Home Seriale Jeden na ludzi, drugi na potwory, trzeci na krytyków czyli o Wiedźminie od Netflixa

Jeden na ludzi, drugi na potwory, trzeci na krytyków czyli o Wiedźminie od Netflixa

autor Zwierz
Jeden na ludzi, drugi na potwory, trzeci na krytyków czyli o Wiedźminie od Netflixa

Nie jest łat­wo pisać o seri­alu Net­flixa o Wiedźminie. Nie dlat­ego, że nie mam prze­myśleń na ten tem­at, ale zas­tanaw­iam się czy uda mi się odd­ać dobrze co czu­ję wobec tego seri­alu. Nie jest to niechęć czy nien­aw­iść. Nie jest to poczu­cie zawodu. Ale trud­no nazwać to entuz­jazmem. Prawdę powiedzi­awszy po ostat­nim odcinku najbliżej było mi do stwierdzenia „Okej, to był ser­i­al”. I właś­ci­wie dziś będę się zas­tanaw­iała, dlaczego ta pro­dukc­ja, która w wielu miejs­cach cytu­je słowo w słowo moje ukochane opowiada­nia, nie była w stanie mnie ani zniechę­cić ani por­wać. Tekst zaw­iera umi­arkowane spoil­ery do seri­alu i w sum­ie żadne spoil­ery jeśli zna­cie książkę

