepłym i lekkim) jest bez porównania bardziej męczące niż to co robię w pozostałe dni kiedy biegam po mieście jak dziki królik w sprawach blogowych albo wtedy kiedy piszę pół dnia.  Dla mnie ta różnica  w nastawieniu psychicznym jest tak duża że blogowanie zawsze wygrywa.

 

 

Po trzecie – blogowanie jest w większość przypadków zawodem wybranym. Zawodem w którym pracuje się nad tym co się lubi. Co więcej, jest się samemu sobie sterem, żeglarzem okrętem. Pisać o tym co się lubi to luksus. Pisać  tym co się lubi i samemu decydować jak się to zrobi, to luksus niedostępny dla bardzo wielu ludzi pracujących w mediach czy w nauce. Jasne – z takiej samodzielnej pracy wynikają dodatkowe zobowiązania ale ponownie – nadal to jest zdecydowanie lepsza sytuacja zawodowa niż większości osób.  Nie znaczy to, ze nie ma wyzwań – jasne, że są. Trzeba poradzić sobie z ciągłą oceną, hejtem czy chociażby wpisami polemicznymi. Człowiek jest cały czas oceniany. Prestiż społeczny jest taki rzekłabym średni. Ale wciąż pod koniec dnia wykonuje się wybrany zawód (jak niewiele osób robi to co naprawdę chce), pisze się o tym o czym się chce i robi się to na własnych zasadach. Jakby nie patrzeć – to są bardzo komfortowe warunki.  Na pewno dużo bardziej komfortowe niż większości piszących dziennikarzy którzy głównie zajmują się wykonywaniem czyichś poleceń. Albo naukowców którzy muszą się tłumaczyć dlaczego piszą to co piszą. Albo pisarzy którzy piszą co chcą ale jednocześnie – ciągle mają na plecach oddech wydawcy. I tak jasne – pisanie bloga bywa uciążliwe, ale naprawdę bez porównania mniej niż wiele innych zawodów w których się pisze dla kogoś czy pod czyimś nadzorem.  Jednocześnie zgodzę się – to nie jest tak czytelniku, że gdybyś założył dziś bloga to jutro pławiłbyś się w lajkach. Bez wiedzy, kompetencji i czasu nic nie osiągniesz. Ale jednocześnie – wykorzystujesz te umiejętności do budowania czegoś własnego, co przyczyni się do twojej satysfakcji i dobrobytu. Jakby nie patrzeć – to bardzo dobra sytuacja.

 

 

No i na końcu kwestia czwarta. Myślę, że nie jest dobrze tworzyć wizję w której praca musi być nie wiadomo jak ciężka i nieprzyjemna by zasługiwała na zapłatę. Pisanie tego bloga jest bardzo przyjemne. To moja ulubiona forma spędzania czasu. Ogólnie jak nie piszę bloga to głównie myślę, żebym sobie coś napisała. A jednocześnie – uważam że fakt iż pisanie mnie bawi i przychodzi mi z relatywną łatwością nie znaczy że nie zasługuje na wynagrodzenie. Zasługuje nie dlatego, że się męczę ale dlatego, że robię coś co się ludziom podoba (właściwie to jakiejś grupie ludzi), potrafię więcej niż raz wykonać powierzone mi zadanie i stworzyłam i tworzę wokół pisania społeczność. Nie muszę się niesamowicie męczyć by blog był popularny, czytelnicy zadowoleni a ja usatysfakcjonowana. Ale jednocześnie – jeśli ktoś chce skorzystać z moich umiejętności – powinien za to zapłacić. Stolarz nie musi zbijać stołu w mękach by wypadało zapłacić za efekt końcowy. Z pisaniem jest tak samo. Jednocześnie – tak to prawda – pisanie bloga tak by odniósł sukces wymaga pewnych umiejętności. Pracowitości. Systematyczności. Czasem poświęceń. Nie zawsze jest łatwa. Ale nadal – to jest praca tak satysfakcjonująca że jednak trudno ją uznać za ciężką. Wymagająca to dużo lepsze słowo. Mogę rozmawiać z kimś kto jasno mówi „Pisanie bloga jako zawód zasługuje na większy szacunek bo jest pracą wymagającą odpowiedniego zastosowania odpowiednich umiejętności” ale mam olbrzymi problem jak ktoś pisze „Szanujcie mnie bo ja się tu męczę pisząc bloga”.

 

 

 

Część osób broni pokazywania trudów blogowania argumentując, że dla części osób praca intelektualna i twórcza niekoniecznie zasługuje na szacunek. Przyznam szczerze, że wychowana w mojej intelektualnej bańce ludzi pracujących umysłowo i twórczo nigdy nie przyszło mi do głowy by kreować taką pracę na niesamowicie ciężką. Jasne – pewnie dla wielu osób wyobrażenia o niej są zaskakująco odbiegające od rzeczywistości (np. podejrzewam że mało osób myśląc o tych którzy ciężko pracują w weekendy i nie widzą jak dorastają ich dzieci kieruje swą myśl ku wykładowcom studiów zaocznych. A oni pracują w weekendy tak samo jak ta pani na kasie której jakoś bardziej nam żal) , ale wciąż – to w wielu przypadkach praca w której ludzie robią to co lubią. Pod tym względem blogowanie jest jeszcze lepsze – bo nie tylko robi się to co się lubi ale jeszcze nie odpowiada się przed nikim tylko przed samym sobą. Co jest naprawdę przyjemniejsze niż składanie sprawozdań z pracy naukowej na uczelni. Ogólnie im dalej w las tym bardziej uważam że wszystko (dla określonej definicji wszystko) jest lepsze od pracy na uczelni. Ale to może temat na inny tekst.

 

 

Uważam że bycie blogerem to super sprawa. Jeśli człowiekowi uda się znaleźć odpowiednią niszę, jeśli ma na siebie pomysł i chęć do pracy to może bardzo szybko zdobyć bardzo wiele. Nie tylko finansowo, choć kasa także się liczy. Nie umiem przejść zupełnie do porządku dziennego nad tym, że pisanie bloga jest pracą intratną. Może to się nie podoba ale kiedy za napisanie tekstu które zajmuje mi kilka godzin (max) dostaje tyle samo pieniędzy co za miesiąc przychodzenia do pracy na osiem godzin dziennie to jednak nie jest mi trudno powiedzieć, która praca jest dla mnie łatwiejsza. To się może nie podobać ale nie ma co ukrywać. Pieniądze ułatwiają sprawę (a do tego nie idzie za nimi najczęściej odpowiedzialność za innych – co zatruwa wysokie zarobki w zawodach gdzie wiążą się one z hierarchią zawodową). A jednocześnie – bycie blogerem – zwłaszcza takim odnoszącym sukcesy, to jest moim zdaniem jednak pewien przywilej. Bo robienie zawodowo tego co się wybrało jest przywilejem. A dostawianie pieniędzy za pisanie o tym co jest naszą pasją – jest czymś co chyba wszyscy przywitalibyśmy z radością. Jednocześnie jestem głęboko przekonana, że nie tylko ciężka, przygniatająca do ziemi i wymagająca poświęceń praca jest ważna. To bardzo niebezpieczny sposób myślenia. Ważna jest taka praca która daje coś innym i która daje satysfakcję pracującemu. Bycie blogerem jest dobrą pracą. Kto wie czy nie jedną z najlepszych. Być może w chwili kiedy staje się ciężarem należy się zastanowić nad tym czy jej nie zmienić. I tak bycie blogerem wymaga kompetencji. Czasem dużo bardziej rozbudowanych niż się ludziom wydaje. Ale nadal – czy to z miejsca czyni pracę ciężką? No niekoniecznie.

 

Nie mam problemu by napisać: Gdybym pracowała tylko jako blogerka miałabym łatwiej od górnika, lekarza, nauczyciela czy nawet wiecznie chorych pań księgowych. Miałabym też łatwiej niż niejeden dziennikarz. Ale to moim zdaniem nie zmienia faktu, że mogę się domagać szacunku dla mojego zawodu, zapłaty za pracę, docenienia umiejętności. Zresztą mogłabym to ekstrapolować na wszystkie zawody uważane za łatwiejsze. I chyba to jest w sumie moja główna myśl. Nie róbmy z siebie męczenników tylko po to by udowodnić że należy się nam szacunek i wynagrodzenie. Można robić rzeczy które się lubi i brać z tego kasę. Można mieć w rozliczeniu bardzo przyjemny styl życia i nadal brać z tego kasę. Nie mam problemu by powiedzieć – mam łatwiej niż większość ludzi na planecie. Ale to nie jest dla mnie poniżające. Ani uwłaczające mnie albo mojej pracy. Blogowanie nie jest ciężką pracą. Ale jest pracą. Praca nie jest gorsza bo jest lżejsza. Tylko po prostu jest lżejsza. Póki tego nie ustalimy póty – przynajmniej zdaniem zwierza – nie ma mowy byśmy doszli z takimi problemami jakie miała autorka Krytyki Kulinarnej do ładu.

 

Ps: Tak sobie myślę, że jest jeszcze jedna kwestia którą można by na marginesie poruszyć. Więc tylko marginalnie. Nie jest winą czytelnika że stawiamy sobie wysokie wymagania. Czytelnik nie musi nam cały czas dziękować za czas i poświęcenie. To jakby nie jest ani jego obowiązek ani nawet – nie ukrywajmy – nie musi się tym szczególnie interesować. Jasne co pewien czas wszyscy mówimy ‚ej ale wiecie że wpisów nie przynosi w nocy wróżka” co nie zmienia faktu, że czytelnik nie jest nam winien wdzięczności za wpis.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Kayleigh90

    Moim zdaniem wpis podsumowuje idealnie całą tą aferę. Też nie jestem zwolenniczką zaglądania do portfeli i nie wypowiadam się w sposób taki, że zarzucam, że ktoś się sprzedał. Jeśli lubiany przeze mnie bloger/vloger nawiązuje współpracę z jakąś marką – to cieszy mnie jego sukces, że ktoś docenia jego pracę i daje szansę rozwoju.
    Ale jednocześnie rozumiem, z czego wynika frustracja czytelników. A mianowicie z poczucia oszustwa. Że lubiany bloger pisze, bo musi, bo jest to jego źródło zarobku i jeszcze w dodatku mówi innym, że wcale tak nie jest. Nie treść tu jest istotna, a forma.
    No i co to znaczy „ciężka praca”? Może moje podejście jest niewłaściwe, ale pracę blogera wybieramy sobie sami. Nie musimy wcale tego robić, nie zależy od tego nasze życie bądź śmierć. Rzetelne podejście do tematu jest ważne, ale nic się moim zdaniem nie stanie, jak wpisów będzie 5 w miesiącu, a nie 10. Myślę, ze wierni czytelnicy zrozumieją.

    • Od większości zawodów nie zależy życie bądź śmierć. Ani Twoja, ani społeczeństwa.

