Dobra wszelakie czyli co zwierz przywiózł z Londynu

07/08/2014

Lew który chciał być królem czyli zwierz na Królu Lwie w Londynie

07/08/2014

Szop i spółka czyli zwierz i Strażnicy Galaktyki

07/08/2014
empty image
empty image

Zwierz rzadko jest w sytuacji w której musi stąpać dookoła Internetu by nie natknąć się na spoilery ale kiedy już się w takiej sytuacji znajdzie to nie ma przebacz. Tym razem zwierz musiał uniknąć spoilerów do Strażników Galaktyki co oznaczało chodzenie po Internecie zygzakiem i  z pół przymkniętymi oczami. Nie mniej trochę informacji o pierwszych recenzjach filmu przedostało się do zwierza – były to głównie zachwyty połączone z bardzo pochlebnie brzmiącą refleksją, że po co Abrams kręci nowe Gwiezdne Wojny skoro mamy Strażników. Po takich zachętach zwierz spodziewał się filmu który wywoła w nim reakcję co najmniej taką jaką wywołał pierwszy seans Avengersów. Kiedy zwierz trochę się pośmiał, trochę powzruszał a na końcu krzyknął „Ja chcę jeszcze raz”. Niestety Strażnicy choć są przezabawnym filmem, który istotnie wychodzi zwycięsko z wielu schematycznych zagrań a nawet angażuje widza w przygody bohaterów których nie znamy ale przynajmniej w opinii zwierza aż tak dobry nie jest. Poniżej sporo pochwał, kilka zastrzeżeń i żadnych spoilerów (przynajmniej kluczowych).

  Nawet jeśli zwierz trochę narzeka to jest pewien, że mamy za mało filmów w których szopy ratują galaktykę

W odległej galaktyce – jednym z największych plusów filmu jest fakt, że nie dzieje się na Ziemi. Więcej Ziemia nie odgrywa tu żadnej roli w ogóle występuje jedynie jako miejsce pochodzenia Petera Quilla. Zwierz uwielbia kiedy w filmach rozgrywających się w kosmosie nie ma Ziemi. Oderwanie się od niej sprawia, że świat przedstawiony nie tylko się rozszerza ale dalej twórcom dużo większe pole do popisu. Zdaniem zwierza jednym z powodów sukcesu Gwiezdnych Wojen był brak Ziemi i podobnie jest ze Strażnikami choć trzeba przyznać, ze broniona przez nich planeta byłaby chyba jeszcze ciekawsza gdyby nie zamieszkiwali na niej humanoidalni i niesłychanie podobni do ludzi kosmici. Nie mniej to uwaga drobna i całość rzeczywiście pod względem świata przedstawionego przypomina rzeczywistość znaną z komiksów gdzie wszystko jest możliwe a Ziemia to tylko jedna z licznych planet która tylko od czasu do czasu staje się centrum jakiegoś konfliktu ale zwykle pozostaje na uboczu.

