Klucz do Lisbeth czyli „Dziewczyna w sieci pająka” (bez spoilerów)

28/10/2018

Kolejny post z serialami czyli ulubione seriale Zwierza część druga

28/10/2018

Ten post z serialami czyli ulubione seriale Zwierza część pierwsza

28/10/2018

Zwierz przejrzał posty kilka razy. Mógł coś przegapić. Ale chyba nie. Otóż na tym blogu który ma ponad trzy tysiące postów nigdy nie podjął się Zwierz trudnego zadania nazwania swoich ulubionych seriali. To o tyle nie jest dziwne, że Zwierz ma problem z koncepcją najlepszego serialu życia – a właściwie, zdaje sobie sprawę, że waga seriali (ale też filmów i książek) w naszym życiu się zmienia. Kilka lat temu kiedy zaczynałam pisać bloga pewnie zupełnie co innego było dla mnie ważne niż teraz. Ta świadomość przemijania pewnych gustów sprawia, że trudno wybrać to co jest ulubione. Stąd postanowiłam pójść w inną stronę. Oto lista dwudziestu pięciu seriali, które uważam, że z jakiegoś powodu są dla mnie ważne.

Zacznę od tego, dlaczego dwadzieścia pięć a nie dziesięć. Otóż odpowiedź jest prosta – jedną trzecią życia regularnie poświęcam oglądaniu seriali. Wybranie spośród nich dziesięciu wydaje mi się absolutnie nie możliwe. Ale ponieważ czuję jakąś potrzebę zachowania pewnej gradacji to postanowiłam wybrać dziesięć produkcji które wciąż są dla mnie ważne i piętnaście których znaczenie było spore ale nieco mniejsze. Możemy to nazwać złotą dziesiątką i kandydatami do korony, albo po prostu uznać że listy tworzone po 10 są zdecydowanie za mało wyczerpujące temat. Od razu powiem, że podjęłam decyzję o napisaniu tego wpisu kiedy zorientowałam się jak rzadko sama zadaje sobie to pytanie. I kiedy ktoś mnie pyta o ulubione seriale – trochę nie wiem co powiedzieć. Jednocześnie przez ulubione seriale rozumiem coś więcej niż tylko seriale które lubię. Zakładam że w tej kategorii są też seriale, które kiedyś lubiłam, które były dla mnie ważne, które sprawiły, że zmieniłam podejście do oglądania seriali. Ulubione znaczy tu – kluczowe, najważniejsze, takie które musiałam zobaczyć. Nie zawsze nadal są ulubione ale wiem, że kiedyś byłabym w stanie oddać za nie wszystko.Tyle tytułem wstępu.

 

A jeszcze jedno – nie uwzględniam tutaj mini seriali. Tzn. zamkniętych seriali, które w jednym sezonie opowiadają tylko jedną historię. Dlaczego? Dla mnie to jest trochę inny gatunek niż po prostu serial. Czy kiedyś lista moich ulubionych mini serialach kiedyś powstanie? Być może ale nie będzie to ta lista. Może nie w świecie wielkich list wszystkich seriali ale w głowie Zwierza.

Mad Men – osobiście uważam, że to najlepszy amerykański serial ostatnich lat. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że jak dobra poezja nie daje się streścić. Albo daje. Mężczyzna wchodzi do agencji reklamowej gdzie przeżywa kryzys tożsamości. Koniec streszczenia, napisy. Tak naprawdę tym co w Mad Men jest fascynujące to jak odtwarza świat relacji społecznych z przełomu lat 50 i 60 ale zamiast go gloryfikować pokazuje ile egzystencjalnej pustki kryje się pod najbardziej ikonicznym okresem amerykańskiej historii. Ludzie którzy sprzedają marzenia, sami nie mają pojęcia jak poprowadzić swoje życie tak by pasowało do idealnej wizji rodziny, którą lansują w przekazach medialnych. Serial dość dobrze odnosi się też do współczesności – i to nie tylko na płaszczyźnie relacji prawdziwego życia i tego wykreowanego w mediach. Także kryzys tożsamości przez jaki przechodzi, król świata, Don Draper, przypomina nieco kryzys jaki przechodzi wielu współczesnych mężczyzn, którzy nie wiedzą jak wyglądać ma ten świat który się przed nimi kształtuje. Serial podważa wiele założeń odnośnie męskości, jednocześnie stawiając w głównej roli mężczyznę na pozór idealnego. Jon Hamm nigdy nie będzie tak dobrym aktorem jak w Mad Men, bo nikt nie dał mu roli która tak niesamowicie pasowałaby nie tylko do jego retro urody ale też do jego umiejętności aktorskich. Zresztą, to serial bez jednej złej roli. Tym czym Mad Men wygrywa to pokazaniem społecznych realiów, bez idealizowania przeszłości. A jednocześnie – bez uciekania od pokazywania jednostek niestandardowych. Chodzi mu tu przede wszystkim o pokazanie sytuacji kobiet. Serial nie ukrywa że mówimy o czasach gdzie seksizm był powszechny, i często przez kobiety akceptowany. A jednocześnie – mamy bohaterki które w tym świecie, znajdują własną drogę, na własnych warunkach. Mad men to serial który udowadnia, że samo pokazanie życiowej i emocjonalnej przemiany bohaterów jest wystarczająco ciekawe by opowiedzieć historię przez wiele sezonów. Oczywiście mamy elementy jakieś „akcji” (czy naprawdę wszyscy jesteśmy tak zainwestowani emocjonalnie w rynek reklamowy, żeby kolejne przejęcia i kryzysy firmy nas obchodziły?) ale przede wszystkim akcją jest zmieniająca się rzeczywistość społeczna i konieczność odnalezienia się w niej. Tym co jest zaskakujące to, że Mad Men na pierwszy rzut oka wydaje się kolejnym serialem o kryzysie tożsamości zamożnego, białego mężczyzny, ale w ostatecznym rozrachunku kończy jako doskonała dekonstrukcja samego pomysłu tego mężczyzny idealnego. Jednak tym co w Mad Men cienię najbardziej jest fakt, że ten serial się kończy. I to nie byle jak, ale w sposób absolutnie genialny. Byłam święcie przekonana, że twórcy pójdą w banale rozwiązanie, ale dopiero oglądając ostatni odcinek zdałam sobie sprawę, jak fenomenalny serial oglądała. Tak więc jak ktoś mnie pyta jaki jest mój najulubieńszy serial to odpowiem bez wahania że Mad Men.

 

Przystanek Alaska – to serial dzięki któremu w ogóle oglądam seriale. Kiedy leciał za czasów mojego dzieciństwa, nie miałam absolutnie szans go oglądać, bo w domu Zwierza prawie nie oglądało się seriali. Czas na to by obejrzeć kolejne odcinki miałam dopiero koło matury w czasie najdłuższych wakacji życia – po zdaniu egzaminów a przed wstępem na uniwersytet. To właśnie wtedy Polsat, po bardzo wielu latach postanowił nadać jeszcze raz Przystanek Alaska. Miałam czas i możliwości, więc zaczęłam oglądać. Myślę, że w sumie dobrze się stało, że oglądałam serial z pewnym dystansem i przesunięciem czasowym – mogłam go odkryć na własną rękę, bez całej tej otoczki która dziś towarzyszy oglądaniu seriali. Przystanek Alaska to nie jest produkcja pozbawiona wad – ktokolwiek oglądał serial do końca wie, że produkcja ciągnie się zdecydowanie zbyt długo i mniej więcej gdzieś koło trzeciego sezonu scenarzyści stracili to wyczucie które mieli wcześniej. Ale jednocześnie – to absolutny wzór z Sevres jak kręcić produkcje o niewielkich społecznościach w których każdy jest trochę dziwny i zwariowany. Wielokrotnie potem próbowano wrócić do tej formuły („Men on Trees” nawet wysłało bohaterkę na Alaskę by to uczynić) ale nikomu nie udało się osiągnąć takiej miłej i mimo wszystko nie pretensjonalnej atmosfery, mimo odwoływania się do realizmu magicznego czy do archetypów miłych, nieco szalonych mieszkańców ekscentrycznego miasteczka. Przystanek Alaska jest serialem do którego próbowałam raz wrócić ale wydaje mi się, że strasznie się zestarzał, albo nawet inaczej – to co było w nim inne, nowe i odświeżające zostało tyle razy skopiowane, że już nie budzi takich emocji. Nie mniej muszę stwierdzić, że bez zainteresowania tą produkcją pewnie nie byłoby tego bloga.

