Home Ogólnie Kaczki sa animowane, emocje są prawdziwe czyli po pierwszym sezonie Kaczych Opowieści

Kaczki sa animowane, emocje są prawdziwe czyli po pierwszym sezonie Kaczych Opowieści

autor Zwierz
Kaczki sa animowane, emocje są prawdziwe czyli po pierwszym sezonie Kaczych Opowieści

Przez ostat­nie miesiące pisałam książkę, praw­ie nie spałam, nie oglą­dałam niemal seri­ali, do kina wychodz­iłam spo­rady­cznie. W tym cza­sie tylko jeden ser­i­al rozbudz­ił moją wyobraźnie, spraw­ił, że klaskałam z radoś­ci i geekowskiego szczęś­cia, a także przed snem układałam sobie w myślach fan fiki. Były to Kacze Opowieś­ci, których pier­wszy sezon właśnie się skończył. I mój Boże, co to był za sezon.

 

O seri­alu entuz­jasty­cznie Zwierz wypowiadał się już po pier­wszych odcinkach, ale nie był przy­go­towany na to, że dostanie tak dobry ser­i­al. W sum­ie, po pewnej reflek­sji – jest to najbardziej kon­sek­went­nie prowad­zony ser­i­al ze wszys­t­kich jakie w ostat­nim cza­sie oglą­dał Zwierz. Do tego – niosą­cy za sobą olbrzy­mi ładunek emocjon­al­ny. Naw­iązu­ją­cy inteligent­nie do fak­tów znanych fanom a jed­nocześnie nie alienu­ją­cy nowej wid­owni. Prawdę powiedzi­awszy – blis­ki pro­dukcji ide­al­nej.  Kiedy skończyłam oglą­dać pier­wszy sezon zadałam sobie pytanie – kiedy ostat­nim razem czułam podob­ne emoc­je, uczu­cia i te specy­ficzne połącze­nie sen­ty­men­tu, radoś­ci i poczu­cia, że posta­cie są dla mnie ważne. Ku zaskocze­niu odkryłam, że podob­ne uczu­cia wzbudza­ły we mnie sezony Dok­to­ra Who za cza­sów Rus­sela T. Daviesa. Już miałam się skar­cić za takie porów­nanie kiedy, szuka­jąc recen­zji seri­alu na anglo­języ­cznych stronach, znalazłam tekst z dokład­nie taką samą intu­icją – najwyraźniej więc nie jestem sama z moim poczu­ciem, że ta pro­dukc­ja doty­ka dokład­nie tam gdzie potrafił dotknąć Dok­tor.

 

Co jest naj­ciekawsze w seri­alu? Sposób prowadzenia postaci. Po pier­wsze – opłaciła się decyz­ja by rozróżnić siostrzeńców Don­al­da pod wzglę­dem charak­teru. Huey jest tu ide­al­nym skautem, ner­dem, dzieci­akiem który musi mieć plan.  Louie, jest leni­wy, łasy na pieniądze i prag­ną­cy pod­nieść swo­ją pozy­cję społeczną, cen­tralne miejsce w nar­racji zna­j­du­je Dewey – który prag­nie odkryć prawdę na tem­at zagin­ionej mat­ki. Każde­mu z nich ser­i­al poświę­ca odrobinę cza­su, choć Dewey jest naj­ciekaw­iej poprowad­zony – zwłaszcza jego poszuki­wa­nia prawdy o matce, na których cie­niem kładzie się lęk że odkry­je coś naprawdę nieprzy­jem­nego. Wprowadze­nie do takiego seri­alu wątku, że to czego może­my dowiedzieć się o blis­kich niekoniecznie przy­pad­nie nam do gus­tu – jest bard­zo ciekawym zabiegiem. Obok siostrzeńców mamy Web­by, która na przestrzeni tych dwudzi­es­tu kilku odcinków nie tyko uczy się żyć razem z rodz­iną McDuck ale też sta­je się jej częś­cią. Odcinek w którym przeży­wa swo­ją wspól­ną przy­godę ze Sknerusem jest jed­nym z zabawniejszych (sposób naw­iąza­nia do innego seri­alu Dis­neya jest tak cud­owny, że moż­na spaść z krzesła) ale też wzrusza­ją­cych odcinków. Zresztą cały wątek Web­by i jej przy­jaciół­ki jest chy­ba emocjon­al­nie drugim najbardziej porusza­ją­cym wątkiem seri­alu, który ma niespodziewanie poważne zakończe­nie.

