Home Nagrody/Imprezy Tego się nie da zagrać? czyli Bradley Cooper nie musi romansować by śpiewać Shallow

Tego się nie da zagrać? czyli Bradley Cooper nie musi romansować by śpiewać Shallow

autor Zwierz
Tego się nie da zagrać? czyli Bradley Cooper nie musi romansować by śpiewać Shallow

Obiecałam, że nie napisze już nic więcej o Oscarach i praw­ie się będę tej obiet­ni­cy trzy­mać. Bo dziś wpis który z Oscara­mi nie ma wiele wspól­nego a więcej z plotka­mi, fana­mi i wyobraże­ni­a­mi na tem­at tego co widz­imy przed naszy­mi ocza­mi. Inny­mi słowy, dziś będzie o tym, że Lady Gaga nie musi mieć roman­su z Bradleyem Coop­erem. Nawet jeśli patrzy na niego jak­by nikt inny na świecie nie ist­ni­ał.

Kiedy Bradley Coop­er wys­tąpił z Lady Gagą na roz­da­niu Oscarów – gdzie obo­je śpiewali razem piosenkę zakochanych bohaterów ze swo­jego fil­mu „Nar­o­dziny Gwiazdy” inter­net wręcz wybuchł od komen­tarzy tych którzy byli abso­lut­nie przeko­nani, że para nie tylko grała na sce­nie, ale też pokazy­wała światu swo­je prawdzie uczu­cia. Wszys­tko układało się zresztą w spójną nar­rację – para przez ostat­nie miesiące inten­sy­wnie pro­mowała film, mówiąc o sobie same miłe rzeczy, do tego Gaga niedawno rozs­tała się ze swoim narzec­zonym. Co praw­da Coop­er przyszedł na Oscary ze swo­ją dłu­go­let­nią part­nerką, mod­elką Iriną Shayk, ale najwyraźniej – to nie stało „zakochanym” na przeszkodzie. Poczu­cie, że akto­ra i piosenkarkę musi łączyć coś prawdzi­wego zaczęło nieco żyć włas­nym życiem. Do tego stop­nia, że w sieci pojaw­iły się nawet komen­tarze doty­czące tego, że Lady Gaga zachowała się nielo­jal­nie wobec Shayk tak uwodząc jej pub­licznie fac­eta.

 

Gwiazdy istot­nie roman­su­ją ze sobą na planie. Lau­rence Olivi­er i Vivien Leigh wymykali się na wspólne lancze tak częs­to, że w końcu wzięli ślub. Ale były to cza­sy zde­cy­dowanie więk­szej dyskrecji ze strony prasy.

Praw­da jest taka, że nasza per­cepc­ja roman­sów gwiazd to jeden z tych tem­atów w którym łączą się różne światy. Łączy się tu nasza wiz­ja Hol­ly­wood, tego co moż­na zagrać a czego nie, kul­tura plot­ki i jeszcze pewne nasze „nabieranie się” na zabie­gi mar­ketingowe. Na samym końcu jak wisien­ka na tor­cie jest zaś nasza słabość do tych przestrzeni w których realne życie zle­wa się z fikcją. Roz­mon­towanie tego kom­plek­su nie jest łatwe – i pewnie nie wszys­tko uda mi się dobrze opisać (wyma­gało­by to pewnie osob­nej książ­ki, a nie wpisu na blogu), ale chci­ałabym wam przy­na­jm­niej pokazać jak dzi­ała ten mech­a­nizm i skąd biorą się w nas niek­tóre założe­nia doty­czące tego co widz­imy kiedy Bradley Coop­er śpiewa policzek przy policzku z Lady Gagą.

 

 

Przeło­mowym romansem z punk­tu widzenia plotek o życiu pry­wat­nym gwiazd był związek Eliz­a­beth Tay­lor i Richar­da Bur­tona który zaczął się na planie Kleopa­try. Choć każdy kto widzi­ał film przyz­na, że nie ma między nimi na ekranie więk­szej chemii niż między jakąkol­wiek inną dwójką aktorów.