  Najważniejszy cytat z tego filmu. Przydatny na wszystkie okazje

Na terapię w lewo – film dość konsekwentnie pokazuje bohaterów według jednego schematu. Poznajemy ich najbardziej oczywiste cechy (dowcip Quilla, brutalność Gamory, bezpośredniość Draxa, złośliwość Rocketa czy spokój Groota) a potem dowiadujemy się o nich czegoś więcej – co powinno nas przekonać, ze w istocie są to postacie które swoim zachowaniem najczęściej maskują wewnętrzne problemy, konflikty, ukrywają ból i cierpienie. Przy czym co ciekawe naprawdę sprawdza się to tylko w przypadku Rocketa. Ten sfrustrowany genialny szop pracz jest absolutnie 100% wiarygodny gdy mówi o tym, że nigdy nie prosił o to by stać się kimś wyjątkowym i że wcale nie chce być tym jednym wybebeszonym i poskładanym na nowo człowiekiem (OK szopem). Przy jego dylematach tęsknoty Quilla za matką czy chęć pomszczenia rodziny przez Draxa wypadają zaskakująco blado. Największy problem ma zwierz jednak z Gamorą. Widzicie zwierz nie do końca jest przekonany, czy zdanie „zabili moją rodzinę, wytrenowali na zabójczynie i ja zabijałam ale nie chciałam” sprawia, że wszystkie morderstwa jakie się popełniło natychmiast przestają się liczyć. Zdaniem zwierza jednak trochę się liczą. Nie żeby zwierzowi to jakoś strasznie przeszkadzało w świecie gdzie kosmos działa tak jak scenarzystom wygodniej ale ktoś mógłby jednak podrzucić jakiś komentarz. Natomiast Groot jest po prostu cudowny i  w ogóle dostarcza najwięcej emocji zwłaszcza na koniec (łkam) Ogólnie jednak cały film ma przekonać zwierza że ci bohaterowie nie nadają się na obrońców wszechświata problem w tym, że znając bohaterów setek innych filmów, komiksów i popkulturalnych przekazów – to właściwie idealnie wpisują się w schemat ludzi ratujących galaktyki. I to jest pewien problem – film musi z jednej strony przeprowadzić nas przez akcję (bardzo sprawnie), z drugiej wszystkich bohaterów przedstawić. Pod tym względem Avengersi dowodzą że filmom bardzo dobrze robi kiedy wszyscy bohaterowie są już widzowi znani wcześniej i można wszystkie powitania pominąć. Zwierz nie mówi, że do postaci nie da się przywiązać – ale są to jednak bohaterowie których widzimy na ekranie w sumie dość krótko (jak się ich czas ekranowy podzieli na cztery)  a to jest jednak inna sytuacja niż np. znać bohatera od dwóch filmów.

Zwierz jest zaskoczony jak dobry jest grający Draxa aktor – zapaśnik. Sam Drax byłby lepszą postacią gdyby ktokolwiek w kosmosie rozumiał metafory Petera

Źli, brzydcy, niebiescy – film ma dobrych złych. A właściwie dobrego złego.  Ronan ma wszystkie cechy dobrych złych charakterów – wygląda dziwnie, mówi wspaniale (jak ta rolę można zastąpić dubbingiem? Przecież wtedy nie ma roli!) i jest podły. Tak klasycznie podły, że właściwie nic go nie tłumaczy, litości nie budzi za to budzi strach i lęk czyli dokładnie to co dobrze napisany zły w filmie powinien. Do tego ma przerost ambicji i najbardziej mhroczny statek kosmiczny na wschód od Gwiazdy Śmierci. Zwierz go polubił zwłaszcza, że ostatnio naroiło się nam złych z wielkimi problemami i tą „drugą stroną” którą trzeba było wziąć pod uwagę a tu proszę porządny zły i podły. Niestety nie da się tego powiedzieć o Nebuli. To postać która jest a jakby jej nie było. Chodzi, mówi widać że ma jakieś problemy z ojcem ale… no właśnie zwierz czekał i czekał aż coś z jej obecności na ekranie wyniknie i nic nie wynikło. Być może to jest jedna z tych postaci które kiedyś coś jeszcze będą znaczyć – zwierz uważa że obecność takich bohaterów to wielki minus Marvel Cinematic Universe gdzie każdy film jest trochę zapowiedzią następnego.

Postacie w filmie są fajne ale zwierz wciąż miał wrażenie że wolałby je jednak nieco lepiej znać

Śmiej się nikt nie zauważy kliszy – zwierzowi troszkę przeszkadzał fakt, że tak naprawdę w filmie wciąż powtarzała się ta sama sekwencja – coś bardzo bardzo, dobrze znanego, przewidywalnego i schematycznego do bólu z jednym dowcipem na koniec sceny który miał rozładować napięcie. Problem w tym, że o ile ta sama sztuczka np. w Avengersach sprawdziła się głównie dlatego, że nawet schematyczne sceny nie zostały rozegrane do końca na poważnie to tu niestety część dialogów nieco za bardzo szybuje w strefy podniebne – zwłaszcza obowiązkowa mowa „kto jest ze mną”. Och jakże straszliwie schematyczna to mowa i nawet dowcip na koniec nie jest jej w stanie rozładować. Podobnie jak – chyba nieco przyśpieszone – zakończenie gdzie ostateczna scena konfrontacji choć przezabawna jest straszliwie schematyczna. Do tego stopnia, ze zwierz poczuł się zawiedziony, że w tak dobrym filmie ta ostatnia scena jest taka… jakby już ją gdzieś widział.  Przy czym zwierz prawdziwe emocje (zwierz był na granicy łez) poczuł tylko raz za sprawą Szopa i jego Drzewa. Trzeba zresztą powiedzieć że to są postacie które ukradły film.

 

Jeśli film już ma takie fan arty to musiał się spodobać (stąd)

Spokojnie to tylko obsada – no właśnie skoro o obsadzie mowa. Właściwie zwierz nie ma żadnych zastrzeżeń. Chris Pratt do swojej roli nadaje się doskonale i gra właściwie Hana Solo albo swoją wariację na temat. Co jest nawet logiczne biorąc pod uwagę, że jego bohater miał Gwiezdne Wojny okazję zobaczyć. Pratt doskonale sprawdza się jako bohater kina akcji a jednocześnie to przede wszystkim aktor komediowy. No i jego wysiłki by nabrać najlepszej możliwej formy zostały nagrodzone obowiązkową niczym nie uzasadnioną sceną bez koszuli. Nie potępiamy. Równie dobrze obsadzony jest Drax – Dave Batista może nie jest aktorem ale sprawił się doskonale. Zdaniem zwierza lepszego Draxa nie można było sobie wymarzyć. Zwierzowi podobała się też Gamora choć zwierz ma problem z tym, że Zoe Saldana pojawia się absolutnie we wszystkich kosmicznych filmach i zwierz ma czasem wrażenie, że istnieje w kosmosie tylko jedna kobieta i jest nią Zoe. Zwierz jednak aktorkę lubi i woli w zieleniach niż błękitach. Doskonałym wyborem był też Lee Pace do roli Ronana. Lee jest wysoki, ma doskonały głos i umie się ruszać tak, że wszyscy inni nagle wydają się niscy i mali. Co prawda jak twierdzi Internet jest trochę niepokojące że ten sam człowiek gra Ronana i Neda z Pushing Daisies ale zwierz jest pod niesłabnącym wrażeniem talentu aktora.  Dobry jest też drugi plan – zwierz radośnie powitał Petera Sarafinowicza w roli wrednego policjanta bo to rola jak pisana dla niego. Co prawda Glenn Close wyglądała jakby szukała wzorkiem najbliższego zejścia z planu ale za to John C. Reilly sprawiał wrażenie, że doskonale się bawi. Ponownie Marvel udowodnił że umie doskonale aktorów obsadzać.

A w Universum DC jak wskazują plakaty wciąż pada

Panikujcie to aż głos – wydawać by się mogło, że w przypadku dwóch ulubionych postaci zwierza – Groota i Rocketa to kto podkłada głos będzie nieco mniej ważne. Tymczasem okazało się kluczowe. Vin Disel który już przy Stalowym Gigancie pokazał że jest w tym fachu mistrzem, tu z prostego zdania I’m Groot zrobił najbardziej wieloznaczną sentencję od czasów porykiwania Chewbaccy. Zresztą sporo scen każe spoglądać na Groota właśnie jak na takiego Chewbaccę Strażników. Ale mimo podziwu zwierza dla Vin Disela (i niesłabnącej miłości do Groota, który jest cudowny i wspaniały) zwierz nie może wyjść z zachwytu nad tym co w filmie zrobił Bradley Cooper. Widzicie zwierz teoretycznie miał na ekranie wściekłego na cały świat szopa pracza po eksperymentach genetycznych. Ale cały czas czuł tam obecność Coopera – więcej spokojnie mógłby sobie odtworzyć ten film zastępując Cooperem obraz szopa. To znakomity przykład na to, że pewnych filmów nie powinno się dubbingować. Bo widzicie w filmie który widział zwierz grał Bradley Cooper  – jak się obejrzy bez napisów to ten aktor nie gra w waszym filmie – a szkoda bo jest znakomity. Zresztą w ogóle zwierz ma wrażenie, że Groot i Rocekt po prostu są w filmie najciekawsi i najlepiej zbudowani (zwierz mówił że łkał pod koniec? W Tej scenie o której wiecie że jest tą sceną). Między innymi dlatego zwierz postulował mniej humanoidów w filmie. Skoro i tak nie planuje się wątków romantycznych to czemu nie zaszaleć i nie wprowadzić więcej kosmitów. Bo powiedzmy sobie szczerze – nie bardzo jest to ekranizacja komiksu raczej komiks daje doskonały pretekst by zacząć nie ab urbe condita ale gdzieś tak w połowie w świecie o którym można wmawiać widzom że już go przecież dobrze znają.

