Home FilmPiłka jest jedna a paletki są dwie czyli „Wielki Marty”

Piłka jest jedna a paletki są dwie czyli „Wielki Marty”

autor Zwierz

„Wielki Marty” nazywany jest filmem sportowym.  W istocie to idealny przykład filmu antysportowego. Choć w produkcji znajdziemy elementy, które pojawiają się w klasycznych narracjach o rywalizacji – ambicję, jasno zarysowanego przeciwnika, walkę za wszelką cenę, to jednak – film korzysta z tych motywów w sposób przewrotny. Im bardziej nasz bohater stara się osiągnąć sukces tym częściej zadajmy sobie pytanie – czy rzeczywiście jest komu kibicować i tym bardziej czekamy aż pojawi się widmo porażki. Jeśli jest film, który ujawnia, że ambicja sportowca nie czyni nikogo szlachetnym to z całą pewnością jest to nowe dzieło Josha Safdie.

 

Historia rozgrywa się w latach pięćdziesiątych w Nowym Jorku. Marty ma 23 lata i pracuje w sklepie obuwniczym swojego wuja i sypia ze swoją zamężną sąsiadką, którą zna od dzieciństwa. Marty jest jednym z tych żydowskich chłopaków, po których rodzina spodziewa się, że będzie mieszkał w tej samej kamienicy co wszyscy, pracował w sklepie wujka i zajmie się matką, która oczywiście, jak wszystkie żydowskie matki, co chwilę umiera by wzbudzić sobą zainteresowanie.  Nasz bohater jest wygadany, pewny siebie i rzeczywiście – bardzo zdolny, gdy chodzi o grę w tenisa stołowego. Na tyle zdolny, że zapewnia wszystkich, że jest o krok od stania się najlepszym graczem na świecie. Jak się jednak okazuje, pomiędzy nim a wielkim triumfem staje reprezentant Japonii. Szybszy, sprawniejszy a do tego słabo słyszący więc nie rozprasza go szum tłumu.

 

 

Marty ma więc kilka problemów, z których największym jest to, że potrzebuje kasy na wyjazd do Japonii by w mistrzostwach pokonać swojego wielkiego przeciwnika. Jego próba zdobycia funduszy staje się niekończącą serią problemów, wpadek, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Marty po kolei sięga po wszystkie możliwe środki, jednocześnie nie oglądając się za siebie i paląc mosty. Może wykorzystać swojego wuja, przyjaciela, który z nim trzyma, dziewczynę, z którą romansuje, milionera i jego żonę, którą udaje mu się zaciągnąć do łóżka. Marty ma swój cel i swoje przekonanie o własnej wielkości, a do tego taki poziom hucpy, że nawet ci którzy mu odmawiają w końcu się godzą. Marty prze do przodu nie oglądając się za bardzo za siebie, a za nim mnożą się mniejsze i większe ofiary jego trudnej do powstrzymania potrzeby parcia do przodu. Bo też każdy kogo nasz bohater pozna jest dla niego na tyle przydatny na ile pozwoli mu zrealizować swoje plany. Plany, które są ważniejsze od wszystkiego co przyniosą potencjalne konsekwencje.

 

Safdie wciąga nas w typowy dla filmów sportowych mechanizm – podążania za zdolnym sportowcem, ale w istocie – pokazuje absurd i okrucieństwo myślenia bohatera. Także naszego myślenia. Wygranie meczu w tenisa stołowego nie jawi się jako wartość, która przewyższa wszystko co Marty już w swoim życiu ma – rodzinę, przyjaciół, uczucia. Poczucie, że jest najlepszy w tym co robi wzmacnia najgorsze cechy bohatera, który jest nieznośny dla wszystkich innych. Do tego kłamie jak z nut, ilekroć tylko nadarza się okazja. To nie jest miła osoba, a sportowe osiągnięcia jedynie pogłębiają jej wady charakteru. Sport nie jawi się tu jako element kształtujący, wyciągający z człowieka to co najlepsze i najszlachetniejsze, ale jako obsesja pozwalająca nic nie znaczącemu chłopakowi poczuć, że jest kimś ważnym. To bardziej trucizna niż odtrutka na społeczną i życiową sytuację. Kino sportowe każe cenić nam zwycięstwo bohatera ponad wszystko, zwłaszcza gdy mowa o zwycięstwie moralnym. Ale Safdie podpowiada, że każde zwycięstwo jest większym lub mniejszym stopniu niemoralne, a sportowa rywalizacja to też przestrzeń, w której swoje ego mogą podbudować dość paskudne osobiście jednostki. Czy fakt, że Marty ma lepszy refleks i technikę odbijania piłeczki niż większość ludzi na świecie, cokolwiek ma nam tłumaczyć? Czy to w ogóle jest jakiekolwiek usprawiedliwienie. Czy sport jest jakkolwiek uszlachetniający czy też stanowi jedynie narzędzie budowania narodowej dumy i komercyjnej współpracy.

 

 

Reżyser (a zarazem scenarzysta) sięga tu po podobną mechanikę co w przypadku „Nieoszlifowanych diamentów”. Strukturalnie to filmy bardzo podobne. Podobnie jest w nich też to, że ludzie na siebie ciągle krzyczą. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest przypadek i że ten intensywny zabieg scenariuszowy i reżyserski, ma na celu pokazanie nam kim jest i Marty i jego rodzina. Ale muszę wam wyznać – nic mnie bardziej nie męczy niż filmy, w których ludzie krzyczą na siebie mówiąc jednocześnie. Wiem, że reżyser chce mojej reakcji – właśnie tego przebodźcowania i zmęczenia, ale gdzieś tak w połowie seansu miałam ochotę wyjść, bo ile można oglądać koszmarnych ludzi, którzy się na siebie drą. Jakby – wiem, że o to w tym chodzi, ale nie zmienia to faktu, że wyjątkowo tego zabiegu nie lubię. Także dlatego, że mam wrażenie, że jest jakieś przekonanie, że jak ludzie się na siebie drą w filmie, to znaczy, że wszystko jest wybitne.

 

Ponownie też widać, że twórcy rozgrywają tą fabułę bardzo mocno w ramach narracji o żydowskich mieszkańcach Nowego Jorku. Jest w tym nie tylko znana nam dynamika rodzinna (obsadzenie Fran Drescher jako matki bohatera uznaję za świadome mrugnięcie do widza), ale też pewna specyficzna sytuacja amerykańskich żydów tuż po wojnie. Z jednej strony, w świecie który odbudowuje się po Zagładzie, z drugiej – to nie jest Zagłada amerykańskich żydów. Z trzeciej – pojawiająca się wizja, że w tym nowym świecie pojawia się nowy, odważniejszy pomysł na życie, że bycie pokornym żydem, który nikomu nie chciał wadzić na nic się nie zdało i trzeba jeszcze więcej pewności siebie i hucpy, by przebić się do świata. Nasz bohater jest już z nowego pokolenia, z nowymi ambicjami, ale też mocno zakorzeniony w dynamice żydowskiej kamienicy, gdzie wszyscy się znają. Nie jestem pewna do jakiego stopnia te wątki są czytelne w Polsce, ale dla mnie są dość istotnym elementem budowania miejsca bohatera w tym świecie. Gdy mówi, że pokona swojego przeciwnika i skończy to czego Niemcy nie zrobili w Auschwitz dodaje „Mogę to mówić, bo jestem żydem”. To jest ta perspektywa nowego, bezwzględnego człowieka.

 

 

Sporo się mówi o potencjalnym Oscarze dla Timothée Chalameta. Powiem tak – rozumiem, dlaczego mówi się tu o roli Oscarowej. Wielu aktorów boi się grać postaci nielubiane i aroganckie – bo łatwo potem przenieść niechęć z bohatera na odgrywającego go aktora. Chalamet, który ma już lat trzydzieści odgrywa tu bohatera niemal o dekadę młodszego z pewnością siebie, która rzeczywiście imponuje. Jednocześnie jednak oglądając film, zastanawiałam się nad tym w którym kierunku będzie rozwijać się kariera aktora. Powoli schodzi z niego ta aura młodzieńca, na której zbudował większość swojej dotychczasowej kariery, a nie wygląda na to by kino miało pomysł na to kim może być dalej. Im bardziej przyglądałam się twarzy aktora tym bardziej mam wrażenie, że następny etap jego kariery będzie bardzo trudny. Wcale bym się nie dziwiła, gdyby piękny Tymoteusz skończył jako hollywoodzki aktor charakterystyczny.

 

„Wielki Marty” wpisuje się dla mnie w tradycję kina, które stara się z jednej strony szarpać za nerwy, z drugiej – nie wypuszcza ze swoich objęć. Jest też dla mnie potwierdzeniem, że z dwóch braci Safdie, którzy rozeszli się w tym roku by nakręcić bardzo różne od siebie kino sportowe (bo to Benny Safdie nakręcił „Smashing Mashine”) to chyba Josh wygrał. Nie chodzi o spodziewane nominacje do nagród. Raczej o to, że jest to film, który ma ten sznyt wcześniejszych produkcji braci, które zbudowały im całe, choć dość specyficzne grono fanów. Choć, gdybym miała powiedzieć, która realizacja takiej narracji, w której jesteśmy wraz z bohaterem w ciągłym, chaotycznym, dramatycznym ruchu, bardziej mi się podobała to powiedziałabym, że jednak „Nieoszlifowane diamenty” mają w sobie chyba więcej świeżości. A jednocześnie, jestem pod wrażeniem jak ten mechanizm narracyjny działa, nieważne, ile trwa film dajemy się wciągnąć w tą spiralę. Podobnie jak działa opowiedzenie o latach pięćdziesiątych w stylu lat osiemdziesiątych. Działa zarówno jako komentarz do tego, że przeszłość jest wymyślana wciąż na nowo i stylistyka sprzed pół wieku, idealnie nadaje się do stworzenia ramy dla jakiejkolwiek przeszłości. Ale też sam pomysł sprawdza się w ramach narracji Nowojorskiej, trochę gangsterskiej, trochę łotrzykowskiej. Kinematografia lat osiemdziesiątych miała klucz do takich koszmarnych bohaterów jak Marty i Safdie nie próbuje tu wymyślić tego na nowo tylko sięga po to co sprawdzone.

 

 

Jak wspomniałam, nie przepadam za kinem krzyczanym. Wydaje mi się niezwykle obciążające i wymuszające niemal fizjologiczną reakcję nawet tam gdzie sam scenariusz nie dotyka jakiejś wielkiej głębi. Dlatego choć cenię to co Safdie pokazał w „Wielkim Marty” to ten film trafia do mnie do tej specyficznej kategorii produkcji, z którym nie ma nic złego, ale których nie mam ochoty oglądać po raz kolejny. Być może także dlatego, że w tym całym chaosie, przebijająca się refleksja dotycząca psychiki i mechanizmu postępowania młodych mężczyzn, którzy nie oglądają się za siebie – niekoniecznie jest nowa. Nawet upadek i odkupienie wydał mi się wpisany w schemat, który już znam. Oczywiście, nie każdy film musi coś nowego o człowieku odkryć, ale miałam poczucie, że poświęciłam sporo czasu by dowiedzieć się czegoś co już wiedziałam na początku. Być może opowiedziano mi to w nowy sposób – ale nie wiem czy muszę sobie tą naukę ponownie przypominać.

 

Co powiedziawszy – na pewno nie zniechęcam nikogo do seansu, ogląda się to naprawdę dobrze i pomimo, że film jest długi to przez cały czas trzyma tempo, napięcie i trzyma za gardło. Ma trochę scen szokujących i absurdalnych, ale one sprawiają, że produkcja ma z całą pewnością swój charakter a my nie pomylimy jej z niczym innym. Jest to też gra motywami filmu sportowego, na którą łatwo się złapać. Ostatecznie to jest bardzo prosta gra, piłka jest jedna a paletki są dwie.

Ps: Ostatnio mam wrażenie, że filmy mają najdziwniejszą dystrybucję ever. Zanim film wejdzie do kin jest tyle pokazów przedpremierowych, że ma się wrażenie, że już wszyscy film widzieli.

Powiązane wpisy