      • Kayleigh90

        Zawodów – nie. Ale ogólnie od pracy, za którą dostajesz co miesięczna pensję – to owszem.

        • scripty

          No ale przy takim podejściu to praca blogera się łapie, prawda? Ja właśnie rzuciłam etat, będę redaktorką z własną działalnością, czyli zupełnie na tych samych warunkach co bloger (moja praca jest też moją pasją). Też sama wybieram sobie swoją pracę. Będę się z niej utrzymywać tak samo jak bloger. I tak samo jak on też będę się musiała trzy razy zastanowić, jeśli zechcę ją rzucić, bo pieniędzy będę potrzebować zawsze. Każdy zawód, każdą pracę sobie wybieramy. Nie ma łapanek na nauczycieli, lekarzy, księgowe czy aktorów. A bloger czy ktoś z własną działalnością też może mieć na utrzymaniu dzieci i kredyt do spłacenia i tak samo może się bać, że mu nie starczy, jak ktoś na etacie.

          • Hear hear

          • Kayleigh90

            To jest inna sytuacja, a tu mówimy o takiej sytuacji jak ma chociażby Zwierz – ma stałą pracę, a blog jest dodatkowo. I nie ma obowiązku go prowadzić, świat się przecież nie zawala, jak czasem nie ma wpisu i czytelnicy w większości to rozumieją (a raczej nie kojarzę, by ktoś wyrażał mocną dezaprobate).

          • scripty

            Wydaje mi się, że mówimy w ogóle o pracy blogera, nie zauważyłam, że odnosimy się tylko do sytuacji Zwierza (która też chyba pisała o pracy blogera w ogóle, nie tylko blogera, który oprócz tego ma etat). Plus jestem przeciwko wartościowaniu pracy w zależności od tego, czy ktoś musi, czy nie musi jej wykonywać. Książę William nie musiał pracować w wojsku, Donald Trump naprawdę mógł sobie darować urząd prezydenta, Mark Zukerberg też chyba mógłby już spokojnie do końca życia nic nie robić. Jednak praca to nie tylko pieniądze – jasne, przede wszystkim dla niej ją podejmujemy. Ale jeśli pieniądze nie są już komuś potrzebne, bo zarobił ich dość, by wieść życie, jakiego pragnie, a nadal pracuje – bo lubi, chce, potrzebuje, nie umie inaczej – to nie znaczy, że jego pracę można traktować lekko, a on sam nie ma prawa czuć się zmęczony. I jasne, łatwiej marudzącej osobie w sytuacji księcia Williama powiedzieć: no to zrezygnuj z tego, zmień pracę itd. niż samotnej matce z regionu o wysokim bezrobociu. Ale to nie znaczy, że książę William gwiazdorzy, a matka cierpi i nie ma żadnego wyjścia – z regionu bez pracy można się przeprowadzić do regionu, w którym pracy jest więcej. To oczywiście bardzo trudna decyzja, może mieć wiele wad (np. odległość od bliskich) itd., ale nie jest tak, że jesteś uwięziony całkowicie i nieodwołalnie. Takie przypadki – kiedy naprawdę nie da się nic zrobić – to nie jest norma i większość.

          • Otóż to.

          • Kayleigh90

            Zwierza podałam tylko za przykład, jest mnóstwo innych blogerów, dla których blog to jest tylko hobby, nie mają zarobku lub mają go okazjonalnie. Nie potępiam nikogo, kto chce pracować, mimo że nie musi. Chwała mu za to, że ma czas i możliwości, by z pracy nie czynić przykrej konieczności, a nadać jej inny wymiar. Ale nie każdy chce, nie każdy może, nie każdy musi. Na to się składa wiele różnych czynników.
            I sama nie lubię bardzo wartościowania danej pracy, czy coś jest ciężkie lub lekkie, bo sama się spotkałam z takim podejściem w najbliższym otoczeniu – czyli nie mam prawa być zmęczona, bo moja praca to praca biurowa. Ale w przypadku oryginalnego wpisu na Krytyce Kulinarnej chodzi o to, że nie wiadomo, jaki cel miał ten wpis? Wywołanie współczucia?
            Tak jak w pracy etatowej każdy rozumie potrzebę urlopu, tak myślę, że w przypadku blogowania czytelnicy będą również wyrozumiali, jeśli autor napisze, że musi odpocząć.
            PS. Są ludzie uwięzieni innymi warunkami, gdzie przeprowadzka to nie jest takie hop siup. Kredyty, własna rodzina, inne sytuacje życiowe. I nikogo nie krytykuję za to, że nie może lub nie chce czegoś zmienić. Bo nie jest to takie proste, jak się wydaje.

          • scripty

            Ale ja nie mówię, że nie ma ludzi uwięzionych. Oczywiście że są. Natomiast obawiam się, że jednak większość ludzi, która czuje się uwięziona, jest uwięziona we własnej głowie. Podana przeze mnie jako przykład przeprowadzka jest przykładem – a więc z definicji niejedynym rozwiązaniem. I nigdzie nie napisałam, że to hop siup, a wręcz przeciwnie.
            Wpis KK też mi się nie podoba i ogólnie zgadzam się ze Zwierzem i z Tobą, że to niepotrzebne robienie z siebie męczennika. Natomiast nie zgadzam się, że to praca mniej godna współczucia – jeżeli już w ogóle musimy współczuć – niż np. kogoś, kto dorabia (skoro zostajemy przy tym, że blog to dodatek), bo ma kredyt. Jeśli Zwierz napisze byle jaki wpis albo przestanie pisać – nic się nie stanie, masz rację. Jeśli zacznie się to powtarzać, Zwierz straci czytelników, w konsekwencji zasięgi, a co za tym idzie zainteresowanie firm i możliwość dorobienia do stałej pensji. Jeśli ja – pracując jeszcze na etacie – zawalę korektę, którą wzięłam po godzinach, nic się nie stanie. Przy drugiej – stracę klienta i możliwość dorobku. To jest ten sam mechanizm. Nie ma co się użalać na rzeczywistość jak KK, ale pisanie, że to tylko hobby i nikt nie zmusza, też moim zdaniem nie ma sensu. Bo raz, że to może być ważna pozycja w domowym budżecie, dwa dobry wpis to też jest praca. Pielenie własnego ogródka, nawet jeśli sprawia Ci to przyjemność, a od zielska świat się nie zawali – to też jest praca. I o to chyba chodzi, żeby nie uzależniać, czy coś jest pracą, czy nie, od tego, czy można bez tego żyć, czy nie.

          • Kayleigh90

            I ja się z tym zgadzam. Dodam tylko jedną rzecz. Że współczucia po prostu nie wzbudza we mnie ton, w jakim zostało to wszystko opisane ani podejście pt. „Jaka ja jestem biedna, bo chodzę po plaży i jem ciastka”. Jak zwykle nie lubię mówić, że inni mają gorzej, tak tutaj to chyba nie ta skala „biedy” po prostu.

  • „Tu warto zaznaczyć, że potencjalnie – każda praca może być ciężka. Tu decydują warunki w jakich pracujemy – zwłaszcza stosunki z naszym pracodawcą.”

    To jest zupełnie nie na temat. Jeśli masz okropne stosunki w pracy, to jest to patologia, a nie żaden wyznacznik ciężkości pracy.

    „Istotnie – jest pracą wymagającą. Bardzo często czasochłonną. Potrafi być niekiedy niesłychanie stresująca. Ale nie jest sama w sobie ciężka.”

    Dla wielu osób czas + wymagania może równać się dość ciężkiej pracy.

    „I nadal siedzenie osiem godzin w pracy – w określonym miejscu, wykonując powierzone mi zadania, pod nadzorem (acz ciepłym i lekkim) jest bez porównania bardziej męczące niż to co robię w pozostałe dni kiedy biegam po mieście jak dziki królik w sprawach blogowych albo wtedy kiedy piszę pół dnia.”

    To wszystko bardzo subiektywne. Są dni, kiedy mój etat jest cięższy niż blogowanie i dni, kiedy jest łatwiejszy.

    „Ale nadal – to jest praca tak satysfakcjonująca że jednak trudno ją uznać za ciężką.”

    Satysfakcja implikuje, że coś nie jest ciężkie?

    W ramach podsumowania: myśl przewodnia – mniej więcej się zgadzam. W szczegółach wciąż nie.

    • zpopk

      Co do pierwszego punktu – obawiam się, że złe stosunki w pracy w Polsce są bardziej normą niż czymś co zdarza się rzadko. I jeśli nie można pracy łatwo zmienić to czynią one ją ciężką. A rzeczywiście są miejsca w Polsce – nawet wiele gdzie zmiana pracy nie jest rzeczą prostą. Co do punktu drugiego – moim zdaniem to wcale nie czyni pracy ciężkiej jeśli daje satysfakcję. Dla mnie to jest bardzo istotne jeśli nie kluczowe – praca satysfakcjonująca jest mniej ciężka niż powtarzanie mechanicznych czynności które nie bawią. Co do subiektywności – jasne że to jest subiektywne. Nie mniej – dla mnie siedzenie w miejscu pracy i skupianie się na wyznaczonym zadaniu jest cięższe niż robienie czegoś na własnych zasadach na własny rachunek. Ogólnie chyba wszystko co wiąże się z pracą jest subiektywne.

      • Złe stosunki w pracy w dalszym ciągu nie świadczą o jej ciężkości. Been there, done that.

        • zpopk

          Czy ja wiem – jeśli ktoś zupełnie nie szanuje prawa pracy to praca staje się cięższa. Uważam że praca niesłychanie stresująca – nawet jeśli na pierwszy rzut oka prosta – staje się przez to cięższa bo niesie za sobą wielkie obciążenie psychiczne

          • Widzisz, ja nie cierpię martyrologii. Ktoś Cię nie szanuje – odchodzisz. Jeśli cierpisz w takiej pracy za miliony, to nie jest cnota i mesjanizm, tylko masochizm. I nie trafia do mnie argument, że NIEKTÓRZY nie mogą z takiej pracy odejść. Niektórzy na pewno nie mogą, ale to mniejszość. Większość się boi.

          • zpopk

            Ja mam wrażenie że to nie marytyrologia tylko realia rynku pracy. Jak masz na utrzymaniu więcej niż siebie albo jak masz kasy na styk to nie możesz tak po prostu jej rzucić. Uważam że możliwość rzucenia pracy kiedy czujemy się w niej źle jest jednak pewnym przywilejem społecznym. A czasem po prostu nie dostaniemy w danym regionie innej pracy.

          • Dlatego też piszę o niektórych, którzy nie mogą. Przy czym to nie ci ludzie narzekają po internetach jak im ciężko.

          • yia o

            Obawiam się, że to jednak trochę utopia w polskich warunkach z tym rzucaniem pracy. Mając na głowie rodzinę, kredyty i zero oszczędności, bo nie pozwalały na to zarobki…. i do tego nie będąc w wieku 20-40. Naprawdę chciałabym, żeby każdy mógł wybierać pracę, w której czuje się dobrze :)

          • Muszę pochodzić z jakiejś wybitnie szczęściarskiej, mobilnej i niesamowitej rodziny i rzeczywistości (choć wątpię). Czasem jest ciężko, czasem jest lekko, ale „nie mogę” nie było końcem rozmowy tylko początkiem szukania sposobu. Wiem, że jest mnóstwo ludzi i mnóstwo sytuacji, każda jest indywidualna, ale „polskie warunki” i „nie mogę” to litania.

          • Shakuahi

            Wiesz różne są sytuacje. Czasami człowiek nie może, czasami nie chce, a czasami faktycznie się boi. Ile ludzi tyle historii.

          • Właśnie, różne sytuacje. Lubimy jednak obwarowywać się wszelkimi „nie mogę”. Sama walczyłam z tym długi czas. Dlatego nie przyjmuję tego jako wytłumaczenia wszystkiego w życiu.

          • Moim zdaniem samo podjęcie decyzji o rzuceniu pracy jest koszmarnie stresujące. Nie wiesz, czy nowa praca będzie „lepsza” (dla danych warunków), a nuż wpadniesz z deszczu pod rynnę. I jak lubię chodzić na rozmowy o pracę, tak zmiana pracy nie jest moją ulubioną czynnością na świecie.

          • Właśnie rzuciłam, więc tego, no.

          • Zgaduje, że się stresujesz?

          • Jasne, ale stresowałam się klasówkami, egzaminami, wyjazdami, stresuję się jak wsiadam do samolotu. Życie zawiera stres.

          • Jasne, pewna ilość stresu jest podobno zdrowa. Duża ilość stresu może zabić. Wsiadasz do samolotu, stresujesz się, wysiadasz, czujesz ulgę. Ale z pracydrugiej tez trzeba wyjść. Plus jeśli praca cię stresuje, to imho nowa praca jest tym pozytywnym stresem, który motywuje cię do większej wydajności. Albo dobija, na dwoje babka wrozyla.

          • Dokładnie, sztuka balansowania. Warto próbować. Zobaczyć co działa.

          • Dla większości ludzi zmiana pracy długi proces bo wymaga przeplanowania budżetu, transportu, rozkładu dnia, zrobienia oszczędności, poinformowania wszystkich organów prawnych i komercyjnych o zmianie, załatwienia formalności z ubezpieczeniem i tak dalej. Rzucenie pracy nie jest opcją bo tracisz dochód i zapewne możesz się pakować na ulicę jeżeli jesteś głównym albo ważnym współzarabiaczem. Zmiana nie obywa się bez podobnych kosztów bo zwykle musimy poczekać na pierwszą wypłatę i zawiadomić dostarczycieli energii, mediów, spółdzielnię / właścicieli mieszkania i insze. Jeżeli mieszkasz sam – możesz podjąć taką próbę na własną odpowiedzialność, ale co innego jeżeli mieszkasz z kimś albo odpowiadasz za byt innych.

          • ‚Zawiadomić dostarczycieli energii, mediów, spółdzielnię / właścicieli mieszkania i insze’ – ale po co?

            Oszczędności są kluczem, owszem. Podejmujesz decyzje, na które Cię stać.

            Wizja lądowania na ulicy – ostra. Nie wiem czy hipotetyczna ’większość ludzi’ (ile to jest większość ludzi?) ma zero na koncie i jeśli nie dostaną jednej wypłaty to wylądują na ulicy. Jeśli tak, to mamy chyba poważny społeczny problem.

          • Serio mnie zszokowałaś odpowiedzią bo … dla mnie i znajomych takie kalkulowanie jest normą. Jeżeli chociaż ty nie masz tego problemu to już coś pozytywnego.

            Dlaczego zawiadamiać różne firmy które dostarczają nam cudów – internet raczej większość opłaci w całości (obecnie mogę na to sobie pozwolić) ale energię w co wchodzi prąd i gaz – nie bardzo. Zmieniając zawód musisz dać wszystkim znać bo połowicznie wygląda to jak zmiana adresu, połowicznie jak przekalkulowanie potencjalnych kosztów. Właściciele muszą wszystko zarejestrować w urzędzie podatkowym więc muszą znać twoje obecne parametry.

            Mój mąż oszczędził 5k na depozyt na nasz przyszły dom przez przypadek bowiem wrócił do własnościowego domu rodziców. Nie zmienia to faktu płacenia rachunków przez niego i siostry.

            Gdybym ja stracił dochód to bym wylądował na ulicy pomimo pracy od 19 roku życia na pełen etat (mam 28 lat obecnie). Nie bolałoby to mnie gdyby fakt, że dotknęłoby to i moją mamę (pracowała w UKS jako inspektor: nie mieszkanie w Warszawie sprowadza dochód do 2k złotych maks na rękę; dodając niedogodność posiadania kalekiego dzieciaka, zostawało nam 1k na rachunki i życie … co i tak było pozytywne w mym rejonie) która ma zawód fizyczny.

            Masz rację z poważnym problemem bo znałem kilka osób z mojego rejonu które mogły conieco zaoszczędzić. Mieszkam w Glasgow ale nadal wynajmuję mieszkanie z mamą i zarabianie wygląda tu ta samo jak w Polsce. Jedyną zaletą są refundacje służby zdrowia (nie płacimy za leki) i niższy koszt utrzymania.

            Pisałaś jednak o opcji odejścia z toksycznej pracy i moja mama w takiej egzystuje – zmiana jej jest dosyć skomplikowana i owszem zaczyna właśnie ten proces bo może sobie na niego pozwolić.

            Wracając do tematu – mam nadzieję, że Polska blogosfera reklamowa trochę wytrzyma bo na zachodzie stawki i kampanie z blogerami kurzczą się. Nie znam nikogo kto dorabia w ten sposób – czasem ktoś znajomy dostaje kilka funtów za wspomnienie o firmie xyz w artykule.

            Odnosząc się do obecnych warunków międzynarodowych – każda praca jest na swój sposób ciężka i wymaga szacunku.

            Dla jednego blogowanie będzie jak hobby i przyjdzie łatwo: autor będzie kochał kontrolowanie pozycjonowania w wyszukiwarkach, wklepywanie cud na kontach społecznościowych, zmienianie kodu strony, odpowiadanie klientom, szkolenie się, promowanie i tak dalej.

            Dla innego będzie to katorgą. Jeszcze inny z kolei zostanie nagrodzony lekkim i dynamicznym stylem pisania ale trudny dla niego będzie marketing.

            Generalnie … sprowadza się to do problemów wymienionych przez innych w komentarzach do tego postu – podejmowanie ryzyka zawpdowego jest obecnie skakaniem w otchłań: albo umrzesz albo zostaniesz pierwszym śmiałkiem który wylądował na dole.

            I tak, masz całkowitą rację z brakiem dynamiki zawodowej i społecznej w Polsce – ludzie piastują zawody, w których możliwy jest awans, przez dekady bo jest to dla nich bezpieczna sytuacja albo jedyna możliwa. Z drugiej strony są ci dopiero zaczynający i nagle wpadają do schematycznego zamkniętego koła:

            – Nie masz doświadczenia, nie znajdziesz pracy pozwalającej tobie je zdobyć.

            – Pójdziesz na studia i odpowiednie kursy ale i tak nie dostaniesz danej pozycji bo wtedy będziesz przekwalifikowany.

            Nie dziwi mnie więc agresja blogerów odnośnie ich inwigilacji – z jednej strony media i ci którzy je tworzą powinni być otwarci jako kreatorzy popkultury, z drugiej strony jednak też muszą się utrzymać i zachować status quo wobec sponsorów i czytelników.

            (Prawdopodobnie mój komentarz wymaga edycji ale alergia mnie powala więc zrobię to jutro >.>)

          • „Serio mnie zszokowałaś odpowiedzią bo … dla mnie i znajomych takie kalkulowanie jest normą. Jeżeli chociaż ty nie masz tego problemu to już coś pozytywnego. ”
            No widzisz, dla mnie i znajomych nie jest. Żadne z nas nie jest grupą reprezentatywną.

            „Zmieniając zawód musisz dać wszystkim znać bo połowicznie wygląda to jak zmiana adresu, połowicznie jak przekalkulowanie potencjalnych kosztów. Właściciele muszą wszystko zarejestrować w urzędzie podatkowym więc muszą znać twoje obecne parametry.”
            Mieszkałam w Glasgow pięć lat, obecnie mieszkam dalej w UK, brzmi to jak coś totalnie wymyślonego. Właściciele nie mają związku z Twoimi rachunkami za gaz i prąd, ani nawet za council tax.

            „Masz rację z poważnym problemem bo znałem kilka osób z mojego rejonu które mogły conieco zaoszczędzić. Mieszkam w Glasgow ale nadal wynajmuję mieszkanie z mamą i zarabianie wygląda tu ta samo jak w Polsce. Jedyną zaletą są refundacje służby zdrowia (nie płacimy za leki) i niższy koszt utrzymania.”

            Nie wiem co znaczy „zarabianie wygląda tu tak samo jak w Polsce”. Znam realia Glasgow i dramatów nie ma. Pracując na minimalnej pensji w sklepie byłam w stanie żyć i mieć oszczędności.

            „Wracając do tematu – mam nadzieję, że Polska blogosfera reklamowa trochę wytrzyma bo na zachodzie stawki i kampanie z blogerami kurzczą się. Nie znam nikogo kto dorabia w ten sposób – czasem ktoś znajomy dostaje kilka funtów za wspomnienie o firmie xyz w artykule.”
            Znam osobę, która rzuciła pracę i utrzymuje się z niewielkiego bloga o architekturze. Serio, to co każde z nas wie o świecie nie jest miarodajne odnośnie „większości ludzi”i „kurczących się stawek”.

            „Generalnie … s prowadza się to do problemów wymienionych przez innych w komentarzach do tego postu – podejmowanie ryzyka zawpdowego jest obecnie skakaniem w otchłań: albo umrzesz albo zostaniesz pierwszym śmiałkiem który wylądował na dole.”
            Jak napisałam wyżej – nie dla wszystkich.

          • Akurat fragment o właścicielach i spółdzielniach był pisany o Polsce i bardziej pod kątem potencjalnego poślizgu przy zmianie pracy i wypłacalności. W Glasgow nie ma tak dramatycznych sytuacji i warunków – to fakt ale nadal istnieje różnica między pracą za minimalną stawkę a wyższą.

            Chodzi mi generalnie o to, że z decyzją o zmianie pracy idzie wszystko i obecnie moja mama tkwi w niezbyt fajnych warunkach, jednak nie może iść gdzie indziej z powodu luki prawnej (może za około dwa miesiące bo chodzi o czas bo inna sytuacja ją uziemiła).

            Masz rację, że żadne z nas nie jest reprezentatywne i ba, podejrzewam że w większości jesteśmy ponad światowymi normami.

          • Kayleigh90

            Otóż to. Sama stoję przed taką właśnie decyzją i już ona mi przynosi dużo stresu, bo nie wiem, jak będzie w potencjalnej nowej pracy, czy się spodobam, czy dam sobie radę. Byłam w takim momencie, że sama sobie powiedziałam, że gdyby nie ten cholerny kredyt, to napisałabym wypowiedzenie. Ale jednak staram się to robić inaczej i powoli tracę nadzieję, że mi się uda w najbliższym czasie.

          • Może są ludzie, którzy lubią zmiany, zwłaszcza takie inicjowane i kontrolowane przez nich. But not all ppl.

          • Kayleigh90

            No są tacy ludzie, ale ogólnie ja np. do nich nie należę. W tym roku chociażby zmieniło mi się dużo w moim życiu prywatnym, jak i w pracy, że normalnie jestem wykończona. Jednak wolę jakieś poczucie stabilności.

          • Nie trać nadziei! Na pewno dasz radę.

          • Kayleigh90

            Dziękuję, wszystko się okaże, bo mam też inne plany i zobaczymy, czy coś nie będzie kolidować :)

          • A.

            Ale trochę nie o tym tu mowa, tylko o tym, czy praca, w której cię źle traktują, jest ciężka. I, owszem, jest- wykańcza cię psychicznie i odbiera chęć do życia. Byłam w takiej sytuacji wielokrotnie, bo- UWAGA UWAGA- starałam sie zmieniać pracę, jeśli był w niej mobbing i złe relacje. Z tym, że po pierwsze to zawsze trochę trwa (ja zarabiałam mało, płaciłam za studia, nie mogłam nie pracować przez jakiś czas), po drugie, zdarzyło mi się trzy razy z rzędu trafić po zmianie jeszcze gorzej, wyobraź sobie. Nie wiem, jak twoje doświadczenie na rynku pracy w Polsce- ja pracowalam w Londynie przez 10 lat, w roznych miejscach, i wiem, że tam jednak kultura pracy jest nieco inna. W Polsce mobbingujące buraki na kierowniczych stanowiskach to nie są pojedyncze przypadki. Ja w tym momencie pracuję w miejscu, gdzie mam 10 razy więcej stresu i odpowiedzialności, niż w poprzednich pracach- a mimo to nie uważam mojej pracy za ciężką, bo czuję się doceniana i nie wymiotuję ze stresu każdego ranka. Dlatego zgadzam się ze Zwierzem w całej rozciągłości- każdy ma jakieś umiejętności i kompetencje, nie każdy ma przywilej wykorzystywać je w taki sposób, w jaki lubi. Ja teraz pracuję dużo i mam bardzo dużą odpowiedzialność, dużo stresu- i tak, jestem osobą uprzywilejowaną i nie uważam swojej pracy za ciężką. Bo ją lubię. Jestem szczęściarą. A marytyrologii to najwięcej jednak widzę w Twoich wypowiedziach.

          • Tak, tak, wszędzie narzekam jaka jestem biedna ;) Miłego dnia.

        • Madix

          „Złe stosunki w pracy w dalszym ciągu nie świadczą o jej ciężkości. Been there, done that.”
          „Widzisz, ja nie cierpię martyrologii. Ktoś Cię nie szanuje – odchodzisz. Jeśli cierpisz w takiej pracy za miliony, to nie jest cnota i mesjanizm, tylko masochizm. I nie trafia do mnie argument, że NIEKTÓRZY nie mogą z takiej pracy odejść. Niektórzy na pewno nie mogą, ale to mniejszość. Większość się boi.”

          Nie masz racji. Czysto logicznie – warunków pracy nie powinno się oceniać przez pryzmat tego, czy możemy tą pracę zmienić na inną, czy nie – albo nam w tej pracy jest trudno, albo nie jest, a to, co zrobimy z tym dalej (czy zmienimy tą pracę) to już inna kwestia. A w zależności od atmosfery i warunków pracy wykonywanie dokładnie tego samego zakresu obowiązków może być trudniejsze lub łatwiejsze. I to, czy dana praca jest dla nas trudna/męcząca, czy łatwa, jest też jednym z głównych czynników wpływających na decyzję o tym, czy chcemy ją zmienić, czy nie – prawda?

          Na pewno im większy stres – tym praca trudniejsza. I szef wcale nie musi Cię jebać jak burą sukę i stosować mobbing, byś miała stres – wystarczy, by podkreślił, że od tego projektu zależy Twoje (wasze) być albo nie być w firmie – i już presja wzrasta, i już będzie znacznie trudniej dla osoby, która sobie z presją nie radzi… Ale nie tylko relacje z szefem mogą zwiększyć ciężkość nawet łatwej pracy.

          Na przykładzie – pracowałam kiedyś jako hostessa. Praca banalna – nie oszukujmy się… to jednak, co było ciężkie, to fakt, że nie miałam żadnej zamienniczki (stałam sama na standzie), a mój bezpośredni przełożony nie był obecny, i miał tylko „wpaść na kontrolę” (nie wiadomo kiedy, nie wiadomo było w ogóle, czy na pewno się pojawi). Ten drobny szczegół sprawił jednak, że bałam się zrobić sobie przerwy na jedzenie / na toaletę, ponieważ bałam się, że kiedy akurat ja wyjdę na przerwę, to w tym momencie przyjdzie szef, będzie kontrola i będzie to wyglądało tak, jakbym w ogóle nie wykonywała swojej pracy… Miałam 17 lat, więc też proszę o wyrozumiałość -.- Teraz bym to załatwiła inaczej -.- Przestałam więc całą zmianę bez żadnej przerwy – a było to minimum 8 h. Byłam w stanie wytrzymać to fizycznie bez problemu, ale znacznie podniosło to ciężkość pracy – gdyby była ze mną druga osoba na standzie albo gdybym mogła się w dowolnej chwili odmeldować przełożonemu, to ta sama praca byłaby 2x łatwiejsza.

          Z problemem braku oficjalnie wyznaczonych przerw w pracy spotykałam się wielokrotnie – przełożeni nie informują, czy taka przerwa przysługuje i w jakim wymiarze (na UoP jest to oczywiste, ale na zleceniu – na takie warunki, na jakie się zgodzisz, na takich tyrasz, i wcale nie musi ci przysługiwać jakakolwiek przerwa), nie zapewniają też pracownikom pokojów socjalnych, w których można tą przerwę w spokoju odbyć – tj. usiąść, zrobić sobie herbatę i w spokoju zjeść kanapkę. Jest to poważny problem, bo nawet w miejscach pracy, gdzie miałam dobre relacje z przełożonymi, oczekiwało się od pracownika, że czas przerwy m.in. na jedzenie będzie jak najkrótszy, więc jadło się w pośpiechu i byle co (w wielu miejscach pracy nie było lodówki ani mikrofali, więc nie można było liczyć na ciepły posiłek).

          I tak – wielokrotnie zmieniałam prace, właśnie m.in. z takich powodów – co nie zmienia faktu, że warunki pracy w znaczącym stopniu wpływały na moją ocenę miejsca pracy i na moją chęć pozostania tam. Dla mnie to oczywiste, że jeżeli pracownicy robią zmiany po 8-12h, to zasługują na przerwę obiadową, by zregenerować siły… ale dla wielu pracodawców nie było to wcale takie oczywiste, i zapewnienie pracownikom głupiej lodówki, stolika, mikrofali i czajnika oraz powiedzenie: „przysługuje wam tyle a tyle płatnej / niepłatnej przerwy na tyle h pracy, najlepiej w godzinach takich a takich” z niewiadomych mi powodów nie zawsze miało miejsce… I serio – nie zawsze kierownicy w takich miejscach byli chujami – pozwalali pracownikom robić sobie przerwy, ale nie było wyznaczonych żadnych oficjalnych godzin na nie i założenie było takie, że „macie się z tymi przerwami zorganizować tak, by zawsze był ktoś przy stanowisku pracy, bo klienci czekają” – i jeśli ktoś miał przez cały dzień dużo klientów, przez co nie mógł się upomnieć o przerwę, bo cały czas kogoś obsługiwał, to po prostu robił bez przerwy i nikogo to nie obchodziło… żaden kierownik do takiego pracownika sam z siebie nie podszedł i nie powiedział: „Janusz, jadłeś już obiad? Chyba nie – zejdź na przerwę, zawołam Ankę, niech Cię zastąpi…” A wystarczyłoby przecież wprowadzić parę prostych organizacyjnych zmian, by trzymać się BHP i nie żyłować pracowników.
          Ale nie każdemu pracodawcy na tym zależy i co ciekawe – pracowałam też na zlecenie wielkich korporacji i to właśnie tam warunki pracy potrafiły być tak podłe… gdzie wiadomo, że te firmy mają pieniądz, ale inwestować go w pracownika to już niekoniecznie…

          Te czasy już dawno za mną i teraz mam pracę, do której warunków nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Wiem jednak, że to luksus i rzadkość, i że osoby bez wykształcenia na ogół nie mają na taką pracę co liczyć – a to jest naprawdę smutne, bo serio, ale pozwolenie pracownikowi na spożycie obiadu to nie powinna być wcale jakaś łaska, tylko jego święte prawo – a tak nie jest -.-

  • Marinaa

    Nadal wielu ma problem z zaakceptowaniem, że istnieje praca, którą można wykonywać z przyjemnością. Od razu wydaje się, że wymarzony zawód powinien być lekki, przyjemny i nie dostarczać nam stresów. Ale dlaczego? Każda praca ma swoje wady. Wyjątek jest taki, że akurat ta a nie inna praca sprawia nam również przyjemność, więc wady nie są aż tak bolesne i łatwiej o nich zapominamy. Niestety wykonywanie zawodów publicznych związane jest z tym, że ludzie pytają… I będą pytać. Żyjemy w kraju, w którym podważa się rozliczenia podatkowe i dobre intencje. Jednak nadal nie uważam, by dobrym pomysłem było wskazywanie jak „okropna i zła jest moja praca a ja nadal ją wykonuję” lub wmawianie „robię to tylko z pasji, pieniądze nie grają roli”. Obserwując Youtube zauważyłam, że niektórzy z youtuberów specjalnie organizują raz na miesiąc zestawienie, w którym tłumaczą na czym zarabiają. Jest to ich wybór, tłumaczą się ludziom, którzy za pomocą swoich „klinięć”, „polubień” lub po prostu przelewając realne pieniądze wspierają kanał i jego twórcę. Czy jest to dobre? Wolałabym nie oceniać, ponieważ każda sytuacja jest indywidualna. Myślę, że problemy z „zaglądaniem do portfela” nie skończą się. Ludzie niezadowoleni, wykonujący pracę, która ich męczy zawsze będą mieć pretensje do innych, szczególnie gdy owi „inni” będą wykonywać pracę, z której czerpią radość.

    • zpopk

      Akurat moim zadaniem to czy praca jest ciężka czy lekka nie uprawnia do zaglądania do portfela. Nie jestem fanką patrzenia na świat przez pryzmat kto ile zarabia. Ale nie trzeba się też kreować na osobę bardzo zmęczoną by powiedzieć „wara od moich zarobków”

      • CDR

        Praca to praca. Służy do zarabiania. Im więcej tym lepiej ;-) I to jest wymierne. A satysfakcja, radość, to czy jest ciężka czy lekka – to już zależy po trochę od samej pracy jak i od pracownika i otoczenia a nawet od nastrojów (są dni gdy nic nie jest w stanie mnie zirytować i takie gdy bez kija nie podchodź). Nie widzę natomiast prostej zależności między dochodami a pozostałymi cechami pracy (choć zapewne im większe dochody tym większa skłonność do poświęceń). A co do „afery” – to chyba częścią pracy blogera jest kontakt ze swoimi czytelnikami – zapewne często bardzo przyjemny (w końcu czytają głównie fani) a czasem jak widać mogą pojawić się problemy – proza życia ;-)

        • zpopk

          No ja jednak trochę widzę zbieżność z dochodami. Jeśli mamy pracę ciężką – np. fizyczną i mało płatną to jednak trudno mi oceniać ją jako równie dobrą – jak taką która daje dużo wyższe dochody przy mniejszym zaangażowaniu i wysiłku.

          • CDR

            Oczywiście w tym przypadku ocena jest prosta. Ale co jeśli za pracę cięższą płacą lepiej niż za lekką? Która wtedy będzie lepsza? Ponieważ płaca jest wymierna a ciężar pracy bardziej subiektywny to często to co dla jednego ciężkie dla drugiego wcale nie. Co więcej wysokość płacy wpływa na naszą ocenę jej ciężkości czy może lepiej uciążliwości (przynajmniej ja tak mam). Im lepiej płacą tym mniej mi w pracy przeszkadza ;-)

  • Shakuahi

    Moim zdaniem w tekście z krytyki kulinarnej było za dużo pychy i arogancji a za mało pokory i empatii. Każda praca ma swoje plusy i minusy, ale w momencie kiedy zaczynamy stawać się na piedestale i wyolbrzymiać swoje krzywdy… Cóż, sami narażamy się na krytykę, nie tylko kulinarną. Bo jeżeli zamówienie pięciu ciastek w kawiarni staje się ciężarem to trzeba zmienić pracę.

  • Kinga Kołakowska

    Co do dostawania wynagrodzenia za pasję to za każdym razem przypominają mi się rysownicy i inni artyści. W mniemaniu wielu osób, skoro oni malują, bo to lubią i to jest ich pasja to nie powinni wyciągać ręki po zapłatę. Te słynne „będzie do portfolio” czy „dla ciebie to 15 min malowania, a i tak to lubisz”. W tym momencie artyści próbują się bronić udowadniając, że ich praca w cale nie jest łatwa i nie urodzili się z pędzlem w dłoni. Pokazuje to przekonanie społeczeństwa, że praca musi być ciężka i wymagająca, żeby należało za nią płacić. Takie „praca jest czymś okropnym i dlatego ci za nią płacą”.

    • Ay

      Jako studentka grafiki powiem tylko, że jest różnica między rysowaniem tego, na co ma się ochotę wtedy kiedy ma się czas, a rysowaniem tego, co ktoś ci każe narysować, a ciebie to zupełnie nie kręci, i to jeszcze jak masz krótki deadline. Tak samo w przypadku płatnych zleceń jak i w przypadku robienia zadań zaliczeniowych na studia. W jednym przypadku doczepi się klient a w drugim profesor. :D

      • Z blogerem jest to samo. Wpis o wakacjach vs zamówiony tekst sponsorowany.

      • Shakuahi

        Niech powstają i jedne i drugie. Tylko tutaj chodzi o to, że fotograf nie będzie płakał klientowi, że sobie narobił odcisków na palcach od pstrykania fotek a aparat taki ciężki. Tzn może, ale nikt go nie zatrudni więcej bo nikt nie lub słuchać jojczenia.

  • Małgorzata Stadnik

    Jak Zwierza zawsze uwielbiałam, do Magdy z Krytyki nawet nie usiłując porównywać, to teraz muszę napisać (muszę, bo Krytyka dużo miejsca poświęca komentarzom użytkowników): WTF, Zwierzu, what the actual fuck.

    Piszesz Zwierzu o odnoszeniu się Magdy do czytelników. Karytka bardzo jasno, poświęcając cały akapit, wyjaśniła, że czytelników swych kocha i ubóstwia i wszystko dla nich, natomiast w tekście się odnosi do internetowych trolli. Nie uważam, żeby istniało jakiekolwiek usprawiedliwienie dla osób, które krytykują teksty sponsorowane. Ktoś dostał pieniądze za artykuł – tak działa zarabianie w tej branży. Przecież jest napisane, że tekst jest sponsorowany. Nawet płacący za artykuł musi wiedzieć, ze od razu go to stawia w gorszej sytuacji niż bohaterów tekstów zwykłych. Nikt nikogo nie oszukuje, wszystko jest czarno na białym. Pachnie reklamą? To JEST reklama, nie musi pachnieć Armanim.

    O ile Zwierz ma święte prawo do wyrażania swego zdania, to coraz częściej zauważam pisanie imperatywami. „Bo moi drodzy praca blogera to nie jest ciężka praca”. Zwierzu, sama piszesz ciągle, że to nie jest Twoja praca. Że to side project. Ba, rękami i nogami zapierasz się, żeby to nie był w pełni profesjonalny blog (niech sztandarem będzie tu sławetny brak przecinków). Niektórzy się z tego utrzymują. I o ile nie masz zamontowanej kamerki na głowie każdego blogera w Polsce, nie masz uprawnień do wydawania takich sądów. A nawet z kamerką, bo ocenianie cieżkości pracy innych to jest w ogóle jakiś mało profesjonalny żart.

    Zwierz sama przyznawała, że podróżuje po Polsce i do Londynu. Gdybym podróżowała po Europie sama, pewnie też bym uważała, że to sama przyjemność. Ale podróżuję najczęściej z Mamą. Która spędza przed każdym wyjazdem tygodnie czytając każdy wpis, podręcznik, post, artykuł, drukując mapy metra, miasta, stacje przesiadkowe, knajpy, zabytki, organizując czas co do minuty, dzięki czemu cała rodzina przyjeżdża na gotowe, Dorota Travel zajęła się wszystkim. Łatwo mi więc sobie wyobrazić, że Magda wykonuje pracę podobną, której deprecjonowanie mogłoby sprawić, że uschną mi kończyny i byłaby to kara w pełni zasłużona.

    Ok, trudno uwierzyć, że jedzenie wiąże się z poświęceniem. Ale dla większości z nas to przyjemność, a to, że Krytyka wyznała, że wpis TOP cukierni wymaga od niej wizyty w 20 cukierniach (a wiemy, że nie zamawia tam ptysia, tylko pół karty), to pominę zagrożenie zdrowotne takich eskapad, to po prostu nie ma bata, żeby 7 ptyś, 10 sernik i 15 karpatka sprawiały przyjemność. O nie. I jak Masłowska poświęciła się dla czytelników oglądając Azja Express, i jak Zwierz się poświęca dla czytelników oglądając wiele beznadziejnych produkcji, żeby czytelnicy już nie musieli się męczyć, tak Krytyka się poświęca narażając swoje jelita i kubki smakowe na tony obrzydliwego żarcia. Ja pracę Zwierza szanuję i podziwiam, ale uważam, że naprawdę nie ma potrzeby, żeby Zwierz deprecjonował cudzą pracę. Zwłaszcza z zupełnie innej branży. Lżejszej? Jeśli wg Zwierza jest ona lżejsza, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Zwierz otworzył drugą stronę, z jedzeniem i podróżami. Ja będę pierwszą, najwierniejszą czytelniczką. Wtedy Zwierz może oceniać, jaką pracę wkłada w prowadzenie takiego bloga.

    W końcu Zwierz sama pisze o tym, że ciężkość pracy typu blogowanie sami sobie narzucamy. Dlaczego na litość boską to ma znaczyć cokolwiek? Ciężka praca to cieżka praca, nieważne, kto sobie narzucił. Dlaczego mamy prawo napisać „sama sobie to zrobiłaś”? Nie sobie, tylko nam. Bo jakby Krytyka pisała inaczej, może by nie miała tylu czytelników. Zwłaszcza, że jest pyskata jak jasna cholera, co jej automatycznie odejmuje masę potencjalnych wielbicieli. Widać woli być zadowolona z efektów pracy, niż nie wyrażać opinii na temat tego, co ją dotyka. Nie wiem jak często Zwierz się spotyka z nienawiścią wymierzoną w Zwierza – choć widziałam nie raz jak Zwierz się żali na odbiorców – ale naprawdę jest limit gnoju, które przeciętny człowiek potrafi przyjąć bez słowa na twarz. Niektórzy go mają po jednym komentarzu, niektórzy po stu. Magda gęsto cytuje internetowych hejterów, widać, że się z tym mierzy każdego dnia w ilościach hurtowych. To jest krzyż, który muszą nosić osoby publiczne: każdy przejaw luksusu będzie wywoływał nienawistne komentarze. Czy to znaczy, że mamy się z tym pogodzić? Dlaczego? Dlaczego nie godzimy się (wiem, że my obie) na rasizm, seksizm, homofobię, a godzimy się na odbieranie prawa do luksusu? Oczywiście: inny kaliber, ale jesli będziemy przemilczać, pomijać, udawać, ze nie widzimy, będzie tego tylko więcej. A jest już tyle, że trudno znaleźć w internecie komentarze warte uwagi. A przeciez takie też są.

    Piszesz Zwierzu o luksusie bycia panem własnego czasu. Ale ponownie – reżim punktualności narzocony przez samego siebie naprawdę nie jest mniej męczący od tego, który narzuca pracodawca. Co więcej, niektórzy mają tak, że jak zaczną sobie luzować w pewnych obszarach, to wypadają z rytmu i cała machina się wali (analogia: ok, ćwiczę codziennie, dzisiaj nie poćwicze, bo cośtam. Ok, przecież ćwiczę generalnie, raz nie poćwiczyłam i nic się nie stało, mogę nie poćwiczyć i dzisiaj. Ok, jak już dwa razy nie ćwiczyłam i nie przytyłam 10 kg, to mogę i trzeci. Bo pada. Bo nie mam nastroju. Bo cośtam. Ups, z codziennych ćwiczeń zrobiło się ćwiczenie raz w tygodniu, jednak maratonu nie będzie. Ale co tam, robię to dla siebie!).

    Blogowanie jako zawód wybrany – a jaki nie jest? Nawet w czasach, gdy po technikum/zawodówce kierowali cię do pracy w zawodzie (a szkołę też się wybiera przecież samemu!!!!), to można było sobie załatwić zwolnienie z tego obowiązku. To że jestem sprzedawczynią, nauczycielką, dziennikarką, programistką, to jest mój wybór. Bo ZAWSZE jest wybór, jest to kwestia jedynie (i aż) priorytetów, ambicji, wizji czy przekonań.

    Wiem doskonale, że w naszym społeczeństwie jest popyt, żądanie, moda na bycie Matką Teresą (sam fakt, że istnieje takie powiedzenie, mimo że Matka Teresa miała za uszami sporo…), która poświęca pracę i czas zupełnie bezinteresownie (choć jak wiemy, wtedy też zostanie opluta, because: reasons). Więc skoro jesteśmy świadomi mechanizmów społęcznych, kulturowych, obyczajowych (Zwierz jest totalnie świadoma, Zwierza podziwiam głównie za to), to dlaczeo wciąż się wpisujemy w ten trend? Nie daj Bóg na 200 wpisów pojawi się 1 wypluwający się na rzeczy frustrujące blogera! U Zwierza też się takie pojawiają. Ba, jakby u Zwierza były one w stosunku 200:1 wpisów o filmach, czytałabym wszystkie tak samo. Ja w ogóle uwielbiam jak Zwierz wchodzi z innymi w polemikę. Ale nie tym razem. Tym razem Zwierz jest bitchy na zjawisko, do którego człowiek ma święte prawo, a tego prawa mu społeczeństwo odmawia z mocą tysiąckrotnie przekraczającą sprzeciw wobec ograniczaniu praw kobiet czy osób nieheteronormatywnych, chociażby.

    W końcu: jest różnica pomiędzy reakcją a kreacją. Post Magdy jest bezpośrednią reakcją na bezprawne wylewanie wiadra pomyj. Bo dlaczego dajemy prawo hejterom mówiąc „trolling był i będzie, nie reaguj”, a odbieramy osobom prawa do obrony „pyskata, rozwydrzona, na pewno jakaś feministka brzydka, gruba i nikt jej nie chce”.

    Miałam nic nie pisać, choć we mnie się zagotowało już przy wpisie na prywatnym profilu (z zasady tam nie komentuję, każdy ma prawo do prywatności, choć komentarze pod wpisem mnie przeraziły), ale jak Zwierz wyciągnęła kwestię publicznie, to jednak mi się ulało. I piszę to ja, która jeszcze niedawno niemal stalkowała Zwierza jak psychofanka, a o Magdzie z Krytyki nawet nie wiem jak wygląda. Więc niniejszy komentarz może nawet nosi znamiona obiektywności.

    Reasumując: wymagajmy od siebie, a nie od innych, żeby wymagali od siebie tego, co my uważamy za słuszne. I precz z trollami.

    #niepopularna opinia

    • zpopk

      Mój blog to nie jest side project. To jest dla mnie naprawdę całe życie, coś z czego czerpię satysfakcję i co zabiera mi czas. To nie jest coś co robię sobie po godzinach – poświęcam mu więcej czasu niż pracy „zawodowej” tylko po prostu muszę się z czegoś utrzymać. Jednocześnie – nie wiem dlaczego miałabym nie opisać mojego podejścia do kwestii tego czy bycie blogerem jest pracą ciężką czy nie. Dla mnie kreowanie pracy blogera jako pracy ciężkiej i niesamowicie wymagającej poświęcenia – jest nie tylko nie prawdziwe ale i szkodliwe społecznie. Nie wiem dlaczego miałabym ukrywać tą opinię. Nie poszłam do autorki nie nakrzyczałam na nią. Napisałam jak jest moim zdaniem. Poza tym – uważam że bardzo często trzeba wymagać od innych rzeczy słusznych – na tym opiera się w dużym stopniu kwestia etyki, moralności – nie tylko na wymaganiu od samego siebie ale też wskazywaniu na to co jest szkodliwe. Nie wiem czy byłoby z mojego punktu widzenia bardzo moralne przejść wobec czegoś co uważam za szkodliwe i nie zgodne z prawdą tylko dlatego, że dotyczy kogo innego. Jestem zdania że w takich przypadkach trzeba reagować bo inaczej wszystko co mamy do zaoferowania to obojętność. Nie jest to post dla nikogo obraźliwy ale przedstawiający moją postawę względem sprawy. Nie widzę w nim nic złego. Nie uważam bym była bitchy, uważam że jest groźnym kreowanie się na męczennika w przypadku takiej pracy jak blogowanie. Możemy mieć różne zdania ale nie widzę w tym wpisie nic co byłoby tak straszliwe. Inna sprawa – ludzie się czasem ze sobą nie zgadzają. Tak jest. Polemizowanie z innymi ludźmi nie jest złe. Zwłaszcza kiedy – co robię – podkreśla się że to nasze zdanie.

    • Peter Wimsey

      „Ok, trudno uwierzyć, że jedzenie wiąże się z poświęceniem. Ale dla większości z nas to przyjemność, a to, że Krytyka wyznała, że wpis TOP cukierni wymaga od niej wizyty w 20 cukierniach (a wiemy, że nie zamawia tam ptysia, tylko pół karty), to pominę zagrożenie zdrowotne takich eskapad, to po prostu nie ma bata, żeby 7 ptyś, 10 sernik i 15 karpatka sprawiały przyjemność. O nie. I jak Masłowska poświęciła się dla czytelników oglądając Azja Express, i jak Zwierz się poświęca dla czytelników oglądając wiele beznadziejnych produkcji, żeby czytelnicy już nie musieli się męczyć, tak Krytyka się poświęca narażając swoje jelita i kubki smakowe na tony obrzydliwego żarcia.”

      Ja nie wątpię. Ale Zwierz trafnie wskazuje, że to same autorki narzuciły tu sobie te poświęcenia, w tym konkretnym przykładzie w postaci „standardów riserczu”. A szczególnie kiedy chodzi jeszcze o z istoty rzeczy w dużej mierze subiektywną opinię o ciastku, po prostu trudno mi z powagą czytać, że ktoś musiał Dla Dobra Czytelników tyle tych ptysiów zjeść. No serio, to jednak nie jest naukowe badanie nad lekiem, gdzie ktoś siedzi po nocach w laboratorium, bo jak nie sprawdzi czegoś, to ludziom wątroba siądzie w próbach klinicznych. To nie jest nawet wpis na temat może nie super poważny, ale jednak taki, że można napisać rzetelnie albo nie; jak na przykład o aktorze. To są wpisy o tym, gdzie można dostać smacznego – według autorki – ptysia, albo gdzie była ładna jej zdaniem plaża. Właściwie co by się stało, gdyby nie spróbowała wszystkich albo nie pozamawiała pół karty albo odpoczęła sobie i napisała, że na tej jednej, na której była, to było spoko i leżała tam plackiem przez tydzień, to nie bardzo wiem.

  • Ay

    W sumie to trochę nie na temat, bo z przesłaniem posta się zgadzam. Ale parę takich luźnych przemyśleń…
    Blogowanie zawodowe to coś na tyle nowego i innego, że ludzie są zdezorientowani. W każdym innym zawodzie dostaje się pieniądze bezpośrednio za wykonywaną pracę, albo od klienta albo od pracodawcy. To jest prosty system, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Sprzedaje się komuś albo swój produkt, albo usługę, albo czas i umiejętności. A bloger pisze z własnej woli, za darmo, nie wymagając od czytelnika żadnego płacenia, więc czytelnik nie traktuje tego jako pracy, no bo przecież jeśli robisz coś za darmo i dobrowolnie, to nie jest praca. Poza tym może się mylę, ale raczej większość blogerów zaczynała pisać hobbistycznie nie zakładając z góry, że będą się z tego utrzymywać. I pewnie często przez parę pierwszych lat faktycznie nic z tego nie mieli. i taki stan rzeczy jest uznawany na normalny przez obie strony. A potem nagle pojawia się ktoś z zewnątrz, jakaś firma, która chce zapłacić za reklamę. Nie dlatego, że ta firma faktycznie docenia pracę tego blogera i chcego wspomóc z dobrego serca. Nie dlatego, że uważa jego pracę za tak świetną i chce od niego kupić jakąś usługę. Tylko dlatego, że tej firmie się to opłaca, że dzięki temu sama zdobędzie więcej klientów i sama więcej zarobi. I oto czytelnik widzi na blogu wpis, który jest nieszczery, niezwiązany z tematyką bloga, nic niewarty. I pisze krytyczny komentarz. Bloger oburza się, że przecież pracuje tak jak każdy inny i należy mu się zapłata, żeby miał za co żyć. Ale czytelnik powie „Ale co mnie to obchodzi, jeśli przez pięć lat utrzymywałeś się z czegoś innego, blogując dobrowolnie w wolnym czasie, to dlaczego nagle mam się zacząć przejmować twoim losem. Mogę ocenić treści które tutaj prezentujesz, uważam, że reklamy są bezwartościowe, psują bloga, zniechęcają do jego czytania i nic mnie nie obchodzi, z czego się utrzymujesz”. Myślę, że gdyby taki bloger pewnego dnia postanowił udostępnić jakieś treści tylko za dodatkową opłatą, to wielu czytelników uznałoby to za normalny, uczciwy układ (bo każdy ma prawo wyceniać swoją pracę jak chce) i lepsze rozwiązanie niż zawalanie bloga reklamami i usprawiedliwianie się, że to konieczność, bo z czegoś trzeba żyć.
    Nie piszę tu o żadnych konkretnych przypadkach, tylko tak czysto hipotetycznie wyjaśniam, że zachowanie ludzi nie wynika raczej z jakiejś zazdrości o to, że komuś się powodzi, tylko ze zdezorientowania, bo mają do czynienia z nowym dziwnym zjawiskiem, którego nie da się porównać z tym, do czego byliśmy przyzwyczajeni, bo gdy próbujemy to porównywać do standardowej pracy, to mamy poczucie, że coś jest nie tak, jak być powinno.

    • scripty

      Nie wiem, czy to zupełnie nowe zjawisko… A product placement w kinie i TV? Też go przecież kiedyś nie było, a zasada działania podobna…

      • zpopk

        Myślę że nowe jest poczucie czytelników że bloger jest im osobą bliską i znajomą i przez to kwestia reklam i w ogóle postrzegania tego jako zawód (kim jest bloger? jest sobą – tak wiele osób to widzi) budzi pewne kontrowersje wśród ludzi mniej siedzących w Internecie

        • scripty

          OK, to fakt. No ale sposobem na konfuzję czytelników nie jest chyba rezygnacja z wpisów sponsorowanych.

          • Ay

            Najlepiej by było, gdyby czytelnicy powstrzymali się od hejterskich
            komentarzy, a blogerzy przestali wyzywać czytelników od cebuli
            zaglądających komuś w portfel i obie strony były trochę bardziej
            wyrozumiałe dla siebie nawzajem. Bo nie tak łatwo jest jednoznacznie
            ocenić to zjawisko.

        • spirit

          już o tym pisałem kilka lat temu w tym miejscu… choćby nie wiem jak wiarygodny był bloger i jak wielką miał wiedzę i jak bardzo przyłożył się do napisania wpisu – świadomość, że dostał za ten wpis kasę w ramach artykułu sponsorowanego zazwyczaj zapala lampkę u czytelnika: oho, sprzedał się, oho, wciska nam kit, pewnie nawet tego nie lubi/nie czyta/nie ogląda… jest jakaś ogromna dziura między tym, że bloger zarabia pośrednio, a tym, gdy zarabia na czytelniku wprost, nie wszystkim to styka… nie wiem, czy to wynika z idealizowania ulubionego blogera, z mentalności, czy po prostu z zazdrości, ale rozmowy o kasie zazwyczaj kończą się średnio przyjemnie dla obu stron… chyba nawet kiedyś zwierz o tym miał osobny wpis, że blogosfera cierpi z tego powodu bardzo i że to temat tabu – nie ze względu na stawki, ale właśnie na fakt, jak bardzo to rezonuje i że lepiej siedzieć cicho.

      • Ay

        Najlepiej by było, gdyby czytelnicy powstrzymali się od hejterskich komentarzy, a blogerzy przestali wyzywać czytelników od cebuli zaglądających komuś w portfel i obie strony były trochę bardziej wyrozumiałe dla siebie nawzajem. Bo nie tak łatwo jest jednoznacznie ocenić to zjawisko. :)

  • McFly

    Wow. Czyli można być znanym blogerem i nie narzekać na to, jak ciężka jest to praca. Nie spodziewałam się tego

  • Mam wrażenie, że głównym problemem Magdy jest frustracja z braku work/life balance. I to jest problem z profesjonalnym blogowaniem (jak zresztą z każdym budowaniem marki na początku, czy mówimy o szwalni czy o gotowaniu): na początku zżera mnostwo czasu. I w sumie jest to ryzyku wliczone w rozkręcanie własnego biznesu,a le po jakimś czasie musisz sobie postawić granicę. Tylko gdzie przebiega granica, gdy blogujesz o turystyce czy gastronomii? Wychodzisz ze znajomymi do knajpy, ale przedtem musisz zdecydować: czy to kawałek pracy czy czasu prywatnego. Wyjeżdżasz na wakacje, ale czy to wakacje czy praca?

    (Oczywiście może to moja perspektywa, ja rzuciłam pracę w szkole, by pracować w semikorpo, bo pracuję tylko osiem godzin, a nie 6 lekcji. Teraz mam wyraźny podział na życie zawodowe i życie prywatne i nawet jak w weekend spotykam się z ludźmi z pracy, to nie w sprawach zawodowych.)

    • Kayleigh90

      Myślę, że to tak jest zawsze, jak ktoś chce mieć własny biznes. Owszem, jest sam sobie szefem, ale jest coś za coś – brak urlopu (bo wolne = brak zarobku), opłaty itd. I dopiero po pewnym czasie można widzieć efekty, nie ma ich od razu. Ale to nie znaczy, że trzeba rezygnować, zwłaszcza, jeśli taką pracę się lubi – bo gorzej, jak zakłada się biznes w działce, której właściwie nie darzymy jakąś sympatią.

      • Hm, niea do końca o to mi chodziło. Raczej głównie o to, że jeśli swoją pasję zamieniasz na źródło zarobku, to trudno rozdzielić czynności zawodowe i relaksujące.

        • Kayleigh90

          To też święta prawda. Niestety, niektórym się wydaje, że jak założą biznes w działce, którą lubią, bo wcześniej to było hobby, to będzie super. No niestety, to jest trochę jak z ustawieniem ulubionej piosenki na budzik. Po pewnym czasie przestaje być „ulubiona”.

    • Marta

      Dokładnie o to, to! Po prostu „zatkało” mnie, kiedy przeczytałam, że autorka coś, co ma być urlopem, zamienia w cierpienia. Bieganie z kalendarzem zaplanowanym co do godziny, jeszcze rozumiem – moi Rodzice lubią tak jeździć, że jest wycieczka przewodnik, o tej wchodzimy na lodowiec, o tej schodzimy, potem pół godziny na siku i jedziemy na drugi. Ale kiedy zamiast spędzać czas z przyjaciółmi, autorka siedzi z głową w kompie, to naprawdę coś poszło nie tak. Do tego stwierdzam, że bardzo wyrozumiali przyjaciele. Bo ja bym na swoją przyjaciółkę się nieco podenerwowała, że nie ma dla siebie ani momentu wytchnienia, od czegoś, co jest jej pracą. Ba, próbowałabym ją przekonać, że ona tego wytchnienia potrzebuje.

  • spirit

    ale tak zdroworozsądkowo – jeśli się narzeka, że prowadzenie własnego bloga jest ciężkie, to albo robię to źle, albo łaknę zrozumienia i lżejszego traktowania… obie sytuacje są dla blogera trochę karkołomne do obrony, bo jeśli na blogu zarabiasz – to nie masz za bardzo prawa narzekać, bo to Ty decydujesz co piszesz, jak piszesz, kiedy piszesz, itd. … gdybym założył dzisiaj bloga o biczowaniu się pejczem i zarabiał na tym miliony (pomysł mój, ale można podkradać), to czy miałbym prawo narzekać, że mam opuchnięty tyłek? i czy miałbym prawo oczekiwać lżejszego traktowania? i jak bardzo wiarygodny byłby mój wpis pod tytułem: to strasznie ciężka praca, nawet nie wiecie…

    wszystko sprowadza się do formy tak naprawdę… można fajnie i lekko opisać kulisy prowadzenia bloga i każdy sobie wyciągnie wnioski, czy to trudny zawód, czy jednak nie… pisanie otwartym tekstem i narzekanie ma tylko większą formę rażenia i jak pokazuje wpis zwierza – całkiem pokaźnie wpływa na kliki, więc de facto na całej aferze jak sądzę Pani Blogerka zarobi dodatkowo… a potem się jeszcze oburzy, że znowu zaglądają jej w portfel :)

    • nonsens

      a kierowane do czytelników słowa „polska cebulo”, czy też „A dla tych, co mnie próbują rozliczać mam gościnnego bana – zawsze wciskam go środkowym palcem, dla zasady” brzmią… hm, jakoś tak co najmniej mało kulturalnie i dość niedojrzale.

  • Maria Mor

    Zawsze mnie dziwi, gdy narzekają osoby, które mają wolny zawód, prowadzą swoją działalność, czyli same sobie są „sterem, żeglarzem i okrętem” (dziwi mnie, bo sama takową prowadzę i nie mam takiego problemu). Rozumiem, gdy pracownicy „na umowę o pracę” są sfrustrowani, bo mają koszmarnego szefa, który każe im robić za dwóch i nawet nie przewiduje żadnej premii, czy po prostu jest głupi/sadystyczny, mobbuje itp.
    Ale jak jest się szefem samego siebie..?
    I do tego samemu wybrało się tematykę – akurat w tym przypadku – bloga?
    Ja nie zdecydowałabym się na pisanie o jedzeniu, jeśli miałoby się to wiązać z przejadaniem się i przybieraniem na wadze, bo takie w tym przypadku jest ryzyko, o czym pisze sama autorka.
    Zwierz jakoś nie narzeka, że musi oglądać dla nas filmy, czasami hektolitrami, co może spowodować pogorszenie wzroku lub ryzyko zachorowania na miażdżycę z powodu konsumowanych nachosów. Czyli można!

    • nat

      Oczywiście, że wolny zawód czy własna działalność może dawać czasem powody do narzekań. Bo rozwój nie następuje tak szybko, jak na to liczyliśmy, bo realia są trochę inne, niż nam się wydawało, bo są rzeczy, które trzeba zrobić, a o których nie pomyśleliśmy, decydując się na taki a nie inne zajęcie. Generalnie: bo jest mniej różowo niż sobie wyobrażaliśmy. Myślę, że większości ludzi zdarza się czasem taki okres, że wydaje mu się, że pracuje ponad swoje siły, efekty są żadne, a wszyscy wokół jeszcze mu zazdroszczą, bo ma takie fajne zajęcie i pieniądze to w ogóle same wpadają mu do kieszeni.
      Więc to nie jest tak, że praca na swoim to zawsze sam miód i orzeszki (jeżeli w Twoim przypadku tak jest to ekstra, tylko pogratulować!) i wg mnie każdy ma prawo od czasu do czasu do poczucia, że jest mu ciężko. Samo to nie jest jeszcze jakimś problemem, ale jest nim już takie publiczne narzekanie i robienie z siebie męczennika. Właśnie dlatego, że przeważa szalę w wartościowaniu wykonanej pracy z jakości i skuteczności, na włożony w nią wysiłek. A to zdecydowanie nie powinno tak być i jest to bardzo, bardzo duży problem rynku pracy.

    • Ula

      Jak można mieć tak okrojone spojrzenie na ten temat prowadząc samodzielnie działalność? Może idzie Ci wyjątkowo dobrze, ale czy na pewno realia są takie, że ludzie bez złego szefa nad głową, pracujący na własny rachunek nie mają powodów do frustracji? Bo ja widzę ich mnóstwo. Jesteś szefem samego siebie – całe powodzenie zależy od Ciebie, jest w tym dużo więcej ryzyka, mniej stabilności, każdy błąd ma widoczne konsekwencje. Chcesz przetrwać – musisz być innowacyjny, ciągle próbować nowych rzeczy i regularnie wychodzić bo strefę własnego komfortu. Bo dzisiaj idzie ci dobrze, ale za miesiąc może cię już nie być.
      Dla mnie to nie brzmi jak bajkowa wersja pracy.

      • Maria Mor

        OK, może trochę przegeneralizowałam, patrząc na sprawę z perspektywy mojej i moich znajomych, również działających na własny rachunek, w różnych dziedzinach. Oczywiście, że wkurzają mnie wysokie stawki ZUS, czasem dziubię na kompie do trzeciej nad ranem, a niektóre miesiące mam cienkie jak barszcz, ale od użalania się nad sobą powstrzymuje mnie myśl, że to ja postanowiłam wziąć sprawy zawodowe w swoje ręce i że wszystko zależy ode mnie. A jeśli nie biznes wybitnie nie będzie szedł, będzie to znak, że czas poszukać pracy na etacie. Albo jakiejś innej, ale nie na własny rachunek.
        Oczywiście tej dyskusji w ogóle by nie było, gdyby w życiu Krytyki nie nastąpiło zdarzenie, które przepełniło czarę goryczy. I wyszło na jaw, że życie nie jest wcale takie różowiutkie i słodkie, jak to widać na zdjęciach na blogu. Do tego słodzenia wbrew rzeczywistości sama się zresztą przyznała.

        • Ula

          Gratuluję zdrowego podejścia i charakteru! Ale myślę, że mimo wszystko masz prawo czasem ponarzekać ;)

  • Ria

    Zwierz ustala sobie standardy i spędza wiele godzin na merytorycznym przygotowywaniu wpisu. Ba, czasem nawet westchnie „oj, ten wpis zabrał mi więcej czasu niż myślałam”. I wszyscy czytelnicy wiedzą, że Zwierz robi risercz do spodu, co przekłada się na rzetelność informacji. I są wdzięczni, i czują się dopieszczeni, i nikomu nie przeszkadzają reklamowe banery czy sponsorowane zachęty do czegoś tam. Ponieważ Zwierz robi to z klasą i wyczuciem i nie uważa się za męczennika bloga.

    Paweł Opydo z marudzenia na temat swojego poświęcenia (vide: „Złe książki”) robi całe show i czytelnicy/widzowie to uwielbiają, wręcz dopingują. Przy czym na działalności w internecie opiera swój dochód, nigdy tego nie ukrywa i nikt nie ma w stosunku do niego zastrzeżeń, jeśli chodzi o teksty sponsorowane.

    W przypadku „KK” coś poszło bardzo nie tak. Nie znam tego bloga, przeczytałam tylko wpis, o którym mowa. I jeśli blogerka, która sama sobie ustala standardy (liczbę odwiedzonych miejsc, spróbowanych dań) uważa, że się tak bardzo poświęca, że staje się to ciężką pracą, to naprawdę nie jest wina czytelników i trudno oczekiwać od nich współczucia. A jeśli wyrażają swoje niezadowolenie z powodu tekstów sponsorowanych, to może coś jest źle albo z samymi tekstami, albo z całą atmosferą blogu…

  • nonsens

    kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o… emocje. pani „krytyka” być może należy do tej (dużej) grupy ludzi, którzy ZAWSZE muszą mieć gorzej. bo inni niedostatecznie chwalą, niedostatecznie doceniają, czepiają się głupot i w ogóle żyć nie dają. takie osoby nawet mając najcudowniejszą, najbardziej relaksującą, a równocześnie najwyżej punktowaną społecznie pracę, będą narzekać, bo już tak mają. im zawsze wiatr w oczy.
    swoją drogą bardzo ciekawe jest to, że w drabince społecznego prestiżu nie ma jednak zawodów powszechnie uznawanych za łatwe i przyjemne.Pierwsze dziesięć miejsc to strażak, profesor uniwersytetu, robotnik wykwalifikowany, górnik, inżynier pracujący w fabryce, pielęgniarka, nauczyciel, lekarz, rolnik indywidualny i oficer zawodowy (CBOS 2013). trochę dziwne, że ktoś wybiera sobie karierę blogera, a potem narzeka, że nie jest powszechnie poważany (nie mylić z szacunkiem należnym każdemu).

    • Anna

      Profesor uniwersytetu – nie wiem, czy łatwe (dla wielu tak) , ale na pewno przyjemne.

      • AnixKajol .

        Badanie CBOS-u określało najbardziej prestiżowe zawody a nie łatwe. I jestem zdziwiona, że rolnik znalazł się tak wysoko. Sadzać po różnych opiniach wygłaszanych w necie, nie spodziewałabym się.

        • Juliusz Markowski

          W Polsce jest stosunkowo dużo osób pracujących w rolnictwie.. pewnie więcej niż osób piszących opinie w internecie.. podejrzewam że sondarz CBOS obejmował szerszą grupę ankietowanych niż sami internauci… A co do profesora uniwersytetu to cóż to pewnie zależy od dziedziny ale z moich doświadczeń z pracą naukową to w Polsce to jest raczej praca podobna do menedżera średniej firmy – wymyślasz produkt, szukasz finansowania i nadzorujesz wykonanie uzerajac się jednocześnie z biurokracją dbając o odpowiednią promocje i reklamę. Nie zazdroszczę.

  • Shakuahi

    Ja wszystkim życzę żeby zarabiali jak najwięcej. I to tak serio. To napędza gospodarkę, sprawia, że ludzie są mniej sfrustrowani i ogólnie jest fajniej. Ogólnie wszystkim życzę dobrze, bo taką mam naturę. Nawet jak kogoś nie lubię, to nie życzę mu żeby zdechł tylko żeby wygrał w Totka i wyjechał jak najdalej ode mnie. Nie interesuje mnie czy dany wpis jest sponsorowany czy nie, byle był dobry. Nie oceniam czy ta praca jest ciężka czy nie, bo to też mnie nie interesuje. Jak wchodzę na bloga kulinarnego to szukam recenzji restauracji. Kotlet był dobry, buraczki złe. Tyle.

  • Aga Be

    Z perspektywy pracy grafika/”artystki” (hę, hę) chciałabym bardzo, by każdy w tym naszym… jakże cudownym… kraju zrozumiał w końcu że nie można wartościować pracy z uwagi tego czy jest ciężka czy łatwa (zwłaszcza że są to cholernie subiektywne pojęcia i każdy chyba ma ich inne definicje). Dialogi typu „eeee narysujesz mi portret” „jasne, jak zapłacisz” „eeee jak to przecież ty lubisz rysować!!! jeszcze chcesz za to pieniądze?!” to standard. Ludzie zapominają że żeby być w miarę dobrym blogerem / grafikiem / artystą trzeba najpierw X godzin, rozłożonych na lata w wielu przypadkach (także moim), spędzić, ucząc się i praktykując konkretne umiejętności. A potem zazwyczaj chce się być jeszcze lepszym, więc w sumie nauka nigdy sie nie kończy ;) Wielu widzi to tak: masz do tego „wrodzony talent”. Ale talent, jakkolwiek ogromny by nie był, bez nauki i praktyki nie wystarczy, by na tym zarobić.

    Nagle się okazuje że choć dajesz stawkę komuś „po znajomości”, która w przeliczeniu na godziny pracy jaką wykonasz jest taka sama jak Zenka z McDonaldsa, który wszystkiego czego potrzebował do pracy nauczył sie na dwudniowym szkoleniu, to nadal jest MEGA DROGO, zdzierstwo, za kogo ty sie uważasz… (nie mówię już o kosztach oprogramowania w przypadku grafików). I wtedy zaczynasz myśleć… może jednak ten McDonalds? xD

    Oczywiście, nie wszyscy tacy są, ale niestety mam wrażenie (och, oby było mylne ;) ), że w naszym kraju to zdecydowana większość. Co ciekawe wiele ciężkich zawodów (w ich klasyfikacji zgadzam się ze zwierzem) jest tak naprawdę dość nisko płatna (zwłaszcza jak się odejmie kredyt na mieszkanie ;) ), a na otarcie łez jest czasem szacun z dzielni, że jesteś taki biedny i pracowity itd a czasem nie…

  • wazon

    Pod powyższym podpisuję się dwiema rękami, a gdybym miała cztery ręce, podpisałabym się czterema. Praca zasługuje na aprobatę nie dlatego, że jest ciężka, ani nie dlatego, że jest lekka, tylko dlatego, że jest ludziom potrzebna i dobrze wykonana. Ale trzeba robić to, co się lubi. A jeśli człowiek w życiu trafił na pożyteczną pracę, która sprawia mu przyjemność, to nawet, jeśli zarabia średnio, ma szczęście. Jak np zwierz i wazon.

  • Marta

    Ja to jeszcze zauważyłam nieco inną tendencję, szczególnie u ludzi starszego pokolenia, jak mój Tato. Dla niego praca, to musi być ZAPIEPRZANIE. Masz być cały czas zawalony pracą. A jak, tak nie jest i masz czas na coś innego, to musisz zmienić pracę. Nieważne, że za to chwilowe „nic nie robienie” dostajesz pieniądze. MASZ PRACOWAĆ, ZMIEŃ PRACĘ. Zauważyłam to podejście, kiedy przyznałam się, że w dni dzielące Święta Bożego Narodzenia od Sylwestra przeczytałam w pracy grubą książkę. Moja praca jest zadaniowa, do tego w mojej branży to kompletnie martwy okres, a pół firmy i tak nie ma. Swoje podstawowe zadania wykonałam w dwie, czy trzy godziny i naprawdę nie było w co innego rąk włożyć. Dla mojego Taty, i jak się przekonałam, nie tylko jego, to było wielkie przestępstwo, które powinno mnie skłonić do zmiany pracy. Co z tego, że nie zaniedbałam swojej pracy, taki był po prostu moment. Potem na to samo naciął się mój Narzeczony. Który sprawdza napływające z innego kraju „raporty”. Czasem jest nimi zawalony przez 10h, 6dni w tygodniu, czasem ma do zrobienia jeden na tydzień. Zwykle są „regularne”, ale bywa i skrajnie w obie strony. Ludzie tego też nie potrafią załapać. „Ale jak to nic nie robisz i taką kasę trzepiesz”. I pomińmy tu kwestie, że każde z nas się uczyło, żeby mieć dobrą pracę i/lub pomogło szczęście w jej znalezieniu. Ale dla nas, Polaków, to niewybaczalne, że masz, a przecież za nic. Za nic, bo czytałam książkę!
    A i do tego dochodzi też kwestia odpoczynku. Ten sam ww. Tato do mnie zadzwonił i pyta „nie przeszkadzam? Co robisz?”, zapomniałam, że muszę rzucić czymś a la „sprzątam”, palnęłam „odpoczywam”. „Noooo tak, TAKĄ MASZ CIĘŻKĄ PRACĘ, to masz powody” usłyszałam sarkastycznie w odpowiedzi. Bo ja za biurkiem siedzę. To nic nie robię, logiczne, nie? ;] Tym optymistycznym akcentem przepraszam za przydługawy komentarz. Ale musiałam się podzielić swoimi przemyśleniami w temacie.

  • Zosia

    Błagam Zwierza, niech mnie linczuje, że mam sprawę niezwiązaną z tematem, ale jako historyk z wykształcenia wydawał mi się właściwym czlowiekiem. Czy Zwierz zna jakieś ciekawe książki o historii USA? Ostatnio chciałabym zgłębić temat, a nie wiem za co się złapać. Z pozdrowieniami. :)

    • zpopk

      Po polsku polecam bardzo dobre książki Krzysztofa Michałka

  • Mnie w tego typu stwierdzeniach najbardziej irytuje marudzenie tylko po to, by marudzić i nie wyciąganie ze swoich drastycznych diagnoz odpowiednich wniosków. Samo marudzenie jest dla mnie czynnością dość irytującą w przypadku, gdy nie prowadzi do zmian. Jasne, każdy z nas bywa czasem smutny, rozgoryczony czy sfrustrowany i to jego święte prawo, by móc sobie trochę ponarzekać. Jeśli jednak marudzimy na sytuację, w której sami się znaleźliśmy i – mimo możliwości odwrotu – ciągle w niej tkwimy, jesteśmy po prostu malkontentami albo w głębi duszy potrzebujemy atencji i głaskania po głowie. W pełni zgadzam się z Twoim przekonaniem, że gdy coś sprawia nam taki niewynagrodzony trud i cierpienie, należy czym prędzej to opuścić.