Maleńki spoiler ale tylko dla tych co wiedzą

Ale czegoś brak … – akcja Strażników Galaktyki rozwija się popisowo i przepisowo – żadnych przestojów i dłużyzn. Rytm jest zachowany, spokojnie, zabawnie, akcja mała, akcja duża, spokojnie, zabawnie, akcja mała, akcja duża i tak do końca. Wielu widzów nawet nie zauważy kiedy im ten czas na seansie upłynie, zwłaszcza że statki kosmiczne śmigają jak nigdy, kosmos jest piękny a dowcipy niezłe. Ścieżka dźwiękowa jest przejawem czystego geniuszu. Czego więc zwierzowi brakuje?  Trudno powiedzieć – na pewno nie chodzi o jakieś dziury w fabule (są ale zwierz wie co ogląda) ani o konstrukcje postaci. Raczej o takie poczucie, że co prawda dostał zabawny i przygodowy film, ale spokojnie mógłby go nie obejrzeć. W przypadku np. Avengersów zwierz już przed seansem znał bohaterów i teraz mógł oglądać ich w akcji – ignorując akcję spoglądając na zachowania bohaterów. To był największy plus. Tu zaś miał zwierz wrażenie, że jednak za mało ich zna by czekać na każde słowo, reakcję czy interakcję. Co czyni Strażników Galaktyki znakomitym przygodowym filmem, ale nie ma tego emocjonalnego ładunku, który wpływa na odbiór filmu. Czego trochę zwierzowi brakowało.

  Zwierz się uśmiecha. Prawie jak Groot

Zwierz zgadza się, że Strażnicy to najbliższe Gwiezdnym Wojnom przeżycie jakie dostaliśmy od lat. Nie kłóci się z tymi którzy wyszli z kina z piosenką na ustach. Trochę kłóci się z tymi, którzy uważają że scena po napisach jest beznadziejna. Zdaniem zwierza nie jest wręcz przeciwnie – Marvel postąpił słusznie – uczcił rocznicę, zażartował sam z siebie i przeraził pewnie nie jednego widza. Zwierz nie jest zdania, ze Strażnicy to film zły. Trochę żałuje zmarnowanego potencjału niektórych postaci (głównie Nebuli) ale cieszy się, że Internet powtarza I’m Groot i jest pełen fan artów ze wściekłym Szopem Praczem. Na pewno Strażnicy pokazują, że decyzja Marvela by założyć na glowę abażur i biegać w kółko jest lepsza niż decyzja DC by być mhroczną wytwórnią stawiającą wszystkich bohaterów w strugach deszczu. Bo widz ostatecznie chce się dobrze bawić, śmiać i zapomnieć o wszystkim. I to większości z was Strażnicy zapewnią. A jeśli zwierzowi zapewnili nieco mniej niż się spodziewał to składa to na karb swojej miłości do innych niż wykorzystane w tym filmie schematów oraz faktu, że X-men Days of Future Past zabrało już w tym roku miejsce na najlepszy film komiksowy. W każdym razie Marvel miał co chciał – udowodnił, że nie ma takiej koncepcji komiksu która byłaby dla widzów za trudna. Przez co otworzył nas  na nowe pełne możliwości światy. To kto następny?

Ps: Zwierz musi chyba jeszcze raz powtórzyć że ścieżka dźwiękowa do tego filmu jest genialna plus zdaniem zwierza w każdym filmie Marvela powinno się odtąd pojawiać jako inside joke  nawiązanie do Kevina Bacona.

Ps2: Zwierz źle się czuje z tym że nie jest filmem aż tak zachwycony więc jeszcze doda, że jego zdaniem jak najbardziej powinniście film obejrzeć bo to, że zwierz trochę marudzi nie zmienia faktu, że to bardzo sympatyczna produkcja.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...