Home Film 50 lat minęło czyli o Our Souls at Night

50 lat minęło czyli o Our Souls at Night

autor Zwierz
50 lat minęło czyli o Our Souls at Night

Wszyscy wiemy, że kino to najbardziej zbliżony do wehikułu cza­su wynalazek jaki posi­adamy. Jed­nego dnia może­my oglą­dać aktorów młodych jak światło poran­ka, by następ­nego obe­jrzeć film z koń­ca ich kari­ery. Nie dawno Net­flix zafun­dował zwier­zowi taką właśnie prze­jażdżkę – bo moż­na było na plat­formie obe­jrzeć nie tylko Boso po parku ale też Our Souls at Night. Dwa filmy w których wys­tępu­je Robert Red­ford i Jane Fon­da. A dzieli je dokład­nie 50 lat.

Zwierz nie będzie wam dziś recen­zował Boso po parku. To film, który pow­stał w opar­ciu o sztukę i bard­zo to po nim widać. His­to­ria wcale nie jest tak bard­zo skom­p­likowana – mamy młode małżeńst­wo, które właśnie musi pier­wszy raz naprawdę razem zacząć żyć. Ona jest wol­na, mło­da i ma swój pomysł na związek, on jest nieco zaję­ty swo­ją kari­erą prawnikiem i ma nieco inną wiz­ję małżeńst­wa. I na tym samym początku swo­jego związku muszą się dogadać jak ma wyglą­dać resz­ta ich życia. Kto będzie musi­ał doros­nąć, a kto trochę odpuś­cić. Film pewnie nie był­by dziś dobrze pamię­tany gdy­by nie fakt, że zarówno Robert Red­ford jak i Jane Fon­da po tym filmie zro­bili wielkie – choć dość różne kari­ery fil­mowe. Fon­da ruszyła do kina by stać się najpierw seks­bom­bą potem postacią zaan­gażowaną poli­ty­cznie i prekur­sorką aer­o­biku. I choć potem zniknęła to kiedy wró­ciła do gra­nia przy­pom­i­nała, że zawsze była dobrą aktorką. Nawet jeśli o tym nie pamię­tano. Z kolei Robert Red­ford został tym ide­al­nym aktorem do gra­nia prawdzi­wych amerykańs­kich bohaterów. Grał ich tak dłu­go jak dłu­go pozwalały mu warun­ki a potem szukał i chy­ba wciąż szu­ka dla siebie miejs­ca. Nieste­ty Hol­ly­wood nigdy nie wie co zro­bić z ludź­mi którzy mieli tą czel­ność zes­tarzeć się poza granice swo­jej typowej roli.  Przez te pięćdziesiąt lat od pre­miery Boso po Parku spotkali się w filmie jeszcze raz w Elek­trycznym Jeźdźcu. Trochę potwierdza­jąc, że dobrze jest ich mieć razem na ekranie.

 

Ter­az po pół wieku spotkali się znów na planie fil­mu, który przenosi nas w zupełnie inne rejony. Pod­czas kiedy opowieść o młodym małżeńst­wie roz­gry­wała się w Nowym Jorku, to Our Souls at Night jest his­torią z małego miastecz­ka gdzieś na drodze do Den­ver. W tym niewielkim miasteczku star­si panowie spo­tyka­ją się na kawę i plot­ki a starsze kobi­ety? Trud­no orzec, bo film opowia­da nam his­torię z per­spek­ty­wy Louisa – emery­towanego nauczy­ciela do którego drzwi pewnego wiec­zo­ra puka sąsi­ad­ka Addie. Zarówno Louis jak i Addie jak­iś czas wcześniej owdowieli. Mieszka­ją samot­nie, wiodąc jak moż­na się spodziewać dość nudne życie wypełnione rutynowy­mi czyn­noś­ci­a­mi. Louis czy­ta gazetę od des­ki do des­ki i słucha kanału na którym cały czas podawana jest prog­noza pogody. Nic więc dzi­wnego, że kiedy Addie pojaw­ia się w jego domu jest trochę zszokowany. Jeszcze bardziej zdzi­wiony jest je propozy­cją. Otóż sąsi­ad­ka pro­ponu­je by Louis przyszedł do niej do domu… spać. Tak moi drodzy to jest punkt wyjś­cia fil­mu. Starsza pani która źle się czu­je sama w pustym domu i łóżku prosi sąsi­a­da by ten spał u niej – dotrzy­mu­jąc jej towarzyst­wa. Warto zaz­naczyć, że film jest ekraniza­cją powieś­ci, ale ponieważ zwierz powieś­ci nie czy­tał to będzie się odnosił do tego co obe­jrzał (i odnosił do sce­narzys­tów a nie do auto­ra bo kto wie jak bard­zo książ­ka i film się od siebie różnią, inna sprawa pomysł na fabułę cza­sem sprawdza się w książce a niekoniecznie w filmie).

 

Sam ten pomysł jest tak niere­al­isty­czny, że mógł­by stać się zaskaku­ją­co dobrym punk­tem wyjś­cia do ciekawego fil­mu. Bo Addie i Louis jako ludzie star­si mają prob­lem z szy­bkim zaśnię­ciem i te wspólne noce mogli­by przez­naczyć na roz­mowę. Kiedy film decy­du­je się iść w tym kierunku – jest zde­cy­dowanie naj­ciekawszy. Wspom­nienia roman­sów sprzed czter­dzi­es­tu lat – o których moż­na już mówić zupełnie spoko­jnie bo minęło tyle cza­su że naprawdę to jak cud­ze wspom­nie­nie, czy nawet najboleśniejsze momen­ty z włas­nego życia – w takiej ciem­noś­ci moż­na poroz­maw­iać o wszys­tkim. Szko­da tylko, że film dość szy­bko traci zain­tere­sowa­nia tym swoim dzi­wnym, choć nieco poe­t­y­ckim punk­tem wyjś­cia i wstaw­ia nas w taki dość klasy­czny melo­dra­mat, a właś­ci­wie bardziej kino rodzinne. Nagle okazu­je się, że zawsze za wszys­tko trze­ba w życiu zapłacić i nie ma niewin­nych roman­sów sprzed czter­dzi­es­tu lat czy żało­by do której miało­by się pra­wo. Film dość jas­no pod­kreśla że zachowanie rodz­iców tak wpłynęło na ich dzieci (które są zaskaku­ją­co młode patrząc na wiek zarówno Fondy jak i Red­for­da), że nic nie jest dla nich nor­malne. Zwierz przyz­na szcz­erze – bard­zo nie lubi takiego schematu gdzie właś­ci­wie całe życie dzieci zależy od zachowa­nia rodz­iców. Nie jesteśmy tylko dzieć­mi swoich rodz­iców.

 

Nieste­ty więk­szość fil­mu opowia­da his­torię dość banal­ną. Pojaw­ia się wnuk Addie – zagu­biony sied­mi­o­latek przys­sany do tele­fonu, którego star­si państ­wo z pomocą elek­trycznej kole­j­ki i psa wyciągną do świa­ta. Pojaw­ia­ją się niezad­owolone z życia dzieci, zna­jo­mi którzy plotku­ją za ple­ca­mi i jakieś wid­mo roman­su które nie za bard­zo pasu­je do całej his­torii. Ostate­cznie z fil­mu który mógł nas trochę wyjąć z rzeczy­wis­toś­ci i prze­nieść do świa­ta gdzie ludzie może nie mają szans odpoku­tować za grzechy z przeszłoś­ci ale przy­na­jm­niej mogą sobie o nich odpowiedzieć, została dość banal­na oby­cza­jowa his­to­ria. Nawet zakończe­nie, które miało w sobie pewien dra­maty­czny potenc­jał zostało przykryte jakimś nieco niepotrzeb­nym lukrem. Jak­by twór­cy wiedzieli, że nie powin­no się dobrze skończyć (bo to wszak film melo­dra­maty­czny) ale jed­nocześnie – bali się tem­aty­ki którą pod­jęli. Szko­da bo w sum­ie tam gdzieś była szansa na dobry film. Tylko nieste­ty zaprzepaszc­zona.

 

Zwierza zaw­iódł zwłaszcza wprowad­zona do nar­racji postać syna Addie, granego przez Matthi­asa Schoe­naert­sa (to ulu­biony bel­gi­js­ki aktor zwierza, choć nadal zwierz nie ma poję­cia jak się pisze i wymaw­ia jego nazwisko). Syn Addie to postać w sum­ie dla nar­racji kluc­zowa, ale napisana na kolanie. Ma pre­ten­sje że jego mat­ka umaw­ia się z Louisem – głównie dlat­ego, że ten czter­dzieś­ci lat wcześniej ma romans. Jed­nocześnie widz­imy, że jest nieu­dacznikiem ale film nie ma nam do zapro­ponowa­nia innego wyjaśnienia niż takie, że w dziecińst­wie mat­ka poświę­ciła mu za mało uwa­gi. I ter­az powin­na w pewien metafizy­czny sposób spłacić swój dług poma­ga­jąc w opiece nad wnukiem. Przy czym ten pomysł sce­nar­ius­zowy był­by jeszcze do prze­jś­cia gdy­by pomiędzy fil­mową matką a synem ist­ni­ała jakaś wyczuwal­na więź. Ale w tym filmie więzi nie ma i ostate­cznie syn Addie zda­je się wys­tępować w filmie tylko po to by stanąć na drodze do szczęś­cia bohaterów. Trochę tak jak­by sce­narzyś­ci nie mogli sobie wyobraz­ić, że już sam fakt bycia osobą starą i samot­ną jest wystar­cza­jącą przeszkodą do prostego szczęś­cia. Z drugiej strony jego postać i tak jest lep­iej napisana niż cór­ka Louisa – Hol­ly, która wpa­da na dosłown­ie jed­ną scenę. Trud­no powiedzieć po co – chy­ba po to by uświadomić nam wszys­tkim, że chodzi na ter­apię bo czter­dzieś­ci lat wcześniej jej ojciec praw­ie porzu­cił jej rodz­inę.

 

Zwierz trochę też bole­je nad tym, że film pokazu­je nam jakie niespełnione ambic­je miał Louis (chci­ał być malarzem i pojechać do Europy ale ostate­cznie został nauczy­cielem i ojcem rodziny) ale właś­ci­wie nic nam nie mówi co takiego w życiu chci­ała osiągnąć Addie. Jakie są jej pas­je, co ją cieszyło, jak wyglą­dało jej życie. Film, podob­nie jak wiele pro­dukcji tego typu (poświę­conych starszym ludziom) tworzy obraz takich przezroczystych wdów, które nigdy niczego w życiu za bard­zo nie chci­ały, niczego nie robiły i ter­az nie umieją się odnaleźć. I jasne wiele kobi­et real­izu­je się w domu u boku męża ale nie znaczy to, że nie mają osobowoś­ci. Addie wyda­je się zresztą postacią dużo ciekawszą, odważniejszą od Louisa – a jed­nak niesamowicie przez sce­nar­iusz zanied­baną. Sko­ro nie pra­cow­ała to jej his­to­ria nie jest tak ciekawa – nawet jeśli zgod­nie z zasada­mi sztu­ki, jest naz­nac­zona tragedią. Zdaniem zwierza film był­by bez porów­na­nia ciekawszy gdy­by udało się nieco te dwie nar­rac­je i spo­jrzenia na starość wyrów­nać. Albo przy­na­jm­niej poz­wolić nam nieco lep­iej poz­nać bohaterów – bez dziec­ka i psa w tle.

 

Niewąt­pli­wie film przepadł­by w pom­rokach dziejów gdy­by nie spotkanie na planie po lat­ach Jane Fondy i Rober­ta Red­for­da. Czas dzi­wnie się obszedł z naszy­mi aktora­mi. Red­ford którego kiedyś reżyser „Niemoral­nej propozy­cji” nazwał najlepiej chodzą­cym aktorem na świecie, dziś porusza się już nieco mniej pewnie. Ma taką twarz jaką mają na starość bard­zo przys­to­jni mężczyźni których piękne rysy twarzy zgu­biły się gdzieś między zmarszczka­mi. Nie są brzy­d­cy ale spoglą­danie na nich to zawsze szukanie tej zagin­ionej twarzy. Jak­by się człowiek nie starał szu­ka oczy­ma tego czego już nie ma. Choć Red­for­dowi z dawnej urody pozostały błęk­itne oczy i kiedy może nimi spo­jrzeć i delikat­nie się uśmiech­nąć to niemal sły­chać melodię z żądła. Jane Fon­da nigdy nie ukry­wała, że jej uro­da utrzy­mała się tak dłu­go także dlat­ego, że pomógł jej chirurg. W przy­pad­ku niejed­nej aktor­ki to przeszkadza. Ale Fon­da wciąż ma w ruchach jakąś młodzieńczą swo­bodę, w tonie gło­su coś co każe wyczeki­wać dow­cipu. Zwierz woli ją jako aktorkę starszą, mniej pole­ga­jącą na wyglądzie. Dobrze że wró­ciła do gra­nia bo jest naresz­cie ktoś do zbiera­nia tych wszys­t­kich wspani­ałych ról dla kobi­et po siedemdziesiątce. Obo­je gra­ją bard­zo dobrze ale jak­by w tym ich spotka­niu po lat­ach braku­je pomysłu.

 

 

Oglą­da­jąc Our Souls at Night razem z Boso po Parku moż­na dostrzec że oba filmy mają dość podob­ną scenę. W Boso po parku mło­da para mel­du­je się w hotelu. Przy rejes­tracji nieco stra­pi­ony małżonek zapom­i­na, że prze­cież jego żona ma już tak samo na nazwisko jak on. W Our Souls at Night nasza emeryc­ka para mel­du­je się razem do hotelu poda­jąc się za małżeńst­wo, choć do małżeńst­wa im daleko. To jed­na z tych niewielu uroczych rzeczy, która łączy te filmy. Między inny­mi dlat­ego warto je obe­jrzeć razem. I choć zwierz wzdy­cha nad tym jak bard­zo sztam­powy jest film na Net­flix to trochę rozu­mie, że pokusa by pow­stał była zbyt duża. W końcu jak powiedzi­ała Jane Fon­da – nie chce umier­ać nie wyko­rzys­tu­jąc jeszcze jed­nej szan­sy by pocałować Rober­ta Red­for­da.

Ps: Zwierz prag­nie z radoś­cią wam oświad­czyć że nie tylko słyszał o tegorocznym lau­rea­cie nagrody Nobla Kazuo Ishig­uro ale też czy­tał jego książ­ki i może wam pole­cić z czystym sercem ekraniza­cję Okruchów Dnia. Co skłoniło zwierza do reflek­sji że musi popełnić wpis o ekraniza­c­jach noblistów.

5 komentarzy
0

Powiązane wpisy