Home Film Siostrzeństwo czyli o Małych kobietkach

Siostrzeństwo czyli o Małych kobietkach

autor Zwierz
Siostrzeństwo czyli o Małych kobietkach

Kiedy dowiedzi­ałam się, że Gre­ta Ger­wig ma zami­ar wyreży­serować Małe Kobi­et­ki miałam mieszane uczu­cia. Z jed­nej strony cieszyłam się na ekraniza­cję jed­nej z moich ulu­bionych powieś­ci (z cza­sów dziecińst­wa), z drugiej – zas­tanaw­iałam się czy cokol­wiek moż­na jeszcze do tej opowieś­ci dodać. Cieszył mnie cast­ing, ale niepokoiła myśl, że dostaniemy po pros­tu jeszcze raz to samo – zwłaszcza, że prze­cież ekraniza­c­ja z lat 90 była całkiem porząd­na i stara­ją­ca się przełożyć his­torię na nieco bardziej współczesne realia. Na całe szczęś­cie Ger­wig dokład­nie wiedzi­ała co chce powiedzieć – dzię­ki temu nowe „Małe Kobi­et­ki” mimo, że są kole­jną adap­tacją mają sens.

 

Nawet jeśli film się nie spodo­ba to nie da się zaprzeczyć, że to pro­dukc­ja w której wszyscy są niesamowicie śliczni
Zdję­cie: Wil­son Webb

 

Jeśli ktoś nie czy­tał powieś­ci (zakładam, że wciąż są takie jed­nos­t­ki) to cała his­to­ria opowia­da o czterech sios­tra­ch March – Jo, Meg, Amy i Beth, które mają po kilka­naś­cie lat i zna­j­du­ją się na progu między dziecińst­wem a dorosłoś­cią. Główną bohaterką jest Jo – która ma bujną wyobraźnię, jest chłopczy­cą i kocha pisać. Dziew­czę­ta żyją na półno­cy Stanów w cza­sie trwa­nia wojny secesyjnej i pochodzą z rodziny, która niegdyś była zamoż­na, ale obec­nie bory­ka się z prob­le­ma­mi finan­sowy­mi. Dziew­czyny są nas­to­latka­mi, robią głupie rzeczy, uczą się, doras­ta­ją i zakochu­ją. Istot­nym ele­mentem fabuły jest przy­jaźń pomiędzy Jo i Lau­riem – zamożnym chłopakiem z sąsiedzt­wa, którego dziew­czę­ta trak­tu­ją – przy­na­jm­niej w dziecińst­wie, trochę jak bra­ta.  „Małe kobi­et­ki” to dla wielu czytel­niczek i czytel­ników powieść frus­tru­ją­ca, bo nie dają­ca tego czego się spodziewamy. Pod­czas gdy przez więk­szość książ­ki naszą najwięk­szą sym­pa­tię budzi Jo, to jej his­to­ria ukła­da się nieco inaczej niż moż­na było­by zakładać zna­jąc schemat taki opowieś­ci. Za to Amy – bohater­ka, której z początku raczej nie lubimy (moż­na wręcz uznać ją w pewnych momen­tach za czarny charak­ter) okazu­je się tą, która dosta­je swo­je typowe roman­ty­czne zakończe­nie. Jed­nocześnie – to jak książ­ka kończy się dla Jo, zawsze spraw­iało wraże­nie, nieco niespodziewanego.

 

Film Ger­wig udowad­nia, że moż­na opowiadać w kółko tą samą his­torię pod warunk­iem że ma się dobry pomysł na to co chce się przez nią powiedzieć.
Zdję­cie: Wil­son Webb

 

