Wszystkie smutne brody świata czyli kilka słów o narracyjnym znaczeniu zarostu męskiego

04/12/2017

Zjedz fromage do nowej fali! Czyli jak chrupać z pomysłem

04/12/2017

Posiadacze obuwia zimowego

04/12/2017

Wyglądam przez okno i wiem, że muszę znaleźć zimowe buty. Nie ma wyjścia – ulicę pokrywa cienka warstwa śniegu. Pewnie jest ślisko. A ja nie wiem gdzie włożyłam zimowe buty na naprawdę grubej podeszwie. Kiedy nerwowo szukam ich w przedpokoju przychodzi mi do głowy ile znaczy fakt, że mam zimowe buty.

Mam buty na lato, tak cienkie, że czuję każdą nierówność chodnika, i wiosenne – jeszcze zakryte bo może padać. Te na wczesną jesień, te kiedy listopada przychodzi z opadami, na lekką zimę i na późną zimę. Mam buty na grubych i cienkich podeszwach, ocieplane i przewiewne. Buty na każdą porę roku. Nie te cztery które wyznacza najprostszy podział, tylko co najmniej na sześć. Wszak każdy powie, że przez początek października przechodzi się w innych butach niż przez koniec listopada.

Mam też kurtki. Lekką na lato tak by wrzucić ją tylko do plecaka, jeśli będzie padać, tą skórzaną na wrzesień, kiedy czasem powieje zimniejszy wiatr. Tą lekką jesienną kiedy trzeba się zapiąć, tą cieplejszą gdy po nocach śnią się włączone kaloryfery. Obowiązkowy zimowy płaszcz, na dni kiedy stanie na przystanku wydaje się porównywalne ze zdobyciem bieguna. Do tego czapki, szaliki, kominy, rękawiczki – te z palcami, te bez palców. Ciepłe skarpetki, podkoszulki, torba z rzeczami zimowymi, torba z letnimi. Co kilka miesięcy powitania i pożegnania. Do widzenia zwiewna sukienko, dzień dobry wełniana spódnico, żegnaj czapeczko, witaj paszmino. Nieustanny cykl przekładania rzeczy z miejsca na miejsce, i tak się nigdy wszystkie nie zmieszczą.

 

W tym całym korowodzie garderobianych zmian zawsze mnie zastanawia. Jak bardzo o tym kim jestem decyduje fakt, że muszę posiadać zimowe buty? Jak łatwo przejmujemy całą odpowiedzialność za to kim jesteśmy. Jasne, uznajemy że wpływa na nas rodzina, czy pozycja społeczna, ale żeby klimat? Wolne żarty. Tymczasem ilekroć znów rozpoczynam moje zimowe ograniczanie ruchów – bo wszak każde niepotrzebne machnięcie ręką to utrata ciepła, zastanawiam się czy byłabym tą samą osobą gdybym nie marzła? Wszak są na świecie ludzie, którzy nie znają tego przejmującego zimna kiedy w styczniowy wieczór czeka się po zmroku na autobus. Nie znają uczucia w którym człowiek kuli się cały w sobie tylko po to by nie czuć tego strasznego wiatru. Pewnie nie wiedzą też jakie to przedziwnie cudowne kiedy w końcu po całej zimie pierwszy raz zakłada się lżejsze buty i nagle czuje się cały świat pod stopami dużo bardziej.  Nie tak jak wtedy kiedy dzieli nas od niego gruba podeszwa.

A to przecież nie wszystko. Od października zaczynamy żyć w świecie pokornej zgody na brak światła. Garniemy się do lamp, światełek, snujemy wizje wielkiej awarii sieci komputerowej która pozwoliłaby nam zostać w domu. Wychodzimy kiedy jest jeszcze ciemno, wracamy kiedy jest ciemno, resztę spędzamy zawieszeni w takiej ponurej szarości. Niby nie liczymy ale liczymy, kiedy dzień znów zaczyna się rozwijać, jakoś łatwiej żyć, pełnie osiągamy przez tą letnią chwilę kiedy kładziemy się spać kiedy jest jasno i wstajemy kiedy jest jasno. Wyraźny podział na pory roku tak ułatwia umieszczenie się w czasie. Już kwitnie bez, są kasztany, jeszcze są czereśnie, już drzewa są pomarańczowe, kałuże pokryły się rano warstwą lodu, pierwszy śnieg, jakieś pączki na drzewach. Zamykasz oczy i umiesz osadzić wspomnienie nawet nie w dniu, czy miesiącu ale w zmiennym kolorze liści na drzewach.

