Home Najlepsze Czasy Zwierza Czas ogarnąć tego Zwierza czyli jak zostałam ambasadorką Pani Swojego Czasu

Czas ogarnąć tego Zwierza czyli jak zostałam ambasadorką Pani Swojego Czasu

autor Zwierz
Czas ogarnąć tego Zwierza czyli jak zostałam ambasadorką Pani Swojego Czasu

 

Jak może zauważyliś­cie, w moim życiu dużo się dzieje. Blogu­ję, prowadzę pod­casty, jeżdżę na kon­wen­ty i fes­ti­wale fil­mowe, chodzę do pra­cy, piszę tek­sty na stronę inter­ne­tową tygod­ni­ka, w którym pracu­ję, piszę książ­ki, pro­mu­je swo­je książ­ki i w końcu – co pewien czas wracam do moich zain­tere­sowań naukowych. Samo spisanie tego, co robię, spraw­iło, że trochę się zmęczyłam. Co więcej wypa­da co pewien czas wpaść do kina czy obe­jrzeć nowy ser­i­al, bo bez tego wszys­tkie powyższe akty­wnoś­ci trochę tracą sens.  Jed­nak dużo pra­cy niekoniecznie musi oznaczać zmęcze­nie – moż­na sobie wszys­tko ład­nie ułożyć pod jed­nym warunk­iem: człowiek umie dobrze zor­ga­ni­zować swój czas. I nie będę ukry­wać – wcale nie jestem w tym mis­trzynią. A chci­ałabym zostać.

 

 

Przez wiele lat moje „oga­r­ni­an­ie” opier­ało się na dwóch fila­rach. Po pier­wsze – jeśli zachodz­iła taka potrze­ba – uci­nałam kole­jne godziny snu, po drugie – co pewien czas po pros­tu pra­cow­ałam po kilka­naś­cie godzin, wychodząc z jed­nej pra­cy i naty­ch­mi­ast siada­jąc do następ­nej. Do tego nie ukry­wam – trochę korzys­tałam z mojej mar­ki „nieog­a­ra” – oso­by, która może nie zawala ter­minów, ale niekoniecznie jest w stanie odcyfrować, co zapisała w kalen­darzu, i choć zarze­ka się, że nigdy nie zapom­ni o nagra­niu pod­cas­tu, to trze­ba jej koniecznie o tym przy­pom­nieć. Przez te lata naz­bier­ało mi się sporo przykrych czy stre­su­ją­cych sytu­acji wynika­ją­cych z fak­tu, że kalen­darz nie zawsze był moim przy­ja­cielem, a planowanie cza­su trak­towałam raczej jako „najwyżej się jutro nie wyśpię”. Cza­sem koszt tego nieog­a­r­nię­cia ponosili moi zna­jo­mi – kiedy ja o czymś nie pamię­tałam, oni musieli pamię­tać dwa razy bardziej.

 

W ciągu ostat­nich dwóch lat sporo się zmieniło. W kwiet­niu zeszłego roku zdałam sobie sprawę, że nie jestem już w stanie pisać codzi­en­nie blo­ga. Głównie dlat­ego, że brakowało mi cza­su na roz­mowy z mężem. W tym roku po raz pier­wszy od cza­su studiów (kiedy trze­ba się było nauczyć na kil­ka czy kilka­naś­cie egza­m­inów w krótkim cza­sie) dopadło mnie prz­er­aże­nie wynika­jące z iloś­ci moich zobow­iązań. Nie ukry­wam też – fizy­cznie nie jestem już w stanie po pros­tu chodz­ić coraz później spać i siedzieć przy kom­put­erze bez koń­ca. Zdałam sobie też sprawę, że wbrew moim wcześniejszym przeczu­ciom – nie jestem nieśmiertel­na ani niezniszczal­na i nie mogę tylko dodawać sobie nowych zobow­iązań. Muszę znaleźć czas na to, by nic nie robić, i to tak, by nie mieć ciągłych wyrzutów sum­ienia.

 

 

Do koń­ca roku oraz przez kil­ka kole­jnych miesię­cy mam niesamow­itą kumu­lację ciekawych, ale pra­cochłon­nych pro­jek­tów. Niedłu­go czeka mnie pre­miera książ­ki, nad którą pracu­ję ze zmi­en­nym szczęś­ciem od 2016 roku. Z mojego doświad­czenia – oznacza to sporo pra­cy przy jej pro­mocji. Jed­nocześnie piszę kole­jną książkę – co oznacza, że znów będę musi­ała więcej cza­su poświę­cić na siedze­nie przy kom­put­erze i czy­tanie mate­ri­ałów źródłowych. Do tego już ter­az myślę o sezonie oscarowym i zobow­iąza­ni­ach, jakie się zapewne pojaw­ią w związku z moją pub­likacją. Wszys­tko to brz­mi bard­zo fajnie, ale też nie ukry­wam – męczą­co. A jak wiado­mo – moż­na być albo zmęc­zonym, albo kreaty­wnym. Przy­na­jm­niej tak jest w moim przy­pad­ku. Jeśli chcę napisać coś naprawdę błyskotli­wego, nie mogę ryć nosem w klaw­iaturę.  Dobre zor­ga­ni­zowanie cza­su oznacza więc, że nie tylko w ogóle będę miała szan­sę się ze wszys­tkim wyro­bić, ale też zro­bić to dobrze.