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Przed omówie­niem seri­alu trze­ba ustal­ić kil­ka fak­tów na tem­at książek Sap­kowskiego. Książ­ki Sap­kowskiego choć należą do sze­rok­iego gatunku jakim jest fan­tasty­ka, nigdy nie powin­ny stać w naszej głowie na jed­nej półce wraz z inny­mi fan­tasty­czny­mi pozy­c­ja­mi, które w ostat­nich lat­ach trafi­ały na ekrany. Sap­kows­ki nigdy nie był zain­tere­sowany stworze­niem spójnego, prze­myślanego, całkowicie ory­gi­nal­nego świa­ta. Nigdy nie próbował być kreślić skom­p­likowanych poli­ty­cznych intryg na miarę Mar­ti­na, nigdy nie intere­sowało go pisanie takiego dzi­ała jakie stworzył Tolkien. Twór­c­zość Sap­kowskiego to przede wszys­tkim żon­glowanie ist­nieją­cy­mi w gatunku ele­men­ta­mi i tropa­mi, w opowiada­ni­ach mamy przetworzenia leg­end, baśni, znanych powieś­ci z ele­men­ta­mi fan­tasty­czny­mi. W sadze – grę z bard­zo klasy­czny­mi tropa­mi his­torii fan­tasty­cznych, a wszys­tko pod­lane olbrzymią miłoś­cią pis­arza do mitu arturi­ańskiego. To jed­nocześnie siła i słabość prozy Sap­kowskiego. Siła – bo dzię­ki temu cała his­to­ria zosta­je uję­ta w ramy post­mod­ernisty­cznej gry z gatunkiem, minus – bo do pewnego stop­nia zwal­nia to auto­ra z koniecznoś­ci tworzenia nowego, spójnego świa­ta. Tak Sap­kows­ki wymyślił, czy właś­ci­wie, opisał wiedźmi­na, ale swo­je kras­noludy, elfy, nizioł­ki poży­czył właś­ci­wie jeden do jed­nego od Tolkiena, zakłada­jąc dość słusznie – że w jego prozie nie chodzi o stworze­nie czegoś zupełnie nowego, tylko o nowe ułoże­nie znanych ele­men­tów. Wiedźmin bywa oczy­wiś­cie bard­zo poważny, ale jed­nocześnie – pod pewny­mi wzglę­da­mi to nie jest aż tak poważne, nieza­leżne dzieło jak niek­tórzy chcieli­by je widzieć. Dobrym przykła­dem jest funkcjonowanie starszej mowy – wszyscy wiemy, że to ład­nie wyglą­da­ją­cy na papierze mix fran­cuskiego, łaciny i niemieck­iego (Zresztą w świecie Wiedźmi­na ist­nieje łaci­na i niko­go to nie dzi­wi) – i to w świecie Wiedźmi­na dzi­ała, bo wiemy, że to jest opowieść, która nie musi tworzyć włas­nego języ­ka. To nie ten rodzaj fantastyki.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Te wszys­tkie ele­men­ty który­mi gra Sap­kows­ki doskonale sprawdza­ją się w opowiada­ni­ach i w sadze. Prob­lem w tym, że jego lit­er­ack­ie zabie­gi, niekoniecznie zna­j­du­ją miejsce w seri­alu. Choć twór­cy przy­wołu­ją przy­gody Wiedźmi­na niemal jeden do jed­nego z opowiadań, to jed­nocześnie – wstrzy­mu­ją się przed tym co stanow­iło o ich dodatkowym ciekawym charak­terze. W pier­wszym odcinku bazu­ją­cym na opowiada­niu „Mniejsze zło”, pojaw­ia się kwes­t­ia wyboru moral­nego i jego zawsze złych kon­sek­wencji. Ale nie ma już tak wyraźnego naw­iąza­nia do tego, że nasz Wiedźmin zosta­je wyna­ję­ty by zabił … Królewnę Śnieżkę. Z seri­alu wypadły bowiem wszys­tkie ele­men­ty ciekawego i życiowego retellingu his­torii królewny, której postanowiono się pozbyć z dworu pod pozorem wal­ki z klątwą. Naj­moc­niej ten brak osadzenia w szer­szym kon­tekś­cie widać we frag­men­cie seri­alu bazu­ją­cym na opowiada­niu „Koniec Świa­ta”. Opowiadanie dwuz­naczne, miejs­ca­mi porusza­jące, ale też – jak­by się nad tym zas­tanow­ić – w swo­jej prze­myślanej grze z ele­men­ta­mi fan­tasty­czny­mi – niespójne z resztą his­torii o Wiedźminie. Co więc mogą twór­cy zro­bić? Okroić opowiadanie do min­i­mum, tak by wyrzuć wszys­tkie ele­men­ty które nie pasu­ją do spójnego świa­ta. Co ostate­cznie pozostaw­ia nas z his­torią błahą, niepotrzeb­ną i właś­ci­wie pozbaw­ioną puen­ty.  