„Pillion” bywał w czasie swojej kampanii promocyjnej określany jako „dom-com” (w odróżnieniu od „rom-com”). Określnie marketingowo chwytliwe, ale też nieco zwodne, bo w tej opowieści o szukaniu siebie, elementów komediowych jest niewiele. Jest za to sporo refleksji o tym, jak żeby dowiedzieć się o tym czego pragniemy musimy dobrze poznać to czego nie chcemy. Oraz że pożądane przez nas zrozumienie i czułość można znaleźć w nieoczywistych miejscach.
Debiutancki film Harry’ego Lightona (daj panie każdemu debiutantowi takie zamieszanie wokół ich pierwszego tytułu) jest luźną adaptacją powieści „Box Hill”. Przy czym co ważne – przenosi akcję z lat siedemdziesiątych do współczesności. Czego jednak nie traci, to takiego głębokiego zakorzenienia w swojej brytyjskości. Ta pomaga zwłaszcza tam, gdzie trzeba zestawić taką codzienność życia w niewielkim mieście z członkostwem w queerowej grupie motocyklistów praktykujących BDSM. Właśnie to zestawienie – brytyjskiej małomiasteczkowości, z odkrywaniem swojej seksualności w dość ekstremalnych warunkach, daje zarówno element komediowy, jak i tworzy poczucie, że jest to taka codzienna kameralna historia. Tu wszystko toczy się w ramach, które wydają się na swój sposób swojskie, banalne, ocierające się o nudnawe.

W tych okolicznościach rozgrywa się jednak historia dość niecodzienna. Colin, niepewny, mieszkający z rodzicami facet, nie ma większego szczęścia w miłości. Ma słabą pracę, jest nieśmiały i wyraźnie bardzo związany z rodzicami. Do tego stopnia, że nawet pomagają mu się umówić na randkę. Patrząc na Colina trudno nam sobie wyobrazić by mogło go coś ciekawego spotkać. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie trafia w oko seksownemu, wysokiemu motocykliście. Ray, sprawia wrażenie, człowieka, który nigdy nawet przez pięć minut nie czuł się niekomfortowo. Jest pewny siebie, milczący i wygląda jak Aleksander Skarsgard. A jednak Ray dostrzega w Colinie potencjał na kogoś, kto może się odnaleźć w związku opartym na uległości i dominacji. I tak zaczyna się historia przewrotnie romantyczna, bo choć początkowo na pierwszym planie stoi przede wszystkim seks i praktyki BDSM (bo też nie tylko do seksu się one sprowadzają) to wraz z wchodzeniem w ten świat Colin zaczyna chcieć więcej. Sam Ray zaś okazuje się mniej pewnym siebie niż mogłoby się wydawać. Bo choć w świecie seksu niczego się nie boi, to już w świecie uczuć, wydaje się być równie niepewny, jeśli nie bardziej kruchy niż Colin.
Bardzo wyraźnie widać, że Lighton, chce byśmy spojrzeli na osoby w związkach BDSM w innym świetle. Nie jako grupę dziwną, wyuzdaną czy odrzucającą (od razu zaznaczę, że to nie jest moja postawa) ale raczej na grupę ludzi, która może stworzyć otwarte i ciepłe środowisko dla kogoś kto niekoniecznie odnajdzie się w innej grupie. Film powstawał we współpracy z queerową grupą motocyklistów i pojawiają się też oni w filmie w rolach drugoplanowych. Widać, że reżyser stawia bardzo na kontrapunkty – z jednej strony wspólnota, zrozumienie, radość i czułość, z drugiej – praktyki seksualne, które pewnie nie jedną osobę doprowadziłby do łapania się za perły. To jeden z tych filmów, który może wiele osób sprowokować do zadawania sobie pytań – dlaczego te wybory w zakresie seksu tak bardzo decydują na to jak patrzymy na ludzi i związki i dlaczego niektóre relacje wydają się nam normalne i oczywiste a inne budzą w nas niechęć czy zdziwienie.

Ostatecznie – ludzie są w stanie przekazywać sobie uczucia i emocje w najróżniejszy sposób. Pod tym względem – to film, który dla części widzów na pewno może się okazać ciekawy przeżyciem. Choć wyznam, że kiedy dowiedziałam się, że istniała odważniejsza wersja filmu, byłam nieco zawiedziona, że reżyser zdecydował się na jej złagodzenie. Mam wrażenie, że jeśli kogoś film ma wprowadzi w uczucie dyskomfortu to należy już się nie krygować i po prostu postawić na to, że nasza wrażliwość to nasz problem a nie grupy, do której świata zaglądamy. Przy czym zdaję sobie sprawę, że być może to wynik mojej osobistej wrażliwości, bo słyszałam, że dla części widzów, ten film już przekracza jakieś granice. Mi zaś wydał się zaskakująco grzeczny. Naprawdę jestem niesamowicie ciekawa jak wyglądała ta pierwsza wersja.
Film koncentruje się przede wszystkim na relacji pomiędzy naszymi bohaterami, więc kluczowe jest tu obsadzenie głównych ról. Harry Melling, jako Colin jest naprawdę fantastyczny, głównie dlatego, że niewielu aktorów tak dobrze gra wszystkie swoje pragnienia niekoniecznie pokazując to wielkimi gestami. Te wielkie oczy Mellinga odbijają zarówno jego poczucie osamotnienia, jak i pragnienie bycia kochanym, bunt i w końcu dojrzewanie do tego, żeby wiedzieć czego pragnie. Trzeba powiedzieć, że bardzo dobrze gra tu też fakt, że Melling wygląda po prostu jak człowiek, którego można spotkać na ulicy. Dzięki temu jego historia dużo bardziej do mnie przemawia. Nie muszę zawieszać niewiary, kiedy bohater w siebie wątpi, nie ma łatwości w randkowaniu. Z kolei Aleksander Skarsgard jako Ray, fantastycznie niedookreślony. Przystojny, pewny, milczący. Ale kiedy w końcu ujawnia odrobinę uczuć, kiedy się uśmiecha, kiedy pojawia się przebłysk emocji, to wtedy dopiero widać jak wiele się w nim kotłuje. Nie jest łatwo zagrać postać, której nigdy nie poznamy do końca, ale Skarsgard radzi sobie doskonale. Jest tam taka jedna scena, gdy w jego oczach można dosłownie zobaczyć, wszystko czego bohater nigdy nie powie. Warto też wspomnieć, Lesley Sharp w roli matki głównego bohatera, troskliwej, uważnej, akceptującej, ale w pewnych granicach. To nie jest łatwa rola do zagrania, a tu wychodzi naturalniej i jednocześnie – matka Colina zadaje wszystkie pytania jakie mamy jako widzowie nie tracąc naszej sympatii.

Natomiast mam jedną krytyczną uwagę do filmu. Otóż układ relacji BDSM opiera się na ustaleniach. Ustalić można w takiej relacji wszystko – tak długo jak długo obie strony się na to zgodzą. Film ten element wchodzenia w relację pomija. Być może robi to dla dynamiki narracji, może by zachować trochę tajemniczości. Jednocześnie brak tego elementu sprawia, że nie jesteśmy przez cały czas do końca pewni czy Colin w ten związek wchodzi czy raczej wpada. Zwłaszcza biorąc pod uwagę różnice w doświadczeniu i pozycji między nim a partnerem. Widziałam wiele komentarzy dotyczących braku tego elementu. Jedni uważają, że nie jest to wielki problem, że możemy się domyślić, że taki moment umówienia się dokładnie gdzieś padł. Inni uważają, że brak takiej jednoznacznej sceny prowadzi do tego, że znów osoby nieznające praktyk BDSM będą mieli problem z odróżnieniem tego co jest dobrowolną praktyką seksualną. Ja sama mam mieszane uczucia. Uważam, że byłoby lepiej, gdyby się to pojawiło, ale jednocześnie rozumiem, że ta niejednoznaczność wpisana w relację, trochę prowadzi nad do zakończenia. Bo też nie jest to film mający jakieś edukacyjne zapędy, raczej spojrzenie na ludzi, którzy są w mniej lub bardziej skomplikowanych związkach.
Warto też dodać, że to produkcja, która – co rzadkie w queerowym kinie dla szerszej publiczności – w ogóle nie dotyczy homofobii. To moim zdaniem istotne, bo wciąż – homofobia stanowi ważny element narracji o życiu mniejszości, ale przecież nie jedyny. Mam wrażenie, że jest wśród części widowni oczekiwanie, że homofobia będzie stanowić jakiś element każdej filmowej czy książkowej narracji o osobach queer. Tu tego nie ma bo też nie ten temat interesuje reżysera. To jest trochę w kontrze do najpopularniejszych narracji, w których zawsze dominuje ta perspektywa „normalność i „inność”. Tu ta „inność” jest ale niekoniecznie w takim ujęciu jakiego mogłoby się spodziewać część widzów. Także przeżycia emocjonalne bohaterów nie są osadzone w tych klasycznych tropach melodematów.
Przyznam szczerze, im dłużej myślę o „Pillionie” tym więcej jestem mu w stanie wybaczyć. Chyba dlatego, że film ze mną został na dłużej. Chyba głównie ze względu na grę aktorką i tą całkiem dobrą refleksję, o tym, że nawet niekoniecznie udane związki mogą nas prowadzić do tego co w relacji najważniejsze – świadomości czego pragniemy. Jednocześnie, kiedy myślę, o współczesnym kinie queerowym, trafiającym do szerszej publiczności, to miło jest pomyśleć, że przebiła się narracja, która niekoniecznie jest oparta o schemat typowego „musimy ukrywać nasze relacje”. Tu nikt niczego nie ukrywa, bo to w ogóle nie jest problem. Problem zasadza się w naszych emocjach, zaś seks i płeć to są tylko rzeczy dodatkowe. Ostatecznie – gdy się wszystko odłoży na bok – seks, skórę, motor to zostają te błyszczące od łez oczy Skarsgarda, w których chciałby człowiek zobaczyć dokładnie to czego brakuje mu do tej układanki zwanej miłością.