 

Slings and Arrows – serial który jest trochę napisany tak jakby ktoś pomyślał „Co ubawi Zwierza” i wymyślił. Nie poznałabym go gdyby nie moja dobra znajoma która kiedyś miała doskonałego bloga (pamiętacie blog Fabulitas? Ech..) ale już nie ma. Slings and Arrows to kanadyjski (zawsze pamiętajcie że jak potrzebujecie dobrego, ciepłego serialu to są Kanadyjczycy) serial o trupie teatralnej która wystawia Szekspira. Serio nie mogłabym sobie wymyślić lepszego tematu serialu. Produkcja jak wszystko co dobre ma tylko trzy sezony. Osobiście najbardziej lubię pierwszy w którym znerwicowany aktor (obecnie w funkcji reżysera) wspierany przez ducha (och to chyba oczywiste że objawia mu się duch? I jest to duch reżysera teatralnego) stara się wystawić Hamleta. W głównej roli ma zaś młodego, popularnego aktora który chciałby udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko kolejnym idolem nastolatek. Serial doskonale oddaje trudy teatralnego życia – pokazując nie tylko pracę aktorów i reżyserów ale też biednych ludzi którzy na to wszystko próbują znaleźć pieniądze. Trochę w tym podśmiewania się z artystycznego światka, sporo prawdziwej wiary w znaczenie teatru i wielkiej miłości do Szekspira. Tym czym serial się wyróżnia, to że pomiędzy mniej lub bardziej zabawnymi kolejami losów bohaterów dorzuca też bardzo dobre uwagi na temat samej natury teatru, gry aktorskiej i tego – co trzeba zrobić by naprawdę dobrze zagrać Hamleta. Szczerze polecam absolutnie wszystkim bo to produkcja po prostu wybitna i jak wiele doskonałych rzeczy które powstały w Kanadzie – zdecydowanie za mało znana.

 

Sex w Wielkim Mieście – nie mogę nie uwzględnić serialu który widziałam chyba najwięcej razy w życiu na tej liście.  Seks w Wielkim Mieście do dziś, ma w moim sercu szczególne miejsce choć po prostu wiem i czuję, że z niego wyrosłam. A może nie tyle ja z niego wyrosłam co całe społeczeństwo z niego wyrosło, w chwili kiedy pojawiły się nowe problemy, zaś obyczajowe dylematy bohaterek stały się raczej kapsułą czasu oddającą pewne problemy pewnych grup, w pewnym określonym czasie. Kiedy oglądałam serial Carrie – wydawała mi się postacią dojrzałą, ciekawą, i taką do której życia można by aspirować. Co ciekawe, im częściej zdarzało mi się wracać do produkcji tym bardziej dylematy bohaterek wydawały mi się, w dużym stopniu wydumane, a ich życiowe postawy, zaskakująco niedojrzałe. Jednocześnie, serial który teoretycznie miał pokazywać, że samotne kobiety niekoniecznie źle się muszą bawić w wielkim mieście, stał się pochwałą szukania księcia z bajki, nawet jeśli ten książę ma więcej wad niż zalet. Ostatecznie wszystkie niezależnie bohaterki skończyły serial w monogamicznych związkach, sprowadzając historię, która miała być opowieścią o tym jak inaczej wygląda życie kobiet we współczesnym świecie, do komedii romantycznej gdzie ostatecznie wszyscy padają sobie w ramiona. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy po raz pierwszy zamieszkałam sama, oglądałam serial właściwie codziennie (zawsze leciał na jakimś kanale) i nie mogę zignorować faktu, że jest w nim kilka doskonałych odcinków i genialnych scen. Poza tym to jest serial który dał nam postać Mirandy i za to zawsze będę wdzięczna bo Cynthia Nixon stworzyła bohaterkę którą jako jedyną darzyłam olbrzymią sympatią od początku do końca. Jednocześnie Sex w Wielkim Mieście to dokładnie ten serial, który pokazał mi jak  produkcja serialowa może zacząć od jednej formy i pomysłu a skończyć zupełnie gdzie indziej. Przy czym od razu mówię, nie uznaję istnienia obu filmów – uważam, że jednoznacznie przypieczętowały los serialu sprawiając, że dziś nawet dobre odcinki ogląda się z poczuciem, że to jednak zaprzepaszczona szansa dobrej historii o życiu kobiet w wielkim mieście.

 

Pushing Daisies – to jest ciekawy przypadek – tak jasne serial spodobał mi się kiedy go pierwszy raz oglądałam ze względu na cudowną, przerysowaną estetykę i ze względu na fakt, że jest to serial w którym Lee Pace jest tak piękny, jak tylko Lee Pace potrafi być piękny. Jednak kiedy kilka lat później oglądałam pierwszy sezon jeszcze raz (na fazie „Muszę obejrzeć coś co połączy moją fascynację Hobbitem i Hannibalem) odkryłam, że pierwszy sezon serialu ma prawdopodobnie – najzdrowiej pokazaną romantyczną relację jaką widziałam w popkulturze. Oto główny bohater Ned jest po uszy zakochany w Chuck, której w pewien dość pokrętny sposób uratował życie, a właściwie przywrócił ją do życia. Ich wzajemne uczucie jest w serialu oczywiste. Jednak w pewnym momencie Ned orientuje się że Chuck pragnie więcej niezależności – jest dziewczyną, która nigdy nie mieszkała sama, i nie miała możliwości realizowania zupełnie niezależnie swoich pasji. I Ned rozumiejąc, że tak właśnie jest daje jej potrzebą wolność. Rzadko widzi się taki serial w którym bohater rozumie, że fakt iż kogoś kocha nie znaczy, że musi tą osobę za wszelką cenę ograniczać tylko po to by mieć ją blisko obok siebie. Inna sprawa, scenarzysta Bryan Fuller wymyślił być może najlepsze odwrócenie schematu znanego z innych produkcji. W większości seriali bohaterowie zaprzeczają że darzą się wzajemnie uczuciem, podczas kiedy ciągnie ich do siebie, mogliby paść sobie w ramiona już po pierwszym spotkaniu ale wciąż pojawiają się przeszkody. Ned i Chuck kochają się właściwie od samego początku ale pomysł serialu jest taki, że nie mogą się dotknąć (wtedy Chuck umrze na zawsze). Ta przeszkoda, sprawia, że serial zmusza bohaterów by przede wszystkim stworzyli relację opartą na przyjaźni i na zrozumieniu. A jednocześnie to pięknie wykorzystuje motyw miłości niemożliwej. Do tego jest to serial gdzie jest detektyw który w wolnym czasie zajmuje się dzierganiem i robieniem książek z ruchomymi elementami. Inna sprawa, Pushing Daisies pokazało mi, że właściwie w świecie serialu można zaproponować widzom dowolne wyjściowe założenie (niesamowite umiejętności Neda właściwie nigdy nie zostają logicznie wyjaśnione) i jeśli ma dobry pomysł na estetykę i na skonstruowanie świata, to będzie to działało. Drugi sezon Pushing Daisies niestety jest dużo gorszy – głównie ze względu na to, że widać iż zawisł na nim strajk scenarzystów. Ale pierwszy sezon jest taką perełką do której moim zdaniem warto zawsze wracać. Plus Lee Pace jest tam tak niesamowicie piękny. To też jest ważne.

 

Doktor Who – Gdzie tu zacząć. Trudno mi sobie przypomnieć moment w którym Doktor Who przeskoczył od serialu o którego istnieniu wiedziałam, do serialu który stał się jakimś centrum mojego fanowskiego wszechświata. Co ciekawe po raz pierwszy usłyszałam o nim od mojego starszego brata. Kiedy Doktor wrócił i w Polsce ukazało się DVD z przygodami 9. Wtedy mój starszy brat opowiedział mi o Doktorze i nawet zachęcił do oglądania. Wtedy nie do końca rozumiałam o co mu chodziło i dopiero dużo później, kiedy pojawienie się Jedenastego poruszyło fandom zaczęłam oglądać serial. Nie jestem do końca  w stanie powiedzieć dlaczego akurat Doktor stał się dla mnie tak ważną produkcją. Wbrew temu co może się wydawać – nie wszystkie odcinki czy nawet sezony tego serialu uważam za dobre. Wciąż tęsknie za czasami Tennanta którego uważam – w moim odczuciu, za Doktora perfekcyjnego. Jednocześnie – Doktor Who mimo wszystkich swoich niedorzeczności czy niedociągnięć, jest najbardziej humanistycznym serialem jaki w ogóle leci. Jednym z niewielu który tak naprawdę wciąż powraca do tych samych tematów jakim jest istota człowieczeństwa, pytanie o to jakimi zasadami moralnymi należy się kierować, jaka jest wartość pojedynczego istnienia, jak powinniśmy zachowywać się wobec tego co jest nam obce i nieznane. Jasne te pytania pojawiają się w bardzo wielu dziełach kultury – doskonale koresponduje z tym Star Trek. Ale jednocześnie – Doktor Who wyrasta z zupełnie innej koncepcji – takiej historii w której wszystko jest możliwe – dosłownie, bo samo wyjaśnienie koncepcji serialu jest trochę niemożliwe. To przykład jednego z najbardziej kreatywnych dzieł w historii telewizji. Dzięki zrzuceniu wszelkich ram jakie narzucają zazwyczaj opowiadane historie, Doktor to jeden z niewielu seriali który może wymyślać się na nowo nie z sezonu na sezon ale z odcinka na odcinek. A to sprawia, że właściwie produkcja nie ma szans się znudzić. Nawet jeśli zdarzy się potknięcie, to wciąż, następny odcinek otwiera nieskończone spektrum możliwości. Dlatego jest to jeden z niewielu seriali jakie znam który niekoniecznie pogarsza się z czasem ponieważ czas nie działa na ten serial tak jak na inne. Cóż to musi być coś zaraźliwego – ta nieprosta linia serialowego czasu. Doktor to serial który jest też kwintesencją brytyjskiej telewizji. Takiej która jest w stanie przyciągnąć do młodzieżowego serialu najwybitniejsze nazwiska sceny i ekranu, ale jednocześnie – musi ciąć budżet bo stać ich na mniej więcej jedną klatkę schodową i jeden pokój udający wnętrze statku kosmicznego. Ale to też zaleta bo gdyby BBC miało większy budżet to miałoby mniej wyobraźni. Dodatkowo Doktor jest jednym z nielicznych seriali które stanowią swoisty papierek lakmusowy jeśli chodzi o odbiór kultury popularnej. Zwierz jest przekonany, że to jak ludzie podchodzą do Doktora – dobrze pokazuje czego szukają w narracji i jak podchodzą do klasycznych ograniczeń prowadzenia historii.

 