Są też mniejsze pominię­cia – np. w his­torii o smoku nie pojaw­ia się naw­iązanie do szew­czy­ka Dratew­ki ( a właś­ci­wie do jedynego słusznego sposobu zabi­ja­nia smoków). His­to­ria ze swois­tego przyp­isu do znanej baśni, sta­je się po pros­tu kole­jną hero­iczną wyprawą. Paradok­sal­nie to spraw­ia, że kil­ka razy w seri­alu wątek Ger­al­ta jest najnud­niejszy. Pozbaw­iony tego intelek­tu­al­nego wymi­aru – ponownego opowiada­nia klasy­cznych his­torii — Ger­alt sta­je się po pros­tu zabójcą pot­worów a jego postać głównie macha mieczem. A prze­cież nie to czyni go postacią ciekawą.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Utra­ta tej warst­wy, sama w sobie nie była­by taka strasz­na. Ostate­cznie – trud­no było­by między­nar­o­dowej wid­owni wyjaśnić, że prze­cież każde dziecko wie, że Jeż w zbroi to oczy­wiś­cie znany Jeż Stalowy z wier­sza Brzech­wy (czy tylko mnie tata recy­tował to w kółko jak byłam dzieck­iem?). Nie sposób też przetłu­maczyć zda­nia „Dobra­noc – powiedzi­ał dia­beł” bo to jest jed­na z najlep­szych językowych puent w Wiedźminie, ale wyma­gało­by to od amerykanów niesamowitej gim­nasty­ki. Tak więc nie chodzi o konkretne naw­iąza­nia, ale o pewną atmos­ferę. Nad powieś­ci­a­mi Sap­kowskiego unosi się bowiem atmos­fera gry, pewne przyz­wole­nie na umowność i nie trak­towane wszys­tkiego stu pro­cen­towo poważnie. Dzię­ki temu dosta­je­my zresztą jedne z najlep­szych rzeczy w książce, a cała saga pod­chodzi luźno do spraw, które w innym przy­pad­ku autorzy musieli by tłu­maczyć w dwus­tu tomach (np. fakt że w qua­si śred­niowieczu jest rozwinię­ta wiedza o gene­tyce). Tylko tak da się czy­tać Sap­kowskiego be zadawa­nia głupich pytań.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Ser­i­al musi się jed­nak potrak­tować poważniej. Oznacza to np. że twór­cy nie mogą sobie poz­wolić na białe plamy, postaci, których przeszłość jest niedopowiedziana, na sug­estie, mrug­nię­cia, podrzu­canie i zapom­i­nanie o bohat­er­ach itp. Ser­i­al musi postaw­ić na jak­iś spójny konkret – bo jed­nak seri­ale to medi­um, które odbier­amy inaczej niż książkę. Pewne chwyty które w książce intrygu­ją, w seri­alu od razu zostaną wytknięte jako wiel­ka luka w nar­racji.  Świet­ny przykład to Yen­nefer. W książce właś­ci­wie na początku nic o niej nie wiemy. Tu sug­es­tia, tam sug­es­tia. Złoże­nie w całość his­torii Yen­nefer wyma­ga lek­tu­ry wszys­t­kich tomów, przy czym niek­tóre fak­ty pojaw­ia­ją się w ostat­nich rozdzi­ałach piątego tomu sagi. Inne zaś nigdy, stanow­ią jak­iś domysł, sug­estię – coś co w prozie zdarza się częs­to. No ale widz seri­alowy lubi jed­nak his­torię opowiedzianą bardziej spójnie. Yen­nefer dosta­je więc back­sto­ry (przepraszam za angl­i­cyzm, ale to najlep­sze słowo na opisanie tego zjawiska dopisy­wa­nia przeszłoś­ci), podob­nie jak Istredd, Stre­go­b­or (który tu wyras­ta na ważną postać), więcej back­sto­ry dosta­je Triss, Tis­sa­ia i wiele, wiele postaci, które po pros­tu w książce pojaw­ia­ją się dość nagle i niekiedy równie nagle znika­ją. Nie są to his­to­rie słabe, niek­tóre są nawet bardziej intere­su­jące, niż wątek Ger­al­ta, ale we wszys­t­kich czuć tą pokusę bard­zo dokład­nego dopowiedzenia tego co w opowiada­ni­ach pozosta­je, częs­to całkiem słusznie, pozostaw­ione czytel­nikowi do dopowiedzenia.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