 

Zaczni­jmy od najs­tarszego ele­men­tu tej his­torii czyli od przeko­na­nia, że aktorzy są rozwiąźli a Hol­ly­wood to siedlisko grzechu. Przeko­nanie o rozwiązłoś­ci aktorów i aktorek jest niemal równie stare jak sam zawód (oczy­wiś­cie w rozu­mie­niu kul­tu­ry zachod­niej, bo nie dam głowy czy podob­ne założe­nia odnośnie gry aktorskiej pojaw­ia­ją się w innych kul­tur­ach). Przeko­nanie to zde­cy­dowanie przy­brało na sile wraz z pojaw­ie­niem się Hol­ly­wood. Mało kto pamię­ta, że w lat­ach dwudzi­estych Fab­ry­ka Snów i w ogóle świat fil­mu uważany był za siedlisko rozwiązłoś­ci i miejsce które wysyła w świat niewłaś­ci­wy przekaz (było tak wtedy kiedy filmy pokazy­wały romanse, posta­cie nieheterosek­su­alne i kobi­ety sukce­su). Stąd między inny­mi oby­cza­jowe ograniczenia, które miały tych rozwiązłych twór­ców sprowadz­ić z powrotem na szla­chet­ną ścieżkę pokazy­wa­nia jedynej słusznej moral­noś­ci – czyli tej która aktu­al­nie pasowała do trady­cyjnego mod­elu życia i rodziny.

Nasze przeko­nanie, że zawsze jesteśmy w stanie stwierdz­ić kto miał prawdzi­wy romans na planie trochę bled­nie kiedy nagle gwiazdy dopiero po lat­ach przyz­na­ją się do roman­su, który wcale nie był dla widzów taki oczy­wisty. Jak w przy­pad­ku Car­rie Fish­er i Har­risona For­da.

 

Zresztą potem przez wiele lat stu­dia fil­mowe kon­trolowały aktorów – trochę dlat­ego, że dość powszech­ną była wiz­ja, że aktor spuszc­zony ze smy­czy naty­ch­mi­ast zro­bi coś głupiego. Zwyk­le – rozwiedzie się, wda się w romans albo prze­jdzie kogoś po pijane­mu (znane są przy­pad­ki kiedy stu­dia fil­mowe ten ostat­ni przy­padek umi­ały dość ład­nie zatus­zować). Jed­nak nawet dziś – kiedy wyda­je się, że cza­sy uważa­nia roman­sów za niemoralne dawno minęły Hol­ly­wood pozosta­je dla wielu przykła­dem miejs­ca gdzie nie ma prawdzi­wej miłoś­ci, czy ucz­ci­woś­ci są tylko romanse na planach, narko­ty­ki i suto zakrapi­ane imprezy obrzy­dli­wie bogatych aktorów. Po częś­ci to przeko­nanie bierze się z ogól­nej nieufnoś­ci do aktorów – którzy pokazu­ją emoc­je, których my sami pewnie nie umielibyśmy pokazać ich nie czu­jąc, z drugiej – jest to prze­jaw takiego dość kon­ser­waty­wnego braku zau­fa­nia do twór­ców. Twór­cy zwyk­le zachowu­ją się trochę wbrew albo poza ustalony­mi nor­ma­mi społeczny­mi – co budzi niepokój i poczu­cie, że robią coś co nam „zwykłym śmiertel­nikom” nie uszło by na sucho. Co więcej – mimo, że sys­tem studyjny już dawno przes­tał ist­nieć – wciąż jeszcze spece od mar­ketingu robią wszys­tko by sprzedać gwiazdy jako oso­by rodzinne, ciepłe, mieszka­jące w pięknym posprzą­tanym domu, z mężem, dzieć­mi i psem. Kiedy przeczy­ta się trzy takie tek­sty w kole­jnych mag­a­zy­nach o deko­rac­jach wnętrz a potem się poczy­ta o jakiejś zdradzie to nie trud­no poczuć, że mamy do czynienia z hipokryzją i jakąś nie dającą się pow­strzy­mać, nawet przez zdję­cia labradorów rozwiązłoś­cią.