Gre­ta Ger­wig musi­ała sobie zdawać sprawę z tego, że per­cepc­ja bohaterek jest wśród wielu widzów z góry ustalona, bo postanow­iła ją nieco zmienić. Wybrała dość ciekawy sposób – który moim zdaniem jest posunię­ciem doskon­ałym. Bohaterek nie poz­na­je­my w dziecińst­wie tylko już wtedy, kiedy są dorosłe i pod­jęły pewne życiowe wybo­ry. His­to­rie które znamy z początku książ­ki zosta­ją przy­wołane niczym wspom­nienia z dziecińst­wa, które z jed­nej strony uzu­peł­ni­a­ją nar­rację z drugiej pozwala­ją  bez poczu­cia zażenowa­nia przy­wołać najbardziej sen­ty­men­talne ele­men­ty opowieś­ci. Poz­na­jąc bohater­ki jako dorosłe oso­by może­my zobaczyć kim się stały, poz­nać ich motywac­je i dopiero potem na przestrzeni fil­mu dowiadu­je­my się co najbardziej na nie wpłynęło. Jed­nocześnie – przed­staw­ie­nie więk­szoś­ci his­torii jako wspom­nienia z dziecińst­wa pozwala doskonale pokazać jak przeszłość wyda­je się zawsze lep­sza, cieple­jsza i radośniejsza niż się wyda­je. Zestaw­ie­nie tych wspom­nień z ter­aźniejs­zoś­cią pokazu­je dość dobrze pro­ces doras­ta­nia, kiedy już nie każdy życiowy przy­padek jest wielką przy­godą, o której moż­na potem opowiadać. Mimo szczęśli­wego dziecińst­wa dorosłość bohaterek jest skom­p­likowana – staw­ia je przed coraz to nowy­mi wyzwa­ni­a­mi i każe im pode­j­mować trudne wybo­ry.

 

Opowieść o sios­tra­ch March sta­je się przede wszys­tkim his­torią kobiecych wyborów. Ciekawą bo nie oce­ni­a­jącą zupełnie który wybór jest lep­szy i słuszniejszy. Co czyni tą kostiu­mową opowieść niesły­chanie feminsty­czną
Zdję­cie: Wil­son Webb

 

Jed­nocześnie ta nielin­ear­na nar­rac­ja pozwala nam zupełnie zmienić pode­jś­cie do niek­tórych bohaterek – zwłaszcza do Amy. W powieś­ci poz­na­je­my Amy jako rozkaprys­zone dziecko, którego nie sposób po pros­tu pol­u­bić. W filmie poz­na­je­my Amy jako dorosłą kobi­etę, bard­zo świadomą swo­jego miejs­ca w społeczeńst­wie i swoich możli­woś­ci. Zawa­hałabym się nawet by nie stwierdz­ić, że dzię­ki zmi­an­ie per­spek­ty­wy opowieść staw­ia Amy nie tyle wyżej Jo, jako głównej bohater­ki, ale co najm­niej na równi. Kiedy wiemy jaką kobi­etą stanie się bohater­ka, patrzymy na jej dziecinne zachowa­nia z dużo mniej surowo. Jed­nocześnie – widz­imy, że to co z wierzchu może się okazać dość płytkim zachowaniem – poszuki­wanie zamożnego męża, jest w isto­cie obow­iązkiem wobec rodziny. W filmie widz­imy kil­ka razy poświęce­nie Jo dla rodziny – kiedy ściana włosy, czy przesyła matce zaro­bione pieniądze. Ale w isto­cie wciąż – Joe myśli głównie o swoim życiu i kari­erze. Amy gotowa jest poświę­cić swo­je szczęś­cie bo wie, że ktoś musi zapewnić rodzinie byt. Film nie oce­nia żad­nej z bohaterek – raczej pokazu­je, że ich rzeczy­wis­tość jest bardziej skom­p­likowaną.

 

Ger­wig zde­cy­dowała się na nielin­earną nar­rację co spraw­ia, że trochę nai­wne opowieś­ci z dziecińst­wa bohaterek nabier­a­ją zupełnie nowego znaczenia
Zdję­cie: Wil­son Webb

 

Musze tu dodać też, że oso­biś­cie uważam, że nielin­ear­na nar­rac­ja jest całkiem dobrym zabiegiem – nie tylko w tym filmie. Zakładam, że zwyk­le o ludzi­ach nie dowiadu­je­my się wszys­tkiego po kolei tylko właśnie tak nielin­earnie. Poz­na­je­my kogoś a dopiero potem dowiadu­je­my się co robił w dziecińst­wie, gdzie się uczył, jakich miał zna­jomych, gdzie się baw­ił jak miał kil­ka czy kilka­naś­cie lat. Każdego kogo spo­tykamy poz­na­je­my właśnie tak nielin­earnie – człowiek, którego poz­nal­iśmy, musi nam dopiero zaprezen­tować fak­ty ze swo­jej przeszłoś­ci, a my musimy sobie z tego ułożyć jak­iś obraz i w końcu zrozu­mieć co uczyniło go takim a nie innym. Nawet oso­by nam bliskie ujaw­ni­a­ją nam swo­ją przeszłość w kawałkach. Moim zdaniem to nie jest wiel­ka kom­p­likac­ja, a spraw­ia, że nasza relac­ja z bohaterka­mi jest bardziej nat­u­ral­na. Ich przy­gody mogą być banalne, bo nie muszą nas nigdzie jed­noz­nacznie zaprowadz­ić, raczej uzu­peł­ni­a­ją naszą wiedzę o nich. Stąd te dziecięce przy­gody nie iry­tu­ją ale intrygu­ją.

