Home Ogólnie Mój talerz jest pusty, mój telewizor jest pełny czyli w naszych czasach każdy ma swojego kucharza

Mój talerz jest pusty, mój telewizor jest pełny czyli w naszych czasach każdy ma swojego kucharza

autor Zwierz

 ?

Hej

 

Nie tak dawno temu do zwierza przyszła olbrzymia pacz­ka peł­na znakomitej kawy. Zwierz co praw­da mógł na kawę popa­trzeć, ale trag­iczny brak ekspre­su do kawy nie dal zwier­zowi spróbować. Zwierz wygrał cały ten mag­iczny zapas kawy, gło­su­jąc na swo­jego ulu­bionego warsza­wskiego kucharza. Co praw­da zwierza nigdy nie było stać na wiz­y­ty w tych restau­rac­jach, w których kucharze mają nazwiska (zwierz jest świadom, że kucharze wszędzie mają nazwiska ale w niek­tórych miejs­cach jak­by trochę bardziej), ale jako sprawy widz pro­gramów kuli­narnych był w stanie przyglą­da­jąc się jedze­niu napisać, które jego zdaniem wyglą­da najbardziej jadal­nie. No właśnie. Żyje­my w świecie, w którym nawet jeśli nie stać nas na dobre restau­rac­je, bard­zo dobrze wiemy co się w nich poda­je i wszyscy sta­je­my się odrobinę sno­bisty­czni kiedy przy­chodzi do mówienia o jedze­niu. Dziś niemal każdy potrafi rozpoz­nać na ekranie niewłaś­ci­wie przyrząd­zone prze­grze­b­ki (zwierz widzi­ał je w dziesiątkach pro­gramów choć nigdy nie zna­j­dował się nawet w jed­nym poko­ju z prze­grze­bkiem), czy jak wyglą­da źle przyrząd­zone Risot­to. Jed­nocześnie jako wid­zowie podzielil­iśmy się na grupy wiel­bi­cieli telewiz­yjnych pro­gramów kuli­narnych a co najważniejsze kucharzy. Zwierz nigdy nie widzi­ał takiego przy­wiąza­nia do aktorów jak obser­wu­je w przy­pad­ku telewiz­yjnych kucharzy. To fas­cynu­jące zjawisko. Przy­wiązu­je­my się nie tylko do rozwiązań kuli­narnych ale do całego pode­jś­cia do gotowa­nia. Ci którzy lubią Jamiego Oliviera mają inne pode­jś­cie do gotowa­nia niż ci, którzy prag­nęli­by sypać płat­ki pod stopy Nigel­li Law­son. Stąd zdaniem zwierza jed­nym z lep­szych sposobów na to by dowiedzieć się z kim mamy do czynienia jest spy­tać, który ze sławnych kucharzy jest “ich”. Zdaniem zwierza to jeden z lep­szych wskaźników z kim pop­kul­tur­al­nie mamy do czynienia.

 

 

 To co macie przed oczy­ma to menu przys­tawek w restau­racji Ram­saya w Chel­sa. Zwierz zła­pał się na tym, że choć nigdy nie był w tego typu restau­racji a część z dań prz­eras­ta jego wyobraźnię, to jed­nak dzię­ki oglą­da­niu kuli­narnej telewiz­ji zna nazwy poszczegól­nych skład­ników i może na oko powiedzieć jak kosz­marnie dro­gie (choć w sum­ie zapowiada­jące się smacznie) jest to jedze­nie. TO taki nowy rodzaj kuli­narnej świado­moś­ci bez kuli­narnego doświad­czenia.


 

 

Dla zwierza tym, znanym kucharzem jest Gor­don Ram­say. Zwierz podob­nie jak mil­iony widzów na świecie zobaczył go po raz pier­wszy w pro­gramie nazy­wa­ją­cym się Hel­l’s Kitchen. To jeden z tych pro­gramów, które są  czystym guilty plea­sures od którego nie moż­na się oder­wać. Kilka­naś­cie osób zaj­mu­ją­cych się mniej lub bardziej pro­fesjon­al­nie gotowaniem zosta­je “zatrud­nionych” w kuch­ni prowad­zonej według najwyższych stan­dard­ów, co oznacza, że więk­szość dań przy­go­towu­je się nie dużo wcześniej ale naty­ch­mi­ast po zamówie­niu. Przyglą­danie się temu show było jed­nocześnie bolesne (kiedy ktoś spal­ił piąte risot­to czuliśmy się jak­byśmy obser­wowali najwięk­szy thiller) ale także niesły­chanie wcią­ga­jące. Co tydzień jed­na oso­ba odpadała a widz stawał się co raz bardziej związany z uczest­nika­mi. Ram­say początkowo wydał się zwier­zowi odraża­ją­cym i prz­er­aża­ją­cym typem, który wrzeszczy na wszys­t­kich, klnie jak sza­lony i wyda­je się być chodzącą furią. Dla każdego widza był wcie­le­niem tego naj­gorszego szkol­nego nauczy­ciela, o którym wiado­mo, że zaraz wybuch­nie i nawyzy­wa całą klasę od idiotów. Jedy­na różni­ca to ta, że w wypowiedzi­ach Ram­saya niekiedy ilość przek­leństw prz­eras­tała ilość innych słów pomiędzy nimi. Jed­nak im dłużej zwierz oglą­dał pro­gram tym częś­ciej dostrze­gał, że to żaden pod­staw­iony “sławny” kucharz, który próbu­je zdobyć pop­u­larność dzię­ki telewiz­yjne­mu show, ale człowiek, który naprawdę zna się na rzeczy. Co więcej zwierz zaczął pode­jrze­wać, że to ktoś komu naprawdę zależy na nieprzy­palonym risot­to.

 

 

 

Ram­say wybił się w telewiz­ji gra­jąc kosz­marnego typa — tym­cza­sem wyda­je się, że przede wszys­tkim zagrał takiego kucharza jakiego nie chce­my oglą­dać, albo nie wiemy, że ist­nieje — zestre­sowanego, nie rozkoszu­jącego się pięknem kuch­ni ale stara­jącego się zarządzać czymś pozornie nieskom­p­likowanym a w realu trud­no osią­gal­nym — by każdy dostał wszys­tko gotowe, ciepłe i na czas.

 

 Ponieważ u zwierza każde takie pytanie wyma­ga odpowiedzi, konieczne było obe­jrze­nie wszys­tkiego innego z Ram­sayem. Tym samy zwierz rozpoczął pop­kul­tur­alne poszuki­wa­nia. I tak trafił na fas­cynu­ją­cy film doku­men­tal­ny Boil­ing Point (a potem Beyond Boil­ing Point) — to właśnie ten film wyniósł sławę Ram­saya poza świat londyńs­kich kucharzy. To fas­cynu­jące doku­men­ty opowiada­jące właś­ci­wie dość prostą his­torię o tym jak Ram­say postanow­ił opuś­cić swo­ją doty­chcza­sową restau­rac­je (Aubergine, gdzie został zapros­zony przez słyn­nego równie cholerycznego Mar­co Pierre White’a) i założyć włas­ną, oraz zdobyć dla niej wymar­zone gwiazd­ki Miche­li­na (dokład­niej trzy bo tyle mają najlep­sze restau­rac­je). Doku­ment pokazy­wał nie tylko ambit­nego, młodego kucharza przy pra­cy. Po raz pier­wszy moż­na było zobaczyć jak naprawdę wyglą­da pra­ca kucharzy w najbardziej prestiżowych restau­rac­jach. Znane zwier­zowi z Hel­l’s Kitchen ciągłe poga­ni­an­ie i stre­sowanie uczest­ników, okaza­ło się jed­ną z pop­u­larniejszych metod zarządza­nia kuchen­ną restau­racją, w której pra­cown­i­cy muszą myśleć trzy razy szy­b­ciej niż prze­cięt­ny człowiek, nie mogą popeł­ni­ać błędów i co najważniejsze muszą być dia­bel­nie odporni na stres. Choć ten sposób zarządza­nia był wielokrot­nie kry­tykowany to jed­nak wyda­je się, że znacz­na część sze­fów kuch­ni nadal go sto­su­je. Co więcej — znacz­na część znakomi­tych kucharzy, ze świet­ny­mi restau­rac­ja­mi . Zwierz chcąc nie chcąc musi­ał poczuć sza­cunek do Ram­say’a który przeszedł taką szkołę pod okiem kosz­marnego (tak wyni­ka z opowieś­ci) Pierre Wihte’a a potem sam zro­bił dość osza­łami­a­jącą kari­erę kuli­narną, zdoby­wa­jąc i utrzy­mu­jąc trzy gwiazd­ki (na pewno poczynił to jako pier­wszy szkot ale zwierz ma wraże­nie, że zro­bił to też jako najmłod­szy szef kuch­ni w his­torii). Co więcej, okaza­ło się, że w walce o dom­i­nację w kuli­narnym świecie umiejęt­noś­ci jaki­mi moż­na się popisać w kuch­ni to tylko początek. Konkurenc­ja w świecie naj­droższych restau­racji jest tak duża, że kiedy jeszcze w Oberżynie Ram­say był przeko­nany, że właś­ci­ciele restau­racji, chcą go zastąpić innym sze­fem kuch­ni, ukradł książkę rez­erwacji. Widzi­cie może się to wydać śmieszne i dziecinne, ale bez książ­ki rez­erwacji restau­rac­ja, która nie wpuszcza ludzi z uli­cy, właś­ci­wie nie może dzi­ałać. Zwierz nie popiera takich zachowań, ale dzię­ki wszys­tkim tym pro­gramom świat pro­fesjon­al­nych kucharzy nagle stał się bardziej fas­cynu­ją­cy. Poza tym nie ukry­wa­jmy, czy ktokol­wiek wyobraża sobie Jamiego Oliviera krad­nącego książkę rez­erwacji? Pewnie tylko ozdo­bił­by ją sprośny­mi rysunka­mi, a potem przeprosił.

 

 

 

 Zwierz musi powiedzieć, ze dla zwierza ist­nieje spo­ra różni­ca między kucharzem a restau­ra­torem. Mniej więcej taka jak między malarzem a właś­ci­cielem galerii.

 

Jed­nak dwa pro­gramy, po których zwierz przekon­ał się, że naprawdę ma do czynienia z kimś kto zna się na gotowa­niu to bard­zo pop­u­larne Kuchenne Kosz­mary i nieco mniej znany pro­gram (ale za to bry­tyjs­ki) F Word. Kuchenne Kosz­mary o czym zwierz pisał nie raz, w swo­jej formie zupełnie nie przy­pom­i­na­ją tego czym kar­mi nas TVN z Magdą Gessler. O ile w Polsce każ­da restau­rac­ja kończy, jako udeko­rowana z przepy­chem kna­j­pa, sprzeda­ją­ca potrawy region­alne, o tyle ory­gi­nalne Kuchenne Kosz­mary miały zde­cy­dowanie ciekawszą for­mę. Ram­say przy­by­wał klął jak leci, po czym zami­ast zapro­ponować z wysokoś­ci swo­jego kucharskiego majes­tatu (co robi nie umy­wa­ją­ca się do niego pod wzglę­dem wiedzy i prestiżu Gessler) jed­no dobre rozwiązanie, najczęś­ciej pro­ponował mody­fikac­je dokład­nie tego co nie dzi­ałało. Były odcin­ki, w których mówił znakomi­tym sze­fom kuch­ni, że musza przystopować bo lokalna lud­ność chce czegoś odrobinę mniej wyrafi­nowanego, były takie, w których uczył chłopa­ka robić omlet, a także te w których podawał najlep­szy przepis na ham­burg­era. W ostate­cznym rozra­chunku pow­stawały nie takie same dos­tosowane do jego gus­tu kna­jpy, ale miejs­ca, które mogły na siebie zaro­bić, niekiedy z resztą prob­lem okazy­wał się leżeć nie w kna­jpie ale w kucharzach. Zwierz nigdy nie zapom­ni odcin­ka, w którym znakomi­ty szef sushi prowadz­ił kna­jpę  chylącą się ku upad­kowi. Ram­say przy­był i powiedzi­ał face­towi, że jasne że jego kna­j­pa upa­da — kucharz kochał gotować ale męczył się zarządza­jąc. Rewolucją okaza­ło się przy­wróce­nie go do roli sze­fa kuch­ni. Z opisu może się wydawać, że jest to pro­gram podob­ny do tego, który widz­imy w Polsce, ale dopiero wtedy zwierz dostrzegł prze­bi­ja­jącą spod sto­su przek­leństw aut­en­ty­czną życ­zli­wość. Ram­say w prze­ci­wieńst­wie do Gessler zdawał się naprawdę prag­nąć sukce­su restau­racji a nie jedynie potwierdzenia włas­nej wielkoś­ci. Do tego co ciekawe, mimo, że pro­gram ang­iel­s­ki (a potem amerykańs­ki) pełen był przek­leństw to jed­nak w był bez porów­na­nia mniej cham­s­ki niż ten, który oglą­damy w Polsce.

 

 

 Zwierz nigdy nie pojął jak udało się Polakom zro­bić pro­gram bardziej cham­s­ki niż ten z udzi­ałem Ram­saya. Bo szkoc­ki kucharz w ostate­cznym rozra­chunku częs­to okazy­wał się całkiem miły dla właś­ci­cieli remon­towanych restau­racji.

 

 

Jed­nak o ile Kuchenne Kosz­mary spraw­iły, że zwierz kucharza po pros­tu pol­u­bił o tyle w F Word zwierz znalazł bliskie swo­je­mu ser­cu pode­jś­cie do jedzenia. Pro­gram skła­da się z kilku mniej lub bardziej udanych seg­men­tów. Jed­nym z ukochanych seg­men­tów zwierza były krótkie demon­strac­je przepisów kuli­narnych. Ram­say prezen­tował kole­jne kro­ki gotowa­nia w taki sposób że wszys­tko wydawało się łatwe i prze­jrzyste. Jed­nocześnie nie był to porad­nik gotowa­nia, w którym przyj­mu­je się założe­nie, że wszyscy wszys­tko zro­bią w kuch­ni instynk­town­ie. Przepisy prze­tykane były drob­ny­mi uwaga­mi odnośnie, jak się kroi konkretne warzy­wa, z jakich narzędzi korzys­tać w kuch­ni, jak przypraw­ić mię­so. Drob­ne oczy­wiste dla kucharza rzeczy, które dla oso­by mniej doświad­c­zonej brzmią jak magia. Ale F Word zaw­ier­ało też całkiem sporo ide­o­log­icznych przekon­ań odnośnie jedzenia. Ram­say jest nie tylko wielkim zwolen­nikiem jedzenia świeżych, nie mrożonych pro­duk­tów (co jest ważne w kra­ju gdzie właś­ci­wie wszys­tkie posił­ki moż­na dostać na dziale z mrożonka­mi), ale także świado­moś­ci skąd bierze się jedze­nie. W każdym kole­jny sezonie hodował inne zwierzę­ta, które potem prz­er­abia się na konkret­ny rodzaj mięsa. Z resztą zwierzę­ta te kończyły na talerzu pod koniec sezonu.

 

 

 Następ­ny akapit zaw­iera pewne poglądy zwierza na tem­at jedzenia mięsa — ponieważ to akapit zde­cy­dowanie nie pop­kul­tur­al­ny może­cie go sobie ewen­tu­al­nie odpuś­cić.

 

Może­cie tu powiedzieć — hola! zwierzu! to nie jest fajne. Hodować coś a potem to zjadać. Ale zwierz ma zupełnie inne pode­jś­cie do sprawy. Wege­tar­i­an­ie nie jedzą mięsa bo nie chcą zadawać cier­pi­enia zwierzę­tom. Wiele osób, które je mię­so nie ma takiego dylematu bo po pros­tu nie kojarzy jedzenia ze zwierzę­ciem. Zdaniem zwierza jeśli chce się być ucz­ci­wym wobec samego siebie trze­ba umieć sobie powiedzieć, że kot­let, który jesz był kiedyś świnką. Możesz tak jak zwierz, umieć prze­jść nad tym do porząd­ku dzi­en­nego, ale odrobi­na moral­nej reflek­sji, to coś co zdaniem zwierza zawsze się przy­da­je. Jed­nocześnie Ram­say, wychodząc trochę na prze­ciw pod­nos­zonym przez wege­tar­i­an kwes­t­iom, dlaczego jemy jedne zwierzę­ta a kochamy inne, pod­nosił pytanie dlaczego Angl­i­cy nie jedzą już koniny (nie żeby się nią zajadali w jak­iś hur­towych iloś­ci­ach ale wcześniej kon­i­na stanow­iła część ang­iel­skiej diety). Wywołało to zresztą olbrzymie kon­trow­er­sje, wśród obrońców zwierząt. Ale pytanie jest dość słuszne, bo właś­ci­wie kon­inę się jadło i tylko z naszych kul­tur­owych przyzwycza­jeń wyni­ka, że zjedze­nie krowy jest dla nas nat­u­ralne, a zjedze­nie konia obrzy­dli­we. Zwłaszcza, że nie ukry­wa­jmy — z krową też moż­na się nieźle zaprzy­jaźnić (jak może zauważyliś­cie, zwierz przed­kła­da krowy nad konie). Oczy­wiś­cie nie przyj­mu­j­cie tego za zwier­zową deklarację w spraw­ie koniny , zwierz nigdy konia nie jadł i odmówił zjedzenia wielu egzo­ty­cznych kawałków mięsa np. ze stru­sia czy kan­gu­ra (no jak mogę zjeść zwierzę, które widzę tylko w zoo. Poza tym jeśli jesteś tym co jesz nie zniosłabym tęs­kno­ty za Aus­tral­ią). Zwierz jako pozbaw­iony wyrzutów sum­ienia mię­sożer­ca nie chce dalej ciągnąć sprawy (zwłaszcza, że statysty­cznie część z was jest wege­tar­i­ana­mi i pewnie wcale nie ma ochoty roz­maw­iać i czy­tać o jedze­niu zwierząt) ale musi przyz­nać, że lubi kiedy oso­by związane z gotowaniem, na każdym kroku stara­ją się uświadomić społeczeńst­wo, skąd tak właś­ci­wie biorą się pro­duk­ty spoży­w­cze.  Sam Ram­say twierdz­ił zaś — moim zdaniem dość słusznie, że kucharz mię­so po pros­tu jeść musi ze wzglę­du na jego smak i znacze­nie w kuch­ni. Z drugiej strony trze­ba przyz­nać, że pro­ponowane przez niego przepisy wiąza­ły się z wyko­rzys­taniem dosłown­ie całego zwierzę­cia. Zgod­nie z zasadą, że sko­ro już jemy mię­so nie powin­niśmy go marnować.

 

 

 Przepis na to danie pojaw­ił się w nowej książce kucharskiej Ram­saya. Zwierz nie wie na co patrzy ale chce kawałek, albo wszys­tkie kawał­ki.

 

 

        Jed­nak ulu­bionym frag­mentem kuli­narnych poczy­nań Ram­saya był malut­ki frag­men­cik pro­gra­mu, w którym zapraszał goś­ci (najczęś­ciej sławnych) prosząc ich by zro­bili swo­je popisowe danie. Pomysł był prosty — każdy z nas ma jakieś danie, które robi najlepiej — częs­to bard­zo dzi­wne, przy­go­towywane w nieortodoksyjny sposób. Tu ludzie przy­chodzili robili swo­ją wer­sje dania, a Ram­say swo­ją. Potem jedze­nie prze­chodz­iło ślepe testy, które nie zawsze wygry­wał nagrod­zony szef kuch­ni.  Ale zwierza przede wszys­tkim fas­cynowało to jak z nawet najprost­szego pomysłu na danie dobry kucharz potrafi zro­bić coś więcej. Proste przepisy na piz­zę z pieca, czeko­lad­owe torty, kur­cza­ki z nadzie­niem i inne pozornie proste i mało wyk­wintne dania zamieni­ały się w inter­pre­tacji Ram­saya w coś co kaza­ło marzyc o telewiz­ji, która będzie dostar­cza­ła złudzeń zapa­chowych. Jed­nocześnie, podob­nie jak w seg­men­cie z przepisa­mi, była to kuch­nia w jak­iś sposób osią­gal­na. Wiecie — nie te przepisy, na które patrzysz i wychodz­ić z założe­nia, że prędzej zaro­bisz na wycieczkę do restau­racji,  niż coś takiego ugo­tu­jesz. Zwierz nigdy co praw­da niczego nie ugo­tował z jego przepisów ale lubi myśleć, że nie było­by to zupełnie nie możli­we.

 

 

 

 Ten przepis dobrze ilus­tru­je o co zwier­zowi chodzi. Cały przepis to po pros­tu opis robi­enia naleśników z banana­mi ale ta drob­na pod­powiedź jak kroić banany by się nie roci­ap­ci­ały po patel­ni to właśnie jed­na z tych rzeczy, za którą zwierz zawsze niezwyk­le cenił ten seg­ment pro­gramów Ram­saya.

 

 

W sym­pa­tii dla telewiz­yjnego kucharza najtrud­niejsze jest utrzymy­wanie w sobie przeko­na­nia, że obser­wowana na ekranie oso­ba wciąż potrafi gotować. Nie ukry­wa­jmy dość nat­u­ralne jest, że kucharz, nawet najwybit­niejszy, nie pracu­ją­cy na co dzień w kuch­ni odd­ala się od świa­ta prawdzi­wej kuli­narnej rywal­iza­cji. W przy­pad­ku Ram­saya zwierz nigdy nie miał wąt­pli­woś­ci, że kucharz, którego obser­wu­je na ekranie, nawet jeśli nie umi­ał­by doprowadz­ić sam kole­jnej restau­racji do poziomu trzech gwiazdek, to nadal wie lep­iej niż więk­szość ludzi na świecie jak się gotu­je. I to zwierz przekony­wał się o tym obser­wu­jąc nie te ele­men­ty pro­gra­mu, w których pouczał ludzi jak się prowadzi restau­rację, ale te w których uczył ludzi jak się kroi mię­so, cebulę czy jak się robi makaron. Ist­nieje pew­na różni­ca, pomiędzy tym jak takie pozornie proste czyn­noś­ci, wykonu­ją w kuch­ni prawdzi­wi kucharze, a jak zachowu­ją się zatrud­nieni prowadzą­cy. To coś jak obser­wowanie jak naprawdę dobry malarz robi szkic. Teo­re­ty­cznie to nic trud­nego ale po szkicu odróżnisz kogoś o wrod­zonym tal­en­cie i kogoś kto rysować się wyuczył. Jak więc widzi­cie, ulu­bionym telewiz­yjnym kucharzem zwierza, jest klną­cy na ludzi szkot, który miał zostać piłkarzem ale z powodu kon­tuzji prz­er­wał kari­erę i przy­pad­kowo trafił do szkoły kuli­narnej. Zwierz nie wie jak do koń­ca o nim to świad­czy, ale myśli, że tak naprawdę sym­pa­tia bierze się nie koniecznie z pop­kul­tur­al­nej pop­u­larnoś­ci Ram­saya. Widzi­cie zwierz ma do kuch­ni pode­jś­cie może dziś trochę niemodne — zwierz lubi dobre jedze­nie, lubi nawet czy­tać o dobrym jedze­niu. Ale pod poję­ciem dobre jedze­nie nie rozu­mie, ani ocieka­jącej tłuszczem propozy­cji jaką próbu­ją mu wcis­nąć prze­ci­wni­cy nowoczes­nej kuch­ni, ani moleku­larnych ekspery­men­tów, które niewiele wspól­nego mają z gotowaniem. Dobra kuch­nia to dla zwierza, zawsze była kwes­t­ia tego by z każdego skład­ni­ka posiłku, wyciągnąć to co najlep­sze a potem z tą niesamow­itą wprawą, połączyć wszys­tkie skład­ni­ki w coś, co smaku­je nie do opisa­nia. Kwest­ie kalo­rycznoś­ci, wielkoś­ci czy wyglą­du takich posiłków są dla zwierza dru­gorzędne wobec wiz­ji spotka­nia z czymś nowym i ciekawym. I taką wiz­ję kuchni zwierz zna­j­dował w pro­gra­mach Ram­saya. I chy­ba stąd sym­pa­tia zwierza.

 

 

 To plus minus kuli­nar­na mantra zwierza — jeśli człowiek potrafi trzy­mać się blisko prostych skład­ników i sto­sunkowo prostych przepisów ma więk­sze szanse osiągnąć sukces.

 

 

Już pod koniec wpisu zwierz musi się ujawnić. Nie został on napisany zupełnie przy­pad­kowo. Otóż ulu­biona bloger­ka kuli­nar­na zwierza (która tak się przy­pad­kowo skła­da jest mężczyzną) oświad­czyła, że też lubi Ram­saya. Okaza­ło się, że mimo telewiz­yjnej kari­ery, która zazwyczaj ode­j­mu­je sze­fom kuch­ni pop­u­larnoś­ci (sko­ro jest w telewiz­ji znaczy, że się sprzedał i pewnie już nie umie gotować) sporo czytel­ników także lubi pyskat­ego Szkock­iego sze­fa. W związku z tym zwierz postanow­ił wyjść z kuli­narnej szafy i też się przyz­nać, że zupełnie nie przeszkadza zwier­zowi, że kucharz pojaw­ia się częś­ciej na ekranie, niż w kuch­ni w swo­jej londyńskiej kna­jpie. Bo co by zwierz z tego miał gdy­by on cią­gle siedzi­ał i gotował. A tak przy­jem­niej może sobie pomarzyć, że kiedyś wyko­rzys­ta któryś z jego tak ład­nie egzek­wowanych na ekranie przepisów.

 

 

 Zwierz wrzu­ca bo uświadomił sobie, że pisanie takich nie koniecznie super pop­kul­tur­al­nych wpisów jest trudne. Poza tym nie moż­na mieć wpisu o Ram­sayu bez przek­leństw

 

 

Ps: Wiem ze czeka­cie na śmierć (nie dosłown­ie) ale nadal zbiera zwierz dane.

ps2: Zwierz sprawdzał — dokład­nie takiego wpisu jeszcze nie napisał

ps3: Zwierz umieś­ci jeszcze ostat­ni wpis agi­ta­cyjny bo głosowanie kończy się jutro a zwierz ma jeszcze jeden prześmieszny mate­ri­ał dla wszys­t­kich nie face­bookowych czytel­ników.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy