Home SerialeKobieta z żelaza czyli „Ołowiane dzieci”

Kobieta z żelaza czyli „Ołowiane dzieci”

autor Zwierz

Netflix wyczuł, że polski widz ma słabość do polskich historii. Po bardzo udanym „Heweliuszu” przyszedł czas na „Ołowiane dzieci”. Historię, która w ostatnich latach stała się bardzo pociągająca dla twórców. Dość powiedzieć, że mamy o epidemii ołowicy na Śląsku trzy książki – dwie powieści i fabularyzowany reportaż. Od razu chcę zaznaczyć, że sama dosięgam niezwykle filmowy potencjał historii o młodej lekarce, która dzięki uporowi i sile woli, pomogła leczyć tysiące dzieci. Jak rzadko mam to moje wyczucie niemal na piśmie. Parę lat temu, kiedy ukazała się książka „Doktórka z Familoków” pracowałam dla pewnej firmy producenckiej polecając im pozycje, książkowe, które moim zdaniem mają potencjał na dobrą produkcję filmową. I wtedy umieściłam tą książkę na szczycie listy. Mogę więc powiedzieć, że filmowy potencjał opowieści wyczułam już dawno.

 

Dla tych, którzy z jakiegoś powodu przegapili szum wokół sprawy, „Ołowiane dzieci” to oparta na faktach produkcja nawiązująca do epidemii ołowicy na Śląsku, zwłaszcza w osiedlach familoków sąsiadujących z hutą Szopienice. Kluczową postacią w wykryciu skali zatrucia dzieci Jolanta Wadowska-Król, która skojarzyła występujące u dzieci objawy z zatruciem metalami ciężkimi i przeprowadziła szerokie badania pacjentów z najbardziej zagrożonych miejscowości. Po wykryciu skali zatrucia udało się część dzieci wywieść do sanatoriów a ostatecznie osiedla znajdujące się najbliżej strefy skażenia zostały wyburzone. Sama lekarka przypłaciła walkę z systemem własnym rozwojem zawodowym, bo jej paca zawodowa opisująca skalę zanieczyszczenia i całą epidemię nie została dopuszczona do obrony a wszystkie egzemplarze tajemniczo zginęły.

 

Sami przyznacie – bardziej filmowo się nie da. Ratowanie dzieci, huta, która daje pracę, ale też truje. PRL-owski Śląski, który jednocześnie jest gospodarczym symbolem kraju i przestrzenią katastrofy ekologicznej. Do tego władze, które o ludzi pracy teoretycznie dbają a w istocie trują ich codziennie nie oferując leczenia. Komu ten konflikt pachnie trochę „Czarnobylem” ten ma słuszną intuicję, że sami twórcy bardzo chcą iść tropem refleksji nad niewydolnością władzy ludowej. Nie jest to interpretacja zupełnie błędna choć miejscami zaserwowana tak, jakby twórcy serialu bardziej mieli w głowie widza zagranicznego niż polskiego. Zresztą pierwsze opinie o serialu wskazują, że opowieść bardzo dobrze rezonuje poza Polską i podoba się na zachodzie. Moim zdaniem to właśnie ze względu na tą narracyjną i wizualną dosłowność, na którą zdecydowali się twórcy.

 

 

No właśnie – mając w ręku tak doskonałą do opowiedzenia historię, twórcy wykazali się zaskakująco małym zaufaniem do widza. Serial jest opowiedziany bardzo liniowo, rzekłoby się po bożemu, choć mi przychodzi do głowy raczej przymiotnik „telewizyjnie” – miałam wrażenie jakbym oglądała produkcję, która najlepiej pasowałaby do ramówki TVP i to kilka lat temu. Ale nie tradycyjna narracja jest największym problemem serialu, ale jego dosłowność. Wszystko musi zostać w serialu jednoznacznie zadeklarowane, zaś w scenach dramatycznych – zawsze dostajemy najbardziej bezpośredni i często najbardziej oczywisty sposób pokazania zdarzeń. Jeśli tłum nie chce słuchać lekarki to oczywiście musi ona przejść między skandującymi hutnikami, jeśli przyjeżdża Breżniew w tle musi grać” Kalinka”, jeśli Huta truje to dym musi się złowrogo unosić a dzieci łapać w dłonie unoszące się zanieczyszczenia. Nie ma tu miejsca na jakiekolwiek dopowiedzenie, domyślenie się, dopracowanie. Trochę jakby już na poziomie produkcji bardziej myślano o widzu, który Polski i Śląska nie zna.

 

 

Do tego serial proponuje nam narrację dużo bardziej udramatyzowaną niż realne zdarzenia. Wszystko chyba z braku zaufania, że opowiadanie jak najbliżej faktów wywoła u widza odpowiedni zakres emocji. To dodawanie scen dramatycznych, jest moim zdaniem zupełnie zbędne, ale też udowadnia, że nie ufamy w to, iż prawdziwa historia dostarcza odpowiedniej dawki napięcia. Zdaję sobie sprawę, że dodawanie dramatycznych elementów do historii nie jest niczym nowym (w wspomnianym „Czarnobylu” też się pojawiło i to na dużą skalę) ale tu miałam wrażenie jakiejś nieuczciwości, wobec tego czym ta opowieść naprawdę była. Czymś dużo mniej spektakularnym a jednocześnie wymagającym niezwykłej siły. Mniej podniosłym a bardziej żmudnym. Takim pod wieloma względami – bardziej ludzkim i codziennym. Co jest zresztą chyba najbardziej poruszające w takich historiach, że niekoniecznie wymagają więcej niż poświęcenia swojego czasu, energii i olbrzymiej siły woli.  Inna sprawa – kiedy wyciągamy na świtało dzienne takie opowieści mniej znane, to każda ingerencja w świat sprawia, że nasza narracja ma szanse na zastąpienie tego co realnie się wydarzyło. Bo ma największy zasięg. I tu pojawia się jednak taka refleksja, że wtedy odpowiedzialność na twórcach jest chyba większa niż gdy opowiadają o zdarzeniu, której dość powszechnie znane.

 

 

Nie znaczy to, że „Ołowiane dzieci” nie mają dobrych scen, momentów czy ról. Jak to często bywa w Polskich serialach – czasem to co niekoniecznie gra w scenariuszu, udaje się wyprostować dobrą grą aktorską. Bardzo podoba mi się jak Agata Kulesza gra doświadczoną lekarkę, kobietę na stanowisk, która doskonale wie jak funkcjonuje system i umie w nim odpowiednio lawirować. Moja znajoma zapytała mnie po seansie czy Agata Kulesza zagrała kiedykolwiek miłą postać i przyznam, że musiałam się prze dłuższą chwilę zastanowić. Niezwykle naturalnie wypada Kinga Preis jako jednak z pielęgniarek, ale mam wrażenie, że to jest taki casting, z którego aktorka trochę się nie może uwolnić – wszyscy widzą w niej bohaterkę poczciwą. Cały drugi plan serialu jest jak to zwykle u nas bywa aktorsko dobry – bo też aktorów mamy dobrych i tak po ludzku charakterystycznych. Widziałam wiele pochwał pod adresem Michała Żurawskiego, który gra niejednoznacznego ubeka. No i jestem tu skonfliktowana, bo z jednej strony to rola dobra, ale sama posta wydaje mi się z zupełnie innego narracyjnego porządku. Niemal wszystkie jego sceny są takie bardzo … wymyślone (z braku lepszego słowa). Właściwie jedyną pretensję aktorską mam do Zamachowskiego, choć może nawet nie do niego samego, co do konstrukcji tej roli, która jest naprawdę miejscami karykaturalnie przerysowana. Ponownie, jakby tylko na takich przerysowaniach i skrajnościach można było tą historię opowiedzieć.

 

Jeśli mam problem z jakąś rolą to niestety z Joanną Kulig na pierwszym planie. Nie jestem do końca pewna co tutaj nie zagrało, ale przez cały serial nie mogłam poczuć tej bohaterki. Dialogi podpowiadają nam, że mamy do czynienia z osobą, która umie walczyć o swoje, która jest nieugięta i twarda. I o wszystko niby w serialu jest, ale sama postać w żadnym momencie mi nie ożywa. Sporo jest tu podane deklaratywnie w dialogach – ale cały czas miałam wrażenie, jakby Kulig była na próbie i zaraz … zaraz miała zacząć już grać. Ocena aktorska jest oczywiście zawsze bardzo subiektywna, ale jeśli coś naprawdę ciąży na mojej ocenie serialu to właśnie ta rola, która zupełnie mnie nie przekonuje. A ponieważ jest w samym centrum opowieści to i sama historia wydaje mi się zaskakująco powierzchowna jak na temat, który podnosi.

 

 

Nie odnoszę się do kwestii Śląskiej, bo też moje związki ze Śląskiem ograniczają się do tego, że była w Katowicach i Chorzowie a nawet w Bytomiu. Fakt, że za produkcją stanął Maciej Pieprzyca, twórca ze Śląskiem związany jest dowodem na to, że jedna o to by była ta relacja twórców z regionem zadbano. Czytałam jednak sporo dyskusji o języku w tym serialu, których nie jestem w stanie w żaden sposób zweryfikować. Natomiast natknęłam się na ciekawy artykuł, który oceniał, że jak na możliwości jakie mają obecnie filmowcy udało się ten Śląsk lat siedemdziesiątych całkiem nieźle zasymulować. Dodaje ten akapit raczej by zaznaczyć, że takie dyskusje wokół produkcji wciąż się toczą i warto rzucić na nie okiem. Także dlatego, że trwają teraz dość aktywne rozmowy o języku i kulturze śląskiej. Myślę, że ten aspekt jest ważny i ciekawy, ale po prostu brakuje mi kompetencji. Z mojej niekompetentnej perspektywy, mogę jedynie powiedzieć, że wydawało mi się, że ten serial jest bardzo mało śląski w języku. Ale też podejrzewam, że mogła za tym stać niechęć twórców do napisów – bo wiele osób po prostu nie zna znaczenia słów po śląsku, co utrudniałoby zrozumienie dialogów. Czy to wystarczające wyjaśnienie – nie umiem zdecydować.

 

„Ołowiane dzieci” to serial, który jest swoistym paradoksem. Gdyby pojawił się parę lat temu powiedziałabym, że jest dowodem na coraz wyższą jakość polskich produkcji serialowych. Być może dostrzegłabym w nim zapowiedź jakichś nowych ambicji i narracji. Ale przez ostatnich kilka lat polskie seriale tak wystrzeliły do góry, że „Ołowiane dzieci” wydają się trochę reliktem przeszłości. Serialem porządnym, ale nie porywającym, z dobrą obsadą i niezłymi rolami, ale bez takiego błysku, który kazałby go polecać znajomym.  Jestem rozdarta pomiędzy głębokim poczuciem zmarnowanego potencjału a świadomością, że dla części widzów, będzie to pierwsze spotkanie z bardzo ciekawą historią i postacią, którą zdecydowanie warto pamiętać. To rozdarcie towarzyszyło mi przez cały seans i być może najbardziej kładło się cieniem na mój odbiór. To poczucie, że jednak mogło to być coś bez porównania lepszego, realizatorsko ciekawszego, mniej dosłownego. Bo tam są elementy dobre i przede wszystkim jest świetna historia. Ale potem, kiedy zaczynałabym być zła, wchodziłam do sieci i widziałam jakiś filmik z zagranicy o tym, że ktoś się właśnie dowiedział o Jolancie Wadowskiej – Król, jej pracy i uporze i czułam wdzięczność, że ten serial powstał. A ponieważ nie umiem w pełni tych dwóch uczuć rozdzielić to pozostanę taka niezdecydowana.

Powiązane wpisy