Jak zacząć historię tak by nie było sposobu się od niej oderwać. Można oczywiście zacząć od początku. A można zacząć od takiej sceny. Dwóch nastolatków siedzi na ławce przed sklepem. Mała japońska miejscowość, ciepło, jedzą lody. Wąska ławka, dla tych, którzy chcą coś zjeść zanim pójdą dalej. Banalna rozmowa o niczym. Zwykłe letnie popołudnie. Póki jeden z chłopaków nie odwróci się do drugiego i nie spyta „Nie jesteś prawdziwym Hikaru, prawda?”. Pytanie pada w czwartej minucie pierwszego odcinka. I tak moi drodzy zaczyna się serial, którego nie sposób przerwać. A że pierwszy sezon „Lato, kiedy umarł Hikaru” można oglądać na Netflix i jest to pierwsze od dziesięciu lat anime jakie widziałam, to postanowiłam o nim napisać.

Yoshiki i Hikaru są najlepszymi przyjaciółmi, znają się od dziecka i mieszkają w jednej z tych niewielkich japońskich miejscowości między górami, w których nie za wiele się dzieje. Choć to nie jest do końca prawda. Dzieje się wiele, coraz dziwniejszych rzeczy, bo okazuje się, co nikogo raczej nie dziwi, że w górach nie jest spokojnie. Więcej, w górach COŚ jest. To COŚ odpowiada za śmierć prawdziwego Hikaru. To COŚ żyje obecnie w ciele nastolatka. Ale czy to oznacza, że życie się zatrzymuje? Nie, wciąż trzeba chodzić do szkoły, odrabiać pracę domową, brać udział w próbie chóru i spotykać się ze znajomymi. Yoshiki, zdaje sobie sprawę, że jego najlepszy przyjaciel odszedł na zawsze starając się dopełnić starego, powierzonego jego rodzinie, tajemniczego rytuału. Yoshiki wie, że cokolwiek żyje w ciele Hikaru nie jest człowiekiem, nie pojmuje życia i śmierci w tych samych kategoriach. Jest jednocześnie naiwne i straszne.
Ale Yoshiki ma też kilkanaście lat i nie za bardzo wyobraża sobie życie bez najlepszego przyjaciela. Przyjaciela, który był w jego życiu od dawna, którego darzył uczuciem, który mu imponował. Może i powinien pozbyć się tego dziwnego tworu, tego przedwiecznego bytu z gór. Ale z kim by wtedy chodził na lody, siedział ławka w ławkę i wraca na rowerze ze szkoły? Z kim mógłby pogadać, iść do kina i rozwiązywać skomplikowaną zagadkę nawiedzających niewielką miejscowość duchów i potworów. Yoshiki, jako wrażliwy nastolatek, nie jest w stanie poradzić sobie z żałobą po przyjacielu inaczej niż przyjmując, że ten nowy byt z twarzą Hikaru jest lepszy niż całkowity brak kogoś z kim może podzielić się całym swoim życiem. Kogoś kogo może kochać.

Pod tym względem, „Lato, kiedy umarł Hikaru” jest fascynującą refleksją nad nie oczywistością żałoby, nad tym jak bardzo skomplikowane jest godzenie się z tym, że kogoś nie ma. Yoshiki potrzebuje trochę czasu by ułożyć sobie w głowie, że ma do czynienia z kimś zupełnie innym. A jednocześnie – sam nowy Hikaru uświadamia sobie, że przez to, że przejął ciało nastolatka – nikt tego prawdziwego chłopaka nie opłakał. Nie miał szans przeżyć prawdziwej żałoby, bo przecież – Hikaru wciąż jest wśród żywych. Nawet jeśli z prawdziwego chłopaka został tylko wygląd i cień wspomnień. To jest ciekawe, bo można zadać sobie pytanie – czy gdyby ktoś kto jest tylko cieniem osoby, którą znaliśmy i kochaliśmy pojawiłby się w jej miejscu i pozwolił nam udawać, że wszystko jest dobrze, że nic złego się nie stało, to czy dalibyśmy się złapać w tą pułapkę? Łatwo jest zrozumieć, dlaczego Yoshiki, nawet wiedząc, że ten nowy Hikaru nie jest jego przyjacielem nie jest się w stanie zebrać by tą znajomość uciąć.
Jednocześnie serial gra motywem potwora, który pojawia się nagle w życiu. Cokolwiek nawiedziło ciało Hikaru z całą pewnością jest nieograniczonym w swoich możliwościach przedwiecznym bytem. Wiemy, że umie zabijać i wiemy, że niekoniecznie umie zrozumieć – dlaczego śmierć jest dla ludzi tak tragiczna. Jest to jednak ten rodzaj narracji, w którym to co dziwne, inne czy chciałoby się powiedzieć potworne, nie jest jednoznacznie złe. Jest inne – nie będzie człowiekiem, bo ludzkie kategorie są dla niego zupełnie obce. A jednocześnie – to przedziwne stworzenie z gór, jest samotne. Nigdy przecież nie miało przyjaciół, nie jadło lodów, nie śpiewało w szkolnym chórze. Czy można sprowadzić do prostego potwora i demona coś, co pierwszy raz w swoim istnieniu ma szanse obejrzeć film czy pogłaskać kota. Coś co bardzo nie chce krzywdzić, choć jednocześnie ma nieskończony potencjał zniszczenia. W opowieściach o potworach to co inne jest często złe, tu to co jest inne jest… inne. Nie ma tu potrzeby przemiany w bestię. Ów przedwieczny byt zamieszkuje ciało Hikaru trochę z przypadku, trochę z ciekawości, trochę – bo on też lubi towarzystwo Yoshiki i wspólne jedzenie lodów przed sklepem.

„Lato, kiedy umarł Hikaru” opiera się na niejednoznaczności uczuć. Żałoba, która jest potrzebna, ale której nie chce się przeżywać. Nastolatek, który chciałby tylko spędzić słoneczne i duszne lato z najlepszym przyjacielem. Przedwieczna istota, która chciałaby jeść lody i głaskać koty. Lokalna specjalistka od nadprzyrodzonych zdarzeń, która nie ma serca na jakiekolwiek egzorcyzmy, gdy przedwieczne zło ma twarz skonfundowanego nastolatka, który nie wie co ma dalej zrobić. Nawet postaci drugoplanowe – jak ojciec Yoshiki, wycofany z rodzinnego życia mężczyzna, który sam stracił swojego najlepszego przyjaciela – wszyscy oni są w takim emocjonalnym zawieszeniu. Coś powinni zrobić, ale pomiędzy tym co się powinno a tym czego się pragnie jest spora różnica. Tak jasne, w niewielkiej miejscowości dzieją się coraz straszniejsze rzeczy i narasta atmosfera grozy, ale czym jest groza potwora wobec groza własnych skomplikowanych uczuć i emocji. To sprawia, że bohaterowie wyrywają się z prostych narracyjnych ram, które nakazywałby im walczyć z potworami, przepędzać je w góry, czy uciekać w popłochu. Bo jak się okazuje – gdy twój ukochany Hikaru nie jest prawdziwym Hikaru, ale uśmiecha się tak jak on – wszystko się komplikuje.
Nie da się też ukryć, że da się jak najbardziej czytać serial jako opowieść o tożsamości. Bo nie ma raczej wątpliwości, że uczucie jakie Yoshiki czuł do Hikaru wychodziło poza czysto przyjacielską miłość. Jednocześnie cała narracja rozgrywa się w niewielkiej miejscowości, gdzie nie za bardzo jest szansa na bycie sobą, a na pewno nie ma szansy na to by móc w pełni eksplorować własną tożsamość. Relacja między nowym Hikaru a Yoshiki opiera się też na takiej dynamice pełnej niekoniecznie wyrażonych i możliwych do spełnienia pragnień. Czy to co Yoshiki czuł do tamtego, dawnego, Hikaru wciąż się tli, czy może pojawia się nowe uczucie, do tej nowej – niekoniecznie rozumiejącej problemy i ograniczenia wersji. Serial pozwala tym wszystkim emocjom, uczuciom i pragnieniom unosić się nad nastolatkami, które z całą pewnością wiedzą, że czegoś chcą, ale niekoniecznie wiedzą czego czy kogo. I czy jest to w ogóle osiągalne. Ponownie uważam to za bardzo bliskie emocjonalnej prawdziwe podejście – ta świadomość, że ma się w sobie uczucia i pragnienia przy jednoczesnej absolutnej konfuzji – jak i na kogo je przekierować.

Fantastyczną ramą opowieści są te letnie miesiące, ostatnie tygodnie szkoły przed wakacjami (bohaterowie muszą się w szkole pojawiać), powroty do domu na rowerze pomiędzy polami, lody roztapiające się w zbyt wysokiej temperaturze, beznadziejny deszcz za oknem. Animacja, która czasem zatrzymuje się nie na bohaterach, ale na zupełnie codziennych detalach otoczenia – podłodze, krześle, oknie, owocach na stole – to wszystko sprawia, że cały emocjonalny wydźwięk opowieści staje się bliższy. Jasne, nasi przyjaciele na pewno nie okazali się przedwiecznym bytem z gór, ale było takie lato, kiedy mieliśmy naście lat i wszystkie problemy naszego życia przygniatały nas do ziemi. Kiedy emocje były skomplikowanym węzłem, do którego – jak się zdawało nikt nie miał klucza. Były też uczucia, które w wieku nastoletnim zawsze zdają się trudne do wyartykułowania i przełożenia na zrozumiały język. Choć nie było potworów, to czaiły się gdzieś tam lęki równie strasznie jak potworności, które atakują bohaterów.
Zresztą przyznam, że doceniam każdą horrorową narrację, która osadzona jest w bardzo mocno zarysowanych realiach. Pod pewnymi względami, ten serial przypominał mi atmosferę wczesnych książek Kinga – często poświęconych nastolatkom, gdzie wszystko było zupełnie normalnie a potem w tą normalność wchodziło coś dziwnego, strasznego i niecodziennego. Właśnie na tym kontraście najbardziej zyskiwała groza, bo kiedy horror czai się tuż obok, kiedy nie odgania go słoneczny letni dzień ani uśmiech przyjaciela – wtedy rzeczywiście jest w tym coś niezwykle niepokojącego. I właśnie to zestawienie codzienności bohaterów z tym co dzieje się wokół nich sprawia, że choć nie ma w tym serialu za bardzo „jump scare” czy przeraźliwych potworności to nawet nad zwykłymi rozmowami unosi się trudne do uchwycenia napięcie.

Nie będę udawać – serial poleciła mi znajoma osoba. Pewnie inaczej nigdy bym na niego nie zwróciła uwagi. Nie oglądam anime i nie czytam mang. Nie robię tego ideologicznie, po prostu – nie da się kulturowo ogarniać wszystkiego, a jak wspominałam już nie raz w sieci – czytanie mang jest dla mnie trudne (bo są poprawnie wydrukowane co oznacza zmianę kierunku czytania co dla mojego dyslektycznego mózgu jest zdecydowanie zbyt skomplikowane). Nie mam też żadnej ambicji przekonywania was, że to anime jest lepsze od wszystkich innych (choć wiem, że ma podobnie jak manga, którą adaptuje doskonałe recenzje i worek nagród). Po prostu mi się spodobała. Wiem, że w świecie anime zawsze są osoby, które zazdrośnie pilnują swojego terytorium i niemal każde wyjście z poleceniem kończy się jakąś branżową dyskusją. Ten głos jednak nie dochodzi z fandomu, tylko raczej od osoby, która ma słabość do dobrze opowiedzianych historii. A ta historia jest naprawdę dobrze opowiedziana. No i dostępna, bo cały pierwszy sezon można oglądać na Netflix. I polecam, bo rzadko produkcja, która zaczyna się od trzęsienia ziemi, zatrzymuje się by zamiast pozwalać napięciu wzrastać zadaje pytanie „A co jeśli ci to nie przeszkadza, że ziemia się trzęsie”.