 

Są na świecie miejsca gdzie temperatura jest zawsze mniej więcej taka sama. Gdzie długość dni i nocy niemal nie ulega zmianie. Są kraje z klimatem tak stałym, że jakiekolwiek odchylenie budzi zaskoczenie. Są ludzie którzy nigdy nie musieli kupować zimowych butów. I tacy którzy przeżyli porę deszczową. Są Białe Noce i najostrzejsze północne zimy. Kiedy stoję w przedpokoju zastanawiając się gdzie są moje ciężkie, wysokie buty, nieco za duże – tak by mieściły się w nich grube skarpetki, przez chwilę myślę o tych wszystkich miejscach gdzie zawsze jest ciepło. Czy naprawdę bylibyśmy wciąż sobą, bez tej dojmującej tęsknoty za słońcem, jesiennego przygnębienia, odliczania w głowie kolejnych dni i tygodni dzielących nas od wiosny. Czy tak by się wygaszał i popadał w swoisty letarg mając w głowie tylko jedną, jedyną myśl, „Aby do wiosny, tylko do wiosny”. Czy pracowałabym tak samo, myślałabym tak samo, gdyby nie ciemności które okrywają ziemię od października do stycznia, każąc mi myśleć o łóżku jako o najpiękniejszym miejscu na świecie. Czy można być naprawdę szczęśliwym w kraju w którym się marznie, czy można być naprawdę produktywnym żyjąc pod jedną z tych ciepłych szerokości geograficznych.

Przechodzi mi też przez myśl, że może to wcale nie prawda że ludzi na świecie najbardziej dzielą wyznania i poglądy. W końcu to można jakoś przezwyciężyć dyskusją, poznaniem siebie, rozmową. Ale nic nie zmieni faktu, że przeciętny mieszkaniec Egiptu zobaczy śnieg tylko kilka razy w życiu, albo że są w Kenii miejsca gdzie zawsze jest taka sama pogoda – do tego stopnia stała, że dla Kenijczyka w Polsce może być i za zimno i za ciepło. Jak daleko jesteśmy od siebie w tych wspomnieniach, tym odczuwaniu świata. Jak dziwnie jest żyć w Polsce, gdzie nie znosimy chłodów ludów północy, ale nie możemy się cieszyć łagodnością klimatu południa. Może dlatego jesteśmy tacy markotni, zawieszeni w klimatycznej niemocy. I czy nie powinniśmy częściej rozmawiać o tym jak bardzo jesteśmy dziećmi klimatu w którym mieszkamy. Może to by sprawiło, że zaczęlibyśmy traktować walkę o powstrzymanie zmian klimatycznych nie jak coś co zajmuje naukowców, ale coś co dotyczy nas samych. Nie chcę myśleć o przyszłości w której nie znam śniegu.

 

W końcu znajduję moje nieco za duże (skarpetki się zmieszczą) buty jesienne. Jeśli będzie bardziej padać przemokną i znów przypomnę sobie jak straszne są przemoczone buty. Przez chwilę przypomina mi się piramida w Limie – jest zrobiona zaschniętego błota ale ponieważ nigdy tam nie pada to piramida stoi jak stała od lat. Myślę, że tutaj nie przetrwała by za długo. Kiedy wiążę szalik pod szyją, i staram się zapinając kurtkę nie przyciąć zamkiem błyskawicznym żadnego frędzelka, rozmyślam o tym, jak bardzo te wszystkie ubrania ograniczą moje ruchy, jak bardzo rozplanuję dzień tak by musieć je jak najrzadziej zdejmować i zakładać. Przy wciskaniu czapki na uszy dochodzę do wniosku, że nigdy nie byłabym sobą gdybym nie znała tego koszmarnego uczucia naelektryzowanych włosów pod czapką. Gdy naciągam rękawiczki, które czynią każdą czynność dziesięć razy trudniejszą przemyka mi przez głowę refleksja, że nawet korzystanie z telefonów komórkowych wyznacza mi rytm zmian pór roku. Kiedy w listopadzie zaczyna lać, komórka bezpowrotnie ląduje na dnie plecaka. I tak jest za zimno by trzymać ją w dłoni.

Kiedy otwieram drzwi na szary świat widzę, że cienka warstwa śniegu przykrywa kolejne stopnie schodków prowadzących na klatkę. Stawiam pierwszy krok. Jest ślisko więc zjeżdżam dwa schodki w dół. Kiedy już łapię równowagę, oddycham głęboko. Żyję.  Jutro, koniecznie, ale to koniecznie muszę znaleźć zimowe buty.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...