Home Film Czy można umrzeć z zażenowania czyli o “Mayday”

Czy można umrzeć z zażenowania czyli o “Mayday”

autor Zwierz
Czy można umrzeć z zażenowania czyli o “Mayday”

Obe­jrza­łam film „May­day”. Kome­dia „May­day” nie tylko z powodze­niem jest od lat grana na sce­nach europe­js­kich, ale też cieszy się niesłab­ną­cym powodze­niem w Polsce. Ludzie na wid­ow­n­i­ach teatral­nych w całym kra­ju wręcz płaczą ze śmiechu na tej far­sowej komedii omyłek o pewnym tak­sówkarzu bigamiś­cie. Napisana w lat­ach osiemdziesią­tych sztu­ka, musi­ała w końcu trafić do kin, a potem na Net­flix. Chy­ba głównie po to by ludzie tacy jak ja mogli zebrać całą swo­ją odwagę i samoza­parcie i obe­jrzeć całość od początku do końca.

 

Zan­im zacznę się znę­cać nad pomysła­mi sce­nar­ius­zowy­mi chci­ałabym się zatrzy­mać na chwilę nad samym fun­da­men­tal­nym prob­le­mem fil­mu. Nie chodzi tu nawet o samą treść (nie ukry­wa­jmy kre­tyńską czy wręcz obraźli­wą) ale o sam pomysł. Mówimy bowiem o ekraniza­cji scenicznej farsy. Jak wiado­mo, farsa opiera się na komedii pomyłek i nie zawsze wysokim humorze.  Jed­nym z najbardziej cieszą­cych widzów ele­men­tów jest ta pan­icz­na gonit­wa po sce­nie, kiedy bohater (rzadziej bohater­ka) stara się nie dop­uś­cić by dwie oso­by znalazły się w jed­nym pomieszcze­niu, poroz­maw­iały ze sobą, dokończyły zdanie. Właś­ci­wie każ­da farsa ma ten ele­ment, który obser­wowany na żywo bywa niezwyk­le zabawny. Prob­lem w tym, że przełoże­nie takiej sce­ny na język fil­mu nie jest szczegól­nie zabawne. O ile zamknię­ta przestrzeń sce­ny i jej umowność czyni z zamyka­nia, drzwi, wychodzenia i wchodzenia coś śmiesznego to w filmie zupełnie się nie sprawdza. Nie jest to zresztą prob­lem tylko „May­day” – wiele ekraniza­cji teatral­nych fars zupełnie nie sprawdza się w filmie. Zwłaszcza gdy reżyser nie ma żad­nego pomysłu jak taki układ ze sce­ny inteligent­nie przełożyć na nar­rację fil­mową. Stąd nawet jeśli wid­ow­n­ia śmi­ała się na teatral­nej far­sie może się okazać, że na filmie nie zna­jdzie nic co by wywołało nawet lek­ki uśmiech.

 

Dobrze sko­ro już poroz­maw­ial­iśmy o kwes­t­i­ach poważnych i takich, które wynika­ją z rzetel­nej anal­izy dzi­ała fil­mowego, mogę zacząć się wyzłośli­wiać. Przyz­nam szcz­erze, że w „May­day” nie ma ANI JEDNEGO zabawnego dow­cipu. Po pros­tu. Samo założe­nie, że bigamista jest taki śmieszny jest już moc­no dyskusyjne, ale im dalej tym gorzej. Do galerii przez­abawnych żartów zal­icza­my: puszczanie bąków w samo­chodzie, pode­jrze­nie że dwóch mężczyzn może być geja­mi (bo jeden powiedzi­ał, że za przeprosze­niem „dupa go pali”), „grubą babę” którą moż­na namówić na ama­torskie kręce­nie porno na weselu, głupią żonę która chce wszys­tko kon­trolować, głupią żonę która z niczym sobie nie daje rady, pode­jrze­nie, że dwóch mężczyzn może być geja­mi (po z dale­ka wyglą­da jak­by jeden drugiemu robił laskę), dow­cipy o pierdze­niu, głupią his­teryczną pan­nę młodą, głupiego polic­jan­ta który robi błąd bo uzna­je dwóch facetów za gejów, dow­cip o tym że jeden facet naprawdę jest gejem. I jeszcze te kobi­ety, które mają tego samego męża, ale się nie zori­en­towały, bo są takie niedomyślne. No boki zrywać.

 

I jeszcze to wszys­tko się tak niesamowicie ciąg­nie, gdzieś w połowie człowiek ma wraże­nie, że to już trwa pią­ty rąk, powoli zacier­a­ją się cza­sy sprzed rozpoczę­cia fil­mu. Bohaterowie popada­ją w coraz to nowe tara­p­aty a ty widzisz gdzieś kątem oka jak two­je własne życie przewi­ja ci się przed oczy­ma, wszys­tkie drob­ne decyz­je i błędy, które zaprowadz­iły cię na kanapę, gdzie tylko siła woli pow­strzy­mu­je człowieka od wyłączenia telewiz­o­ra. Nawet dwadzieś­cia min­ut po zakończe­niu sean­su widz oblał­by egza­min z odt­worzenia fabuły albo przy­na­jm­niej logi­ki zdarzeń zagrze­banej pod kole­jny­mi przez­abawny­mi sce­na­mi. Oczy­wiś­cie jeśli wcześniej nie zszedł na wspom­ni­anej kanapie z zażenowa­nia. Co jest możli­we, bo kil­ka razy zaczęłam się już powoli żeg­nać z życiem, zas­tanaw­ia­jąc się co napiszą na nagrobku pier­wszej na świecie ofi­ary „sec­ond hand embar­rass­ment”. Pewnie coś w sty­lu „wiele wytrzy­mała, ale na śmierć się zażenowała”. Wiecie rymowane epitafia są najlepsze.