 

Jestem pod wraże­niem castin­gu do fil­mu — aktor­ki udało się dobrać doskonale, tak że każ­da z nich świet­nie odna­j­du­je się w swo­jej roli i w tem­pera­men­cie swo­jej bohater­ki
zdję­cie: Wil­son Webb

 

Udało się też dobrze wyko­rzys­tać jeden z najbardziej łza­wych ele­men­tów his­torii – czyli chorobę Beth. W powieś­ci choro­ba Beth jest tym najbardziej porusza­ją­cym momentem – bo jed­nak jesteśmy bard­zo związani z sios­tra­mi. W filmie postać Beth i jej los odd­ziela czas dziecińst­wa od cza­su dorosłoś­ci. Dziecińst­wo jest równie niewinne jak najmłod­sza z sióstr March, wszys­tko musi się tam skończyć dobrze – sios­tra wyzdrowieje, ojciec wró­ci z wojny, sąsi­ad podaru­je fortepi­an, a korepety­tor z sąsiedzt­wa okaże się ide­al­nym kandy­datem na męża. Dorosłość, pozbaw­iona ciepłego miodowego światła wpada­jącego przez każde okno, nie ofer­u­je już tylko dobrego koń­ca – choro­ba może zabrać ukochaną siostrę, mąż choć bard­zo kochany nie jest zamożny, sąsi­ad z naprze­ci­wka nie może się zdobyć by przekroczyć próg pustego domu, a kocha­jące się siostry roz­jadą się po świecie bez planu co zro­bić ze swoim życiem. Zestaw­ie­nie tych dwóch przestrzeni zbie­ga się w choro­bie Beth, która zmusza bohater­ki do odnalezienia się na nowo – tym razem w świecie, gdzie muszą już zde­cy­dować kim będą.

 

Choć Lau­ra Dern jest nomi­nowana za swo­ją rolę w “His­torii Małżeńskiej” to moim zdaniem jest ciekawsza w Małych kobi­etkach jako kobi­eta cią­gle wal­czą­ca ze swo­ją naturą.
Zdję­cie: Wil­son Webb

 

Małe kobi­et­ki” jako powieść, która roz­gry­wa się w konkret­nych cza­sach ma oczy­wiś­cie ważny wątek jakim jest konieczność zawar­cia małżeństw przez siostry. Ger­wig korzys­ta z tego wątku w doskon­ały sposób – by pod­kreślić dwie rzeczy. Po pier­wsze – że były momen­ty w his­torii (więcej niż mniej) kiedy małżeńst­wo było dla kobi­ety koniecznoś­cią a nie wyborem. I że to społeczeńst­wo (wespół z kul­turą) wepch­nęło kobi­ety by marzyły tylko o związku. Po drugie – że nie ma jed­nego dobrego wyboru dla kobi­et, każdy jest równie dobry – to rzad­ko się uda­je – zro­bić film, w którym jed­nocześnie pokazu­je się pełne zrozu­mie­nie dla potrze­by (roman­ty­cznej lub eko­nom­icznej) zawar­cia związku, jed­nocześnie tak jed­noz­nacznie wskazu­jąc – że to nie jest jedy­na dro­ga.  Ger­wig udało się też pokazać, że decyz­ja by w drugiej połowie XIX wieku zachować nieza­leżność, była nieco bardziej skom­p­likowana niż dzisi­aj. Jo w jed­nej ze scen fil­mu opowia­da o swoim roz­dar­ciu. Nie chce być zależ­na, nie chce mieć męża, ale jed­nocześnie – prag­nie być kochana. Zarówno ona jak i otacza­jące ją kobi­ety zda­ją sobie sprawę, że tu trze­ba pod­jąć decyzję, bo nie moż­na mieć jed­nocześnie mężczyzny i nieza­leżnoś­ci, potrzeb­nej by móc real­i­zować swo­je marzenia. Ta świado­mość, że to jest wybór niemalże zero-jedynkowy, dobrze odd­a­je los kobi­et w przeszłoś­ci, gdzie naprawdę nie dało się mieć wszys­tkiego. Zresztą film bard­zo się sku­pia na tym jak ogranic­zone w przeszłoś­ci były wybo­ry kobi­et. Trochę też odpowiada­jąc na pytanie czemu w min­ionych wiekach było mniej pis­arek i malarek czy aktorek.  To jest zabawne, w kon­tekś­cie tego, że Ger­wig nie dostała nom­i­nacji do Oscara za swój film. Film niemal bezpośred­nio odnosi się do kwestii tego, że do grona genial­nych artys­tów mężczyzn wpuszcza­ją głównie mężczyźni.