 

Jed­nym z ele­men­tów który twór­cy chcą dopowiedzieć najbardziej są poli­ty­czne knowa­nia magów. Sap­kows­ki nie pisał swoich opowiadań mając w głowie jak­iś spójny świat magów – po pros­tu byli (trochę tacy free­lancerzy), a Kapituła i Rada Magów pojaw­ia się sto­sunkowo późno – poz­na­je­my ich dopiero w drugim tomie sagi. To jed­nak nie pasu­je do wiz­ji, że wszys­tko musi być zor­ga­ni­zowane, a najlepiej – w sposób opresyjny i knu­ją­cy – głównie dlat­ego, że widz fan­tasty­czny przyzwycza­ił się do skom­p­likowanych intryg poli­ty­cznych, rodem z Gry o Tron, a Sap­kows­ki dłu­go takich nie dostar­cza. Pojaw­ia się więc Bract­wo magów (bard­zo mnie bawi nazwa bract­wo na orga­ni­za­cję niemal całkowicie opanowaną przez czar­o­dziej­ki) i dosta­je­my bard­zo opresyjną wiz­ję mag­icznego szkole­nia (ponown­ie twór­cy wypeł­ni­a­ją to co zostało tylko zaz­nac­zone,)  i bard­zo prze­myślaną wiz­ję późniejszego poli­ty­cznego rozlokowa­nia mag­iczek. Twór­cy pisząc swój sys­tem dzi­ała­nia magów jako orga­ni­za­cji najbardziej pos­zli tu na swo­je, i nieste­ty – wypa­da to dużo sła­biej niż wiz­ja Sap­kowskiego. Być może dlat­ego, że cały czas ma się wraże­nie, że twór­cy roz­pac­zli­wie prag­ną spójnego sys­te­mu, tam, gdzie Sap­kows­ki tylko go nasz­ki­cow­ał – dając mu się rozwinąć bardziej dopiero pod w kole­jnych tomach Sagi. Mam wraże­nie, że poczynione tu zmi­any najbardziej odbi­ją się na his­torii opowiadanej potem, bo takiej intry­gi jaką opisał Sap­kows­ki już się w tych reali­ach przeprowadz­ić łat­wo nie da.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

 

To prag­nie­nie dopowiedzenia widać też w sposo­bie przed­staw­ia­nia Nil­f­gaar­du. W opowiada­ni­ach a potem powieś­ci­ach jest jasne, że Nil­f­gaard reprezen­tu­je zagroże­nie poli­ty­czne typowe dla tego typu his­torii. Jest to kraj rząd­zony inaczej, ale  jego agres­ja na kra­je Nordlingów nie stanowi jakiejś ide­o­log­icznej kruc­jaty – bardziej jest to typowy poli­ty­czny fakt – impe­ria się rozras­ta­ją poprzez kon­flik­ty. Sap­kowskiego wyraźnie nie intere­su­je pisanie jakieś bardziej skom­p­likowanej ide­o­log­icznej motywacji cesarza Nil­f­gaar­du, bo też czytel­nik wie, że to jest sym­bol „tych złych którzy przy­chodzą na nasze ziemie”. To nie Mor­dor czy Imperi­um z Gwiezd­nych Wojen. Sama w cza­sie lek­tu­ry miałam dość jasne wraże­nie, ze Sap­kows­ki wyko­rzys­tu­je po pros­tu motyw – znów nas zaatakowali. A to co nam się w głowie wyświ­et­la gdy wro­ga armia przy­by­wa zza grani­cy w prze­waża­jącej sile – to już kwes­t­ia kul­tu­ry w której żyje­my. Tym­cza­sem w seri­alu dosta­je­my kil­ka infor­ma­cji o tym, że Nil­f­gaard opanował fanatyzm religi­jny, który sek­cia­rsko odpowia­da za przeko­nanie, o koniecznoś­ci inwazji i przenosi się na sposób upraw­ia­nia tam magii. I tak ponown­ie – umy­ka pew­na umowność świa­ta Sap­kowskiego, zastą­pi­ona taką motywacją ze schematy­cznego kapelusza wątków fantastycznych.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

To wszys­tko spraw­ia, że ser­i­al jest jed­nocześnie poprawny i nawet miły do oglą­da­nia – ale zupełnie wyprany z tego co wielokrot­nie przesądza­ło o wymowie opowieś­ci Sap­kowskiego. Jest polowanie na smo­ka, ale nie ma roz­mowy o koniecznoś­ci ochrony wymier­a­ją­cych gatunków, na który wpływ ma dzi­ałal­ność człowieka. Jest wspani­ały las Brokilon ale już nie ma reflek­sji o ludzi­ach zagar­ni­a­ją­cych sobie kole­jne przestrze­nie i o bez­nadziejnej walce dri­ad o przetr­wanie. Choć teo­re­ty­cznie więcej się w seri­alu mówi o przy­by­ciu ludzi i koni­unkcji sfer i o mor­dowa­niu np. elfów, to nieste­ty – ginie ta płaszczyz­na „To wcale nie jest komen­tarz to fan­tasty­cznego świa­ta, tylko autor pisze ci o tym jak ludzie niszczą ekosys­te­my, nie tylko w świat­ach fan­tasty­cznych”. O ile czy­ta­jąc powieś­ci Sap­kowskiego czytel­nik doskonale słyszy, że autor nie pisze o żad­nym fan­tasty­cznym świecie tylko o naszej rzeczy­wis­toś­ci, o tyle tego wymi­aru w seri­alu braku­je. Tworząc, przy­na­jm­niej u oso­by wyczu­lonej na te treś­ci w książce, poczu­cie niedosy­tu. Bo to w prozie Sap­kowskiego było jed­nym z tych charak­terysty­cznych ele­men­tów. U Tolkiena wyniosłe elfy odpły­wały, bo kończył się ich czas. U Sap­kowskiego, ludzie mnożą się bardziej i są bardziej agresy­wni pod wzglę­dem uprawy zie­mi. Więc zabier­a­ją więcej przestrzeni. Ta niefan­tasty­cz­na strona fan­tasty­cznych rozmyślań Sap­kowskiego zupełnie umknęła.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

I byłabym zupełnie to wybaczyła – ostate­cznie jak wspom­ni­ałam, przy­wołanie tych treś­ci nie jest proste, gdy­by nie fakt, że ser­i­al ma też miejs­ca­mi prob­le­my z odd­aniem emocjon­al­nej siły prozy Sap­kowskiego. Najbardziej widać to w wątku Ger­al­ta i Ciri. W książkach jest to opowieść o tym jak Ger­alt trochę przy­pad­kiem został przez przez­nacze­nie przyg­nany do roli ojca i jak z pomocą przez­naczenia się w niej odnalazł, dużo bardziej niż mógł­by przy­puszczać. Kluc­zowe dla budowa­nia tego wątku jest pier­wsze spotkanie Ger­al­ta i Ciri gdzie obo­je jeszcze nie wiedzą dobrze kim dla siebie są, ale pojaw­ia się emocjon­al­na więź. Na niej zbu­dowana jest niesamowi­ta sce­na ich ponownego spotka­nia. I co? Twór­cy pom­inęli ten wątek. Oznacza to, że szuka­ją­cy Ciri Ger­alt nie jest człowiekiem, który szu­ka dziew­czyn­ki, z którą naw­iązał sil­ną emocjon­al­ną więź (i nawza­jem) ale jakiegoś, niez­nanego sobie dziec­ka niespodzian­ki. Sama Ciri szuka­ją­ca wiedźmi­na, nie poszuku­je swo­jego przy­ja­ciela i opieku­na, tylko człowieka, o którym wszyscy pow­tarza­ją „to two­je przez­nacze­nie”. Tym samym ser­i­al traci to na czym potem bard­zo budowano relację Ger­al­ta i Ciri. Trud­no zresztą powiedzieć, dlaczego, bo na ten wątek jest w pro­dukcji jak najbardziej miejsce (Ger­alt przez pewien czas nie ma nic do robo­ty, spoko­jnie moż­na było­by to przy­wołać). Naprawdę nie wiem, jak moż­na zrozu­mieć ich więź nie zna­jąc książek, bo w seri­alu to właś­ci­wie dwie obce osoby.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Podob­nie odt­warza­jąc, pominiętą w opowiada­ni­ach bitwę pod Sod­den twór­cy popeł­ni­a­ją błąd. Bit­wa pod Sod­den to w świecie wykre­owanym przez Sap­kowskiego, bit­wa kluc­zowa. Taka Bit­wa Warsza­wska do dziesiątej potę­gi. Wspom­nie­nie tej bitwy będzie towarzyszyło bohaterom książ­ki dość dłu­go. Ale też będzie pod­stawą pewnego myśle­nia o kon­flik­cie. U Sap­kowskiego dowiadu­je­my się o bitwie tylko z drugiej ręki, nie jesteśmy jej bezpośred­ni­mi świad­ka­mi. Ser­i­al musi tą lukę uzu­pełnić. I uzu­peł­nia, ale bard­zo nieu­dol­nie, jak­by nie umiejąc zrozu­mieć, że opowiada­ją nie tyle o wojskowej czy mag­icznej poty­czce, ale o wydarze­niu z punk­tu widzenia tego kon­ty­nen­tu dość kluc­zowym. Bit­wa pod Sod­den jest nakrę­cona chao­ty­cznie, zupełnie jak­by twór­cy nie rozu­mieli, co właś­ci­wie chcą powiedzieć. Jed­nocześnie, z niez­nanych mi przy­czyn upar­li się by z Yen­nefer zro­bić coś więcej niż bard­zo uzdol­nioną czar­o­dziejkę. Co ponown­ie – stoi w sprzecznoś­ci z tym co zapro­ponował nam Sap­kows­ki – czyli postać ciekawą i ważną, ale nie żad­ną najważniejszą na świecie i najbardziej potężną. Jak­by to jest wbrew schema­towi świa­ta fan­ta­sy gdzie wszyscy są wybrań­ca­mi. Szko­da, że z tego zrezygnowano.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Moje narzeka­nia wynika­ją z fak­tu, że to nie jest ser­i­al zły sam w sobie. Dlat­ego też szukam miejsc w których traci to co mogło­by go uczynić seri­alem doskon­ałym. Pod wzglę­dem castin­gowym – twór­cy właś­ci­wie się nigdzie nie pomylili. Hen­ry Cav­ill jest doskon­ałym Wiedźminem, głównie dlat­ego, że potrafi pokazać to jak bard­zo wiedźmin ma dość, chci­ał­by być gdzie indziej, i w ogóle chce siedzieć w lesie i roz­maw­iać z Płotką a nie angażować się w sprawy świa­ta. Jed­nocześnie jak wiemy, wiedźmin musi się angażować w sprawy świa­ta. Ser­i­al pokazu­je dość dobrze jak on sam jest sobą ziry­towany. Sporo jest tu takich smaczków jak np. „hmm” Ger­al­ta które zaw­iera wszys­tkie te lin­ij­ki dia­logu których zde­cy­dowanie nie trze­ba już pisać.  Inna sprawa – jak Cav­ill zaczy­na wymachi­wać mieczem, to człowiek się zas­tanaw­ia czy go gdzieś tak po drodze nie podra­sowano jed­nak gene­ty­cznie. Co więcej, spodobało mi się to, że rola Cav­il­la jest na tyle „jego” że spoko­jnie może ist­nieć obok innych inter­pre­tacji wiedźmi­na, niczego nie zabier­a­jąc niko­mu. Jest tylko jeden minus – ponieważ Ger­altt w sum­ie w seri­alu bard­zo mało mówi, to jeśli się go nie zna z innego medi­um, to w sum­ie – bard­zo mało się o nim wie.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Świet­na jest Anya Chalo­tra jako Yen­nefer. Mogłabym nawet powiedzieć – trochę za dobra, bo przez pół seri­alu miałam uczu­cie, że moglibyśmy już sobie darować te pot­wory i wró­cić do Yen­nefer. I choć jak Yen­nefer bohater­ka nie wyglą­da, to ma coś takiego w spo­jrze­niu, że zupełnie się o tym zapom­i­na. To jest chy­ba jed­na z najlep­szych, jeśli nie najlep­sza rola seri­alu. I nawet nie za bard­zo przeszkadza różni­ca wieku między aktora­mi.   Jestem jak chy­ba wszyscy odd­y­cha­ją­cy ludzie wielką fanką Joeya Batey jako Jaskra. Zresztą sce­ny między nim a Ger­al­tem są jed­ny­mi z najlep­szych w seri­alu, widać tą przy­ja­ciel­ską chemię, a jed­nocześnie – mam wraże­nie, że to jedyne sce­ny w których Cav­ill nie sku­pia się na zaciska­niu swo­jej imponu­jącej szczę­ki (serio powin­ni ją wys­taw­iać w muzeum szczęk).

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

 

Nie ukry­wam podoba­ją mi się też pewne decyz­je castin­gowe, co do których miałam wąt­pli­woś­ci. Royce Pierrson jako Istredd spraw­ił, że pier­wszy raz w życiu zain­tere­sowałam się tą postacią jakoś bardziej, I abso­lut­nie nie mogę się doczekać, kiedy Mahesh Jadu będzie mógł nam pokazać więcej swo­jego Vil­ge­fortza. Poza tym naprawdę chy­ba wszyscy mi się castin­gowo spodobali, poza aktorka­mi gra­ją­cy­mi Fringilię (ale to chy­ba głównie dlat­ego, że uważam wprowadze­nie tej postaci i jej rolę za najbardziej kre­tyńs­ki pomysł całego seri­alu) i Triss – tu po pros­tu Triss jest tak żad­na, że trud­no sobie wyobraz­ić, jak widz miał­by uwierzyć, w jej późniejszą rolę w tej opowieś­ci. Choć może znów należy wszys­tko zwal­ić na Chalotrę która po pros­tu jest bardziej czar­o­dziejs­ka jako Yen­nefer od wszys­t­kich innych czar­o­dziejek zatrud­nionych w produkcji.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Aktorsko jest więc dobrze, samo tem­po opowieś­ci nie jest naj­gorsze, a przepla­tanie wątków spraw­ia, że właś­ci­wie w każdym odcinku coś się dzieje, a widz może sobie wybrać, która nit­ka będzie go najbardziej intere­sować. Czy­tałam opinie, że nielin­earność cza­sowa nar­racji niek­tórym przeszkadza, ale ser­i­al jest mało sub­tel­ny w przy­pom­i­na­niu nam co jest wcześniej a co później. To nie jest West­world gdzie się nie domyśli­cie, tu niemal każdy chodzi z tabliczką „trzy­dzieś­ci lat wcześniej”, „dwanaś­cie lat później”. Jak­by zna­jo­mość książ­ki poma­ga, ale ser­i­al niemal dosłown­ie pokazu­je ci w jed­nym odcinku tych samych ludzi jako dorosłych i dzieci, więc trze­ba oglą­dać bard­zo jed­nym okiem by nie zała­pać jaki jest twist historii.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

Mam do pro­dukcji sporo pom­niejszych uwag. Nie zawsze podo­ba mi się, ile jest w nim nagoś­ci – nagość w wątku przemi­any Yen­nefer była istot­na i dobrze pokazana, nagość bohater­ki w odcinku na pod­staw­ie „Ostat­niego życzenia”, była kos­micznie przeszarżowana. Pokazanie szkole­nia w Are­tuzie, nie tylko moż­na uznać, za przykład „Jak wyglą­da zła edukac­ja podręcznik dla nieza­awan­sowanych” ale też ma kil­ka kre­tyńs­kich rozwiązań (węgorze!) i kil­ka rozwiązań które zaboli wiel­bi­ciela sagi (uczen­nice idą   ćwiczyć w wieży Mewy a prze­cież każdy wie że tam wol­no wchodz­ić tylko za spec­jal­nym poz­wole­niem po wcześniejszym założe­niu poda­nia), nie jestem też fanką  poszczegól­nych scen, które niekiedy wyglą­da­ją jak teatr telewiz­ji (w pier­wszym odcinku najbardziej, zwłaszcza te w Cin­trze). W jed­nym czy w drugim miejs­cu miałam wraże­nie, że twór­cy za bard­zo stara­ją się udowod­nić, że zna­ją książkę i dosta­je­my jakieś naw­iązanie, które nie ma więk­szego sen­su, nie ma więk­szego znaczenia a spra­sowu­je w jed­nym miejs­cu, wąt­ki z jed­nego tomu sagi, postaci z drugiego i lin­ijkę dia­logu z trze­ciego. Trochę trud­no powiedzieć czemu miało­by to służyć. Oso­ba nie zna­ją­ca książ­ki nie rozpoz­na, a zna­ją­ca chy­ba się jed­nak za bard­zo nie ucieszy.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

 

Ser­i­al ma też wyraźny prob­lem z budżetem. Są w nim sce­ny naprawdę doskonale nakrę­cone, i dające poczu­cie jakiego takiego real­iz­mu (zwłaszcza sce­ny wal­ki), ale sporo jest tu scen gdzie widać, że budżet nie ten, że jed­nak to jest pro­dukc­ja telewiz­yj­na, na którą Net­flix z koniecznoś­ci wydał dużo mniej niż HBO na Grę o Tron. To jest w ogóle prob­lem z fan­tastyką w medi­ach wiz­ual­nych – żeby była naprawdę dobra musi być dro­ga – inaczej ten smok taki nie za piękny, ten dia­beł trochę pokraczny a ta wiel­ka armia, to dwus­tu chłopa. Nie jest to zarzut wiel­ki, ale po pros­tu należy pamię­tać o tym, że jeśli chce­my mieć więcej fan­ta­sy w telewiz­ji musimy się pogodz­ić z tym, że będzie to raczej współczesne dziecię Xeny a nie Wład­cy Pierś­cieni. Ale przy­na­jm­niej góry po których spaceru­ją to nie Tatry. Zawsze jak­iś mały plus.