 

Kiedy Ola Budzyńs­ka zaczęła szukać ambasadorów swo­jej mar­ki Pani Swo­jego Cza­su, pomyślałam, że to dla mnie ide­al­na szansa, by zapanować nad moim życiem. Ola uczy o dobrej orga­ni­za­cji cza­su – pisze na ten tem­at książ­ki, prowadzi webi­na­ry i kursy online, ma pod­cast i wszędzie, gdzie może, inspiru­je kobi­ety (choć pewnie też niejed­nego fac­eta) do tego, by lep­iej zor­ga­ni­zować swój czas i znaleźć w swoim życiu miejsce na, to co chce­my, i musimy zro­bić. Do tego w sklepie Oli moż­na znaleźć wszys­tko, co potrzeb­ne, by zapanować nad życiowym chaosem: plan­ery, notat­ni­ki, zeszy­ty, tablice suchościer­alne, kartecz­ki elek­trostaty­czne, znaczni­ki – a to tylko początek listy.

 

 

Przyz­nam szcz­erze – wchodze­nie na stronę sklepu Oli jest uza­leż­ni­a­jące. Wszys­tkie pro­duk­ty są nie tylko ładne, ale stwor­zone z myślą o ludzi­ach, którzy muszą oga­r­nąć swój dzień, miesiąc czy rok. Z pro­duk­tów Oli korzys­tałam już raz – w cza­sie pro­mocji książ­ki o „Oscarach”. Nie ukry­wam – zakochałam się w tym, jak ładne, proste i intu­icyjne są jej plan­ery. Jed­nocześnie – choć rady Oli są dla wszys­t­kich, jej pro­duk­ty są dla ludzi, którzy tak jak ja – nie umieją i nie czu­ją się dobrze z planowaniem wszys­tkiego w sieci czy w aplikac­jach na tele­fonie. Znam oso­by, dla których nie ma nic ważniejszego, niż kalen­darz Google. Jed­nak ja zawsze czułam potrze­bę, by rozpisać plan dzi­ała­nia na papierze.

Przez najbliższe sześć miesię­cy będę nosić dum­ny tytuł „Ambasador­ki Pani Swo­jego Cza­su”. Oznacza to, że na blogu pojawi się nowa kat­e­go­ria wpisów, które będą w całoś­ci poświę­cone właśnie orga­ni­zowa­niu cza­su. Nie chodzi tylko o śledze­nie moich włas­nych postępów w oga­r­ni­a­n­iu kole­jnych życiowych wyzwań. Jak w przy­pad­ku każdej mojej współpra­cy, chci­ałabym, żeby była też atrak­cyj­na dla was. Dlat­ego mam nadzieję, że dzieląc się moi­mi doświad­czeni­a­mi, będę mogła wam przekazać wiedzę i wskazów­ki – jak oga­r­nąć swo­ją pracę i życie.Wiele osób, które piszą o takich sprawach, pracu­je głównie w domu. Moja specy­ficz­na sytu­ac­ja pole­ga na tym, że pracu­ję zarówno w domu, sama zarządza­jąc swoim cza­sem, jak i w typowym biurze, do którego muszę dotrzeć i gdzie spędzam osiem godzin dzi­en­nie. Dlat­ego znam zarówno bolącz­ki osób pracu­ją­cych na eta­cie, jak i tych dzi­ała­ją­cych na włas­ny rachunek.Nie będę jed­nak pisała tylko o pra­cy. Chci­ałabym też pomóc wam odpowiedzieć na pytanie, które wszyscy sobie co pewien czas zada­je­my: jak pomiędzy wszys­tki­mi zawodowy­mi zobow­iąza­ni­a­mi i oga­r­ni­an­iem rodziny znaleźć czas na wyjś­cie do kina, obe­jrze­nie seri­alu czy przeczy­tanie książ­ki. Zarządzanie cza­sem to także zarządzanie cza­sem na przy­jem­noś­ci.

 

 

Moje wpisy, a także posty na Insta­gramie i FB będę oznaczać hash­tagiem #najlep­szecza­syzwierza (tak, to jest naw­iązanie do Dick­en­sa). Chci­ałabym się nauczyć nie tylko pra­cow­ać, ale i odpoczy­wać w sposób na tyle wyda­jny, by pozbyć się wyrzutów sum­ienia, kiedy nie jestem non stop zaję­ta. Jed­nocześnie mam nadzieję, że uda mi się zachę­cić do zmi­any i was – nieza­leżnie od tego, czy pisze­cie książkę, pracę zal­iczeniową na stu­dia, czy po pros­tu chce­cie obe­jrzeć ser­i­al na Net­flix szy­b­ciej niż po miesiącu od jego pre­miery. Do tego będę wam pod­powiadać, z których pro­duk­tów Oli najlepiej sko­rzys­tać i co sprawdza się w moim życiu.

Nie mogę się doczekać tych wpisów – mam wraże­nie, że przy­dadzą się nie tylko mnie, ale też wam. Jed­nocześnie czu­ję energię, która zawsze pojaw­ia się na początku roku aka­demick­iego – nadzieję, że w tym roku uda się oga­r­nąć wszys­tkie obow­iąz­ki zan­im zabraknie cza­su. Dlat­ego zresztą wybrałam tą datę pub­likacji wpisu – dla mnie październik to początek czegoś nowego dużo bardziej niż sty­czeń.

 

 

Mam nadzieję, że za pół roku będziemy wszyscy jak ci wyjątkowi stu­den­ci, którzy przy­go­towali się do sesji wcześniej. Ponoć tacy ist­nieją. Czas przes­tać im zaz­droś­cić. Czas do nich dołączyć. I zyskać najlep­szy tytuł ever – Pani Swo­jego Cza­su

 

Wpis pow­stał we współpra­cy z marką Pani Swo­jego Cza­su.

0 komentarz
2

Powiązane wpisy