Home Ogólnie Tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden wolkanin czyli na pożegnanie

Tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden wolkanin czyli na pożegnanie

autor Zwierz
Tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden wolkanin czyli na pożegnanie

Kiedy aktor znany jest tylko z jed­nej roli dla wielu kry­tyków i niekiedy widzów jest to syn­on­im pewnej poraż­ki.  Ale jeśli się mylimy? Co jeśli bycie rozpoz­nawanym tylko jako odtwór­ca jed­nej roli jest dowo­dem tri­um­fu akto­ra, który stworzył postać tak prawdzi­wą że ukradła mu twarz. Co jeśli zostanie się Spock­iem.

Zwierz zawsze ma prob­lem z ilus­trowaniem takich tek­sów. Dziś wybrał zdję­cia z planu Star Tre­ka — zwierz uwiel­bia zdję­cia z planu bo zwyk­le moż­na na nich jed­nocześnie zobaczyć rzeczy­wis­tość i fikcję

Leonard Nimoy nie grał tylko w Star Treku – w lat­ach 60 pojaw­ił się w wielu pro­gra­mach telewiz­yjnych – w tym znanych i lubianych jak Bonan­za, Rawhide, The Man form U.N.C.L.E czy Get Smart – oczy­wiś­cie były to role epi­zody­czne ale nie da się ukryć, że aktor obskoczył chy­ba najważniejsze pro­dukc­je telewiz­yjne swo­jej epo­ki. Pojaw­ił się też na dłużej w Mis­sion Impos­si­ble (tej ory­gi­nal­nej), by prowadzą­cym pro­gramy doku­men­talne, nar­ra­torem licznych pro­dukcji, człowiekiem który zaśpiewał piosenkę o Bib­lio Bag­gin­sie i uży­czył gło­su Trans­form­er­sowi. Do tego obok aktorstwa zaj­mował się reży­ser­ią (wyreży­serowany przez niego film Trzech mężczyzn i dziecko był na szczy­cie box office w 1987) czy fotografią.  Do tego gry­wał na sce­nie – bez trudu zna­jdziecie w sieci zdję­cie jed­nej z jego teatral­nych ról – Sher­loc­ka Holme­sa. Nie jest więc Nimoy przy­pad­kiem akto­ra który nie pod­jął pró­by zmi­any swo­jego wiz­erunku. Wręcz prze­ci­wnie miał ze swo­ją najważniejszą rolą prob­le­my, podob­nie jak z towarzyszącą jej pop­u­larnoś­cią i zain­tere­sowaniem. Trud­no się dzi­wić – kiedy aktorskie ambic­je rozbi­ja­ją się niekiedy o fakt, że jed­ną rolę zagrało się tak dobrze, że zapadała ona wszys­tkim w pamięć. Nimoy jed­nak próbował, grał, budował swo­ją kari­erę. Nie odci­nał się od Star Tre­ka, nie uciekał od fanów, nie udawał że nie widzi  fenomenu jakim stała się jego rola. Grał, wys­tępował, reży­serował, pisał poezję i robił zdję­cia. Czyli zaj­mował się tym czym każ­da artysty­cz­na dusza musi się zająć nieza­leżnie od tego, czy ma na kon­cie pop­u­larną rolę czy nie.

Jed­nak dla więk­szość ludzi pozostawał Spock­iem. Twarzą Spoc­ka, głosem Spoc­ka, usza­mi Spoc­ka. Pół człowiek, pół wolka­nin  ofi­cer naukowy (potem pier­wszy ofi­cer) USS Enter­prise. Spock był postacią o której wszyscy sekret­nie marzyliśmy ale nie zdawal­iśmy sobie sprawy, że jej potrze­bu­je­my. Spoko­jny, racjon­al­ny, potrafią­cy unieszkodli­wić prze­ci­wni­ka swoim spec­jal­nym wolka­ńskim chwytem. Jak pięknie zauważył Pilip K. Dick – tam gdzie my bie­gal­iśmy w kółko przeko­nani o końcu świa­ta, tam pojaw­iał się jego spoko­jny głos i log­icz­na argu­men­tac­ja. Nie umrze­my, nie zginiemy, jest wyjś­cie z sytu­acji. Log­iczne wyjś­cie. Nasz wyczeki­wany głos spoko­ju, piew­ca racjon­al­noś­ci, logi­ki i nau­ki. A jed­nocześnie wciąż wal­czą­cy ze swo­ją ludzką emocjon­al­ną stroną, która kaza­ła mu się zaprzy­jaźnić z Kirkiem – tworząc niedoś­cigniony wzór przy­jaźni – nie tylko w seri­alach sf ale w seri­alach czy fil­mach w ogóle. Kiedy Spock umier­ał nie płakali tylko ci najt­ward­si. Bo prze­cież to był moment na który nikt nie był gotowy, na szk­laną taflę odd­ziela­jącą dwóch przy­jaciół, na ostat­nie pozdrowie­nie i ostat­ni gest. Spock oczy­wiś­cie powró­cił. Bo bez Spoc­ka tego prawdzi­wego, pier­wszego Star Tre­ka nie mogło być. Choć w fil­mach i seri­alach pojaw­iało się wielu wolkan to zawsze wydawali się tylko marną podróbką naszego bohat­era. Nie wyglą­dali odpowied­nio, nie mówili odpowied­nim głosem, ich brwi nie były tak dzi­wnie unie­sione, uszy wystar­cza­ją­co szpicza­ste. Kiedy w nowym Star Treku pojaw­ił się nowy aktor gra­ją­cy Spoc­ka wszyscy wiedzieliśmy, że on tylko uda­je, że zgolił brwi by miały odpowied­ni ksz­tałt, że podob­nie przy­ciął włosy, że nawet stara się mówić równie racjon­al­ny­mi zda­ni­a­mi. Ale w porów­na­niu z naszym prawdzi­wym Spock­iem był tylko jak jeden z licznych cos­play­erów na kole­jnym zjeździe wiel­bi­cieli Star Tre­ka. Spock był najbardziej wyczeki­wanym kos­mitą jakiego moż­na było sobie wyobraz­ić – nie sym­bol­izu­ją­cym zagroże­nia, lecz wiedzę, nie przynoszą­cym ludziom zniszczenia lecz oświece­nie. Niewielu takich przy­byszy z obcych plan­et  dała nam kul­tura pop­u­lar­na. Takich na których aż chci­ało się czekać, niosą­cych nadzieję, że nie tylko nie jesteśmy sami w kos­mosie ale też że tam daleko są rasy które poz­wolą nam lep­iej zrozu­mieć świat i nas samych.

