Oki obejrzałam całe „Heated Rivalry” więc mogę napisać parę słów. Ogólnie, serial nie jest dostępny w Polsce, ale żyjemy w Internecie i można go z angielskimi napisami obejrzeć nawet nie ściągając niczego z sieci. Od razu chciałabym zaznaczyć, że nagrałam też o tym serialu podcast, gdzie zastanawiam się, dlaczego stał się on takim przebojem wśród kobiecej widowni – bo moim zdaniem jest to ciekawe zjawisko społeczne wychodzące poza kwestie przystojnych hokeistów.
Dla wszystkich niezorientowanych „Heated Rivalry” to opowieść o dwóch hokeistach, którzy zostają w tym samym roku przyjęci do najważniejszej na świecie ligi hokejowej. Jeden jest Kanadyjczykiem a drugi Rosjaninem. Od samego początku mamy napięcie, bo obaj są niezwykle zdolni i zapewne zawojują ligę. Prawda jest jednak taka, że kariera nie zdążyła im się jeszcze na dobre rozkręcić a oni już nawiązali romans. A ponieważ nikt się o ni nie może dowiedzieć, to na lodzie rywalizują, w łóżku zaś zamieniają rywalizację na przyjemność. A ponieważ jesteśmy w świecie mimo wszystko romantycznym to nie trzeba wiele by okazało się, że zwykłe sypianie z kolegą z ligi bardzo się komplikuje, gdy pojawiają się uczucia i pytania – co z tym dalej zrobić. Zwłaszcza że coming out jest niemożliwy, bo w profesjonalnym sporcie nie ma miejsca na nie hetero (męskich) sportowców.
Czy serial mi się podobał? Nie czułam przykrości w czasie oglądania, zgodzę się, że dwóch aktorów w głównych rolach zostało dobrze obsadzonych i patrząc jak znoszą dość trudną kampanię promocyjną (robisz mały niszowy serial dla kanadyjskiej telewizji a potem musisz poradzić sobie z absolutnym szaleństwem) życzę im jak najlepiej – wydaje mi się, że mają odpowiednie zasoby by sobie z taką sławną poradzić. Narracja biegnie bardzo szybko, można przegapić, że relacja trwa dobre kilka lat. Do tego, mimo że serial zrealizowano za jakieś pięć dolarów, to udaje się to sprawnie ukryć, choć nie rozmawiajcie z Kanadyjczykami o tym serialu, bo jak się okazuje sceny, które miały się dziać w różnych krajach kręcono plus minus w tym samym parku. No ale miała to być rzecz niszowa a nie międzynarodowy hit. Zgodzę się, że są tu sceny zrealizowane sprawnie i myślę, że przy innej obsadzie i mniej sprawnym scenariuszu mogłyby być równie okropne jak te wertykalne seriale, które produkuje się masowo do Internetu. Udało się tego na szczęście uniknąć.

Co się zaś tyczy samego serialu, to mam tu pewne przemyślenia, które nie tyle tłumaczą sukces tej produkcji co jej specyfikę. Bo choć romansów męskich było w kulturze wiele, to ten jest jednak nieco inny. Nie tylko ze względu na swój zasięgi i popularność. Chodzi mi raczej o konstrukcję narracji. Otóż to jest serial, który składa się właściwie z samych scen satysfakcjonujących. Czyli takich, które dają widzowi albo satysfakcję z oglądania napięcia pomiędzy bohaterami, albo spełnienia, albo emocjonalnie trudnej sceny, albo sceny dającej bohaterom poczucie bezpieczeństwa. Niemal każda scena, która jest tu rozbudowana należy do kategorii „satysfakcjonujących scen romansowych”, które najczęściej znajdziemy w literaturze (jest to bądź co bądź ekranizacja książki). Te sceny odpowiadają najróżniejszym tropom i nie są ani niczym nowym ani niespotkanym – zwłaszcza w licznych powieściach romansowych.
Ale jednocześnie – ich nagromadzenie sprawia, że dostajemy taki romans wydestylowany – satysfakcję, bez wszystkiego co taką opowieść mocniej osadza w rzeczywistości, w elementach budowy świata. Jak ktoś stwierdził „Z radością przyjmuję, że po obejrzeniu serialu nie wiem o hokeju ani jednej rzeczy więcej niż przed seansem”. Bo też tak jest to opowieść napisana by lata mijały jak w kalejdoskopie, by owa sportowa część była jedynie ozdobnikiem – tak daleko idącym, że właściwie pozbawionym znaczenia. To jest romans hokeistów, ale to co dzieje się na lodzie, stanowi jedynie ornament, do tego stopnia, że właściwie można by to było wyciąć i narracja też by dawała radę. Nawet ta tytułowa „Zacięta rywalizacja” jest tylko słabym pretekstem – nie ma jej realnie między bohaterami, nie jest tematem – jedynie czymś co ma wprowadzić nas w świat nowego topu. Cały świat przedstawiony jest jedynie naszkicowany – tylko po to by można się było skoncentrować na emocjach głównej pary.
Nie dziwię się, że serial zdobył popularność, bo jest jak wyjadanie samych rodzynek z ciasta (zakładając, że lubimy rodzynki!). Bierzemy tylko te sceny, które są romansowo najbardziej lubiane, satysfakcjonujące, nawet podniecające (brawa dla operatorów, którzy pokazali mistrzowską grą światłem a przede wszystkim cieniem). Dostajemy romans, który jest w istocie zlepkiem scen, na które w bardziej rozbudowanej, mocniej osadzonej w narracji historii musielibyśmy długo czekać. Na przestrzeni kilku czy kilkunastu minut następują tu po sobie sceny, na które normalne seriale każą czekać całe odcinki czy sezony. Tu wszystko jest szybko, bo też, musimy zmieścić sporo tropów, scen, które funkcjonują po to by nacisnąć odpowiednie guziczki emocji. Działają, bo korzystają ze sprawdzonych metod.

To jest z jednej strony dla widza niezwykle przyjemne (bo dostajemy co lubimy) z drugiej – pokazuje ten kierunek, który jest we współczesnej fikcji romantycznej bardzo charakterystyczny – posługujemy się tropami i scenami, które zaczynają funkcjonować same dla siebie. Gdybyśmy zadali sobie pytanie – czy po tylu latach romansu nasi bohaterowie realnie się znają – odkrylibyśmy z zaskoczeniem, że wiedzą o sobie zaskakująco mało. Interakcje między nimi są sprowadzone jedynie do momentów ważnych, co znaczy, że właściwie nie wiemy, jak wygląda ich relacja, gdy akurat nie rozmawiają o sprawach kluczowych albo nie uprawiają seksu, o czym mogliby porozmawiać (poza hokejem) i czy w ogóle coś realnie o sobie wiedzą. Przy czym serial jest tak ułożony, że ma to nam nie przeszkadzać. Wręcz przeciwnie – im dłużej utrzymuje bohaterów w zawieszeniu tym lepiej realizuje romansowy top. I zdaję sobie sprawę, że romans jako literatura gatunkowa zawsze był oparty o tropy i schematy, ale tu doszło do ich znacznej intensyfikacji. Do tego, w ostatnich latach zaciera się granica pomiędzy tym co romantyczne a erotyczne. Fakt, że nasi bohaterowie idą od seksu do uczuć a nie w drugą stronę jest w dzisiejszej prozie romantycznej coraz powszechniejszy.
Nie jest to samo w sobie nic złego, ale jednocześnie – mam wrażenie, że to jest najbliższa rzecz do realnej ekranizacji idei fan fiction jaką kiedykolwiek dostaliśmy. Świat przedstawiony jest w istocie drugorzędny. Tak wszystko dzieje się w świecie hokeja, tak mamy bohaterów różnej narodowości, tak jest obawa przed coming outem. Ale w istocie wszystkie te elementy są zbudowane poza światem serialu. Stanowią one coś pożyczonego z rzeczywistości, o czym zakłada się, że funkcjonuje poza tą opowieścią. Zupełnie jak fan fition, które nie musi tworzyć swojego świata i nawet nie zawsze musi do końca stworzyć bohaterów – bo opera się na naszych emocjach względem tekstu źródłowego. Ten serial ma taki vibe, satysfakcjonującego uzupełnienia do rzeczywistości, której nie musi budować. Pod pewnymi względami ten serial jest jeszcze bardziej eskapistyczny niż „Bridgertonowie”. A jednocześnie – jest bliski temu jak dziś wyglądają popularne romanse – często pożyczające swoją formę czy zestaw scen … właśnie z fan fition. To takie wtórne przetworzenie gdzie niby dostajemy oryginalne dzieło kultury ale w istocie to jest recykling i pewien literacki destylat.
A jeśli o eskapizmie mowa, to przyznam, że miałam pewien problem w zanurzenie się w tej fantazji między innymi dlatego, że jeden z bohaterów jest Rosjaninem. Nie jestem na poziomie, gdzie zupełnie by mnie to odrzuciło (choć sprawdziłam czy bohatera nie gra rosyjski aktor i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że nie) ale jednocześnie to jest niesamowite, że świat zachodni nie jest w stanie nawet na chwilkę przestać opowiadać sobie o rosji i Rosjanach. Co więcej mam poczucie, że w tym przypadku ta całkowita apolityczność opowieści jest chyba jeszcze bardziej bolesna. Co prawda rosyjski bohater chce kanadyjskiego czy amerykańskiego paszportu, ale jednocześnie – można dojść do wniosku, że w ostatnich latach rosja nic złego nie zrobiła poza homofobią (akcja dzieje się po 2014). Myślę, że widza amerykańskiego czy kanadyjskiego słabo to rusza, ale ja miałam cały czas poczucie, że to jest ten element miękkiego wpływu kulturowego, że rosja zła, ale rosyjscy hokeiści tacy romantyczni. Nie twierdzę, że to działanie zamierzone, raczej po prostu niekoniecznie europejska perspektywa.

Wracając jednak do zakochanych hokeistów – bawi mnie jak bardzo sukces serialu pokazuje, że zdanie „go woke, go broke” w istocie jest puste. Albo inaczej – wszystko zależy od tego jak owo woke zdefiniujemy. Można by się było bowiem kłócić, że trudno o bardziej konserwatywną narrację niż ta, która opowiada o zakazanej miłości i o walce jaką kochankowie muszą stoczyć ze światem, który chce ich rozdzielić. Być może żadne wymiary ideologiczne opowieści nie są silniejsze od powszechnej ludzkiej słabości do melodramatu. A jednocześnie – nie da się ukryć, że jest w tym jakaś eksploatacja nierówności. Gdyby każdy mógł żyć własnym życiem nie byłoby podniecających romansów o hokeistach, którzy przez dekadę z konieczności ukrywają swoje uczucie. Bo przecież ten element – ukrywania uczucia przed światem jest tu elementem zdecydowanie dającym widzowi satysfakcję (bo też to zawsze lubiano).
Moje refleksje nad tym serialem są osadzone głębiej w tym jak dziś wygląda romantyczna fikcja, jak przechodzi zmiany literackie, które wpływają na zmiany filmowe. Można powiedzieć – mamy tu do czynienia z autentycznym przełamywaniem ostatnich barier pomiędzy przemianami w dzisiejszych narracjach popularno literackich a serialowych. A jeśli jeszcze dodamy do tego jak duży wpływ mają na to wszystko tropy zaczerpnięte z japońskich romansów jednopłciowych, to dostajemy dzieło, które z jednej strony nie niesie w sobie nic czego by wcześniej nie było, ale jest dla wielu osób zupełną nowością. Satysfakcjonującą nowością. Stąd można się śmiać, z reakcji na ten serial, ale niekoniecznie można go ignorować. Bo odbija się w nim całe mnóstwo trendów współczesnej kultury.
Ja wiem, że część z was koło tej piątej strony ma pewnie pytanie „Kasia a wolno patrzeć po prostu jak się dwa ładne chłopy całują? (i nie tylko)”. Oczywiście, że wolno. Na zdrowie każdemu. Ale moim zdaniem warto się nad tymi obrazami przyjemności zastanowić. Bo nie tylko w tym co nas boli, ale i w tym co nas koi się odbijamy.