 

Przeko­nanie, że pewnych emocji nie da się zagrać to trochę nasza mała wiara w grę aktorską. Jake Gyl­len­haal i Heath Ledger nie mieli roman­su na planie Broke­back Moun­tain (Ledger związał się wtedy z Michelle Williams) a romans zagrali jak z nut. Choć i tak były plot­ki, że panów łączy coś więcej. Bo prze­cież to takie emoc­je!

Co ciekawe – bard­zo częs­to niemoralne prowadze­nie się aktorów czy ogól­nie rozwiązłość środowiska przy­wołu­je się w tych momen­tach his­torii kiedy dzi­ałal­ność twór­ców sta­je się bardziej poli­ty­cz­na. Ilekroć słyszy­cie o tym że gwiazdy fil­mowe są niemoralne i nie moż­na im ufać tylekroć roze­jrzyj­cie się po kra­jo­bra­zie poli­ty­cznym Stanów. Bo ta korelac­ja – przy­woły­wa­nia roman­sów, „złego prowadzenia się” i ogól­nie – zep­su­cia Hol­ly­wood, a pojaw­ienia się u władzy (ale także w społeczeńst­wie) bardziej kon­ser­waty­wnych grup jest dość istot­na. Mówie­nie o rozwiązłym sty­lu życia twór­ców jest od dekad jed­nym z najlep­szych sposobów na dyskredy­towanie ich przekazu poli­ty­cznego i społecznego. Do tego dochodzi prze­ci­w­staw­ian­ie ich sty­lu życia, temu „dobre­mu” kon­ser­waty­wne­mu mod­e­lowi, który jako jedyny niesie za sobą dobre wartoś­ci.  Ten mech­a­nizm się dość dobrze sprawdza od dekad (jeśli nie od wieków).

 

Cza­sem z niek­tórych pro­jek­tów fil­mowych zosta­ją tylko zdję­cia paparazz­ich i plot­ki o romansach. Jak w przy­pad­ku “Dowodu życia” — bard­zo słabej wari­acji na tem­at Casablan­ki zostały tylko wspom­nienia o roman­sie Rus­sela Crowe i Meg Ryan.

No dobrze ale prze­cież gwiazdy, co wiemy, roman­su­ją. To ile jest prawdy w tym mówie­niu o rozwiązłoś­ci Hol­ly­wood? Przyz­nam szcz­erze, że tu musimy prze­jść do kole­jnego punk­tu. Otóż – nie da się ukryć, że nasza opty­ka patrzenia na Hol­ly­wood i na pra­cown­ików Fab­ry­ki Snów jest moc­no zabur­zona. Wszys­tko za sprawą cza­sop­ism i stron plotkars­kich dla których roz­wody i romanse gwiazd to najlep­szy mate­ri­ał. Jeśli jed­nak prze­jrzymy zestaw­ienia słyn­nych roman­sów na planie, nagle okaże się że niekoniecznie jest ich aż tak wiele. Oczy­wiś­cie biorąc pod uwagę wszys­tkie pro­dukowane filmy, wszys­t­kich wys­tępu­ją­cych w nich aktorów i ogól­nie całość środowiska fil­mowego. Zresztą nie ukry­wa­jmy – wszys­tko jest tu kwest­ią ekspozy­cji. Zapew­ni­am was że his­to­rycy także mają romanse, porzu­ca­ją żony, spoglą­da­ją namięt­nie z nad star­o­druków i pewnie niejed­na kweren­da czy wyjazd naukowy doprowadz­ił do zer­wa­nia małżeńs­kich czy narzeczeńs­kich więzi. Ale oczy­wiś­cie niko­go to nie obchodzi. Inaczej jest w przy­pad­ku gwiazd, które śledz­imy na każdym kroku. Stąd rodzi się przeko­nanie, że gwiazdy są na tle bard­zo state­cznego społeczeńst­wa grupą niesamowicie nies­tate­czną. Co niekoniecznie jest aż tak proste. Dodatkowo – nie da się ukryć – do roman­sów przy­czy­nia się specy­fi­ka pra­cy aktorskiej. Ale byna­jm­niej nie chodzi o okazy­wanie sobie uczuć przed kamerą. Aktorzy, aktor­ki i w ogóle cała ekipa fil­mowa, pracu­je razem przez długie tygod­nie. Częs­to z dala od domu. Częs­to – niemiłosiernie się nudząc pomiędzy kole­jny­mi uję­ci­a­mi. Jeśli poczy­ta się his­to­rie roman­sów na planach fil­mowych, częs­to się okazu­je, że ludzie zakochali się w sobie nie przed kamerą, ale nudząc się oczeki­wa­niu na kole­jne uję­cie. Zresztą częs­to kiedy czy­ta się o przy­czy­nach roz­padu związków aktorów to wyni­ka, że bardziej niż romanse odpowia­da za to po pros­tu taki tryb pra­cy, w którym dwie oso­by nie widu­ją się przez pół roku, bo obie są na dale­kich planach. Biorąc pod uwagę, jak więk­szoś­ci z nas trud­no się rozs­tać na dłużej z part­nerem nie trud­no się dzi­wić, że takie związ­ki są trud­niejsze do utrzy­ma­nia.

