Nie da się ukryć, od pewnego czasu stoimy u progu coraz wyraźniej zarysowującego się zjawiska w świecie adaptacji literatury obyczajowej, która powstała w XIX wieku. Gdybym miała ją określić jedynym słowem byłaby to „Bridgertonizacja” czyli próba takiego przesunięcia realiów obyczajowych z XIX (a czasem początku XX) wieku, która z jednej strony pozwoliłaby na to by na wywołującą rumieniec seksualizację bohaterów i ich zachowań, z drugiej – trzymałaby ich w pozornych okowach restrykcyjnej obyczajowości. Wszystko po to by stworzyć sytuację, w której wszyscy są seksowni, napaleni, ale niekoniecznie zdolni o realizacji swoich impulsów (przynajmniej nie od razu i zdecydowanie nie publicznie). Ten schemat, odpowiada moim zdaniem współczesnej wewnętrznie sprzecznej potrzebie podsycania napięcia poprzez niemożność jego wyrażenia, z potrzebą pooglądania sobie ładnych ludzi, którzy obcałowują się (lub przechodzą do poważniejszych działań) w najróżniejszych okolicznościach przyrody. Taką „bridgertonizację” przeszły „Wichrowe Wzgórza” a teraz dotknęła ona też Netflixowej wersji „Mojej wspaniałej kariery”.
„Moja wspaniała kariera” to jedna z tych australijskich książek, które przebiły się do szerszego grona odbiorców. Autorka powieści Miles Franklin (która publikowała pod wieloma pseudonimami i przede wszystkim nie korzystała ze swojego pierwszego imienia Stella) napisała historię swojego dorastania w Nowej Południowej Walii jedynie nieznacznie przesuwając realia. Książka była do tego stopnia łatwa do rozszyfrowania, że autorka nie pozwoliła na jej wznowienia aż do swojej śmierci. Jednocześnie sama książka napisana przez nastolatkę, opisywała dorastanie młodej, niezależnej dziewczyny, która ku zaskoczeniu wszystkich męża niekoniecznie chciała. Pewnie powieść stałaby się jednym ze stałych elementów historii australijskiej literatury, gdyby nie ekranizacja z 1979 roku. Wyreżyserowany przez Gillian Armsytrong film z Judy Davis (w jej pierwszej dużej roli) i Samem Neilem w rolach głównych film wpisał się w zjawisko zwane „Australijską nową falą” kiedy australijskie filmy zaczęły zyskiwać popularność i uznanie na całym świecie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Sam film jest na wielu listach produkcji kostiumowych, które koniecznie trzeba zobaczyć i nie będę ukrywać – sama bardzo go lubię. Przede wszystkim ze względu na fantastyczną rolę Judy Davis, która świetnie przedstawia nam dziewczynę uznającą samą siebie za niebyt ładną i zdecydowanie egoistyczną, ale jednocześnie marzącą o tym by wyrwać się do wielkiego świata. Film świetnie oddaje jej mentalność, a jednocześnie – dobrze uzasadnia, dlaczego dziewczyna z takimi ambicjami może nie chcieć męża. Nie ma tu w zasadzie żadnego antagonisty, bo otaczające bohaterkę starsze kobiety doskonale rozumieją o co jej chodzi – gdy ta pragnie niezależności, ale też wiedzą jakie są tego koszta. To taki film, który co prawda ma sporo scen rodem z typowych kostiumowych romansów (jak scena wywrócenia łódki na jeziorze, po której dwójka bohaterów oczywiście wyłania się z wody w mokrych ubraniach) ale ma też sceny nieco inne, pokazujące przede wszystkim radość i młodość (jak fantastyczna sekwencja bitwy na poduszki). Całość zaś wygląda przepięknie – bo jest mocno osadzona w australijskich krajobrazach, które chyba nikomu nigdy się na ekranie nie znudzą. Jednocześnie film jest raczej epizodyczny, mało w nim napięcia i wydarzenia biegną dość szybko – bo w sumie, niewiele się tu dzieje.

My Brilliant Career. Phillipa Northeast in My Brilliant Career. Cr. Ian Routledge/Netflix © 2026.
Nic dziwnego, że kiedy Netflix zdecydował się na ekranizację powieści w formie kilku odcinkowego serialu, musiało się pojawić zdecydowanie więcej wątków. Sybilla nie jest już po prostu nastolatką wysłaną do babci, by odciążyć rodzinę, ale dziewczyną, którą trzeba szybko wydać za mąż bo potrzebne są pieniądze. Pytanie nie brzmi czy Sybilla chce wyjść za mąż, ale kogo poślubi. Stąd od razu wszyscy męscy bohaterowie stają się potencjalnymi kandydatami do ręki. Netflix nie pozwolił też bohaterce na rozważania na temat swojej urody, a właściwie jej braku. Grająca Sybillę Philippa Northeast (możecie ją kojarzyć z “Newsreadera”) jest prześliczna i serial raczej nie sugeruje by ktokolwiek myślał inaczej. Nie ma w niej też nic z takiej niepokornej ubłoconej nastolatki, której marzy się jakaś bliżej niesprecyzowana kariera. Sybilla od Netflixa wie, że chce być pisarką i co więcej – ma już na koncie sporo napisanych rzeczy i dość jasną wizję swojej przyszłości. Nie chce męża nie dlatego, że uważa, iż nie mogłaby być kochaną, albo nie uważa by mogła żyć czyimś życiem – raczej po prostu wie, że chce zrobić karierę jako pisarka i żaden mąż jej w tym nie pomoże.
Jednocześnie serial pokazuje, że nie tylko kobiety szukają odpowiedniej partii. Właściwie wszyscy mężczyźni, których spotyka Sybilla szukają żony, bo jest im ona potrzebna albo do potrzymania statusu, albo jako zasłona dymna (bo w tej wersji jest też taka opcja) albo dla pieniędzy. Pod tym względem serial całkiem ciekawie pokazuje, że wszyscy są ofiarami społecznej presji i właściwie nikt nie ma wolności po prostu zakochać się i wziąć ślub z kim chce. Za to serial dostaje punkty, bo choć wiele filmów i produkcji pamięta o tym, że przymus zamążpójścia był przez lata opresją dla kobiet, to mało kto pamięta, że i mężczyźni niekoniecznie mieli wolność wyboru w tym zakresie. Kiedy małżeństwo jest transakcją to obie strony mogą być zyskowne i stratne. Pod tym względem – jak rzadko u Netflixa – udało się dodać coś co rzeczywiście jest interpretacyjnie ciekawe. Jednocześnie na potrzeby serialu bardzo rozwinięte są wątki postaci pobocznych, bo trzeba czymś wypełnić osiem odcinków. I jak to często bywa w przypadku seriali, które sporo od siebie dodają – często te dodatki są irytujące a często – te postacie wychodzą najbardziej spójnie bo scenarzyści mają nad nimi pełną władzę. Sama nie jestem przekonana czy wszystkie wątki są równie dobrze poprowadzone – na drugim planie mamy takie dwie rdzenne bohaterki, które serial traktuje trochę tak jakby musiały tam być (żeby nie pomijać faktu, że rdzenna ludność Australii zawsze tam była) ale nie mogą za dużo zrobić bo naruszą strukturę opowieści. Obie dostają takie bardzo schematyczne wątki, co trochę smuci bo obie role są dobrze zagrane. Co ciekawe, serial wpisuje w narrację, fakt, że Harry’ego – właściciela niedalekiej posiadłości gra aktor chińskiego pochodzenia. Mieszane pochodzenie bohatera staje się jednym z wątków w serialu, co akurat uznaję za ciekawy pomysł, który nie zdarza się często. Także, od razu zaznaczam, że są tu niezłe pomysły i całkiem ciekawe posunięcia.

My Brilliant Career. Christopher Chung and Phillipa Northeast in My Brilliant Career. Cr. Ian Routledge/Netflix © 2026.
Wróćmy jednak do zjawiska „bridgertonizacji” serialu. No bo tu wszyscy muszą być hot i sexy i wszystko musi być potencjalnie wywołujące drżenie serca. Jeśli w filmie bohaterowie wpadają do jeziora i jest to raczej zabawne, może budujące odrobinę napięcia tak tu – Christopher Chung grający Harry’ego Beechama (głównego adoratora Sybilli) zdecydowanie staje do konkursu ze wszystkimi panami Darcy i Bridgertonami na najbardziej przywierającą do muskulatury koszulę. Chwilę później trochę w miejsce niewinnej bójki na poduszki, dostajemy naukę posługiwania się biczem, gdzie oczywiście mamy całe mnóstwo tych zakazanych spojrzeń, wędrujących dłoni i koniecznego napięcia. A to tylko początek, bo nim serial się skończy nasza bohaterka okaże się dużo bardziej wyzwolona. I trochę trudno się jej dziwić, bo twórcy nie mogli się powstrzymać, więc jej drugi adorator -Frank Howden też jest grany przez bardzo przystojnego aktora (gra go Jake Dunn). I też nasza bohaterka będzie miała sporo scen, gdzie będziemy wyczuwać nie tylko rodzące się między nimi napięcie, ale też jego upust. I tak znajdzie się oczywiście odpowiednio ustawiona scena tańca, i będzie dużo spojrzeń rzucanych przez dwie osoby w poprzek sali i sporo momentów, gdy nasi bohaterowie będą się znajdować sam na sam.
Jest coś paradoksalnego w tym jak współczesna kultura z jednej strony pragnie romansu a z drugiej, najbardziej ekscytuje się tymi narracjami, które stawiają mu przeszkody. Czy to idąc w narracje historyczne czy quasi historyczne, czy to sięgając po opowieści queerowe. Chcemy, żeby ludzie się kochali, dawali się ponieść namiętności i lądowali w łóżku, ale chcemy też żeby społeczeństwo im tego zakazywało, ograniczało i kazało się z tym ukrywać. To napięcie jest fascynujące, bo pokazuje, że w świecie gdzie wszystko co związane z seksem jest na wyciągnięcie ręki najbardziej poruszające są te historie, w których owo spełnienie zostaje w jakiś sposób ograniczone. Co dowodzi, że w istocie wszystko co opowiadamy sobie o przeszłości jest naszą próbą opowiedzenia o teraźniejszości.

My Brilliant Career. Phillipa Northeast and Christopher Chung in My Brilliant Career. Cr. Ian Routledge/Netflix © 2026.
Problem w tym, że nie jestem do końca przekonana, czy akurat ta opowieść powinna być seksowna albo kreować miłosny trójkąt. „Moja wspaniała kariera” doskonale sprawdza się jako opowieść nastoletniej dziewczyny, która w bardzo nieoczywistych warunkach nie rezygnuje ze swoich ambicji, a jednocześnie – nie poddaje się społecznej presji małżeństwa. To opowieść bardzo nastoletnio buntownicza, ale w taki niedzisiejszy sposób. Nasza bohaterka jest pewna siebie, czasem powie coś za głośno czy jest niegrzeczna wobec babci, ale jej bunt jest bardzo mocno osadzony w obyczajowości, w której żyje. Bohaterka Nertflixowej wersji, jest osadzona dużo bardziej we współczesnym feminizmie i obyczajowości, stąd, gdy poświęca małżeństwo planując karierę to taki wybór wydaje się pusty. Bo tak naprawdę jest trochę jak wybór współczesny – podejmowany z pełną świadomością kim kobieta może być w świecie. Sybilla w filmie czy nawet w książce nie ma żadnej pewności czy robi dobrze, czy nie przekreśla swoich szans na lepsze życie. Sybilla serialowa, wydaje się być absolutnie przekonana, że czekają na nią wspaniałe rzeczy. Więcej – ona wie, że czekają na nią wspaniałe rzeczy.
I piszę to jako osoba, która naprawdę nieźle bawiła się oglądając serial. Lubię australijskie produkcje, bo aktorzy są mniej „zgrani”, bo krajobrazy, bo jednak – są elementy kultury, które są dla mnie nieco obce. Wszystko tu jest ładnie nakręcone, aktorzy naprawdę dobrze grają (mogę narzekać na zmiany w kreacji bohaterki, ale Sybilli granej przez Philippę Norteast nie da się nie lubić) i całość jest przyjemna. Ale jest też tak naprawdę zupełnie inną opowieścią z bohaterami, którzy mają zupełnie inne motywacje do swoich działań. Jest też pod względem wyglądu serialu właśnie tak „bridgertonowo” podkręcona, co sprawia, że gdzieś ulatują pewne charakterystyczne elementy epoki – zwłaszcza na takim końcu świata jak Australia. I to nie oznacza, że to jest zła rozrywka, ale ponownie – mam wrażanie, że w tej próbie podciągnięcia wszystkiego po jeden schemat wiele tracimy. Nie każda historia z miłością w tle musi zawierać te same sceny, te same napięcia i te same ich spełnienia.

My Brilliant Career. Phillipa Northeast and Jake Dunn in My Brilliant Career. Cr. Ian Routledge/Netflix © 2026.
Co powiedziawszy – nie będę was do tego serialu zniechęcać, bo jest lekki łatwy i przyjemny, nawet jeśli został podkręcony na nasze współczesne potrzeby. Natomiast jeśli udałoby się wam zobaczyć film z 1979 roku to polecam go całym sercem, bo jest absolutnie przepiękny a grająca główną rolę Judy Davis jest najpiękniejszą brzydką dziewczyną jaką widziało kino. I jest coś tak cudownie melancholijnego w ostatniej scenie tego filmu, że zostaje z człowiekiem na długo. Także po prostu polecam podwójny seans no i oczywiście lekturę.
