Home SerialeTam i z powrotem do Westeros czyli „Rycerz Siedmiu Królestw”

Tam i z powrotem do Westeros czyli „Rycerz Siedmiu Królestw”

autor Zwierz

Często, kiedy piszę negatywnie o serialach, pojawia się pytanie – skoro ci się nie podobało, to czemu oglądasz do końca. Otóż moi drodzy, dlatego, że znam się już na serialach na tyle by wiedzieć, że nie da się ich w pełni ocenić po jednym czy dwóch odcinkach. Można mieć jakieś przemyślenia, uwagi czy zauważyć co się nam spodoba czy nie. Można zdecydować, że ich nie oglądamy dalej i więcej o danym tytule nie pisać.  Ale żeby na  poważnie zrecenzować trzeba obejrzeć całość. Czy się nam podoba czy nie. Dlatego zanim serial się skończy piszę uwagi a nie recenzje.  Bo choć brzmi to może paradoksalnie – żeby zrecenzować serial niestety trzeba go obejrzeć.

I mamy doskonały przykład, dlaczego tak robię. Oto „Rycerz Siedmiu Królestw” okazał się kolejnym przypadkiem, kiedy trzeba obejrzeć całość. Nie ukrywam, moje uwagi po pierwszych dwóch- trzech odcinkach sprowadzały się głównie do refleksji, że mogłoby się zacząć coś dziać. Bo też te krótkie (co jest w ogóle ciekawym formatem, być może wartym testowania – odcinki serialu fantasty poniżej 40 minut) odcinki, były naprawdę pozbawione akcji – kiedy posumowałam jeden z odcinków w głowie, wyszło mi, że bohater zjadł kolację. To nie jest dużo jak na program telewizyjny.  Sprawdzały się jako zawiązanie fabuły, ale już, gdyby serial realnie miał mnie przekonać do oglądania tylko tym co zobaczyłam na ekranie, to pewnie bym odpuściła. Co prowadzi nas do kolejnej refleksji, że taki układa narracji – gdzie zaczynamy bardzo, bardzo powoli sprawdza się głównie tam, gdzie mamy już zbudowany świat. Jak podejrzewam – twórcy serialu założyli, że widzowie nowej produkcji, będą składać się głównie z tych osób, które już dobrze znają Westeros a także opowiadania Martina o Dunku i Jaju.  Jest to w jakimś stopniu zrozumiałe, choć niekoniecznie ułatwia wchodzenie w świat serialu, jeśli – tak jak ja – nie jesteście aż tak dzikimi fanami historii z Westeros i nie macie „Gry o Tron” na liście swoich ukochanych seriali wszechczasów.

 

Photograph by Steffan Hill/HBO

 

Rozstawianie pionków trochę trwa, ale oddaję honor – kiedy serial już ustawił swoich bohaterów i zdecydował się na akcję – natychmiast w to wpadłam.  Akcja przyśpieszyła a stawki natychmiast powędrowały w górę.  Pojawiły się elementy, które w takich narracjach lubi się najbardziej. Poczucie, że mamy tu rozgrywkę z gatunku – wszystko albo nic, budowanie napięcia wokół bohatera, sceny zarówno odwagi jak i poczucie absolutnego zagubienia. Jednocześnie zaczęło mi zależeć na bohaterach, zwłaszcza, że na przestrzeni kilku odcinków udało się zarysować kilka mocnych charakterów. Bez trudu rozpoznaliśmy kto jest szlachetny, kto jest podły, a czyj charakter jest zależny od tego, ile wlał w siebie wina. Główny bohater nabrał głębi – zwłaszcza gdy dowiedzieliśmy się więcej o jego przeszłości, a relacja z giermkiem dostarczyła odpowiedniego humoru. Innymi słowy – wszystkie elementy zagrały ustawione w odpowiednich miejscach. Nie bawiłam się tak dobrze w Westeros chyba od pierwszych odcinków „Rodu Smoka” (należę do grupy, która bardzo lubi pierwszy sezon tego serialu, polegający na tym, że ludzie rozmawiają ze sobą w zmieniających się komnatach – mój rodzaj telewizji).

 

Co ciekawe, serial rozpada się nie tylko pod względem napięcia, ale też pod względem tego z jakich środków narracyjnych korzysta. Pierwsze odcinki miały w sobie sporo takiego, moim zdaniem nieuzasadnionego grubiaństwa, które wydawało mi się zupełnie zbędne (bo widz i tak wie, że nie jest na dworze koronowanych głów, ma inne narzędzia by to rozpoznać). W kolejnych było go coraz mniej, aż do piątego, który właściwie był już dosłownie śmiertelnie poważny. Zmiana nastroju moim zdaniem podziałała na dobre, bo też seriale ze świata Westeros, zawsze radziły sobie z powagą nieco lepiej niż z humorem. Przy czym piszę to zaznaczając, że moją ulubioną postacią całego serialu jest Lyonel Baratheon, bohater tak cudownie przerysowany, że chciałabym z nim spędzić wieczność. Ale też – to postać, która działa, bo w każdej chwili spodziewamy się, że ten rozkoszny chaos jaki go otacza, zamieni się w poważne konsekwencje dla bohatera. To taka postać „niedźwiedź” nie da się z oczu wyczytać co mu siedzi w głowie.

Photograph by Steffan Hill/HBO

 

Nie znaczy to, że jestem zupełnie bezkrytyczna. Moim zdaniem temu serialowi naprawdę szkodzi schemat dystrybucji, ale też – rozbicie tej dość jednak kameralnej historii na sześć odcinków. Odcinków emitowanych tydzień po tygodniu. Mam poczucie, że lepiej by się sprawdziła jako dwa dłuższe odcinki a nie sześć krótkich. Nawet jest miejsce, gdzie możemy łatwo to podzielić – bo całość trwa trochę ponad trzy godziny. I gdzieś tak w połowie – spokojna narracja o turnieju rycerskim zamienia się w walkę na śmierć i życie i tu spokojnie można zrobić cięcie – nawet powiedziałabym z zyskiem dla dramaturgii. Oszczędziłoby nam to sytuacji, w której znaleźli się widzowie – gdzie piąty odcinek niósł cały emocjonalny ciężar, a ostatni szósty odcinek sprawiał wrażenie, takiego szybkiego domykania wątków, po tym jak już wszystko co ważne się wydarzyło. Ewentualnie – nie trzeba niczego dzielić tylko zazdrościć tym widzom, którzy obejrzą sobie wszystko za jednym posiedzeniem. Jeśli HBO wyprodukowało kiedyś serial, który trzeba obejrzeć na raz to „Rycerz Siedmiu Królestw” jest gdzieś na szczycie tej listy. I wiem, że pewnie ludzie w HBO mają jakieś listy, które im mówią co się bardziej opłaca, ale ja nie prowadzę na szczęście platformy streamingowej, więc mogę na to narzekać.

 

W sieci trwają poważne spory jak wysoko należy oceniać odcinku „Rycerza Siedmiu Królestw”, bo okazuje się, że w ocenach przedostatni odcinek zaczynał iść na rekord – grożąc wysokiej pozycji finałowi „Breaking Bad”. Nie ujmując nic „Rycerzowi” – to nie jest ten sam poziom refleksji i dramaturgii, ale jak mniemam wysokie oceny wynikają przede wszystkim z tego, że serial po prostu dobrze się ogląda. Do tego, twórcom udało się na pewno trafić w gust najbardziej entuzjastycznych i zagorzałych fanów Westeros, którzy oddaliby rękę i dorzucali nerkę, byleby tylko móc nieco dłużej pobyć w swoim ukochanym fantastycznym świecie. I to chyba jest w ogóle tajemnica tego serialu, że udało się coś co było chyba marzeniem ludzi od pierwszych odcinków „Gry o Tron” – możliwość przebywania w fantastycznym świecie niekoniecznie w momencie największego przełomu czy wielkiej wojny, ale właśnie – pomiędzy wydarzeniami. Bo też „Rycerza” ogląda się nieco jak twórczość fanowską, która wypełnia luki pomiędzy ważnymi wydarzeniami. Taka produkcja nie musi być wybitna, żeby była – wybitnie satysfakcjonująca.

 

Photograph by Steffan Hill/HBO

 

 

Tu chodzimy do ostatecznej refleksji, że być może to co jest największym problemem „Rycerza Siedmiu Królestw” – słabo sprawdza się jako niezależna produkcja, która ma przyciągnąć widza (a co za tym idzie subskrybenta). Jednocześnie jednak dobrze działa, jako produkcja, przekonująca wielbicieli Westeros, że warto kolejnym serialom z tego świata dawać szansę. To serial raczej na podtrzymanie fanów niż na stworzenie nowych. Patrząc na wyniki oglądalności i na to, że wiele osób zdecydowało się podtrzymać subskrypcję dla tego tytułu – to jest pomysł. A drugi sezon się już kręci i coś mi podpowiada, że hit też będzie.

 

Ps: Tu muszę zaznaczyć, że pewnie nie obejrzałabym serialu do końca, ale mój tata KOCHA Westeros, i dzwonił do mnie po każdym odcinku omówić co w nim było, więc byłabym złą córką gdybym porzuciła oglądanie serialu wcześniej. Także moja rzetelność recenzencka jest także wspierana przez próbę bycia dobrą córką.

Powiązane wpisy