Niania (wersja amerykańska) – każdy człowiek powinien mieć w arsenale ulubionych seriali choć jeden do którego wraca w chwilach w których niekoniecznie czuje się dobrze w świecie. Dla moich rówieśników bardzo często są to Przyjaciele (którzy w moim życiu znajdują się na liście dodatkowej). W moim życiu jest to amerykańska wersja Niani. Dlaczego? Być może dlatego, że jest to serial, który idealnie wpisuje się w poetykę sitcomów z lat 90 – opowiadając o konfliktach rodzinnych, dodając odrobinę romansu i dowcipnych dzieciaków, ale jednocześnie – zachowuje dokładnie taką dawkę ówczesnego sentymentalizmu która jest dla mnie znośna (tym odróżnia się np. od Pełnej Chaty, która jest dla mnie nieznośna). Historia dziewczyny z żydowskiej rodziny, która dostaje posadę niani u brytyjskiego producenta seriali, ma w sobie coś z opowieści o Kopciuszku, coś z My Fair Lady. Nie mniej nie będę ukrywać, że relacje Fran z jej rodziną – zawsze mnie bawią, głównie dlatego, że odwołują się do bardzo charakterystycznego i znanego z amerykańskiej kultury stereotypu żydowskich dziewczyn za którymi krok w krok chodzi ich narzekająca matka. Nianię oglądałam w Polskiej wersji – gdzie Frania była po prostu z Pragi i choć aktorsko Polacy poradzili sobie bardzo dobrze, to jednak – niestety większość doskonałych żartów z żydowskiej rodziny i tradycji oczywiście nie przedostała się do polskiej wersji. Poza tym – Niania, oglądana nawet wiele lat później, okazuje się serialem zaskakująco przyjemnym pod względem wychowawczym. Fran dba by powierzonej jej pod opiekę córki, nie były traktowane inaczej przez ojca, niż syn, i w całym serialu znajduje się kilka całkiem feministycznych wstawek. Nie znaczy to oczywiście że cały serial idealnie spełnia współczesne standardy, ale wciąż bawi. Zwłaszcza że ma też doskonałe postacie drugoplanowe i zaskakująco sławnych aktorów w rolach gościnnych (wiecie że w jednym z odcinków pojawia się Elizabeth Taylor?). To nie jest serial wybitny. Ale kiedy jest mi źle i go oglądam to czuje się bezpiecznie. Jak pisałam, każdy powinien mieć choć jedną taką produkcję przy której się tak czuje.

 

Daredevil – długo zastanawiałam się czy wpisać ten serial na listę, ale ostatecznie stwierdziłam, że to jest produkcja, niesłychanie ważna dla mojego doświadczenia serialowego, Przede wszystkim – to jedyny serial o komiksowym bohaterze, który podoba mi się bez zastrzeżeń od początku do końca. Widziałam wiele pierwszych sezonów seriali super bohaterskich. Ba, nawet podchodziłam do kolejnych sezonów – po czym wcześniej czy później byłam porażona tym jak szybko stają się albo absurdalne, albo absurdalnie powtarzalne. W przypadku Daredevila gra mi wszystko – obsada, kreacja głównego przeciwnika, a przede wszystkim nastrój serialu. To jest dokładnie taki serial jaki powinno nakręcić DC gdyby chciało wyjaśnić widzom o co im chodzi z poważniejszym podejściem do bohaterów. Mamy tu wszystko czego DC tak pragnęło dla siebie – stonowane kolory, sceny akcji rozgrywające się głównie w nocy, dylematy moralne bohaterów, przemoc, balansowanie na linii pomiędzy bohaterskim zachowaniem a łamaniem prawa. Gdyby trochę pozmieniać scenariusz to Matt Murdock szybko mógłby przebrać się za Bruce Wayne’a i nikt by nie zauważył.  Dlaczego w tym serialu to gra a w filmach o Batmanie czy Supermanie niekoniecznie? Dwa elementy – doskonale zagrane postacie, i przede wszystkim – odpowiednie wywarzenie momentów bólu i cierpienia, z chwilami lżejszą czy przyjemniejszą akcją. Dzięki temu bohaterowie są jacyś, a nie tylko cierpią. Nie mniej nie chodzi tylko o to, że Daredevil jest doskonałą odpowiedzią na filmy DC. To też jeden z pierwszych seriali który pokazał mi moc Netflixa jeśli chodzi o to jak można zaplanować serial wiedząc że cały jego sezon pokaże się od razu na platformie. W pierwszym sezonie mamy dwa odcinki w których bohater właściwie nie rusza się z miejsca – szósty odcinek pierwszego sezonu to niemalże bottle episode. Takich rzeczy nie robi się kiedy trzeba co tydzień walczyć o widownię. Ale w Daredevilu to nie był szósty tydzień nadawania serialu tylko szósta godzina oglądania wszystkiego na raz. Można było zaryzykować. Inna sprawa – nie byłoby moich zachwytów nad serialem gdyby nie postać Wilsona Fiska najlepszego złola w całym uniwersum Marvela. Pisałam o tym niedawno – nie ma postaci lepiej napisanej, bo większość złych bohaterów czerpie swoją moc z odczłowieczających cech. Tymczasem Fisk jest zakochanym gangsterem, którego uczuciowość i zdolność do empatii czynią go niesłychanie  niebezpiecznym. Tu na marginesie warto dodać, że Daredevil zmienił też bardzo moje podejście do tego, czy aktor musi być podobny do postaci którą gra. Charlie Cox nie przypomina w niczym Matta Murdocka z komiksów. A jednocześnie- nie jestem sobie teraz w stanie wyobrazić innego odtwórcy tej roli. Co więcej fakt, że właściwie nikt nie prowadzi dyskusji o tym czy Cox nie powinien być pofarbowany na rudo doskonale pokazuje, jak nieważne jest fizyczne podobieństwo do postaci z komiksów, jeśli aktor i scenarzyści doskonale rozumieją kim jest bohater.

