Home SerialeZa dużo nut czyli serialowy „Amadeusz” nie zachwyca

Za dużo nut czyli serialowy „Amadeusz” nie zachwyca

autor Zwierz

Tegoroczne serialowe przeżycia zaczynam niestety od wielkiego zawodu. Wiele się spodziewałam po serialowym „Amadeuszu” zwłaszcza, że uważam, że choć film MIlosa Formana jest jednym z największych arcydzieł kinematografii to nigdy nie zaszkodzi wracać do materiału źródłowego i opowiadać go sobie na nowo. Ostatecznie, jeśli inspiracją jest sztuka teatralna (bo jest to kolejna adaptacja Petera Shaffera) to mamy prawo do więcej niż jednego wystawienia. Jednak po seansie mam poczucie, że być może w tym przypadku nie aż tak bardzo jak się wydaje.

 

Właściwie nie wiem co chcieli osiągnąć twórcy tej nowej rozpisanej na pięć odcinków opowieści o Mozarcie i Salierim.  Ewentualnie chcieli nam przypomnieć jak dobry jest film Formana. Choć serial ma więcej czasu na swoją opowieść o talencie, zazdrości, muzyce i Bogu to tak naprawdę nie wie za bardzo co ciekawego mógłby tu dodać do historii, którą już znamy. Nawet jeśli pojawiają się dobre pomysły – jak np. poszerzenie obecności Konstancji, zrobienie z niej dużo bardziej niezależnej postaci, to ostatecznie gubią się one w narracyjnym banale. Bo właśnie to jest przedziwne – serial, który ma tak dobrą inspirację, ostatecznie nie jest w stanie wykrzesać z siebie czegokolwiek co dałoby nam nowe spojrzenie na tą historię.

 

Co więcej nie zachwyca też realizacyjnie. Byłam zaskoczona jak bardzo banalny jest ten serial realizacyjnie. Rozumiem, że mamy do czynienia z serialem a nie filmem, więc nie oczekuję tego samego poziomu kostiumów, peruk czy wnętrz, ale wciąż oczekuję, że oświetlenie nie będzie tak nieciekawe, a przestrzenie – tak niespójne wizualnie. Jestem też pod wrażeniem jak słaba jest tu postarzająca aktorów charakteryzacja – coś co naprawdę powinno wyglądać równie dobrze jak u Formana biorąc pod uwagę jakie postępy poczyniliśmy od tamtego czasu w tym dziale produkcji filmowej.  Do tego mam poważny problem z takimi zabiegami jak np. – spowalnianie i rozmazywanie ludzi dookoła bohaterów, które przypomina mi takie najgorsze, schematyczne filmowe zabiegi mające nam pokazać tracenie przytomności, konfuzję czy poczucie bycia „wyjętym z rzeczywistości”. Do tego nie działają nawet za bardzo sceny muzyczne (coś za co najbardziej cenię „Amadeusza” Formana to jak niezwykle sprawnie operuje muzyką w filmie) bo są po prostu słabo zagrane. Sceny operowe są naprawdę zaangażowane bez większego pomysłu, mam poczucie, że twórcy serialu założyli, że widz nie zrozumie Mozarta i trzeba go uwspółcześnić. Ostatecznie wypada to dużo słabej niż w filmie, który oddawał się muzyce kompozytora bez lęku. Co więcej, serial opuszcza te momenty, w których naprawdę chodzi o rozmowę o muzyce i wyjaśnienie nam, dlaczego Mozart jest tak wyjątkowy (dużo się mówi o jego talencie, ale nie o tym co tu jest tak niezwykłego). Dla przykładu – wypadła np. moja ukochana scena, w której Mozart komponując „Wesele Figara” tłumaczy jak wprowadza kolejne głosy i bohaterów na scenę. Fantastycznie pokazane, dlaczego muzyka Mozarta była taka nowa i niepowtarzalna.

 

Być może nie zwracałabym na to większej uwagi, gdyby aktorzy w głównych rolach dali jakieś niesamowite aktorskie popisy. Ale niestety – tu też poczułam pewien zawód. Bardzo kibicowałam Willowi Sharpowi w roli Mozarta. Wiem, że może to aktorsko nie był ortodoksyjny wybór, ale Sharpe podbił moje serce w „Na całego” (Too Much) Leny Dunham i naprawdę miałam nadzieję, że uda mu się jakoś ciekawie zinterpretować Mozarta. Niestety mam wrażenie, że jego styl gry pasował jedynie do Mozarta w pierwszym odcinku, gdzie mamy do czynienia z bohaterem młodzieńczym, kapryśnym i nieposkromionym. Potem, gdy ma przeżywać kolejne kryzys – wydaje się dużo mniej wiarygodny. A już jedna z końcowych scen, w której gra Mozarta piszącego Requiem wykorzystując wszystkie banalne zabiegi odgrywania „twórcy który ma problem z pisaniem” jest po prostu niezamierzenie komiczna. Do tego mam poczucie, że jasne – nie każdy musi grając dyrygenta przejść jakieś szkolenie, ale w tym przypadku – miałam wrażenie, że bardzo widać, że aktor nikim nie dyryguje. Jestem też niezwykle rozbawiona tym, że pogarszający się stan psychiczny Mozarta ilustruje jego coraz bardziej rozwichrzona peruka, która w ostatnim akcie znika z jego głowy. W kinie mieliśmy już brodę depresji teraz zaś mamy perukę słabego zdrowia.

Sporo spodziewałam się też po Paul Bettanym – bo ostatecznie w dramacie postać Salieriego jest zdecydowanie ciekawsza. Ale nie tylko – nie ma tu najlepszych kwestii i zdań jakie kojarzymy ze sztuki czy adaptacji, ale też sam Bettany nie ma jakiegoś wybitnego pomysłu na swoją postać. Jego Salieri wypada niesamowicie płasko. Choć miota się niezwykle, wadzi z Bogiem i zapowiada, że wykończy Mozarta to nie jest w stanie oddać na ekranie tego co jest w historii najbardziej fascynujące. Połączenia absolutnego zachwytu, świadomości, że ma się przed oczyma dzieła geniuszu z zazdrością, że ów geniusz należy do kogoś tak małego i niewartego. Bettany mimo, że rozszerza swoje przepiękne błękitne oczy i ze wzruszeniem przygląda się kolejnym wystawieniem, nie jest w stanie oddać tego co tak fantastycznie zagrał F. Murray Abraham – absolutnego niekwestionowanego podziwu, uczucia, że dotyka się absolutu.  Bettany przegrywa tu nawet pojedynek z Rorym Kinnearem, grającym cesarza. Choć co warto zauważyć –  to być może jedyna naprawdę dobra rola w całym serialu (choć na drugim planie). Cesarz, który ze łzami w oczach ogląda przed śmiercią Don Giovanniego, wydaje się jedyną osobą w całym serialu, która poprawnie reaguje na dzieło Mozarta. Jego zachwyt i świadomość własnych ograniczeń (scena, w której zdradza Sailieriemu, że zazdrości mu możliwości słyszenia muzyki przy czytaniu nut) to chyba jedyny naprawdę dobrze pomyślany moment nowej adaptacji.

 

Wspomniałam, że Bettany nie ma w serialu kompletu najlepszych kwestii ze sztuki. No właśnie to jest ten problem, że to bardziej serial inspiracja niż adaptacja sztuki. To znaczy, że mamy sporo nowych scen i dialogów. No i te nowe dialogi są napisane takim dość nowoczesnym językiem – chyba po to by bohaterowie wydawali się bliżsi odbiorcy. Problem w tym, że te językowe zmiany sprawiają, że nie dostajemy w ogóle szansy spojrzenia na bohaterów w ich momencie historii, w pewnym uwzniośleniu, które sprawia, że dyskusja o muzyce, talencie, boskim głosie nie wydaje się egzaltowana, ale umieszczona w samym centrum wszystkiego co ważne. Cały pomysł na fabułę o konflikcie Mozarta i Salieriego polega na tym by to nie było codzienne. Ani też współczesne.

 

Wiem, że w Polsce może się nie spodobać idea blind castingu, który mi osobiście nie przeszkadza. Mam poczucie, że on też ma podkreślić umowność narracji i jej teatralne pochodzenie (bo też w brytyjskim teatrze blind casting jest czymś normalnym). Mam jednak problem w tym, że serial ową umowność traktuje w sposób bardzo niespójny i ostatecznie – trochę nie wie co ma z nią zrobić. Szuka kolejnych pomysłów na meta narracje, ale niekoniecznie wnosi to coś do ostatecznej interpretacji. Wszystko wypada zaskakująco płasko zarówno w porównaniu ze scenicznym oryginałem jak i filmem Formana. Co naprawdę mnie zaskakuje, bo wydawać by się mogło, że mając więcej czasu i możliwość korzystania ze struktury serialowego odcinka, da to więcej przestrzeni twórcom. Tymczasem mimo kilku odcinków cała opowieść niezwykle zmalała.

 

Oczywiście mogę założyć, że dla widza, który nigdy nie widział filmu Formana, ten serial może być atrakcyjny. Jest to historia, która przyciąga – dowodem fakt, że nie pierwszy raz ją sobie opowiadamy. Ale jest mi trudno przełknąć fakt, że dla kogoś pierwszym spotkaniem z tą opowieścią może być tak słaba jej adaptacja. Zwłaszcza, że „Amadeusz” Formana naprawdę może zmienić podejście nie tylko do kwestii muzyki klasycznej, czy Mozarta, ale do refleksji nad talentem sławą i tym jak należy do nich podchodzić. Choć może to jest największa zasługa serialu. Przypomina, że dwie osoby mogą usiąść do tego samego tekstu i jednej wyjdzie adaptacja arcydzieło a drugiej coś zaskakująco miałkiego. Czy biorąc pod uwagę język sztuki znaczy to, że Forman mówił do nas językiem Boga? Nie da się wykluczyć.

Powiązane wpisy