Home Góry 37529 kroków znaczy prawie dobrze czyli wpis tatrzański piąty

37529 kroków znaczy prawie dobrze czyli wpis tatrzański piąty

autor Zwierz
37529 kroków znaczy prawie dobrze czyli wpis tatrzański piąty

Całe życie moja mat­ka tłu­maczyła mi że z ter­ro­rys­ta­mi się nie dysku­tu­je. I co? Dziś o godzinie 7:10 rano musi­ałam per­trak­tować z ter­ro­rys­ta­mi, bo prze­cież mat­ka obiecała obudz­ić mnie o 7:15. Czy wy rozu­miecie ten akt ter­roru jakim jest budze­nie człowieka pięć min­ut wcześniej? Człowieka, którego połowa ciała właśnie zaczęła się zsuwać z łóż­ka wraz z wędru­ją­cym mat­er­acem? I cóż z tego, że wcześniejsza pobud­ka została spowodowana doskon­ały­mi warunk­a­mi do wyciecz­ki. Są pewne rzeczy, których się nie robi.

 

 

Najwyraźniej moja poran­na tyra­da odnośnie tego jak bard­zo nie budzi się ludzi pięć min­ut wcześniej zmiękczyła serce mat­ki bo zgodz­iła się pójść ze mną pod Morskie Oko. Choć może serce mat­ki zmiękczyło żebro, które paw­ie na pewno jest obite a nie zła­mane. Ewen­tu­al­nie mat­ka sobie naciągnęła mięsień. Albo coś jeszcze. Ostate­cznie może należało­by to zdi­ag­no­zować, ale ponieważ jak sama twierdzi odd­y­cha dobrze to pozwalam jej udawać że jest niczym koman­dos sił spec­jal­nych nie okazu­ją­cy bólu. Choć myślę, że koman­dosi mają w sobie jed­nak więcej łagod­noś­ci niż moja mat­ka w Zakopanem. Pewnie nie budzą kolegów wcześniej.

 

Moja ocho­ta na wycieczkę do Morskiego Oka brała się z kilku powodów. Po pier­wsze – to jest moja ulu­biona wyciecz­ka, którą ostat­nim razem robiłam kil­ka lat temu a i to nie do koń­ca bo skrę­ciłyśmy po drodze na Pięć Stawów. Po drugie – roz­zuch­wal­ił mnie wrze­sień i wiz­ja pode­jś­cia asfal­tową drogą bez koniecznoś­ci wymi­ja­nia poga­ni­anych wycieczek szkol­nych, znud­zonych nas­to­latków i bied­nych zapłakanych dzieci w wieku pod­stawówkowym. Wszys­tkie te dzieci­a­ki męczyły się ter­az w szkołach co pozwalało mieć nadzieję, że na szlaku będzie po pros­tu luźniej. Na koniec muszę przyz­nać, bez bicia, że wyjeżdża­jąc na zaled­wie kil­ka dni niekoniecznie mam ochotę testować pełnię swoich możli­woś­ci, wolę pochodz­ić niżej, zmęczyć się mniej i nie doprowadz­ić swoich nóg do stanu nieuży­wal­noś­ci. Kon­tuz­ja mat­ki jest wielkim sojusznikiem tego mojego planu.

 

Jeśli chodzi o plusy wrześ­nia to muszę przyz­nać, że z każdą min­utą utwierdzam się w przeko­na­niu, że chy­ba już nigdy więcej nie przy­jadę w góry w sezonie. Wrze­sień nawet słoneczny wyróż­nia się bowiem brakiem upałów, a nawet potrafi orzeźwić tym wczes­no­je­si­en­nym wia­trem, który przy­pom­i­na, że zaraz tu wszędzie będzie zim­no, i zniknie inten­sy­w­na zieleń, a mróz będzie szczy­pał policz­ki. Ten wia­tr który wieje lekko i każe założyć bluzę, niesły­chanie ułatwia chodze­nie, a jed­nocześnie trochę poga­nia do szyb­szego chodu. Tak jak­by jesień nie miała się zacząć za kil­ka tygod­ni ale już zaraz, pomiędzy kole­jny­mi kilo­me­tra­mi. To najlep­sza pogo­da na chodze­nie w górę, bo człowiek już nie marznie ale jeszcze się nie zgrze­wa, zaś umysł każe się tylko cieszyć, że ów wia­tr nie przy­pom­i­na o jesieni w drodze do szkoły czy na uczel­nię.

 

Choć dro­ga do Morskiego Oka kojarzy się z naj­gorszy­mi oby­cza­ja­mi turys­tów i z masowym par­ciem w górę (co nie dzi­wi, bo jest to szlak nazwany tak dość szum­nie – to po pros­tu szosa pną­ca się w górę dość łagod­ny­mi zakrę­ta­mi) to jed­nak nie da się ukryć, że po drodze jest po pros­tu przepięknie. Ponieważ star­tu­je się dość wysoko i idzie się w głąb gór – mając z boku wzniesienia w Polsce i na Słowacji, to odnosi się wraże­nie, jak­by szło się w samo serce Tatr, zostaw­ia­jąc wszys­tko za sobą.  Szczy­ty które góru­ją na hory­zon­cie robią wraże­nie z dale­ka, ale im bliżej jest się wniesień tym bardziej nie sposób oder­wać oczu. Głównie dlat­ego, że dopiero patrząc na góry, człowiek zda­je sobie sprawę, jak niesamowicie żałosne i niewielkie jest wszys­tko co wnosimy jako nasze ludzkie budowle. Choćbyśmy się nie wiem jak starali nie potrafimy zbu­dować góry. Ani niczego równie wspani­ałego.

 

 

Oczy­wiś­cie te wszys­tkie rozmyśla­nia snułam kiedy mat­ka parła do przo­du tem­pem które wskazy­wało, że prag­nie zdobyć jakąś odz­nakę za najszyb­sze wejś­cie na górę z kon­tuzjowanym żebrem. Jeśli takie przyz­na­ją proszę nam jed­no przysłać pocztą. Zresztą mierze­nie cza­su na tej trasie jest niesły­chanie proste. Choć zarząd parku zawsze infor­mu­je na znakach ile jeszcze do koń­ca szlaku, to dro­ga do Morskiego Oka, jest podzielona także na odcin­ki toale­towe. Inny­mi słowy przy każdej toale­cie po drodze napisano ile jeszcze do następ­nej. Ów toale­towy podzi­ał odcin­ka wyda­je się metodą genial­ną – głównie dlat­ego, że człowiek zawsze zapamię­tu­je ile mu jeszcze zostało do kole­jnej możli­woś­ci sko­rzys­ta­nia z uroków toi toia a do tego, cza­sem nawet potrafi z tego powodu przyśpieszyć kroku. Zupełnie nie rozu­miem czemu nie sto­su­je­my tego sposobu mierzenia odległoś­ci wszędzie. Czy  nie było­by rozsądne gdy­by wyrusza­jąc na wyprawę mierzyć ją nie iloś­cią kilo­metrów ale iloś­cią obec­nych po drodze toalet? Wszak dziesięć kilo­metrów z jed­ną toaletą po drodze to zupełnie co innego niż te same dziesięć kilo­metrów z pię­cioma toale­ta­mi. A bez toale­ty to już w ogóle. Także tem­po prze­by­cia tych trzech odcinków potrafi być drasty­cznie różne. Ten ostat­ni niek­tórzy potrafią prze­być w całoś­ci biegiem.

 

Samo Morskie Oko, nawet otoc­zone dziesiątka­mi turys­tów jest miejscem abso­lut­nie zach­wyca­ją­cym. Niewiele więcej umiem powiedzieć, bo jak zwyk­le z górski­mi widoka­mi jest tak, że kiedy się na nie patrzy to ma się uczu­cie, że to właśnie jest ten moment w którym abso­lut­nie nie ma się zdol­noś­ci by napisać jakie to wszys­tko jest. Być może właśnie dlat­ego, że nikt tego nie zbu­dował i nie wymyślił, tylko po pros­tu jest w całej swo­jej nat­u­ral­nej okaza­łoś­ci i urodzie, którą potem nieu­dol­nie staramy się odt­worzyć. Jed­nak żad­na sadza­wka naszej fontan­ny nie będzie miała takiej ide­al­nej per­fekcji jak zielona, ocieniona szczy­ta­mi gór tafla jezio­ra. Moż­na więc tylko patrzeć i ewen­tu­al­nie zaz­droś­cić okolicznym kaczkom że mają te wido­ki na co dzień. Choć może jak jest się kaczką to jest to rzecz mniej porusza­ją­ca. Oczy­wiś­cie takiego samego uroku i urody nie ma schro­nisko przy Morskim Oku oble­pi­one turys­ta­mi ze wszys­t­kich krańców świa­ta. Bo jest tu ist­na wieża Babel. Najwyraźniej ktoś za granicą się wygadał i ter­az wszyscy chcą zobaczyć jakie to miejsce jest piękne.

 

 

Nasi sąsiedzi przy wielkim drew­ni­anym stole, byli jed­nak Polaka­mi, co dało się poz­nać po tym że pan Euze­biusz przeczy­tał cały rozdzi­ał o Morskim Oku, na głos, z prze­wod­ni­ka Nyki. Po czym do sto­li­ka wró­ciły dwie panie, którym pan Euze­biusz ponown­ie przeczy­tał ów rozdzi­ał. A potem – najwyraźniej uzna­jąc, że powtór­ka dobrze robi pamię­ci, zaczął pow­tarzać pewne fak­ty z tego rozdzi­ału na głos. Cóż.. jak­byś­cie kiedyś byli ciekawi jakie treś­ci moż­na znaleźć w prze­wod­niku Nyki o Morskim Oku to znam ten rozdzi­ał niemal na pamięć. Nie mniej pan Euze­biusz nie wpłynął na nas tak jak pani obok która jadła sch­abowego. Zapach tego sch­abowego połączył mnie i matkę w jed­nym prag­nie­niu by zjeść dokład­nie to samo. Nieste­ty w schro­nisku, kole­j­ka była tak duża, że moż­na było spoko­jnie założyć, że my sch­abowego zahaczymy gdy spad­nie pier­wszy śnieg. Zostało nam wiec tylko jed­no, schować zach­wyty do kieszeni i niemal biegiem ruszyć w dół, ku cywiliza­cji i kotle­tom.

 

Tem­po jakie przy­brałyśmy moty­wowane było głównie kotletem ale nie ukry­wa­jmy, wymi­janie głośnych, dow­cip­ku­ją­cych i śmieją­cych się grup ludzi też nas moty­wowało. Nie wiem dlaczego ale ja i moja mat­ka nie traw­imy ludzi, którzy w górach śmieją się głośno i iry­tu­ją­co. A właś­ci­wie gorzej – rechoczą.  To jed­na z tych rzeczy, która spraw­ia, że mat­ka Zwierza nie mogła­by mieć kijków trekkingowych. Jestem abso­lut­nie pew­na że z luboś­cią wbi­jała­by ich ostre końców­ki w łyd­ki zbyt wesołych turys­tów. Główką od kij­ka dawała­by zaś po głowie wszys­tkim którzy robią sobie zdję­cia w poprzek dro­gi. Przy czym muszę zaz­naczyć, że więk­szość ludzi których mija się na drodze – zwłaszcza tak specy­ficznej jak ta, jest ubrana całkiem górsko i porząd­nie, a do tego zachowu­ją się jak najlepiej. Tak więc nie pałamy nien­aw­iś­cią do ogółu turys­tów. Choć jed­nocześnie, kiedy koło czter­nastej minęła nas na drodze dziew­czy­na w let­niej sukience poczułyśmy się trochę zaskoc­zone. Zwłaszcza, że szła niezłym tem­pem, z miną która niemalże sug­erowała, że to ona ubrała się właś­ci­wie a my wszyscy wygłu­pi­amy się idąc po tym asfal­cie w butach za kostkę.

 

 

Ostate­cznie dro­ga skończyła się jak zwyk­le nieco niespodziewanie (dro­ga do Morskiego Oka tak ma – wydłuża się i skra­ca na niek­tórych odcinkach w sposób trud­ny do przewidzenia), a myśmy dopadły do busa i ruszyły do Zakopanego. Tam udało się nam usiąść w kna­jpie ser­wu­jącej pięć różnych rodza­jów kotletów i w końcu zjeść sch­abowego. Przy czym żad­na z nas za sch­abowym nie przepa­da. Ale cza­sem… cza­sem człowiek naprawdę musi. Potem powró­ciłyśmy do hotelu PRL. Ten nie przes­ta­je nas zaskaki­wać. Np. w toale­cie pod schoda­mi (z której korzys­tamy zwyk­le wtedy gdy po śni­ada­niu wyprawa na trze­cie piętro wyda­je się nieco zbyt dużym wysiłkiem) moż­na zapal­ić światło, ale ponieważ coś w świ­etlów­ce nie sty­ka człowiek ma do wyboru – albo ciem­noś­ci albo dyskotekowe miga­jące światło, które może przypraw­ić o atak epilep­sji. Jak sami rozu­miecie nie jest to łatwy wybór. Choć gdy­by dodać do tej świ­etlów­ki jeszcze muzykę to hotel mógł­by się chwal­ić włas­ną dyskoteką.

 

Wieczór prze­b­ie­gał­by pewnie już zupełnie spoko­jnie i bez żad­nych zawirowań gdy­by nie fakt, że matce na czyt­niku nagle przes­tało dzi­ałać Legi­mi. Sytu­ac­ja w przy­pad­ku więk­szoś­ci osób była­by mało trag­icz­na, wobec fak­tu, że oprócz książek z Legi­mi mama ma na czyt­niku około tysią­ca ebooków, ale musi­cie zrozu­mieć – mat­ka Zwierza czu­je że ma przy sobie za mało książek jeśli jej czyt­nik nie ma obję­toś­ci bib­liote­ki Alek­sandryjskiej. Musi­cie wiedzieć, że Zwierz tak naprawdę nie boi się swo­jej mat­ki. Chy­ba że nie dzi­ała jej czyt­nik. Wtedy mat­ka Zwierza zamienia się w osobę której… cóż nie chcielibyś­cie spotkać w ciem­nej uliczce. Na całe szczęś­cie liczne rese­towanie, łącznie i przy­wracanie ustaw­ień fab­rycznych spraw­iło, że czyt­nik znów dzi­ała. Trochę spoko­jniej kładę się spać. Choć kto wie co przyniesie jutro.

 

Ps: Mat­ka zaak­cep­towała, ale stwierdz­iła że następ­ny wpis ma być ponury bo ona się nie może śmi­ać.

Ps2: Po powro­cie do hotelu dowiedzi­ałam się, że przez jak­iś czas byliśmy śled­zone przez czytel­niczkę tych wpisów! Poz­draw­iamy!

0 komentarz
4

Powiązane wpisy