 

 

HOUSE – skłamałabym gdybym powiedziała, że House M.D nie jest serialem który odegrał w moim życiu ważną rolę. Był taki moment w którym kupowałam kolejne sezony Housa, w najróżniejszych państwach świata. Serio pierwszy sezon kupiłam w Anglii, drugi w Austrii, trzeci we Francji. Czwartego nigdy nie kupiłam. Bo gdzieś tak koło czwartego, piątego sezonu powoli moja miłość do serialu zaczęła wygasać. Nie zmienia to jednak faktu, że doskonale pamiętam moment kiedy biegłam z zajęć na uniwersytecie do domu tylko po to by dopaść komputera, gdzie na chińskim serwerze ktoś wrzucił odcinek serialu. Nie przejmowałam się wtedy za bardzo prawami autorskimi, bo były to jeszcze czasy kiedy wizja, że serial wejdzie do polski wydawała się bardzo nierealna. Zresztą pamiętam, że Polacy przeżyli największy boom na ten serial kiedy ja powoli zaczynałam się od niego dystansować. Nie zmienia to jednak faktu, że oglądanie Housa, było dla mnie pierwszym w życiu oglądaniem serialu na bieżąco ze stanami. To oznaczało, że był to też jeden z pierwszych seriali, którego odbiór w zachodnich mediach śledziłam na bieżąco. Nie będę ukrywać, że trochę czasu zajęło mi rozgryzienie i zrozumienie formuły serialu – pojęcie seriali proceduralnych nie było mi wtedy jeszcze znane, więc sama musiałam rozłożyć sobie na czynniki pierwsze konstrukcję odcinków, wątków i seriali. Być może to jest moja największa frajda związana z Housem, że nauczył mnie rozumieć, jak konstruuje się odcinki seriali w których sporo musi się zmienić a jednocześnie wszystkie elementy muszą pozostać na miejscu. Do tego był to czas kiedy wyłapanie nawiązań do Sherlocka Holmesa wydawało się w jakiś sposób niszowe.  Nie da się też ukryć, że był to czas kiedy światu nie pozostało nic innego jak tylko przyglądać się temu jak fenomenalnym aktorem jest Hugh Laurie. Coś co pewnie zaskoczyło niejednego widza (zwłaszcza pamiętam ten szok kiedy amerykanie zorientowali się, że to przecież Brytyjczyk), zwłaszcza że pewnie większość  kojarzyła go z występów czysto komediowych. House był doskonałym seriale rozrywkowym, póki ludzie nie zaczęli uważać, że aspołeczna postawa Housa, jest bardzo fajna. Zdanie o tym że wszyscy kłamią, stało się koszmarnym cytatem, zaś próba naśladowania Housa, pokazała, że jeśli do swojego zachowania nie dodajesz w gratisie wybitnych umiejętności diagnostycznych to jesteś po prostu chamem.  Lubiłam Housa póki był to medyczny procedural z wątkami obyczajowymi. Kiedy obyczaje przeniosły się na pierwszy plan, serial jakoś się pogubił. A jeszcze na koniec – był to jeden z pierwszych seriali które pokazałam moim rodzicom. Moja mama oglądała go nawet z zainteresowaniem. Co ciekawe – była jedyną osobą jaką znam (bez medycznego wykształcenia) która w dwóch czy trzech odcinkach dobrze zgadła diagnozę. Co powiem szczerze – do dziś imponuje mi bardziej niż jakiekolwiek inne jej osiągnięcia.

