Home Ogólnie Posiadacze obuwia zimowego

Posiadacze obuwia zimowego

autor Zwierz
Posiadacze obuwia zimowego

Wyglą­dam przez okno i wiem, że muszę znaleźć zimowe buty. Nie ma wyjś­cia – ulicę pokry­wa cien­ka warst­wa śniegu. Pewnie jest ślisko. A ja nie wiem gdzie włożyłam zimowe buty na naprawdę grubej podeszwie. Kiedy ner­wowo szukam ich w przed­poko­ju przy­chodzi mi do głowy ile znaczy fakt, że mam zimowe buty.

Mam buty na lato, tak cienkie, że czu­ję każdą nierówność chod­ni­ka, i wiosenne – jeszcze zakryte bo może padać. Te na wczes­ną jesień, te kiedy listopa­da przy­chodzi z opada­mi, na lekką zimę i na późną zimę. Mam buty na grubych i cien­kich podeszwach, ocieplane i przewiewne. Buty na każdą porę roku. Nie te cztery które wyz­nacza najprost­szy podzi­ał, tylko co najm­niej na sześć. Wszak każdy powie, że przez początek październi­ka prze­chodzi się w innych butach niż przez koniec listopa­da.

Mam też kurt­ki. Lekką na lato tak by wrzu­cić ją tylko do ple­ca­ka, jeśli będzie padać, tą skórzaną na wrze­sień, kiedy cza­sem powieje zimniejszy wia­tr. Tą lekką jesi­en­ną kiedy trze­ba się zapiąć, tą cieple­jszą gdy po nocach śnią się włąc­zone kalo­ryfery. Obow­iązkowy zimowy płaszcz, na dni kiedy stanie na przys­tanku wyda­je się porówny­walne ze zdoby­ciem biegu­na. Do tego czap­ki, sza­li­ki, kominy, rękaw­icz­ki – te z pal­ca­mi, te bez pal­ców. Ciepłe skar­pet­ki, pod­koszul­ki, tor­ba z rzecza­mi zimowy­mi, tor­ba z let­ni­mi. Co kil­ka miesię­cy pow­i­ta­nia i pożeg­na­nia. Do widzenia zwiew­na sukienko, dzień dobry weł­ni­ana spód­ni­co, żeg­naj cza­peczko, witaj paszmi­no. Nieustan­ny cykl przekłada­nia rzeczy z miejs­ca na miejsce, i tak się nigdy wszys­tkie nie zmieszczą.

 

W tym całym korowodzie garder­o­bianych zmi­an zawsze mnie zas­tanaw­ia. Jak bard­zo o tym kim jestem decy­du­je fakt, że muszę posi­adać zimowe buty? Jak łat­wo prze­j­mu­je­my całą odpowiedzial­ność za to kim jesteśmy. Jasne, uzna­je­my że wpły­wa na nas rodz­i­na, czy pozy­c­ja społecz­na, ale żeby kli­mat? Wolne żar­ty. Tym­cza­sem ilekroć znów rozpoczy­nam moje zimowe ograniczanie ruchów – bo wszak każde niepotrzeb­ne mach­nię­cie ręką to utra­ta ciepła, zas­tanaw­iam się czy byłabym tą samą osobą gdy­bym nie marzła? Wszak są na świecie ludzie, którzy nie zna­ją tego prze­j­mu­jącego zim­na kiedy w sty­czniowy wieczór czeka się po zmroku na auto­bus. Nie zna­ją uczu­cia w którym człowiek kuli się cały w sobie tylko po to by nie czuć tego strasznego wia­tru. Pewnie nie wiedzą też jakie to przedzi­wnie cud­owne kiedy w końcu po całej zimie pier­wszy raz zakła­da się lże­jsze buty i nagle czu­je się cały świat pod stopa­mi dużo bardziej.  Nie tak jak wtedy kiedy dzieli nas od niego gru­ba podeszwa.

A to prze­cież nie wszys­tko. Od październi­ka zaczy­namy żyć w świecie poko­rnej zgody na brak światła. Gar­niemy się do lamp, światełek, snu­je­my wiz­je wielkiej awarii sieci kom­put­erowej która poz­woliła­by nam zostać w domu. Wychodz­imy kiedy jest jeszcze ciem­no, wracamy kiedy jest ciem­no, resztę spędza­my zaw­ieszeni w takiej ponurej szaroś­ci. Niby nie liczymy ale liczymy, kiedy dzień znów zaczy­na się rozwi­jać, jakoś łatwiej żyć, pełnie osiągamy przez tą let­nią chwilę kiedy kładziemy się spać kiedy jest jas­no i wsta­je­my kiedy jest jas­no. Wyraźny podzi­ał na pory roku tak ułatwia umieszcze­nie się w cza­sie. Już kwit­nie bez, są kasz­tany, jeszcze są czereśnie, już drze­wa są pomarańc­zowe, kałuże pokryły się rano warst­wą lodu, pier­wszy śnieg, jakieś pącz­ki na drzewach. Zamykasz oczy i umiesz osadz­ić wspom­nie­nie nawet nie w dniu, czy miesiącu ale w zmi­en­nym kolorze liś­ci na drzewach.

 

Są na świecie miejs­ca gdzie tem­per­atu­ra jest zawsze mniej więcej taka sama. Gdzie dłu­gość dni i nocy niemal nie ule­ga zmi­an­ie. Są kra­je z kli­matem tak stałym, że jakiekol­wiek odchyle­nie budzi zaskocze­nie. Są ludzie którzy nigdy nie musieli kupować zimowych butów. I tacy którzy przeżyli porę deszc­zową. Są Białe Noce i najostrze­jsze północ­ne zimy. Kiedy sto­ję w przed­poko­ju zas­tanaw­ia­jąc się gdzie są moje ciężkie, wysok­ie buty, nieco za duże – tak by mieś­ciły się w nich grube skar­pet­ki, przez chwilę myślę o tych wszys­t­kich miejs­cach gdzie zawsze jest ciepło. Czy naprawdę bylibyśmy wciąż sobą, bez tej doj­mu­jącej tęs­kno­ty za słońcem, jesi­en­nego przygnę­bi­enia, odlicza­nia w głowie kole­jnych dni i tygod­ni dzielą­cych nas od wios­ny. Czy tak by się wygaszał i popadał w swoisty letarg mając w głowie tylko jed­ną, jedyną myśl, „Aby do wios­ny, tylko do wios­ny”. Czy pra­cow­ałabym tak samo, myślałabym tak samo, gdy­by nie ciem­noś­ci które okry­wa­ją ziemię od październi­ka do sty­cz­nia, każąc mi myśleć o łóżku jako o najpiękniejszym miejs­cu na świecie. Czy moż­na być naprawdę szczęśli­wym w kra­ju w którym się marznie, czy moż­na być naprawdę pro­duk­ty­wnym żyjąc pod jed­ną z tych ciepłych sze­rokoś­ci geograficznych.

Prze­chodzi mi też przez myśl, że może to wcale nie praw­da że ludzi na świecie najbardziej dzielą wyz­na­nia i poglądy. W końcu to moż­na jakoś przezwyciężyć dyskusją, poz­naniem siebie, roz­mową. Ale nic nie zmieni fak­tu, że prze­cięt­ny mieszkaniec Egip­tu zobaczy śnieg tylko kil­ka razy w życiu, albo że są w Kenii miejs­ca gdzie zawsze jest taka sama pogo­da – do tego stop­nia stała, że dla Keni­jczy­ka w Polsce może być i za zim­no i za ciepło. Jak daleko jesteśmy od siebie w tych wspom­nieni­ach, tym odczuwa­niu świa­ta. Jak dzi­wnie jest żyć w Polsce, gdzie nie znosimy chłodów ludów półno­cy, ale nie może­my się cieszyć łagod­noś­cią kli­matu połud­nia. Może dlat­ego jesteśmy tacy markot­ni, zaw­ieszeni w kli­maty­cznej niemo­cy. I czy nie powin­niśmy częś­ciej roz­maw­iać o tym jak bard­zo jesteśmy dzieć­mi kli­matu w którym mieszkamy. Może to by spraw­iło, że zaczęlibyśmy trak­tować walkę o pow­strzy­manie zmi­an kli­maty­cznych nie jak coś co zaj­mu­je naukow­ców, ale coś co doty­czy nas samych. Nie chcę myśleć o przyszłoś­ci w której nie znam śniegu.

 

W końcu zna­j­du­ję moje nieco za duże (skar­pet­ki się zmieszczą) buty jesi­enne. Jeśli będzie bardziej padać przemokną i znów przy­pom­nę sobie jak straszne są prze­moc­zone buty. Przez chwilę przy­pom­i­na mi się pirami­da w Lim­ie – jest zro­biona zaschniętego bło­ta ale ponieważ nigdy tam nie pada to pirami­da stoi jak stała od lat. Myślę, że tutaj nie przetr­wała by za dłu­go. Kiedy wiążę sza­lik pod szyją, i staram się zap­ina­jąc kurtkę nie przy­ciąć zamkiem błyskaw­icznym żad­nego frędzel­ka, rozmyślam o tym, jak bard­zo te wszys­tkie ubra­nia ograniczą moje ruchy, jak bard­zo roz­planu­ję dzień tak by musieć je jak najrzadziej zde­j­mować i zakładać. Przy wciska­niu czap­ki na uszy dochodzę do wniosku, że nigdy nie byłabym sobą gdy­bym nie znała tego kosz­marnego uczu­cia naelek­try­zowanych włosów pod czap­ką. Gdy naciągam rękaw­icz­ki, które czynią każdą czyn­ność dziesięć razy trud­niejszą prze­my­ka mi przez głowę reflek­s­ja, że nawet korzys­tanie z tele­fonów komórkowych wyz­nacza mi rytm zmi­an pór roku. Kiedy w listopadzie zaczy­na lać, komór­ka bezpowrot­nie lądu­je na dnie ple­ca­ka. I tak jest za zim­no by trzy­mać ją w dłoni.

Kiedy otwier­am drzwi na szary świat widzę, że cien­ka warst­wa śniegu przykry­wa kole­jne stop­nie schod­ków prowadzą­cych na klatkę. Staw­iam pier­wszy krok. Jest ślisko więc zjeżdżam dwa schod­ki w dół. Kiedy już łapię równowagę, odd­y­cham głęboko. Żyję.  Jutro, koniecznie, ale to koniecznie muszę znaleźć zimowe buty.

20 komentarzy
0

Powiązane wpisy