 

Film opiera się na kon­traś­cie pomiędzy beztroskim dziecińst­wem a dorosłym życiem które staw­ia nowe wyzwa­nia . Ger­wig mis­tr­zowsko odd­ała nas­trój tej dziecięcej i młodzieńczej niewin­noś­ci
Zdję­cie: Wil­son Webb

 

W inter­pre­tacji Ger­wig „Małe kobi­et­ki” sta­ją się dużo bardziej his­torią o tym jakie wybo­ry pode­j­mu­je­my w życiu i jak bard­zo mogą się one od siebie różnić, nawet jeśli wychodz­imy z tego samego domu. Jed­nocześnie udało się reży­serce stworzyć fan­tasty­czny obraz siostrzanych relacji – skom­p­likowanych, częs­to wraca­ją­cych do dziecin­nych sporów i uprzedzeń, ale jed­nak moc­nych i trwałych. W filmie częs­to dosta­je­my uję­cie, w którym mężczyźni mogą na siostry, czy w ogóle na kobi­ety w tym filmie, patrzeć tylko z boku – bo nie mają dostępu do tego świa­ta. Nie tylko dlat­ego, że nie są brać­mi czy męża­mi ale dlat­ego, że ich świat różni się od świa­ta dziew­cząt – nie ma w nim tych samych emocji, wyborów i dylematów. To w ogóle ciekawe jak bard­zo uda­je się Ger­wig trzy­mać męs­kich bohaterów fil­mu nieco na dys­tans. Nawet Lau­rie – który prze­cież odgry­wa jed­ną z kluc­zowych ról, jest tylko chłopakiem patrzą­cym z zewnątrz do środ­ka. Jest ważny, ale nigdy nie jest ważniejszy od tego co dzieje się pomiędzy sios­tra­mi. Co więcej film pokazu­je jak pewne ele­men­ty kobiecego doświad­czenia są właś­ci­wie nawet bard­zo różnym osobom, w różnym wieku. Zgorzk­ni­ała ciot­ka, zda­ją­ca sobie sprawę, z tego, że trze­ba dobrze wyjść za mąż, a jed­nocześnie – wyraźnie rozu­mieją­ca czym jest poryw ser­ca. Mat­ka, która jest bard­zo zad­owolona ze swo­jego życia, a jed­nocześnie – doskonale wie co to znaczy mieć charak­ter nie pasu­ją­cy do roli pani domu. Gdzieś ma się poczu­cie, że każ­da kobieca postać ma taką his­torię jak któraś z sióstr March, każ­da ma te swo­je oblane żół­tym światłem wspom­nienia, kiedy wszys­tko było prost­sze.

 

Bard­zo cenię Ger­wig za pokazanie wątku Meg jako równie istot­nego co Jo. Wypełnie­nie pewnych kul­tur­owych wzor­ców kobiecoś­ci, też może być wyborem i to wyborem którego nie należy pochop­nie oce­ni­ać. Inna sprawa, uważam że wątek balu debi­u­tan­tek i zachowa­niu Meg na nim jest ład­nym pogłę­bi­e­niem postaci która prag­nie przez chwilę być kimś innym. Warto też zwró­cić uwagę, na imię cór­ki Meg — nieprzy­pad­kowe w kon­tekś­cie marzeń o lep­szym życiu
Zdję­cie: Wil­son Webb

 

Ger­wig udało się nie tylko tch­nąć nowe życie w opowieść, która wydawała się już wystar­cza­ją­co wiele razy opowiedziana, ale też niemal ide­al­nie dobrać aktorów. Zde­cy­dowanie najlep­sza w obsadzie jest Flo­rence Pugh jako Amy. Udało jej się z bohater­ki, która jest dość powszech­nie nielu­biana stworzyć naprawdę intere­su­jącą, inteligent­ną i dużo bardziej spójną postać niż mogło­by się wydawać po lek­turze książ­ki. Plus Pugh jest genial­na jako młod­sza wer­s­ja Amy – trochę rozwydr­zona, trochę roz­gadana a jed­nocześnie bard­zo dziecię­ca. Jo gra Saoirse Ronan i jest w niej dokład­nie tyle życiowej energii, ile powin­no być w tej bohater­ce, od razu widać że to wol­na dusza, której naprawdę nie są w stanie pow­strzy­mać żadne kon­we­nanse. Jed­nocześnie Saoirse doskonale odna­j­du­je się nie tylko w tych sce­nach, gdzie trze­ba pokazać tem­pera­ment Jo, ale też jej głębok­ie poczu­cie osamot­nienia. Jej mowa o tym, że jed­nocześnie chce być nieza­leż­na i kochana to przemówie­nie, z którym może się utożsami­ać niejed­na kobi­eta i dziew­czy­na. Plus niesamowicie mi się podo­ba zabieg rozróż­ni­a­nia bohater­ki w cza­sie – w przeszłoś­ci nosi długie roz­puszc­zone włosy, w ter­aźniejs­zoś­ci, upięte (choć wciąż nieco rozwichrzone) – to się świet­nie sprawdza (podob­nie jak różnice w oświ­etle­niu scen). Dobrym pomysłem było też obsadze­nie Emmy Wat­son jako Meg – głównie dlat­ego, że aktor­ka choć niedużo starsza od koleżanek z planu wyda­je się od nich dużo dojrzal­sza. Fakt, że Meg decy­du­je się na najbardziej trady­cyjną życiową drogę, dobrze się zgry­wa z tym poczu­ciem, że jest jej dużo bliżej do mat­ki dziew­cząt. W ogóle a pro­pos mat­ki – Lau­ra Dern jest genial­na w swo­jej roli, bo poz­na­jąc ją nie mamy wąt­pli­woś­ci skąd Jo wzięła swój pory­w­czy charak­ter.

 

Nie jestem wielką fanką gry Tim­o­th­ee w tym filmie ale obsadze­nie go w roli Lau­riego poz­woliło pros­to odpowiedzieć na pytanie dlaczego kole­jne siostry March tracą dla niego głowę

 

Jeśli chodzi o panów w obsadzie to oczy­wiś­cie najwięk­szą uwagę przy­cią­ga Tim­o­th­ee Cha­la­met jako Lau­rie. Z jed­nej strony – to doskon­ała obsa­da, bo rozu­miemy, dlaczego w takim pięknym chłopcu może się zakochać kil­ka sióstr na raz. Jakaż to jest foto­genicz­na isto­ta (choć ogól­nie to ład­ny film, pełny ład­nych ludzi). Z drugiej – mam wraże­nie, że mowa ciała Tim­o­th­ee jest o jeden stopień za bard­zo współczes­na. Zwłaszcza w sce­nach w Paryżu – ma się ochotę wys­tosować do niego list, że nie ma nosić rąk w kieszeni. Cała jego postawa krzy­czy „współczes­ny chłopak”. Przy czym ogól­nie warto zaz­naczyć, że reży­ser­ka nie trzy­mała się bard­zo real­iz­mu, jeśli chodzi o sposób porusza­nia się czy mówienia bohaterów. Moim zdaniem słusznie, bo jed­nak chodzi o pod­kreśle­nie, że to opowieść o nas­to­latkach a nie posta­ci­ach z his­to­rycznej miniatu­ry. Co powiedzi­awszy – nadal uważam, że jed­nak trochę za dużo współczes­nego chłopa­ka w Lau­riem, i odrobi­na innych gestów i postaw bard­zo by mu dobrze w tym filmie zro­biła. Nato­mi­ast wciąż doskonale dzi­ała jego chemia z Saoirse i myślę, że fakt, iż obo­je się już znali z poprzed­nich pro­dukcji świet­nie wpłynął na obraz przy­jaźni Jo i Lau­riego. Co ciekawe, James Nor­ton, którego bard­zo lubię jest w tym filmie wybit­nie nija­ki. Serio to jest tak nija­ka rola, że przez pewien czas zas­tanaw­iałam się czy to rzeczy­wiś­cie Nor­ton czy tylko bard­zo podob­ny do niego aktor.  Muszę przyz­nać, że byłam nieco zaskoc­zona, gdy dowiedzi­ałam się że pro­fe­so­ra Bhaera zagra Louis Gar­rel. W powieś­ci pro­fe­sor jest sporo starszym od Jo Niem­cem, który zde­cy­dowanie nie powala urodą. W filmie ze sporo starszego Niem­ca zro­bił się zabójc­zo przys­to­jny fran­cuz (co praw­da gra­ją­cy Niem­ca) jedynie co starszy od bohater­ki. Potem jed­nak – zwłaszcza po zobacze­niu zakończenia fil­mu zrozu­mi­ałam tą decyzję – nie ma ona więk­szego sen­su na papierze, ale w filmie sta­je się bardziej log­icz­na, bo odpowia­da bardziej marzeniom niż rzeczy­wis­toś­ci.

Choć wielu nuży ciągła obec­ność Meryl Streep w nomi­nowanych fil­mach to tu ta mała rola ciot­ki, która już wie wszys­tko o życiu i uczu­ci­ach bohaterek jest bard­zo dobra. Czu­je­my że ta zamoż­na, samot­na starsza pani była na tych wszys­t­kich roz­drożach na których są dziew­czę­ta i doskonale zda­je sobie sprawę co będzie dalej

 

No właśnie, do samego koń­ca Małe Kobi­et­ki są nie tylko filmem o  siostrza­ńst­wie i doras­ta­niu ale też o tym jak opowiadamy sobie his­to­rie. Zwłaszcza his­to­rie o kobi­etach. Co pomi­jamy, co wyróż­ni­amy, jak pod­kreślamy jed­no i ignoru­je­my co innego. Jakie staw­iamy cele kobiecym bohaterkom, jak każe­my fikcji umac­ni­ać nasze wyobraże­nia o rzeczy­wis­toś­ci. To też jest his­to­ria o tym jak zamieni­amy swo­je dziecińst­wo w pewną opowieś­ci, która ma potwierdz­ić nasze późniejsze życiowe wybo­ry. Opowieść, którą się grze­je­my, kiedy okazu­je się, że rzeczy­wis­tość, o której marzyłyśmy jest jed­nak nieco inna niż ta, w której przyszło nam żyć.  Małe kobi­et­ki to rzad­ka adap­tac­ja, która nie tyle odt­warza his­torię z książ­ki, ale zada­je pytanie – po co w ogóle ktoś ją opowiedzi­ał, dlaczego wciąż ją opowiadamy, czym była ta his­to­ria dla jej autor­ki. „Małe kobi­et­ki” Gre­ty Ger­wig to film o bohaterkach książ­ki jak i o samej książce. Autor­ka powieś­ci nigdy nie wyszła za mąż, ory­gi­nalne zakończe­nie jej powieś­ci podyk­tował wydaw­ca. Ger­wig wracać do tego momen­tu i każe się nam zas­tanow­ić nad opowieś­ci­a­mi kobi­et i o kobi­etach.  I właśnie dlat­ego ta adap­tac­ja się udała. Bo jest rzad­kim przy­pad­kiem kiedy ktoś naprawdę ma coś do doda­nia do his­torii. Poza tym być może pier­wszy raz w moim życiu rozu­miem decyz­je Mary Lou Ascott odnośnie Amy. Dzię­ki Gre­ta po dwudzi­es­tu lat­ach przes­tałam się gniewać na jed­ną z sióstr March. A ile to znaczy wie każdy kto choć raz pog­niewał się na postać lit­er­acką.

 

PS: Mam wraże­nie, tak na koniec, że odbiór tego fil­mu bard­zo zależy od tego jak dobrze zna się książkę. Ger­wig bard­zo wyraźnie zakła­da, że oso­by na wid­owni książkę czy­tały a nawet – że czy­tały ją więcej niż raz. Wyda­je mi się, że to jest zako­rzenione w tym, że „Małe kobi­et­ki” są książką dużo lep­iej znaną w Stanach niż w Polsce. Pod­czas gdy w Polsce czy­ta­ją ją tylko niek­tórzy w Stanach dużo bardziej należy do takiego klasy­cznego kanonu. Dlat­ego też widzę, że opinie o filmie bard­zo się różnią w zależnoś­ci od tego jak dobrze zna się książkę.

0 komentarz
1

Powiązane wpisy