Mam zasadę, że każdy nowy rok zaczynam od wyprawy do kina. Ot przesąd, którego się trzymam ale też dobry sposób by w ostatnie dni około świątecznej przerwy załapać się na jakiś przegapiony w grudniowym szaleństwie seans. W tym roku mój wybór padł na „Zwierzogród 2” – najbardziej wyczekiwany przeze mnie film Disneya, od dawna. I muszę wam powiedzieć – bardzo się cieszę, że to od tej produkcji zaczęłam nowy rok, bo dobrze jest zacząć od satysfakcjonującego filmu.
Choć od premiery pierwszego „Zwierzogrodu” minęło dziewięć lat (całe pokolenie dzieciaków zdążyło już podrosnąć) to w świecie przedstawionym minął ledwie tydzień. To ciekawy pomysł by zacząć opowieść niemal idealnie w miejscu, w którym się ją skończyło te kilka lat wcześniej. Nasi bohaterowie czyli króliczka Judy i lis Nick, są teraz policyjnym duetem, który musi udowodnić, że ich poprzednie sukcesy nie były przypadkowe. Szybko okazuje się, że wcale nie są taką idealną parą jak mogłoby się wydawać. A co więcej, oboje pakują się w nie lada kłopoty, bo prowadzą kolejne śledztwo na własną rękę. Tymczasem w Zwierzogrodzie trwają obchody stulecia postawienia murów klimatycznych, które umożliwiają zwierzętom z różnych stref pogodowych mieszkanie obok siebie, a zamożne Rysie planują rozbudowę swojego mroźnego habitatu. Jakby tego było mało wszystko wskazuje, że w mieście pojawił się wąż, a przecież węży od stuleci w Zwierzogrodzie nie widziano.

Film, podobnie jak część pierwsza, opiera się na trzech mocnych filarach. Pierwszy to konstrukcja świata przedstawionego. Muszę powiedzieć, że mało co daje mi tyle radości co przyglądaniu się temu, jak twórcy od Disneya wymyśli świat, w którym jednocześnie żyją małe i duże zwierzęta, w których potrzeby mieszkańców są tak różne. Widać, że sporo tu zabawy tym motywem, kreatywności i po prostu ciekawych pomysłów. To jest dla mnie coś czego bardzo mi brakowało w ostatnich latach w wielu filmach animowanych – tego poczucia, że udało się stworzyć świat większy niż sami bohaterowie, a przy tym ciekawy w eksploatacji. Naprawdę te obyczajowe sceny dotyczące codziennego życia Zwierzogrodu należą do moich ulubionych. Drugi filar to schemat typowego filmu policyjnego z tymi „kumpelskimi” elementami. Sporo tu poszlak, pościgów, świadków, elementów układanki, które muszą się złożyć w całość. Nie jest to nic skomplikowanego, ale nadaje to produkcji bardzo przyjemną dynamikę, i rzeczywiście – nawet dorosły widz nie ma tu za bardzo szans się znudzić, bo co chwilę mamy nowy element większej intrygi. A intryga jest naprawdę ciekawa – bo ponownie – twórcy zadbali, żeby problemy Zwierzogrodu jakoś tak dziwnie przypominały nam problemy zupełnie ludzkich społeczeństw.
Trzeci filar to oczywiście para naszych głównych bohaterów, która stanowi emocjonalne centrum całej opowieści. Twórcy mogą się bawić językiem terapeutów (zresztą scena z osobą terapeutyczną i całą grupą jest jedną z najzabawniejszych w całym filmie) ale prawda jest taka, że po tej relacji najlepiej widać jak na przestrzeni lat nauczyliśmy się zupełnie inaczej mówić o uczuciach i zachowaniach – nawet w filmach kierowanych do młodszej widowni. Jest coś fascynującego patrzeć jak w filmie o animowanych zwierzątkach (który nie jest domyślnie kierowany do dorosłego widza) mówi się o radzeniu z niepewnością, mechanizmach obronnych, nieumiejętności formułowania własnych uczuć i potrzeb. Jednocześnie jest to zabawne (bo to królik i lis) ale też zaskakująco poważne jak na tego typu produkcję. To jest relacja dużo bardziej skomplikowana niż można byłoby się spodziewać.