 

Czy Kirsten Stew­art i Robert Pat­tin­son naprawdę byli razem przez te wszys­tkie lata kręce­nia Zmierzchu? Mar­ketingowe wyko­rzys­tanie ich potenc­jal­nego związku to jed­na z tych rzeczy, przy której nie sposób powiedzieć gdzie jest prawdzi­we uczu­cie a gdzie doskon­ała okaz­ja by zain­try­gować widzów i spraw­ić by zatarła się grani­ca pomiędzy fikcją a rzeczy­wis­toś­cią.

Sko­ro przy plotkach jesteśmy warto tu wspom­nieć, że począwszy mniej więcej od Richar­da Bur­tona i Eliz­a­beth Tay­lor, oraz ich słyn­nego roman­su na planie Kleopa­try, zupełnie zmieniło się pisanie o romansach gwiazd. Nie było tak, że wcześniej gwiazdy nie roman­sowały. Jed­nym z najsłyn­niejszych dłu­go­let­nich roman­sów na planie był ten pomiędzy Kather­ine Hep­burn a Spencerem Tra­cy. Ale to były inne cza­sy – choć prasa i w ogóle wszyscy wiedzieli że tą aktorską parę łączy uczu­cie, to Hep­burn mogła liczyć  na to, że nikt nie będzie o tym bezpośred­nio mówił, aż do śmier­ci jej ukochanego i jego żony (Tra­cy nie chci­ał się rozwieść co nie przeszkadza­ło mu spędz­ić pon­ad dwadzieś­cia lat życia z inną kobi­etą niż jego żona). Od cza­su Richar­da Bur­tona i Eliz­a­beth Tay­lor, wszys­tkie chwyty stały się doz­wolone. Co więcej – pub­li­ka zaczęła bard­zo dobrze reagować na plot­ki o romansach a zdję­cia cału­ją­cych się poza planem aktorów stały się na wagę zło­ta. Zdję­cia Meg Ryan i Rus­sela Crowe jedzą­cych razem lunch na planie „Dowodu Życia” były praw­dopodob­niej oglą­dane częś­ciej niż sam (sła­by zresztą) film. „Pan i Pani Smith” pozostali w pamię­ci widzów głównie dlat­ego, że pojaw­iła się infor­ma­c­ja że gra­ją­cy główną parę Brad Pitt i Angeli­na Jolie mają romans. Plotkowanie o romansach na planie stało się nie tylko pop­u­larne ale niemalże obow­iązkowe w przy­pad­kach filmów gdzie aktorzy dzielą roman­ty­czne sce­ny.