 

 

Sherlock – nie wiem czy Sherlock jest moim ulubionym serialem, ale na pewno jest produkcją której zawdzięczam więcej niż jakiejkolwiek innej na tej liście. Sherlock dał mi znajomych. Dał mi blogową popularność. Dał mi przynależność do pewnej grupy, która potem stała się moim dość bliskim gronem czytelników czy przyjaciół. Sam pierwszy sezon Sherlocka wspominam jako olśnienie. Polecony, przez Rusty serial wydawał mi się z początku typową produkcją BBC. A jednak po pięciu minutach byłam totalnie zakochana. Pierwsze oglądanie Study in Pink wspominam jako jedno z najprzyjemniejszych doświadczeń serialowych w moim życiu. Wszystko w tym odcinku pasowało. To jak klasyczna opowieść Conan Doyle’a została przepisana na współczesny Londyn, to jak pokazano myślenie Sherlocka. Szybko też okazało się, że ten facet z dziwną twarzą grający głównego bohatera ma w sobie tyle charyzmy, że kolejne odcinki obejrzałam jednego dnia. Nigdy nie zapomnę kiedy po trzecim odcinku weszłam do Internetu sprawdzić, kiedy będzie czwarty. Jakiego szoku doznałam kiedy okazało się, że to cały sezon. Ale właśnie, pamiętam też czekanie- coś czego nie dał mi żaden inny serial. Lata czekania na koleje odcinki. To może brzmieć absurdalnie ale Sherlock był najlepszym serialem wtedy kiedy go nie było. Kiedy był tylko punktem wyjścia do wyobraźni. Drugi sezon dał mi największy wzrost popularności bloga w historii. Jednocześnie – nigdy nie zapomnę jak pierwszy raz obejrzałam Skandal w Belgravii i po jednej scenie po prostu zaczęłam klaskać, taka była dobra. Oczywiście, im więcej razy oglądałam ten odcinek tym mniej był fenomenalny, ale ten pierwszy moment – to było takie cudowne uczucie. Odcinek który wywołał dokładnie taki zestaw emocji jakie lubię. A przy tym ukrywał swoje wady, ładnie przewiązując wszystko czerwoną wstążką niczym świąteczny prezent. Niestety nic co potem stało się w Sherlocku nie było już ta satysfakcjonujące. Ostatni odcinek do dziś budzi we mnie niesmak – wydaje mi się całkowitym niezrozumieniem przez twórców sukcesu własnego serialu. Choć moja emocjonalna więź z produkcją została mocno nadszarpnięta, nie zapomnę tych momentów kiedy Sherlock był serialem wokół którego toczyło się moje życie. Jedynym serialem na tej liście który oglądałam w towarzystwie aktorów i twórców. Co do dziś uważam za dość surrealistyczne przeżycie (co ciekawe z całego spotkania wyniosłam głównie refleksję, że Mark Gatiss, dużo lepiej wygląda na żywo niż na ekranie). Sherlock mógł mnie zawieść ale dał mi wcześniej tak dużo, że musi być na tej liście.

 

 

Tak wygląda pierwsza dziesiątka. Kolejność seriali na tej liście jest przypadkowa poza miejscem pierwszym, bo uważam że Mad Men jest najważniejszym serialem jaki w życiu widziałam. Jednocześnie – kolejne seriale – które znajdą się w kolejnym spisie – są już dla mnie mniej znaczące, ale wciąż – na tyle ważne, że koniecznie muszę wam o nich napisać. Dlaczego rozbiłam post na dwa? Ponieważ cały post miał ponad 17 stron. Ponoć  czytelnik traci zainteresowanie gdzieś w połowie drugiej strony.

 

Ps: To nie jest lista najlepszych seriali dwudziestego wieku. Ta lista wyglądałaby zupełnie inaczej. Jest sporo seriali które cenię i uważam za wybitne a jednocześnie nie są one dla mnie ważne, nie są moimi ulubionymi i nigdy bym ich na tej liście nie umieściła.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...