 

Nad postacią Sknerusa pochy­lałam się w pier­wszym wpisie ale wciąż uważam że warto o nim pisać. To Sknerus który częś­ciowo jest pisany na nowo ale jest to tez w dużym stop­niu Sknerus Bark­sa czy Rossy. Ser­i­al odchodzi od kon­cen­trowa­nia się na jego skąpst­wie, zaj­mu­jąc się głównie jego pasją poszuki­wa­nia skar­bów i  god­ny siebie wyzwań. Jed­nocześnie – pro­ces przy­wiązy­wa­nia się Sknerusa do siostrzeńców i całej rodziny – ukła­da się we wspani­ały wątek postaci – prowadzą­cy nas nie tylko do emocjon­al­nego finału, ale też do być może najbardziej rozdzier­a­jącego momen­tu w his­torii ani­macji o kaczkach. Kiedy w przed ostat­nim odcinku seri­alu Sknerus zmus­zony jest przyz­nać, że nie jest w stanie każde­mu – wbrew swoim zapowiedziom – zawsze zapewnić bez­pieczeńst­wa, odkry­wamy taką stronę najbo­gat­szego kac­zo­ra na świecie jakiej doty­chczas nie widzieliśmy. To jest odcinek w którym Sknerus płacze i serio od cza­su kiedy Dziesią­ty Dok­tor chli­pał w deszczu nie było tak smut­no. Zresztą do wspani­ałoś­ci Sknerusa dokła­da się fakt, że jed­nak David Ten­nant robi w tej roli rzecz niesamowite.  Inna sprawa – o ile wąt­ki siostrzeńców są pisane bard­zo „na nowo” o tyle tworząc postać Sknerusa twór­cy powraca­ją do znanych wątków – niekiedy je rein­ter­pre­tu­jąc innym razem – nada­jąc im ludzką (a może kaczą) głębię. Cud­owne jest pojaw­ie­nie się Złot­ki – w roli byłej Sknerusa – jeśli ktoś zas­tanaw­iał się jak pokazać miłość niemożli­wą, w wyko­na­niu dwóch kocha­ją­cych zło­to kaczek, to dostanie odpowiedź na ekranie. Aż moż­na zapom­nieć że oglą­da się ani­mację dla dzieci i poczuć emoc­je jak z melo­dra­matu gdzie bohaterów najbardziej łączy to co dzieli ich na zawsze.

 

Warto też wspom­nieć o abso­lut­nie genial­nym pomyśle na postać Don­al­da, który przez więk­szość seri­alu pozosta­je w tle. Jego pojaw­ie­nie się co pewien czas zwyk­le jest związane z całkiem ciekawy­mi wątka­mi – głównie trak­tu­ją­cy­mi emoc­je bohat­era poważnie, ale samego bohat­era nie do koń­ca. Jed­nak sce­narzyś­ci wpadli na genial­ny pomysł. W ostat­nim odcinku, jedyny kwaczą­cy w seri­alu Don­ald, ma okazję przemówić, prawdzi­wym głosem  (i brz­mi jak Don Chea­dle!). To chy­ba najws­panial­sze kil­ka min­ut w his­torii Don­al­da a także odpowiedź na pytanie – dlaczego ten kac­zor ma taki olbrzy­mi prob­lem z gniewem i emoc­ja­mi. Serio tak pięknie zagrać postacią w ostat­nim odcinku sezonu – jed­nocześnie odnosząc się do ele­men­tu który może wydawać się niespójny z resztą świa­ta przed­staw­ionego – nic tylko zdjąć kapelusz i zami­atać nim podłogę w głębo­kich ukłonach.

 

No właśnie poza doskonale poprowad­zony­mi (i spójny­mi!) wątka­mi mamy w seri­alu całe mnóst­wo poczu­cia humoru. I to jakiego. Z jed­nej strony – twór­cy gdzie mogą baw­ią się naw­iąza­ni­a­mi do innych pro­dukcji Dis­neya. Ale jakie to są inteligentne naw­iąza­nia. Mamy więc tajem­niczą kartkę, z księ­gi tajem­niczych druidów i jest ewident­nie przepis na sok z gumi­jagód. Dark­Wing Duck – ser­i­al Dis­neya jest seri­alem w świecie Kaczych Opowieś­ci – Śmi­gacz który jako jedyny wys­tępował w obu klasy­cznych seri­alach, tu jest fanem seri­alu w świecie seri­alu. Nasi bohaterowie napo­tyka­ją na swo­jej drodze śpiewa­ją­cych pod­nieb­nych piratów – tych samych z który­mi spo­tykał się Baloo. Nie ma wąt­pli­woś­ci że te ele­men­ty przy­go­towano dokład­nie dla ludzi w moim wieku, którzy widząc pirue­ty ani­mowanego psa w kap­i­tańskim ubra­niu czu­ją przypływ nos­tal­gii. Ale to nie koniec humoru – jest tu zarówno sporo absur­du (najpiękniejszy wątek małych morder­czych kucyków), slap­sticku (jeden z siostrzeńców przez cały odcinek może się komu­nikować tylko za pomocą heł­mu) i po pros­tu dobrego humoru słownego. Ser­i­al jest tak inteligent­nie dow­cip­ny że to aż dzi­wne, że udało im się zmieś­cić wszys­tkie żar­ty. Do tego cza­sem jeszcze zna­jdzie się trochę przestrzeni na fajny komen­tarz społeczny – jak np. głównym rywalem Sknerusa jest tu w isto­cie Mark Beaks – połącze­nie Elona Mus­ka z Zucker­bergiem, którego pomysły – zwyk­le naw­iązu­jące do pewnych pomysłów geniuszy nowych tech­nologii, są ład­nie może nie tyle wyśmiewane, co pokazy­wane jako nie tak cud­owne jak by się mogło wydawać.

 

Do tego obsadę głosową ma taką, że gdy­by chciano nakrę­cić ser­i­al w wer­sji aktorskiej to była­by to cud­ow­na pro­dukc­ja. Mamy więc Lina-Manuela Mirandę, jako stażys­tę i super bohat­era, Cather­ine Tate wys­tępu­je jako Magi­ka de Czar i nie sposób nie dostrzec jak doskonale się w tej roli bawi. A już moment w którym słyszy się jed­nocześnie głosy Ten­nan­ta i Tate to moment w którym człowiek czeka aż w tym wszys­tkim pojawi się TARDIS. Fen­i­me­nal­na jest Mar­go Mar­tin­dale jako Ma Bea­gle czy Ali­son Jan­ney jako Złot­ka.  Głosem ojca Sknerusa (jego rodz­ice żyją bo klątwy i dłu­gowieczność trzy­ma­ją się tych kaczek) mówi Gra­ham McTavish. Ogól­nie ilekroć słyszy się jak­iś glos w tym seri­alu to człowiek leci sprawdz­ić kto to jest. I zwyk­le to jest ktoś kogo się kojarzy i kto pasu­je do roli abso­lut­nie ide­al­nie (Beck Ben­nett to mógł­by Śmi­gacza grać w wer­sji aktorskiej z miejs­ca bo dokład­nie tak wyglą­dał­by ten bohater gdy­by był człowiekiem).

 

 

Nie jest łat­wo opowiedzieć his­to­rie rodzin­ną, przy­godową, kome­diową i jeszcze dorzu­cić do tego prawdzi­we emoc­je, kiedy twoi­mi bohat­era­mi są kacz­ki.  Nie jest łat­wo stworzyć pełnowymi­arową postać kiedy bohaterem o którym mówimy jest niemal nieśmiertel­na szkoc­ka kacz­ka. A jed­nak… jed­nak udawało się to już wcześniej Bark­sowi, Rossie i uda­je się też sce­narzys­tom nowych Kaczych Opowieś­ci. Moim zdaniem dlat­ego, że odkryli, że nawet kręcąc ser­i­al ani­mowany, przez­nac­zony dla młodego widza, nie moż­na tracić z oczu jakiejś emocjon­al­nej głębi, czy prawdy. To jest ser­i­al o dzieci­ach tęsknią­cych za matką, o dzi­ad­ku który uczy się naw­iązy­wać kon­tak­ty z wnuka­mi, o ojcu który boi się o bez­pieczeńst­wo blis­kich, o dziecku które prag­nie przy­jaźni. Fakt, że ser­i­al potrafił się co pewien czas zatrzy­mać (w prze­dostat­nim odcinku wręcz dosłown­ie – roz­gry­wa się on cały na pokładzie samolo­tu) i odnieść się do tego poważnie – naprawdę spraw­ia, że człowiek czu­je się doce­niony jako widz. Bo wie, że emoc­je które poczuł nie są przy­pad­kowe, że wszys­tko to – choć jest opowieś­cią o ani­mowanych kaczkach jest z braku lep­szego słowa, prawdzi­we.  I właśnie dlat­ego Kacze Opowieś­ci są jed­nym z najlep­szych seri­ali jakie widzi­ał Zwierz od daw­na.

Ps: Pier­wsza zasa­da oglą­da­nia Kaczych Opowieś­ci – zawsze śpiewasz piosenkę z czołów­ki. ZAWSZE!

Ps2: W pier­wszym wpisie o Kaczych opowieś­ci­ach napisałam, że połącze­nie cud­ownego życio­ry­su Sknerusa z głosem Davi­da Ten­nan­ta doprowadz­iło do niepoko­jącej fas­cy­nacji ani­mowaną kaczką. To się pogłębia. Oj pogłębia.

Ps3: Oczy­wiś­cie, że ułożyłam sobie w głowie cały fan fik o Sknerusie. Ja mam naprawdę bard­zo dużo uczuć wzglę­dem tej kacz­ki.

Ps4: Warto zaz­naczyć, że w tym seri­alu doskon­ałym pełnowartoś­ciowym bohaterem jest koń który chodzi na dwóch nogach i zami­ast głowy ma popier­sie Sknerusa McKwacza. I ta postać ma sens i dowodzi kon­sek­wencji sce­narzys­tów. I naprawdę mam wraże­nie, że ze wszys­t­kich znanych mi seri­ali jeszcze tylko Dok­tor Who był­by  w stanie zro­bić coś takiego z sensem.

1 komentarz
0

Powiązane wpisy