 

Plot­ki o romansach na planie sta­ją się prob­le­mem kiedy nagle zda­je­my sobie sprawę, że mówimy o real­nych ludzi­ach w zupełnie real­nych związkach. Mar­i­on Cotil­lard nie była szczegól­nie szczęśli­wa kiedy plotkowano o jej roman­sie z Bra­dem Pit­tem.

Zresztą wyda­je się że do pewnego stop­nia wyczuli to sami pro­du­cen­ci filmów. Choć gwiazd nie za bard­zo moż­na zmusić do roman­sowa­nia, to moż­na z uczu­cia łączącego aktorów zro­bić doskon­ały mate­ri­ał mar­ketingowy. Wiz­ja, że aktorzy „robią to naprawdę” paradok­sal­nie potrafi bard­zo zwięk­szyć zain­tere­sowanie pro­dukcją. Widać to zwłaszcza w przy­pad­ku pro­mocji pro­dukcji młodzieżowych. Pro­mu­jąc „Zmierzch” bard­zo gra­no tym, że wszyscy plotkowali o roman­sie Rober­ta Pat­tin­sona i Kirsten Stew­art,  fakt że Ryan Gosling i Rachel McAdams mieli romans na planie „Pamięt­ni­ka” ide­al­nie wpisał się w pro­mocję tego roman­su. Nawet High School Musi­cal pro­mowano częś­ciowo romansem Zaca Efrona i Vanessy Hud­gens. Nie mówiąc już o romansach obsady „Plotkary”, których jedynym prob­le­mem było to, że niekoniecznie zgry­wały się z tymi para­mi jakie pojaw­iały się w seri­alu. Oczy­wiś­cie to przy­pad­ku mar­ketingowo dobre, bo nikt tu nie zdradzał małżon­ka czy współ­małżon­ki – ale dobrze pokazu­je to jak gra się pry­wat­ny­mi uczu­ci­a­mi aktorów w zupełnie real­nej pro­mocji fil­mu. Zresztą co ciekawe – więk­szość z tych związków roz­padła się zaraz po zakończe­niu pro­dukcji. Być może częś­cią z tego co je trzy­mało była pew­na mar­ketingowa potrze­ba pro­du­cen­tów – którzy z tego co mówią gwiazdy – wciąż jak w starych dobrych cza­sach kiedy życiem pry­wat­nym akto­ra rządz­iło stu­dio fil­mowe, chcą kon­trolować swo­je gwiazdy przed i za kamerą.

Lubimy kiedy nie da się jed­noz­nacznie powiedzieć czy aktorzy gra­ją czy robią to naprawdę. To trochę jest taka nasza natu­ra podglą­daczy, że lubimy widzieć prawdzi­we emoc­je na ekranie.

 

Mar­ketingowe wyko­rzys­tanie roman­su dzi­ała tak dobrze, bo wielu z nas wciąż wierzy że tak naprawdę pewnych emocji nie da się tak dobrze zagrać jeśli się ich nie czu­je. Co praw­da plot­ka głosi, że jeśli para ma romans to nie przekła­da się to na chemię na ekranie, ale wielu widzów ma poczu­cie, że pewnych spo­jrzeń nie moż­na rzu­cać jeśli nie ma się prawdzi­wych motyli w brzuchu. Jak jest naprawdę? Cóż… praw­da jest taka, że moż­na zagrać wszys­tko. Są na świecie bard­zo szczęśli­wi aktorzy i aktor­ki, z męża­mi, dzieć­mi, psa­mi i ład­ny­mi doma­mi, które na planie potrafią spo­jrzeć na swoich part­nerów tak, że dal­ibyśmy głowę że są w nich zakochane. Zresztą ilekroć ktoś przy­wołu­je stwierdze­nie, że nie da się pewnych rzeczy zagrać, przy­chodzą mi do głowy… łyżwiarze fig­urowi tańczą­cy w parach sportowych czy tanecznych. Tam też jest do zagra­nia mnóst­wo emocji, i też wydawać by się mogło, że takie pary to same małżeńst­wa, a tym­cza­sem na lodzie, częś­ciej niż pary, widz­imy po pros­tu przy­jaciół, zna­jomych, a cza­sem  — co w isto­cie bywa niekom­for­towe – rodzeńst­wo. Oczy­wiś­cie widz lubi kiedy rzeczy­wis­tość przeni­ka się z filmem – bo spraw­ia wraże­nie, że jed­nak oglą­damy coś real­nego. Ale naprawdę – sztu­ka aktors­ka właśnie na tym pole­ga – by grać emoc­je które się zna ale niekoniecznie czu­je się je do tej właśnie oso­by. Naprawdę mało kto patrzał tak kocha­ją­co jak Heath Ledger na Jake’a Gyl­len­haala w Broke­back Moun­tain a jed­nak Ledger zakochał się na planie, ale nie w Gyl­len­haalu tylko w Michelle Williams. Choć oczy­wiś­cie pojaw­iły się plot­ki że Gyl­len­haal zakochał się w Ledgerze bo prze­cież NIEMOŻLIWE by to zagrał.