 

Zdję­cie: Katal­in Vermes/Netflix

 

 

Nie uważam by Wiedźmin był seri­alem złym. Wręcz prze­ci­wnie, jest całkiem przy­jem­ny i obe­jrza­łam osiem godzin bez poczu­cia, że coś jest nie tak. Kiedy pod koniec wszys­tkie pokazy­wane wcześniej sym­bole odcinków zlały się w jed­no pomyślałam, że to ładne i rzeczy­wiś­cie poprawne, bo pod koniec zamy­ka się wątek który zaczy­na się istot­nie w pier­wszym odcinku. Więcej, jestem ciekawa co będzie dalej – bo choć wiem co będzie dalej, chęt­nie sobie jeszcze pooglą­dam. Ale jed­nocześnie – seri­alowy Wiedźmin pokazał czego w prozie Sap­kowskiego nikt nie zekranizu­je, i co więcej nawet nie będzie chci­ał ekrani­zować.  Seri­alowy Wiedźmin ma więc swo­ją tożsamość (na całe szczęś­cie, twór­cy nie pos­zli w takie mroczne smę­ty jak w Grze o Tron) ale nie jest ona wszędzie współ­gra­ją­ca z tym co znamy z książek. I tak Wiedźmin jest moim zadaniem taką śred­nią ekraniza­cją, i całkiem przy­jem­nym seri­alem. Myślę, że gdy­bym nie znała książek i nie mieszkała w Polsce – jego oglą­danie było­by zde­cy­dowanie sym­pa­ty­czniejszym przeży­ciem. No ale znam książ­ki, i mieszkam w Polsce, i wiedźmin musi­ał wal­czyć z najwięk­szym pot­worem jaki ist­nieje – oczeki­wa­ni­a­mi. Wyszedł z tego dość pogru­chotany, ale kil­ka elik­sirów i pobyt w odpowied­niej świą­tyni i powinien znów stanąć na nogach. MI się zaś będzie trochę marzyć, taki post­mod­ernisty­czny Wiedźmin. Na całe szczęś­cie on pojaw­ia się w mojej głowie ilekroć czy­tam powieść. I może następ­nym razem, poz­wolę mu mieć szczękę Cavilla.

1 komentarz
24

Powiązane wpisy

Situs sbobet resmi terpercaya. Daftar situs slot online gacor resmi terbaik. Agen situs judi bola resmi terpercaya. Situs idn poker online resmi. Agen situs idn poker online resmi terpercaya. Situs idn poker terpercaya.

situs idn poker terbesar di Indonesia.

List website idn poker terbaik.

Situs slot terbaru terpercaya

slot hoki terpercaya

Situs sbobet resmi terpercaya. Daftar situs slot online gacor resmi terbaik. Agen situs judi bola resmi terpercaya. Situs idn poker online resmi. Agen situs idn poker online resmi terpercaya. Situs idn poker terpercaya.

Kunjungi Situs bandar bola online terpercaya dan terbesar se-Indonesia.

liga228 agen bola terbesar dan terpercaya yang menyediakan transaksi via deposit pulsa tanpa potongan.

situs idn poker terbesar di Indonesia.

List website idn poker terbaik. Daftar Nama Situs Judi Bola Resmi QQCuan
situs domino99 Indonesia https://probola.club/ Menyajikan live skor liga inggris
agen bola terpercaya bandar bola terbesar Slot online game slot terbaik agen slot online situs BandarQQ Online Agen judi bola terpercaya poker online