Ale rola Nimoya to coś więcej niż tylko kole­j­na postać z pop­kul­tu­ry. Spoc­ka zrósł się z pewnym światem odniesień tak sil­nie, że aż nie sposób sobie wyobraz­ić cza­sów kiedy go nie było. Zwierz nie pamię­ta ile lat temu w każde urodziny i imieniny jego ojciec zaczął wręcza prezen­ty kończąc „Żyj dłu­go i pros­pe­ruj” to musi­ało być dość dawno. Zwierz nie przy­pom­i­na sobie cza­sów nie znał wolka­ńskiego pozdrowienia i nie próbował ułożyć w nie dłoni (kiedyś potrafił tylko prawą, dziś prawą i lewą), jed­nak przede wszys­tkim zwierz nie pamię­ta cza­sów przed Spock­iem. Czy to w formie prostego naw­iąza­nia, memu, odniesienia kul­tur­owego w kole­jnym filmie, seri­alu czy komik­sie. Spock był w głowie zwierza chy­ba zawsze, razem z wszys­tki­mi bohat­era­mi masowej wyobraźni których się po pros­tu zna.  Kto wytłu­maczył zwier­zowi dylematy bohat­era? Kto powiedzi­ał mu o jego mieszanym pochodze­niu? Kto wyjaśnił sposób rozu­mowa­nia? Wszys­tko to ginie gdzieś w odmę­tach wczes­nego dziecińst­wa. Na pewno kiedy zwierz jako dziecko siadał do oglą­da­nia pier­wszego fil­mu o Star Treku (minęło wiele lat zan­im pier­wszy raz zobaczył TOS – swo­ją Star Trekową przy­godę zwierz zaczął od serii filmów i od Nex Gen­er­a­tion) doskonale wiedzi­ał kim jest Spock i wypa­try­wał go w każdej sce­nie. Nawet wtedy kiedy Star Trek był jedynie seri­alem dla grona wiel­bi­cieli fan­tasty­ki (w ostat­nich lat­ach zde­cy­dowanie wyszedł poza to grono a przy­na­jm­niej tak się wyda­je) to Spock funkcjonował w zbiorowej świado­moś­ci, pamię­ci i wyobraźni.

Nimoy pow­tarzał wielokrot­nie i pisał w swoich auto­bi­ografi­ach, że granie Spoc­ka wiele go nauczyło. Spoko­ju, uwa­gi, jed­nocześnie log­icznego, ale i otwartego pode­jś­cia do życia. On sam wpłynął na to jaki był Spock wyposaża­jąc go też w część włas­nych cech. Obaj zżyli się ze sobą, że wcale nie tak pros­to było w pewnym momen­cie rozpoz­nać gdzie kończy się jeden a zaczy­na dru­gi.  Jed­nocześnie wszyscy którzy o nim pisali (z cza­sów pra­cy nad Star Trekiem) ale i ci którzy wypowiadali się o nim potem pub­licznie zwracali uwagę, że nie tylko był dobrym i zdol­nym aktorem ale też bard­zo dobrym, miłym wrażli­wym człowiekiem. Zwierz już wcześniej zwró­cił uwagę że we wzmi­ankach o Nimoyu prze­ważały ciepłe tony – towarzyszące zwyk­le wspom­nieniom o ludzi­ach po pros­tu przyz­woitych – gatunku rzad­kim a jakże potrzeb­nym. Być może właśnie te cechy sym­pa­ty­cznego, życ­zli­wego człowieka spraw­iły, że łat­wo było pokochać Spoc­ka – tego najbardziej ludzkiego ze wszys­t­kich znanych nam kos­mitów.

Dawno temu kiedy umarł Lem, szanow­na mat­ka zwierza wys­nuła teorię, że w isto­cie słyn­ny pis­arz po pros­tu spakował się i wró­cił na swo­ją plan­etę  z której przy­był. Kiedy do zwierza dotarła wieść o śmier­ci Nimoya zwierz pomyślał, że pewnie i dla niego nad­szedł czas by zabrać się z Zie­mi i wró­cić na Wolkan opowiadać innym o swoim sza­lonym życiu z dala od domu. Taką wer­sję przyj­mu­je zwierz. Bo w końcu wszyscy wiemy, że Star Trek to wolka­ńs­ki pro­gram doku­men­tal­ny o zra­chowa­ni­ach rasy ludzkiej w sytu­ac­jach ekstremal­nych. I dlat­ego wolka­nie wypadli w seri­alu tak dobrze.

WP_20150228_004

Live Long and Pros­per

10 komentarzy
0

Powiązane wpisy