 

Częś­cią prob­le­mu jest fakt, że niekoniecznie umiemy sobie wyobraz­ić mężczyznę i kobi­etę w dłu­go­let­nim związku innym niż roman­ty­cznym. Dlat­ego np. tak trud­no się nam pogodz­ić że Kate Winslet i Leonar­do DiCaprio nie skończą razem. Już skończyli razem. Jako przy­ja­ciele.

Przy czym nie ukry­wa­jmy – widzieliśmy na ekranie sporo par które miały romans i nijak nie było tego widać na ekranie (wspom­i­nany Bur­ton i Tay­lor jakoś nie iskrzą cud­own­ie w Kleopa­trze), widzieliśmy takie które roman­su zde­cy­dowanie nie miały a iskry latały aż miło (doskon­ałym przykła­dem jest Amy Adams i Bradley Coop­er w Amer­i­can Hus­tle gdzie mają jed­ną scenę z taką ekra­nową chemią że aż się wyle­wa z ekranu, czy Bradley Coop­er i Jen­nifer Lawrence we właś­ci­wie wszys­t­kich fil­mach w których razem wstąpili). Co więcej nasze przeko­nanie, że na pewno jesteśmy w stanie wykryć kto ze sobą syp­i­ał na planie trochę nie prze­chodzi ślepej pró­by. Oglą­da­jąc Gwiezdne Wojny raczej nikt nie wyszedł z kina z przeko­naniem, że Har­ri­son Ford na pewno miał prawdzi­wy romans z Car­rie Fish­er. Dopiero po lat­ach Fish­er opisała wszys­tko w swoich pamięt­nikach – dość dobrze pokazu­jąc, że naprawdę wid­zowie nie mają tak sil­nego czu­jni­ka w głowie jak im się wyda­je. Zresztą częs­to to przeko­nanie, że myśmy ten romans już widzieli na ekranie jest pewną nar­racją dopisy­waną potem. Kiedy czy­ta się o parach które się zeszły na planie fil­mowym, cza­sem okazu­je się, że co praw­da na planie fil­mowym się poz­nały ale zeszły się kil­ka miesię­cy później. Ale ten okres nam się skra­ca w głowie i nagle jesteśmy w stanie przysiąc że umiemy rozróżnić pocałunek pary którą coś łączy od takiej która tylko gra.

 

A może tajem­ni­ca jest taka, że Bradley Coop­er jest aktorem o takiej ekra­nowej prezencji że ma niesamow­itą chemię z każdą kobi­etą, mężczyzną i szopem z którym gra? Co jeśli to jest cała tajem­ni­ca?