 

 

Adam­czyk gra główną rolę z urok­iem człowieka, które­mu ktoś kiedyś powiedzi­ał, że jest zabawny i brzmi­ało to lep­iej niż granie papieża.  Nie wiem jakiej wysokoś­ci kredyt musi­ały opłacić Anna Deres­zows­ka i Moni­ka Książkiewicz, ale to musi­ały być sro­gie raty. Albo miały wcześniej cynk, że będzie pan­demia i kłopo­ty z pracą dla aktorek i aktorów i postanow­iły zagrać w czym się da póki jeszcze w ogóle obsadza­ją. Innej motywacji do gra­nia w filmie, który jest w samej swej naturze tak bard­zo pog­a­rdli­wy wobec kobi­et nie widzę.  Adam Woronow­icz ma ze dwie niezłe sce­ny, co jest i tak osiąg­nię­ciem, ale jed­nocześnie – kiedy przy­chodzi mu udawać geja to od razu robi mięk­ki nadgarstek, żeby pan Janusz z pier­wszego rzę­du mógł się zaśmi­ać, że takiego nor­mal­nego chłopa za geja wzięli. Andrzej Grabows­ki właś­ci­wie nie wiado­mo, czy wie, że gra w tym filmie czy prze­chodz­ił obok i jakoś tak się okaza­ło, że znów go w czymś obsadzili.

Sam film stanowi jak­iś specy­ficzny zakalec pol­skiej kine­matografii, w której wciąż tęskni się za jakąś „Seksmisją”, może filmem jak „Kogiel Mogiel” gdzie są może jakieś seksy, ale takie, że wiecie „o ho ho śmieszne seksy upraw­ia­ją”, może są jakieś kobi­ety, ale głównie, żeby klepiąc się po udach stwierdz­ić, że te chłopy i te baby to się nigdy nie dogada­ją, bo chłopy to takie kłam­li­we, a kobi­ety to takie nai­wne. A no i oczy­wiś­cie bohater musi mieć swo­jego kolegę nieu­daczni­ka mieszka­jącego w garażu, bo prze­cież ci wszyscy face­ci wyko­rzysty­wani przez swoich kumpli na każdym kroku są tacy niesamowicie zabawni. No praw­ie tak zabawni jak awan­tu­ry na weselach i przekrę­ty finan­sowe, które prze­cież zupełnie nie są winą bohat­era, który prze­cież robi tylko taką małą bigamię, bo jak on się ma na jed­ną kobi­etę zdecydować.

 

 

Film pow­stał w 2019 roku a sztu­ka jest z lat osiemdziesią­tych. Choć w Polsce to przed­staw­ie­nie gra się non stop (bo prze­cież cóż lep­iej zagrać na spec­jal­nym gościn­nym wys­tępie jak właśnie farsę) to gdzieś chy­ba umknęło, że wid­ow­n­ia się powoli zmienia. Pomi­ja­jąc już fakt, że część dow­cipów stała się tak homo­fo­bicz­na, że trud­no to jakkol­wiek sposób wyjaśnić to do tego – już sama sto­ją­ca u pod­staw samej farsy „woj­na płci” przes­tała odpowiadać rzeczy­wis­toś­ci. I to nie tylko kobi­et, ale też mężczyzn, którzy mają powoli dosyć pokazy­wa­nia ich jako idiotów napędzanych tylko włas­nym penisem. Co do samej komedii pomyłek – mniemam że może udało­by się ją jakoś ura­tować gdy­by ktokol­wiek miał takie prag­nie­nie. No ale tu prze­cież nie chodzi by widz się śmi­ał tylko, żeby w odpowied­nim momen­cie zare­chotał i pok­lepał się po udzie. To jest też obraz jaki mają w głowie twór­cy pol­s­kich komedii. Nie chcą mu więcej dać, bo prze­cież wiado­mo pol­s­ka kome­dia na siebie zaro­bi. Kilku kry­tyków zapewne zapy­ta „co tu się odpierdala” ale do niewiel­kich kin do których trafią kopie tylko pol­s­kich komedii i filmów Vegi i tak ludzie pójdą. Bo nic innego nie leci w piątek wiec­zorem. Kasa się będzie zgadzać.

 

Między inny­mi dlat­ego, oglą­dam pol­skie kome­die i pol­skie kome­die roman­ty­czne. Nie dlat­ego, że chcę się nad nimi past­wić, ale dlat­ego, że one są – bard­zo dobrym obrazem tego jaki obraz humoru pol­skiego widza zam­roz­ił się w głowach twór­ców. Patrzę na to i przez krótką złośli­wą chwilę cieszę się, że kina są zamknięte i przy­na­jm­niej przez chwilę nie będzie moż­na na tym zarobić.

0 komentarz
6

Powiązane wpisy