Przy czym, jeśli przerażeni fan artami po poprzednim filmie twórcy chcieli uspokoić sytuację, to… po „Zwierzogrodzie 2” nie będzie im łatwiej. Przy czym myślę o tym z mieszanką przerażenia i rozbawienia – wciąż pamiętając komiks o aborcji (moim ulubionym faktem o ludziach jest to, że ktoś zobaczył „Zwierzogród” i uznał to za świetny punkt wyjścia do komiksu o aborcji) i mnóstwo innych fanartów, które zdecydowanie nie powstały z myślą o dzieciach. Na razie boję się zajrzeć do Internetu, ale znając fandom to na sto procent znajdzie nowy sposób by przekonać nas wszystkich, że bohaterów łączą uczucia romantyczne. I nie ukrywam – Disney sam się trochę podkłada, bo nie wysyła się pary na bal w eleganckich strojach i potem liczy, że autorzy fan artów i fan fition powstrzymają się od spekulacji tylko dlatego, że on jest lisem a ona królikiem. Nie takie rzeczy internet widział i nie takie rzeczy internet zobaczy.
Przy czym, żeby było jasne – cały film jest bardzo dobrze dostosowany do dziecięcej widowni. Jasne – znajdziemy tam nawiązani do dzieł kultury których kilkulatki nie znają, ale najwyżej jak za kilka lat obejrzą „Lśnienie” czy „Pulp Fiction” to z zaskoczeniem stwierdzą, że gdzieś to już widziały. Inna sprawa, chciałabym pogratulować tłumaczowi polskiego dubbingu, bo imiona i nazwiska bohaterów są tu przełożone w sposób absolutnie błyskotliwy. Natomiast poza tym bardzo mnie bawi, że Disney – wielka korporacja, robi film o tym jak nielegalnie przejmuje się ziemię, pomysły i zasoby grup mniejszościowych, a potem spycha się je na margines. Co więcej robi się to rękami uprzywilejowanych rodzin biznesowych, które mają wpływ na politykę i opinię publiczną. Co więcej w Polsce tego w dubbingu nie usłyszymy, ale dość jasno amerykańska wersja podpowiada, że jest to kierowanie niechęci między innymi do Azjatów – co w sumie pokazuje, że pewnie ten scenariusz powstawał koło 2020 kiedy w Stanach ta niechęć do osób azjatyckiego pochodzenia narastała.
Ostatnia scena po napisach sugeruje, że nasza przygoda ze „Zwierzogrodem” jeszcze się nie domknęła, bo przecież w mieście nie poznaliśmy wszystkich zwierząt i ich zwyczajów. Podejrzewam, że sukces drugiej odsłony przygód tej zwierzęcej metropolii (obecnie najlepiej zarabiający film Disneya w historii) sprawi, że dostaniemy część trzecią. Jestem tylko ciekawa, ile będziemy na nią czekali. Osobiście mam nadzieję, że nieco krócej niż dekadę, bo nie dość, że dzieciaki wyrosną to ja już na pewno koło pięćdziesiątki będą kimś nieco mniej entuzjastycznie nastawionym do animowanych lisów, a wcale tego nie chcę! Choć może dobrze, że ze stworzeniem kolejnej części czekano kilka lat i nie dostaliśmy takiej przynoszącej zawód produkcji jak w przypadku drugiej odsłony „Moany”. Bo jeśli chodzi o ostatnie kontynuacje znanych animacji, to zdecydowanie „Zwierzogród 2” wygrywa moim zdaniem nawet z „Frozen 2” pod względem tego jak przemyślał to co dalej mogło się wydarzyć w życiu bohaterów. Być może by dostać animację trzeba niestety czekać.

Inna sprawa, to jest film, w którym jest jakaś taka radość prostej, ale wciągającej dziecięcej animacji, której od pewnego czasu w Disneyu trochę mi brakowało. Wiadomo jest to kontynuacja, ale wyjątkowo mało odcinająca kupony od sukcesu oryginału. Nie jest to taki powiew świeżego powietrza, jak gdybyśmy dostali coś zupełnie nowego, ale raczej dowód, że Disney ‘wciąż to ma” tylko najwyraźniej – gdzieś w tym procesie i pogoni za zyskiem potrafi się ten duch i czar zgubić. I jasne – dla większości młodych ludzi 2025 to będzie rok „K-pop Demon Hunters” ale nie powiedziałabym, że Disney nie miał swojego tytułu, o którym warto będzie pamiętać.
PS: Przed seansem filmu pokazano zwiastun „Toy Story 5” który przypomina, że jeśli zakończyło się serię filmową doskonałą częścią trzecią to każda kolejna produkcja jest już właściwie niebezpiecznym oddalaniem się od emocji widzów. To przykre, że Disney miał przez chwilę idealną filmową trylogię animowaną i nie był się w stanie powstrzymać by nie rozmyć tego dziedzictwa kolejnymi częściami. To tak mi się przypomniało jako przestroga dla samej siebie, że czasem może lepiej nie pragnąć kolejnych części ulubionej animacji, bo można dostać zbyt wiele.