Tu dochodz­imy w końcu do sytu­acji kiedy plot­ki doty­czą osób w związkach. Sko­ro widzieliśmy już tyle roman­sów na planie to co nam szkodzi zasug­erować że jest jeszcze jeden? Komu to może zro­bić krzy­wdę? Tu przy­chodzi mi na myśl krążą­ca jak­iś czas temu plot­ka odnośnie roman­su Bra­da Pit­ta i Mar­i­on Cotil­lard na planie Sprzymier­zonych. Jak wiado­mo sko­ro Brad Pitt miał jeden romans na planie, to pewnie gra­jąc w roman­sie będzie miał kole­jny. Roman­su nie było ale fran­cus­ka aktor­ka wcale nie poczuła się dobrze z sug­es­ti­a­mi że zdradza swo­jego męża- do tego stop­nia że wydała nawet pub­liczne oświad­cze­nie. Bo właśnie tak jest – o czym zapom­i­namy, że za każdą plotką o roman­sie na planie – prawdzi­wą czy nie, kryją się zupełnie real­ni ludzie z real­ny­mi męża­mi, dzieć­mi, psa­mi i sprząt­nię­ty­mi doma­mi. Nikt chy­ba nie ukry­wa, że gdy­by ktoś pod­szedł do nas i powiedzi­ał że słyszał że mamy romans, albo że pasu­je­my do kogoś lep­iej niż do naszego małżon­ka (albo nasz małżonek/małżonka pasu­ją do kogoś lep­iej) to poczulibyśmy się co najm­niej nie kom­for­towo. Co nie zmienia fak­tu, że takie plot­ki się pojaw­ia­ją – w przy­pad­ku zarówno gwiazd fil­mowych jak i telewiz­yjnych, bo prze­cież – chce­my by ci ład­ni ludzie z ekranu byli razem. Co więcej – przy okazji wyk­lucza się częs­to w ogóle opcję, że aktorów którzy ład­nie wyglą­da­ją na ekranie łączyć może cokol­wiek innego niż romans. Doskon­ałym przykła­dem jest Kate Winslet i Leonar­do DiCaprio. Parę łączy kil­ka wspól­nych filmów i wielo­let­nia przy­jaźń. Ilekroć jed­nak Winslet jest pomiędzy związka­mi a DiCaprio właśnie nie umaw­ia się z jakąś blond pię­knoś­cią po sieci zaczy­na­ją krążyć posty o tym że w końcu może się zejdą. Jak­by jedyne co mogło być pomiędzy dwójką pro­fesjon­al­istów upraw­ia­ją­cych ten sam zawód i dzielą­cych kawałek kari­ery to romans. Przy­jaźń? To już trochę się nie mieś­ci w naszym postrze­ga­niu wielo­let­nich damsko męs­kich relacji. Jeśli już to dopuszcza­my, że przy­jaźń to pozostałość dawnego roman­su. Bo tak uczy nas kul­tura.

 

Lata temu Kather­ine Hep­burn mogła spędz­ić dwadzieś­cia parę lat u boku Spencera Tra­cy (który miał żonę) i wszyscy mieli tyle tak­tu by wiedząc o tym poczekać aż wszyscy potenc­jal­nie zranieni umrą by mówić o spraw­ie pub­licznie.

No dobrze czy to znaczy, że Lady Gaga na pewno nie ma roman­su z Coop­erem? Nie wiem, moim zdaniem – nikt z nas nie wie. Co więcej – wszys­tko co napisałam jest prawdą, nawet jeśli dwój­ka za dwa tygod­nie oświad­czy, że wprowadza­ją się razem do jakiegoś ład­nego domu, z psem i pia­ninem. Tym przed czym jed­nak przestrzegam, to przeko­nanie, że życie zawsze musi imi­tować fikcję, i że nie ma w tym wszys­tkim pewnego macza­nia pal­ców ze strony mar­ketingow­ców. Nie pamię­tam, czy to się gdzieś nagrało ale na samym początku sezonu nagród tłu­maczyłam jakiejś dzi­en­nikarce czy dzi­en­nikar­zowi by zwró­ciła uwagę jak prezen­tu­je się Gagę i Coopera na czer­wonym dywanie. Jaką nar­rację przyj­mu­je się w wywiadach. Pojaw­iali się zwyk­le w dwójkę, pozowali razem i mówili o sobie same miłe rzeczy. Co więcej nar­rac­ja ze strony Lady Gagi była zaskaku­ją­co podob­na do nar­racji którą mamy w filmie, gdzie niedoce­ni­ana piosenkar­ka, zosta­je odkry­ta przez znanego rock­mana. Prob­lem w tym, że real­nym życiu ta opowieść zupełnie nie przys­ta­je do tego co się wydarzyło. Jasne Lady Gaga nie miała rozbu­dowanej kari­ery fil­mowej, ale nie była też zupełną debi­u­tan­tką – miała na swoim kon­cie Zło­ty Glob za rolę w „Amer­i­can Hor­ror Sto­ry”. Do tego wiele  moż­na powiedzieć, ale nie to, że Lady Gaga wyma­gała „odkrycia” przez Bradleya Coopera. Zwłaszcza, że pod wzglę­dem sławy i kul­tur­owego wpły­wu przewyższa akto­ra wielokrot­nie. Ale pew­na nar­rac­ja się ustal­iła i zaczęła właś­ci­wie żyć włas­nym życiem, spraw­ia­jąc, że aktorzy coraz bardziej zle­wali się nam z posta­ci­a­mi które grali.

 

Nar­rac­ja wokół fil­mu chce naślad­ować nar­rację z fil­mu. I tak pewne rzeczy się miesza­ją. Jak np. to że Coop­er naprawdę nie musi­ał Gagi odkry­wać.

Nie wiem kim są dla siebie Lady Gaga i Bradley Coop­er – oso­biś­cie pode­jrze­wam, że są dobry­mi zna­jomy­mi z pra­cy, może nawet przy­jaciół­mi. To miłe. Czy chci­ałabym żeby mieli romans? Przyz­nam szcz­erze – uważam że lep­iej prawdzi­wym ludziom nie życzyć roman­sów jeśli ich nie znamy – zwłaszcza jeśli ktoś pozosta­je w związku. Bo to jest jed­nak tak że w imię naszej włas­nej fan­tazji i rozry­w­ki wyobrażamy sobie zła­mane ser­ca czy porzu­conych part­nerów. A może, kto wie, może jak zasug­erowała jed­na z moich czytel­niczek Bradley, Gaga i Shayk żyją w rados­nym trójką­cie, w pięknym domu, z dzieck­iem, pia­ninem i labradorem. Zan­im jed­nak zaczniemy wyobrażać sobie jak ład­nie by wszyscy wyglą­dali na wspól­nej sesji w mag­a­zynie wnętrzarskim, warto zro­bić krok w tył i zas­tanow­ić się skąd ta nasza potrze­ba by fikc­ja miesza­ła się z prawdą. Co pomyślimy to już nasza sprawa, ale życie jest dużo ciekawsze kiedy zami­ast do łóżek gwiazd zaglą­damy do włas­nej głowy i widz­imy ile się tam miesza.

Ps: Żeby było jasne – w tym wpisie opisu­je pewne mech­a­nizmy myśle­nia – to nie znaczy, że to mój sposób myśle­nia. Np. słowo rozwiązłość w ogóle nie ist­nieje w moim pry­wat­nym słown­iku, bo z ilo­ma osoba­mi ktoś śpi, mnie zupełnie nie obchodzi o ile wszyscy się zgadza­ją. Tak doda­ję, bo cza­sem mam wraże­nie, że ta grani­ca pomiędzy tym co myślę, a co refer­u­ję nie dla wszys­t­kich jest bard­zo wyraź­na.

Ps2: Nie widzę nic złego w kibi­cow­a­niu parom aktorskim – nawet jeśli ich nie znamy częs­to zdarza się nam szcz­erze się cieszyć że jakaś para aktorów pozosta­je ze sobą w związku – Zwierz bard­zo lubił fakt że Emma Stone umaw­iała się z Andrew Garfiel­dem albo z luboś­cią oglą­dał zdję­cia ze ślubu Kita Har­ring­tona z Rose Leslie. Więc to nie jest tak, ze Zwierz pon­ad wszys­tki­mi nigdy nie czuł radoś­ci z obser­wowa­nia życia pry­wat­nego gwiazd czy z tego, że to co widzi na ekranie przekła­da się potem na real­ny związek.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy