Home Ogólnie Momenty były! czyli zwierz zagląda do filmowych sypialni

Momenty były! czyli zwierz zagląda do filmowych sypialni

autor Zwierz

 ?

Hej

 

 

Zwierz myśli nad tym wpisem od dobrych kilku dni, dokład­nie od cza­su, kiedy Ninedin zaraz po wpisie o pop­kul­tur­al­nych miłoś­ci­ach i zakochi­wa­niu się w bohat­er­ach, zapy­tała czy na fali szczeroś­ci nie napisać o swoich ulu­bionych fil­mowych sce­nach miłos­nych i pocałunkach. Propozy­c­ja Ninedin wydała się zwier­zowi ciekawa — przes­tać udawać, że scen takich nie lubimy, że wychodz­imy po kanap­kę, że wcale nie czekamy na to aż nasza ulu­biona para wresz­cie pad­nie sobie w ramiona. Zwierz uważa, że szczerość w mówie­niu o pop­kul­turze jest cen­na. O zbyt wielu rzeczach nie mówimy, uda­jąc mądrze­jszych i w przeko­na­niu wielu dorośle­jszych odbior­ców kul­tu­ry pop­u­larnej. Cza­sem zaś się po pros­tu wsty­dz­imy posądzenia o to, że idziemy do kina tylko na “momen­ty”. Tym­cza­sem nie ma co ukry­wać, że owe “momen­ty” są takim samym jak każde inne narzędziem nar­ra­cyjnym, częs­to kluc­zowym dla fabuły. Zwierz nigdy nie uważał, że w fil­mach jest za dużo nagoś­ci i sek­su. A właś­ci­wie nie uważał, że jest ich za dużo z przy­czyn moral­nych, ze wzglę­du na włas­ną prud­er­ię itp. To aku­rat nigdy zwier­zowi z tych względów nie przeszkadza­ło. Z drugiej jed­nak strony sko­ro przy szczeroś­ci jesteśmy, to zwierz musi zaw­ieść Ninedin. Otóż zwierz zas­tanaw­ia­jąc się nad real­iza­cją tego tem­atu uświadomił sobie, że to, co ma do napisa­nia może zostać zin­ter­pre­towane, jako unikanie tem­atu. Bo tak naprawdę o sek­sie w filmie będzie w tym wpisie zaskaku­jąc mało.

 

 

 Pier­wszy fil­mowy pocałunek w his­torii kine­matografii poruszył ludzkoś­cią, scenę nakrę­cono w 1896 i to nawet nie aparatem braci Lumiere, tylko kamerą, którą wynalazł sam Edi­son, który jeśli zwierz się nie myli nakrę­cił też ten oburza­ją­cy film.

 

 

Dlaczego? Po pier­wsze zwierz zdał sobie sprawę, że właś­ci­wie nie przepa­da za sce­na­mi miłos­ny­mi w kinie. Nie stoi za tym żad­na prud­e­ria (to chy­ba jed­na z niewielu rzeczy, o którą trud­no było­by pode­jrze­wać zwierza), ale raczej chłodne przyjrze­nie się temu, czym tak właś­ci­wie jest fil­mowa sce­na sek­su.  Najpierw odłóżmy na bok filmy, w których seks odgry­wa rolę abso­lut­nie kluc­zową dajmy na to takie oczy­wiste przykłady jak Ostat­nie Tan­go w Paryżu, Intym­ność czy 9 Piosenek. Tu seks, jaki by nie był jest dla fabuły tak kluc­zowy, że bez niego się nie da. Co więcej, tak naprawdę musimy w nich przyjąć taką a nie inną kon­wencję przed­staw­ia­nia scen sek­su z całym dobrodziejst­wem inwen­tarza. Trak­tu­jąc je jako kluc­zowy ele­ment autorskiej wiz­ji.  W tej samej kat­e­gorii zna­j­du­je się też więk­szość filmów o parach homosek­su­al­nych (sce­narzyś­ci są tu wyjątkowo kon­sek­went­ni co nie dzi­wi bo filmy częs­to kon­cen­tru­ją się przede wszys­tkim na sek­su­al­noś­ci bohaterów, i kon­sek­wencji takich a nie innych skłon­noś­ci), zdradach (nieza­leżnie od tego czy sce­ny sek­su w Skazie uzna­je­my za dobre i czy podo­ba się nam to, co widz­imy w Niewiernej czy też nas nuży, to fil­mu o zdradzie bez aktu zdrady oglą­dać raczej nie warto) czy w końcu filmy o pier­wszych doświad­czeni­ach sek­su­al­nych, ( przy czym zal­icza­my tu też filmy w sty­lu I two­ja Matkę też). W takich fil­mach seks na ekranie jest właś­ci­wie głównym narzędziem, które najczęś­ciej służy reży­serowi do opowiedzenia his­torii — zazwyczaj o czymś zupełnie innym a niekiedy tylko o tym. Takie sce­ny zwierz przyj­mu­je z całym dobrodziejst­wem inwen­tarza, przyj­mu­jąc, że są w jakimś stop­niu narzędziem nar­ra­cyjnym — a więc mają swój cel.  Częs­to są bard­zo odważne, przeła­mu­jące bari­ery, głównie, dlat­ego, że sce­narzyś­ci tak naprawdę korzys­ta­ją z sek­su bardziej by powiedzieć coś o bohat­er­ach i ich wza­jem­nych relac­jach niż by po pros­tu zad­owolić wid­own­ię. Zresztą takie sce­ny zdarza­ją się też w fil­mach niekręcą­cych się wyłącznie wokół łóż­ka (metaforycznego, bo jak wiado­mo, filmy za łóżka­mi nie przepada­ją) — sce­ny z Amer­i­can Psy­cho czy His­torii Prze­mo­cy tak naprawdę pokazu­ją nam w pier­wszym przy­pad­ku nar­cysty­czny charak­ter bohat­era, którego najbardziej intere­su­je jego własne odbi­cie w lus­trze, w drugim by przy pomo­cy dwóch radykalnie różnych scen pokazać jak bard­zo zmieniły się relac­je między małżonka­mi w filmie.

 

 

Gorzej z trady­cyjnym prowadze­niem bohaterów filmów, które właś­ci­wie odpowiada­ją o czymś zupełnie innym (są przy­godowe, sen­sacyjne, katas­troficzne itp.) do łóż­ka, bo tak trze­ba. Serio, licz­ba filmów w których nie ma żad­nych ele­men­tów w postaci pocałunku czy sce­ny sek­su jest niezwyk­le mała. Po pier­wsze samo zbliże­nie stanowi dla fil­mow­ców wyzwanie nie lada. Z jed­nej strony moż­na pójść wiz­ję roman­ty­czną gdzie ludzie składa­ją się jedynie z kolan i ramion, odpowied­nio to wszys­tko oświ­etlić, dorzu­cić jak­iś odpowied­ni “roman­ty­czny” sound­track i z dużym tru­dem stworzyć wiz­ję, która nijak się ma do niczego, co znać moż­na z życia. Do tej kat­e­gorii zal­icza­ją się te wszys­tkie niesamowicie nudne i bezpł­ciowe sce­ny, które wypeł­ni­a­ją jakieś pięć min­ut praw­ie każdego hol­ly­woodzkiego fil­mu, gdzie pokazanie nawet skrawka bius­tu uważa się za zagraża­jącą moral­noś­ci erotykę albo właś­ci­wie pornografię. Tu nóż­ka, tak rącz­ka gdzieś mignie pępek. Choć i tak dobrze, że fil­mow­cy porzu­cili tą kosz­marną mgiełkę, która rządz­iła kinem w lat­ach 80. Ist­nieje też dru­ga dro­ga, czyli pró­ba pójś­cia a nat­u­ral­izm (modne to było w lat­ach, 70) co właś­ci­wie zaskaku­ją­co częs­to prz­er­adza się na męczącą dzi­urę w kon­strukcji fil­mu. Zwierz nigdy nie zapom­ni sce­ny z fil­mu Nie oglą­daj się Ter­az nakrę­conej właśnie w takim sty­lu. Scenę uzna­je się za jed­ną z najlep­szych scen sek­su w his­torii kine­matografii, chwaląc za nat­u­ral­izm, delikat­ność i taką jakąś swo­jskość. Zwierz niczemu nie zaprzecza. Tylko, że suma sum­marum jest to prz­er­aża­ją­co nud­na sce­na. Serio nic się nie dzieje. No dobra coś tam się dzieje, ale nic, co by posuwało fabułę do przo­du. Oczy­wiś­cie, reżyser chci­ał przekon­ać widzów o czułoś­ci, jaka jest w małżeńst­wie bohaterów. Tylko prob­lem pole­ga na tym, że sce­na jest przy tym wszys­tkim nud­na. Dobra, ale nud­na. Rozu­miecie zwierza?

 

 

 Zwierz zawsze się śmieje z tej sce­ny, ale właś­ci­wie cza­sem ma ochotę krzyknąć do sce­narzys­tów “Nie dopisu­j­cie sek­su. Wtedy zro­bi się nud­no i wasz sce­nar­iusz umrze”

 

 

Co więcej powiedzmy sobie szcz­erze wszys­tko jest jeszcze mniej więcej OK, kiedy oglą­damy film sami albo nawet w kinie, ale kiedy siedzi się ze zna­jomy­mi, czy rodz­iną to wszyscy czu­ją się trochę głu­pio.  Przy czym, żeby nie było — zwierz nie twierdzi, że takie sce­ny nie przy­da­ją się fab­u­larnie, czy nie są niekiedy kluc­zowe, ale praw­da jest taka, że zdaniem zwierza dla widza w sum­ie niewiele w tym fra­jdy. No, bo powiedzmy sobie szcz­erze, oglą­danie dwój­ki obcych nam ludzi, którzy uda­ją, że upraw­ia­ją seks (serio uda­ją, nie wierz­cie, pro­mo­cyjnym wywiadom czy sen­sacyjnym treś­ciom — kiedy na sali jest reżyser, ekpia i oświ­etle­niowiec i pan z mikro­fonem, a do wszys­tkiego trze­ba robić trzy duble, to serio jest to paradok­sal­nie całkiem cięż­ka pra­ca), przy czym są najczęś­ciej fotografowani tak, że składa­ją się z tych mało sek­sownych kawałków ciała. Co więcej, pół biedy, kiedy oglą­damy film, gorzej, kiedy oglą­damy ser­i­al i dosta­je­my taką scenę ze cztery razy na odcinek.  HBO korzys­ta z nich trochę w zastępst­wie prz­erw reklam­owych, żeby ludzie mogli wyjść po kanap­kę (tak naprawdę chodzi o to, że HBO i inne stac­je płatne mogą pokazać dużo więcej ciała i taki­mi sce­na­mi odwdz­ięcza­ją się wiernie opła­ca­ją­cym abona­ment wid­zom). Do tego jak już zwierz napisał takie sce­ny spowal­ni­a­ją film — kiedy zwierz wychodz­ił z ostat­niego Bon­da był w sum­ie bard­zo zad­owolony, że Sky­fall podarował nam naprawdę najkrót­szą tego typu scenę w his­torii Bon­da od lat. Sko­ro, bowiem wybrałam się na film sen­sacyjny, chcę by akc­ja posuwała się do przo­du. Zwłaszcza, że aku­rat w przy­pad­ku scen sek­su w fil­mach sen­sacyjnych nie służą one budowa­niu postaci, bohaterowie właś­ci­wie się nie odzy­wa­ją (cza­sem nie wiele mówili do siebie wcześniej), więc w sum­ie seks sta­je się takim wypeł­ni­aczem i lep­em na widza. Dla zwierza przykła­dem jak cza­sem strasznie źle to wypa­da jest przykład sce­ny z Mroczny Ryc­erz Pow­sta­je, gdzie bohaterowie spędza­ją ze sobą noc tak total­nie z marszu, (choć z zadeklarowanym wielkim uczu­ciem), że widz naprawdę odnosi wraże­nie, że wepch­nię­to mu tą scenę na siłę. Wiele filmów odwołu­je się do tego schematu, właś­ci­wie z góry rez­er­wu­jąc jakieś kil­ka min­ut na seks, jed­nocześnie czyniąc wielkie wysił­ki by były to sce­ny jak najbardziej bezpł­ciowe.

 

 

 

Sekund­kę zwierzu, powie nie jeden czytel­nik, co to ma być, jakaś taka wiz­ja bezpł­ciowego filmy, gdzie seks jest tylko nud­nym spowal­ni­a­ją­cym wszys­tko dodatkiem? No serio zwierzu, spodziewal­iśmy się więcej, prze­cież miało być szcz­erze. No właśnie sko­ro przy szcz­erych wyz­na­ni­ach jesteśmy zwierz prag­nie się z wami podzielić swo­ją kon­cepcją doty­czącą tego, co jest naprawdę sek­sowne na ekranie. Widzi­cie zdaniem zwierza, chwila, kiedy nasi bohaterowie lądu­ją w łóżku (bądź gdziekol­wiek indziej z racji innowa­cyjnoś­ci twór­ców fil­mowych) jest właś­ci­wie końcem zabawy dla widza. Tym, co sprzeda­je się najlepiej to napię­cie poprzedza­jące jakiekol­wiek akty fizy­czne. Zna­cie scenę z ory­gi­nal­nej Afery Thomasa Crow­na, w której Faye Dun­away i Steve McQueen gra­ją w szachy? To jed­na z najbardziej przesy­conych sek­su­al­nym napię­ciem scen, jaką zwierz widzi­ał w filmie. To, że tak dłużej się nie da wiedzą wszyscy — bohaterowie i wid­zowie i właś­ci­wie tylko czekamy aż tak gra dojdzie do punk­tu kul­mi­na­cyjnego. Zdaniem zwierza ta sce­na dokład­nie odd­a­je to, co w fil­mach może być najbardziej pocią­ga­jące. Widzi­cie to napię­cie między bohat­era­mi — nieza­leżnie od tego czy wyni­ka z wza­jem­nego przy­cią­ga­nia, pow­strzy­manego przez trud­noś­ci, czy własne decyz­je, albo niesprzy­ja­jące okolicznoś­ci — jest tym, co dla widza jest najbardziej satys­fakcjonu­jące. Dlaczego? Bo to właś­ci­wie ostat­ni moment, kiedy widz współuczest­ni­cy w tym, co dzieje się między bohat­era­mi na ekranie. W chwili, kiedy bohaterowie przys­tępu­ją do rados­nej kon­sumpcji tego napię­cia widz z uczest­ni­ka sta­je się wyłącznie podglą­daczem i choć może czer­pać z tego radość to jed­nak już zupełnie inną.

 

 

 No właśnie, praw­da jest taka, że choć ponoć wszyscy jesteśmy podglą­dacza­mi (leży to jak zwierz słyszał w naturze ludzkiej) to jed­nak malo kto lubi podglą­dać grupowo, zwierz zas­tanaw­ia się czy przy­pad­kiem nie wszyscy mają w pamię­ci chwile zażenowa­nia kiedy w młodym wieku zała­pali się na film z tzw. momen­ta­mi, który oglą­dali w towarzys­t­wie rodz­iców.


 

Przy­pom­ni­j­cie sobie genial­ną scenę w bagażniku czy w barze, z Co z oczu, to z ser­ca — wszys­tko pole­ga tu na budu­ją­cym się napię­ciu, chemii poczu­ciu, że coś się stanie — jest ono ciekawe tak dłu­go jak dłu­go bohaterowie, nie mogą albo nic chcą nic z tym zro­bić, będąc jed­nocześnie świadomy­mi, że coś z tego wyniknie. Zdaniem zwierza stąd zresztą bierze się taka pop­u­larność wątków fil­mowych, które opier­a­ją się na założe­niu, że bohaterowie chcą się ze sobą przes­pać, ale albo nie chcą albo nie mogą — i choć w więk­szoś­ci filmów w końcu się na seks decy­du­ją, to zain­tere­sowanie widza (albo przy­na­jm­niej zwierza) jest już dużo mniejsze. To trochę jak z filmem Take This Waltz gdzie póki bohater­ka wysłuchu­je, co kochanek prag­nie z nią robić jest bard­zo sek­sown­ie a kiedy dosta­je­my niesły­chanie kreaty­wny mon­taż, tego, co się wydarzyło (trze­ba przyz­nać odważny) jest przy­na­jm­niej zdaniem zwierza, bez porów­na­nia mniej ciekaw­ie. Mimo, że są to sce­ny jak na film nieeu­rope­js­ki niezwyk­le odważne. Zresztą cza­sem bywa podob­nie w przy­pad­ku scen nakrę­conych z zachowaniem zasady, że kobi­ety nigdy nie zde­j­mu­ją staników (serio, dlaczego praw­ie wszys­tkie amerykańskie kobi­ety wsta­ją z poś­cieli już w stanikach! To chy­ba najbardziej kre­tyńs­ka rzecz, jaką widzi się w telewiz­ji). Widzi­cie nagrod­zona kil­ka lat temu nagrodą MTV sce­na wielkiego wybuchu namięt­noś­ci między bohat­era­mi łza­wego Pamięt­ni­ka zwierza ani ziębi ani grze­je. Jedynym naprawdę warty uwa­gi frag­mentem jest moment, w którym bohaterowie nagle spoglą­da­ją na siebie tak, że już wiemy, iż nie mają wyjś­cia tylko pod­dać się emocjom. To jest właśnie to napię­cie, które widz może w pełni przeży­wać z bohat­era­mi — potem może tylko patrzeć.

 

 

Zdaniem zwierza właśnie z powszech­noś­ci tego mech­a­niz­mu wyni­ka fil­mowy a zwłaszcza seri­alowy fetysz pocałunku Właśnie pocałunku, który jest jed­nocześnie momentem, na który się czeka i który kończy ten okres budowa­nia napię­cia między bohat­era­mi. Przyjrzyj­cie się pro­dukcjom fil­mowym — zwierz jest chy­ba na pal­cach jed­nej ręki wymienić filmy, w których nie było żad­nego pocałunku. To taki ele­ment obow­iązkowy, nawet w przy­pad­ku kiedy tak właś­ci­wie nie ma na taki wątek miejs­ca. Nie chodzi tylko eksploa­towany właś­ci­wie przez każdy ser­i­al będą nie będą (nawet w przy­pad­ku, kiedy nie doty­czy to postaci dru­go­planowych), ale też o samą pozy­cję pocałunku w funkcjonowa­niu fabuły. Pomi­ja­jąc fakt, że wid­zowie niek­tórych seri­ali (typu Cas­tle czy Bones i wiele, wiele innych.) Potrafią w naszym świecie powszech­nej roz­pusty (takie małe uogól­nie­nie, ale rozu­miecie, o co chodzi) czekać kil­ka lat w napię­ciu na jeden pocałunek (by przeży­wać to, jako niesamowicie ważne wydarze­nie), to na dodatek właś­ci­wie w seri­alach nie ist­nieją pocałun­ki przy­pad­kowe. Widzi­cie zwierz (i jak pode­jrze­wa wielu z was) zda­je sobie sprawę, że pocałowanie kogoś wcale nie oznacza, że darzymy go głębokim nieda­ją­cym się opisać uczu­ciem, czy też, że relac­je między ludź­mi uleg­ną zmi­an­ie już na zawsze, że jest to zawsze pre­ludi­um do czegoś więcej. W ciągu swo­jego życia cału­je­my całkiem sporo osób, które potem niewiele dla nas znaczą (o ile w ogóle przy­pom­i­namy sobie jak się nazy­wały). Tym­cza­sem we współczes­nej telewiz­ji właś­ci­wie nie moż­na kogoś po pros­tu pocałować — być może w drob­nej częś­ci seri­ali zna­jdziemy takie sce­ny, jed­nak w seri­alowym main­streamie moż­na spoko­jnie uznać, że jeśli dwie oso­by się pocału­ją będziemy mieli z tego zamieszanie na kil­ka odcinków, jeśli nie sezonów.

 

 

 

 No właśnie — zdaniem zwierza, tak naprawdę to jest ide­al­na pro­por­c­ja, bo to co dzieje się najpierw jest dla widza (ważne, by to pod­kreślić) tak naprawdę dużo bardziej intere­su­jące.

 

Ale nie tylko o wagę pocałunku chodzi — twór­cy zda­jąc sobie sprawę, że tak naprawdę im dłużej prze­cią­ga­ją stan napię­cia między bohat­era­mi tym dłużej widz będzie zain­tere­sowany wątkiem. Dlat­ego też seri­alowy wyczeki­wany pocałunek zawsze wiąże się z trze­ma faza­mi — ros­nącego napię­cia, pewnego skrępowa­nia i dyskusji oraz ponownego wybuchu namięt­noś­ci. Z resztą po wybuchu namięt­noś­ci, aby przy­wró­cić równowagę — to znaczy konieczne dla zaan­gażowa­nia widza napię­cie więk­szość twór­ców seri­alowych każe parze ukry­wać łączące ich uczu­cie tym samym wraca­jąc do budzącego zain­tere­sowanie widza napię­cia wynika­jącego z niemożli­woś­ci spełnienia prag­nienia. Kiedy nawet ta for­ma ule­ga wycz­er­pa­niu więk­szość sce­narzys­tów decy­du­je się a jakże na takie kom­p­likac­je w związku bohaterów by doprowadz­ić do punk­tu, kiedy się rozs­taną a potem roze­grać ten sam sce­nar­iusz w tym samym bądź zupełnie innym składzie? Niekiedy dochodzi do tego, że pocałunek jest o tyle ważniejszy od tego czy bohaterowie się ze sobą prześpią, że niek­tórzy autorzy — jak np. sce­narzyś­ci Bones, po pros­tu nad tym fak­tem radośnie przeskoczyli. Bo tak naprawdę, chwila, kiedy bohaterowie idą do łóż­ka jest z punk­tu widzenia seri­alowego fana bez porów­na­nia mniej intere­su­ją­ca, niż ta, w której się po raz pier­wszy pocału­ją. Zwłaszcza, że nieobłożone takim wiz­ual­nym tabu pocałun­ki nie są krę­cone w ten kosz­marny “tylko żeby broń boże nic nie było widać” sposób. Zresztą, co ciekawe, Youtube pełny jest wyję­tych z kon­tek­stów odcin­ka mon­taży scen ulu­bionych pocałunków z filmów czy seri­ali — tego oswo­jonego prze­jawu namięt­noś­ci, ludzie się nie boją, nie wsty­dzą i lubią kolekcjonować czy porówny­wać. Co więcej, sama sce­na pocałunku bywa dobrze napisana nawet wyję­ta z kon­tek­stu, pod­czas kiedy do scen miłos­nych czy tylko scen sek­su (nie bądźmy niczym niewinne dziew­czę, które­mu się wyda­je, że to jed­no i to samo, choć zwierz sto­su­je zami­en­nie z przy­czyn językowych) jak­iś kon­tekst jest jed­nak zde­cy­dowanie potrzeb­ny. Inaczej to naprawdę nie ma sen­su. Bo serio jak chce­my seks bez budowa­nia postaci i kon­tek­stu to już nie lep­iej udać się do gatunku wyspec­jal­i­zowanego.

 

 

Przy czym żeby było jasne. Zwierz nie twierdzi, że nie ma dobrych scen miłos­nych w kinie, no są. Od cza­su do cza­su, kiedy reżyser jest kreaty­wny, a między aktora­mi jest dobra chemia, moż­na się pow­strzy­mać przed wyjś­ciem po kanap­kę. Ale w ostate­cznym rozra­chunku, dużo częś­ciej są po pros­tu kole­jną sceną, która dość częs­to jest po pros­tu nud­na i bard­zo odd­alona od tego, co moż­na w najm­niejszym stop­niu uznać za sek­sowne. Oczy­wiś­cie to wszys­tko jest subiek­ty­w­na oce­na, być może wynika­ją­ca z fak­tu, że zwierza zawsze w fil­mach, książkach i seri­alach intere­sowało to, co się między ludź­mi nie dzi­ało, niż to, co się dzi­ało.  Póki nic się nie stanie moż­na, bowiem wyobrażać sobie abso­lut­nie każdy sce­nar­iusz, jaki wydarzy się między bohat­era­mi, moż­na mu nadawać nieskończe­nie wielką wagę, znacze­nie itp., Ale kiedy bohaterowie spędzą ze sobą noc, czy po pros­tu pad­ną sobie w ramiona, to nagle schodz­imy na ziemię. Bohater X pocałował bohaterkę Y i przes­pał się z Z. I jak­by graficznie tego nie przed­staw­iono nie zmieni to fak­tu, że cała his­to­ria jest prawdę powiedzi­awszy dość pros­ta,  nie tak wiele znaczą­ca i sprowadza­ją­ca nas do bard­zo ogranic­zonej licz­by rozwiązań. I dla zwierza jest w tym coś smut­nego.

 

 

 

 Zaczęliśmy his­torią, i skończymy his­torią a właś­ci­wie ciekawą reflek­sją jak szy­bko seks stał sie stałym ele­mentem fil­mu i jak dłu­go stanowi niezbęd­ny ele­ment sce­nar­iusza, nawet jeśli wyda­je się że wszys­tko zostało już w tej spraw­ie nie raz powiedziane i pokazane. A kadr oczy­wiś­cie z wybit­nej, kon­trow­er­syjnej i obra­zobur­czej Ekstazy z 1933 roku.

 

Ps: Zwierz prag­nie jeszcze dodać, że ma jed­ną obserwację, która nie chce go opuś­cić. Zwró­cil­iś­cie uwagę jak częs­to w złych fil­mach, jedyny­mi dobry­mi sce­na­mi — lep­iej zagrany­mi, niekiedy niepa­su­ją­cy­mi do miałkoś­ci resz­ty mate­ri­ału są sce­ny pocałunków? Tak jak­by sce­narzyś­ci i reży­serzy wiedzieli, że wid­zowie zwrócą na to więk­szą uwagę.

 


 

Ps2: Wiecie, że w tym wpisie nie ma nawet jed­nej dziesiątej tego, co ma zwierz do powiedzenia w tema­cie?  A i jeszcze jed­no. To taka specy­ficz­na kwes­t­ia, w której chy­ba każdy ma własne zdanie, tak więc broń Boże nie trak­tować wypowiedzi zwierza, jako jakiejś stupro­cen­towo sprawdzal­nej teorii, raczej jest to wynik zwierza pref­er­encji i obserwacji.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy