Home Aktorzy Pan Tom buduje karierę czyli gdzie się podział Hiddleston.

Pan Tom buduje karierę czyli gdzie się podział Hiddleston.

autor Zwierz
Pan Tom buduje karierę czyli gdzie się podział Hiddleston.

Kil­ka lat temu wydawało się, że świat amerykańskiej kine­matografii leży u stóp bry­tyjs­kich aktorów nowego pokole­nia. Wraz z pojaw­ie­niem się w zbiorowej wyobraźni Bene­dic­ta Cum­ber­batcha, Toma Hid­dle­stona czy Eddiego Red­may­na moż­na było spoko­jnie założyć, że amerykańs­cy aktorzy powin­ni się spakować i pożeg­nać z ciekawy­mi rola­mi i Oscarowy­mi stat­uetka­mi. Jed­nak po pier­wszym zach­wycie przyszło zaskocze­nie. Wielkie amerykańskie kari­ery bry­tyjs­kich aktorów wcale nie poszy­bowały tak szy­bko jak może się wydawać. Wręcz prze­ci­wnie część widzów zaczęła sobie zadawać pytanie, kiedy ostat­nio widzieli swoich nowych ulu­bieńców w jakimkol­wiek pro­gramie i co się właś­ci­wie stało. Zwłaszcza wyda­je się, że Tom Hid­dle­ston nagle wziął i zniknął. Co się musi stać by aktor, który zdawał się być we wszys­tkim nagle zniknął.

 

Kadr z fil­mu “Unre­lat­ed” reż Joanne Hogg

 

Spójrzmy – na pier­wszy rzut oka aktor wręcz stwor­zony do między­nar­o­dowej kari­ery. Wyso­ki, przys­to­jny, z doskon­ałym pub­licznym wiz­erunk­iem. Wszyscy przepy­ty­wani na okoliczność zapew­ni­a­ją, że sym­pa­ty­czny, grzeczny i do tego dobrze, klasy­cznie wyk­sz­tał­cony. Bo jak wiado­mo niemal każdy bry­tyjs­ki aktor nosi w kieszeni dyplom ukończenia filologii klasy­cznej na Oxfordzie i papiery z RADA. Choć niby kla­sowość jest passe to jed­nak robi wraże­nie, że uczel­nie ukończył najlep­sze a w Eton mógł się natknąć na następcę bry­tyjskiego tronu. Co praw­da gdzieś tam na mar­gin­e­sie dyskusji pojaw­ia­ją się uwa­gi, że kla­sowość niższy bry­tyjskie aktorstwo, ale w Stanach nie ma to wielkiego znaczenia. Zwłaszcza, kiedy wyso­ki przys­to­jny blon­dyn zapew­nia, że najlepiej się czu­je gra­jąc Szek­spi­ra, co ide­al­nie dopeł­nia wiz­ji Bry­tyjczy­ka, który jak wiado­mo musi odd­y­chać pen­tame­trem jam­bicznym inaczej królowa zabierze pasz­port.

 

Kadr z seri­alu BBC “Wal­lan­der”

Jeśli przeanal­izu­je­my między­nar­o­dową kari­erę Toma Hid­dle­stona to dość łat­wo dostrzec jej dwa kul­czowe ele­men­ty. Pier­wszy – w odpowied­nim cza­sie ten młody aktor, zaczy­na­ją­cy swo­ja kari­erę sceniczną wpadł na Ken­netha Branagha. Dzię­ki tej zna­jo­moś­ci, zaw­iązanej w teatrze pojaw­iły się nowe szanse. Zarówno na dru­go­planowy wys­tęp w Wal­lan­derze, jak i – co jest kluc­zowe – na pojaw­ie­nie się w „Thorze”. Branagh swego cza­su zde­cy­dował się na dość ryzykowny z punk­tu widzenia ekraniza­cji pro­dukcji super­bo­hater­s­kich ruch – obsadz­ił dwóch właś­ci­wie nie znanych aktorów w pier­ws­zo­planowych rolach. Ponoć leg­en­da miejs­ka mówi, że miało to zapewnić oszczęd­noś­ci na aktors­kich gażach, co poz­woliło zain­west­ować więcej w efek­ty spec­jalne. Wyda­je się jed­nak, że danie Hid­dle­stonowi szan­sy było związane też po pros­tu z wiarą Branagha reży­sera w swo­jego młod­szego zna­jomego po fachu. Hid­dle­ston daną mu szan­sę wyko­rzys­tał. Jego Loki stał się jed­ną z kluc­zowych postaci w świecie Mar­vela, zapew­ni­a­jąc między­nar­o­dową pop­u­larność i pewien spokój, jeśli chodzi o ciągłość zatrud­nienia. Bo Loki to postać, która może w tym fil­mowym cyk­lu ginąć dowol­ną ilość razy a i tak na pewno pojawi się po raz kole­jny. A że drani zagranych z pasją kocha się najbardziej to Hid­dle­ston już od dobrych dziewię­ciu lat wraca do swo­jej postaci, która z fil­mu na film ewolu­u­je.

 

Kadr z fil­mu “Thor” reż. Ken­neth Branagh

 

Jed­nocześnie znaczą­ca dla kari­ery Hid­dle­stona była też „dru­ga nóż­ka” jaką była obec­ność akto­ra w fil­mach Joanne Hogg. Po „Unre­lat­ed” czy „Arch­i­pel­ago” – dobrze przyję­tych przez bry­tyjską kry­tykę, Hid­dle­ston miał dobrą pozy­cję w bry­tyjskim kinie nieza­leżnym, które co praw­da nie daje wiel­kich zysków, ale pozwala wys­tępować w zde­cy­dowanie ciekawszych pro­dukc­jach – zwłaszcza pod wzglę­dem aktorskim i sce­nar­ius­zowym. Niewielu aktorów jest w stanie łączyć wys­tępy w kinie nieza­leżnym z między­nar­o­dową pop­u­larnoś­cią i pojaw­ian­iem się w wysokobudże­towych pro­dukc­jach. Ci jed­nak którym się to uda­je – zna­j­du­ją się w ide­al­nej pozy­cji gdzie mogą grać z jed­nej strony role zapew­ni­a­jące pop­u­larność i bez­pieczeńst­wo finan­sowe z drugiej – pojaw­iać się w tych pokazy­wanych w pię­ciu kinach na krzyż fil­mach, które kry­ty­cy wpisu­ją na listy 50 najlep­szych pro­dukcji danego roku (w zeszłym roku nowy film Joanne Hogg znalazł się na szczy­cie takiego zestaw­ienia – choć był to pier­wszy film reży­ser­ki od lat, bez Hid­dle­stona).

 

Kadr z “O półno­cy w Paryżu” reż. Woody Allen

 

Poza tym jed­nak kari­era Hid­dle­stona rozwi­jała się w sposób abso­lut­nie klasy­czny dla wielu bry­tyjs­kich aktorów. Role dru­go­planowe w seri­alach i fil­mach pro­dukowanych przez BBC, które ostate­cznie owocow­ały dru­go­planowy­mi rola­mi w amerykańs­kich pro­dukc­jach. Jasne zabawnie było go zobaczyć w „O półno­cy w Paryżu” ale nie ukry­wa­jmy – zna­jąc sys­tem cast­ingów stosowany przez Allena wystar­czyło się tylko pokazać na planie i nieco przy­pom­i­nać gen­tel­mana z lat dwudzi­estych, żeby dostać rolę. Z kolei współpra­ca ze Spiel­bergiem w „Cza­sie Wojny” dobrze wyglą­da w CV, ale to taki typowy film, który ma ciągnącą się przez kil­ka stron fan­tasty­czną obsadę a ostate­cznie we wszys­t­kich sce­nach jest tylko głównie koń albo jacyś praw­ie nie znani nas­to­let­ni aktorzy. Choć nie, głównie koń.

 

Kadr z fil­mu “Czas wojny” reż. Steven Spiel­berg (ilekroć patrzę na to zdję­cie wyobrażam sobie jak doskon­ałym aktorem do bry­tyjs­kich filmów wojen­nych był­by Hid­dle­ston w lat­ach 40

 

Wydawać by się mogło, że takie począt­ki kari­ery powin­ny rozwinąć się w imponu­jącą fil­mo­grafię pełną doskon­ałych ról, nagród, i ros­nącej pop­u­larnoś­ci. I pewnie by tak było, gdy­by nie fakt, że połączyło się tu kil­ka czyn­ników. Pier­wszy to rzekłabym pech – w kluc­zowym momen­cie dla budowa­nia swo­jej pozy­cji w Stanach Hid­dle­ston zde­cy­dował się na wys­tęp w trzech fil­mach. Pier­wszy to „I Saw the Light” – biografia niesły­chanie pop­u­larnego i ważnego dla roz­wo­ju amerykańskiej muzy­ki piosenkarza Han­ka Williamsa. Hank Williams to postać pod wielo­ma wzglę­da­mi ide­al­na do biografii – z jed­nej strony geniusz, z drugiej człowiek nękany nałoga­mi, przed­w­cześnie zmarły, no doskon­ała postać do typowej fil­mowej biografii. Hid­dle­ston postarał się jak mógł, ale ostate­cznie – film po pros­tu okazał się sła­by (i to bard­zo sła­by, wymęczyłam się strasznie go oglą­da­jąc) do tego, być może nad­miernie pewny swoich możli­woś­ci aktor postanow­ił sam w nim śpiewać. Hid­dle­ston głos ma miły, ale nie ukry­wa­jmy – nie taki, żeby przekonu­ją­co zagrać jed­nego z najważniejszych muzyków w his­torii amerykańskiej kul­tu­ry pop­u­larnej. Jed­nocześnie – trud­no się dzi­wić, odbiorowi w samych Stanach, gdzie część widzów zas­tanaw­iała się nad tym czy przy­pad­kiem aku­rat tej roli nie powinien grać Amerykanin.

 

Kadr z fil­mu “I Saw the Light” reż. Marc Abra­ham

 

Dru­ga poraż­ka to „Crim­son Peak” – pro­dukc­ja, Guiller­mo del Toro okaza­ła się jed­nym z tych kosz­marnych pro­jek­tów, które brzmią bard­zo dobrze na papierze, ale kiedy się je oglą­da człowiek nie wie czy ma się śmi­ać czy płakać. Zresztą praw­da jest taka, że jest to też film, który sporo musi­ał przecier­pieć w pro­dukcji – w pewnym momen­cie główną rolę miał grać Bene­dict Cum­ber­batch, ale zrezyg­nował. „Crim­son Peak” nie jest naj­gorszym filmem jaki nakrę­cono i ma swo­je dobre sce­ny, ale daleko mu od fil­mu dobrego. Daleko mu nawet od nieco słab­szych pro­dukcji samego del Toro. Wszys­tko to nie miało­by więk­szego znaczenia, gdy­by film nie okazał się straszną porażką finan­sową. Oczy­wiś­cie moż­na zwró­cić uwagę, że przy­czynił się do tego fakt, że pro­dukc­ja, jako opowiada­ją­ca o duchach nie miała szans na sze­roką chińską dys­try­bucję, ale wciąż – nie jest dobrze mieć na kon­cie film, który jest najwięk­szą finan­sową porażką danego roku. I nawet nie rekom­pen­su­je tego wysoki­mi wartoś­ci­a­mi artysty­czny­mi. Nie ma nic złego w zagra­niu w słabo zara­bi­a­ją­cym filmie Jar­musha – bo po Jar­mushu nikt się hitu nie spodziewa, ale już jak się człowiek nieopa­trze­nie zna­jdzie w słabo zara­bi­a­ją­cym filmie który roku­je, to nie łat­wo się o tym zapom­i­na.

 

Kadr z fil­mu “Crim­son Peak” reż. Guiller­mo del Toro

 

Ostat­ni filmem z tego zestaw­ienia niekoniecznie dobrych decyzji jest najnowszy „King Kong: Wys­pa Cza­sz­ki”. Sam film ma swoich wiel­bi­cieli, co nie jest prob­le­mem. Kluc­zową kwest­ią jest tu rola Hid­dle­stona. Film był jego pier­wszą amerykańską wysokobudże­tową pro­dukcją poza Mar­velem. Twór­cy pro­dukcji uznali, że najlepiej będzie go obsadz­ić w roli twardziela, żołnierza, który będzie wypeł­ni­ał trady­cyjny Hol­ly­woodz­ki stan­dard akto­ra w roli pier­ws­zo­planowej. Nieste­ty wyda­je się, że nie tylko sam Hid­dle­ston się do tego śred­nio nada­je, ale też sami wid­zowie (którzy wcześniej widzieli go w niejed­noz­nacznej roli Lok­iego, czy jako nad­miernie refleksyjnego wam­pi­ra w „Tylko kochankowie przeżyją) niekoniecznie tego chcieli. Zresztą w ogóle to jest ciekawe pytanie o miejsce bry­tyjs­kich aktorów w amerykańskiej kine­matografii. Z jed­nej strony chce­my ich oglą­dać, ale z drugiej – wolimy, kiedy gra­ją złoli, posta­cie skom­p­likowane ewen­tu­al­nie spes­zonych zakochanych Bry­tyjczyków którzy są zakłopotani włas­nym ist­nie­niem. Przy czym moż­na było odnieść wraże­nie, że sam Hid­dle­ston chęt­nie by tego umięśnionego bohat­era na pier­wszym planie zagrał (pamię­ta­jmy, że starał się najpierw o rolę „Tho­ra”) nie zaważa­jąc na to, czy dobrze się w takiej roli sprawdza. Sama rola była jed­nak dowo­dem na to, że aktor nie umie sobie w amerykańskiej kine­matografii znaleźć odpowied­niej niszy (którą zwyk­le wyrąby­wali sobie aktorzy bry­tyjs­cy), co wyda­je się konieczne by się w tym skom­p­likowanym rynku utrzy­mać.

 

Do dziś nie mogę zrozu­mieć komu przyszło do głowy że Hid­dle­ston będzie dobry do roli twardziela z kara­binem. Kadr: King Kong. Scull Island” reż.Jordan Vogt-Roberts

 

Jed­nocześnie przez te wszys­tkie lata, najbardziej chwalone pro­jek­ty, w których brał udzi­ał Hid­dle­ston były w więk­szym lub mniejszym stop­niu związane z kul­turą bry­tyjską. Emmy i Zło­ty Glob dostał za wys­tęp w „Noc­nym Recepcjoniś­cie” seri­alu BBC który zdobył między­nar­o­dową pop­u­larność. Najwięcej pochwał i wyróżnień aktor zbier­ał głównie za swo­ją pracę na sce­nie – począwszy od jed­nej z pier­wszych ról w Otel­lu, przez doskonale oce­ni­anego „Kori­on­al­na”, po „Betray­al” Pin­tera – sztukę która poz­woliła mu zade­bi­u­tować na Broad­wayu. Z telewiz­yjnych i fil­mowych wys­tępów w ostat­nich lat­ach tez udawały mu się głównie te oparte o sztu­ki teatralne czy to „Deep Blue Sea” na pod­staw­ie Rat­ti­gana, czy role w ekraniza­c­jach Szek­spirows­kich kro­nik (książę Hal i potem Hen­ryk V). Oczy­wiś­cie zdarza­ły się mu dobre filmy nie oparte o sztu­ki teatralne (jak „Tylko kochankowie przeżyją” czy „High Rise”) ale wciąż – bard­zo widać, że to jest jed­nak taka kari­era, które swo­je najważniejsze ele­men­ty ma na sce­nie. Dopó­ki zdarza­ją się takie wydarzenia jak wypro­dukowany dla RADA „Ham­let” (w reży­serii Branagha – wys­taw­iano go tylko trzy tygod­nie a bile­ty dostęp­ne były na loterii) to kari­era akto­ra ma się dużo lep­iej niż gdy­by znów miał zagrać w nieu­danej pro­dukcji wysokobudże­towej, gdzie widać, że na jego miejsce moż­na było­by pod­staw­ić dziesię­ciu przys­to­jnych aktorów amerykańs­kich.

 

Kadr ze spek­tak­lu “Kori­olana” reż. Josie Rourke

 

I tu w sum­ie dochodz­imy do pewnej ciekawej kon­kluzji. Hid­dle­ston zaczął kari­erę jako doskonale zapowiada­ją­cy się aktor teatral­ny. Zna­jo­mość z Branghem wyciągnęła go ze świa­ta bry­tyjskiego teatru (i telewiz­ji, bo w BBC gra mnóst­wo aktorów teatral­nych) i przeniosła do świa­ta wiel­kich wysokobudże­towych pro­dukcji. Ten skok przez kil­ka etapów kari­ery z jed­nej strony poz­wolił całe­mu światu poz­nać akto­ra z drugiej wcale nie zmienił fak­tu, że mamy do czynienia z aktorem teatral­nym, który ma kari­erę fil­mową niż z aktorem fil­mowym który ma kari­erę teatral­ną. To jest ważne rozróżnie­nie, bo na moje oko aktorzy, którzy lep­iej czu­ją się w teatrze będą do niego zawsze wracać, nieza­leżnie od tego jaką pop­u­larność zyskali dzię­ki fil­mom. Pod tym wzglę­dem nie powin­niśmy sobie zadawać pyta­nia „Co się stało z Hid­dle­stonem” bo aktor jest dokład­nie tam, gdzie powinien – na teatral­nych deskach – skąd co pewien czas robi wyciecz­ki do świa­ta Mar­vela czy do jakiejkol­wiek pro­dukcji, którą wskażę mu Dis­ney (czy oni tam pod­pisu­ją doży­wot­nie kon­trak­ty? Nie musi­cie odpowiadać wystar­czy, że dwa razy mrug­niecie).

 

Kadr ze spek­tak­lu “Betray­al” reż. Jamie Lloyd

 

Jed­nocześnie moż­na pode­jrze­wać, że gdzieś po drodze sam aktor mógł się sparzyć Hol­ly­wood a bardziej – zain­tere­sowaniem jakie przy­cią­ga życie w świ­etle reflek­torów. Nie znam człowieka oso­biś­cie, ale nie zdzi­wiłabym się, gdy­by powrót na teatralne des­ki nie był do pewnego stop­nia związany z zamieszaniem jakie pojaw­iło się w medi­ach kiedy Hid­dle­ston pojaw­ił się na kilku zdję­ci­ach z Tylor Swift. Wyda­je się, że ten rodzaj presji amerykańskiej pop­kul­tu­ry i poziom zain­tere­sowa­nia mediów oraz sza­leńst­wa fanów w ogóle trochę odstraszył młod­sze pokole­nie bry­tyjs­kich aktorów, którzy po kilku lat­ach życia w świ­etle reflek­torów wyco­fali się z powrotem na Wyspy, gdzie bycie sławnym nie wyk­lucza jeżdże­nia metrem. Jed­nocześnie – pode­jrze­wam, że strasznie trud­no jest utrzy­mać wiz­erunek pub­liczny człowieka zawsze miłego, zawsze uprze­jmego, staw­ianego za wzór bry­tyjskiego gen­tle­m­ana. To jest taka kreac­ja, która wyma­ga właś­ci­wie nie­ludzkiego wysiłku, nawet od osób z natu­ry uprze­jmych i dobrze wychowanych. Zwłaszcza, że wtedy staw­ia się ich na piedestale, z którego łat­wo spaść – niekoniecznie bard­zo sprawnie wygłos­zona mowa po otrzy­ma­niu Złotego Globu, ses­ja zdję­ciowa w której aktor roze­brał się do bielizny – niewielkie przewinienia, które utrud­ni­a­ją powrót do kochanego wiz­erunku pub­licznego (który niekoniecznie musi mieć cokol­wiek wspól­nego z prawdzi­wym charak­terem).

 

Kadr z seri­alu “Noc­ny Recepcjon­ista” reż. Susanne Bier

 

 

Wielokrot­nie pisałam, że choć może się wydawać to powierz­chowne – niekiedy fizy­czność akto­ra jest bard­zo moc­no związana z roz­wo­jem jego kari­ery (nigdy nie zapom­nę jak w Actors Stu­dio goś­ciem był Jude Law i prowadzą­cy zapy­tał go „Biorąc pod uwagę jak wyglą­dasz, czy nie natrafiłeś na jakieś prob­le­my w swo­jej kari­erze”. Jude był wtedy tak młody i piękny, że zabrało mi chwilę by zrozu­mieć, że to może być prob­lem). Wyda­je się, że Hid­dle­ston trochę „padł ofi­arą” swo­jego wyglą­du. Niewąt­pli­wie przys­to­jny, wyso­ki, blon­dyn, oczy niebieskie – wyda­je się ide­al­ny by wyjąć go ze świa­ta teatru i wstaw­ić do wysokobudże­towych pro­dukcji jako akto­ra pier­ws­zo­planowego. Jed­nocześnie jed­nak – patrząc na jego umiejęt­noś­ci, to w jakich rolach odna­jdy­wał się najlepiej – to właśnie w takich które zazwyczaj obsadza się aktora­mi bardziej charak­terysty­czny­mi, którym nigdy przenigdy nie poz­wo­lilibyśmy ratować głównej bohater­ki. Nawet w ekraniza­c­jach Szek­spi­ra – bez porów­na­nia lep­szy był z niego skom­p­likowany i wal­czą­cy ze swo­ją przyszłoś­cią książę Hal, niż posą­gowy Hen­ryk V. Nawet jeśli na tym swoim białym koniu był najpiękniejszy.  To, że Loki a nie Thor był jego drogą do między­nar­o­dowej rozpoz­nawal­noś­ci nie wyda­je mi się tu przy­pad­kiem. A jed­nocześnie – aktor od tego jak wyglą­da i jak się wpa­sowu­je w pewne schematy uciec nie może co więcej – sam biznes niekoniecznie da mu możli­wość takiej uciecz­ki. Pod tym wzglę­dem wyda­je się, że cza­sem lep­iej mieć twarz słabo ukry­wa­jącej się jaszczur­ki niż błys­nąć uśmiechem akto­ra, które­mu na pewno będzie dobrze z pięknym dziew­czę­ciem na ramie­niu.  I choć cza­sem błyśnię­cie fizy­cznoś­cią ma sens (w “High-Rise” na pewno musi­ało wpłynąć na zain­tere­sowanie licznych grup filmem) to jed­nak do pewnego stop­nia potenc­jał do bycia ekra­nowym “ciachem” potrafi ciążyć — bo trze­ba się odci­nać od takiego najbardziej oczy­wis­tego wiz­erunku.

 

 

 

Cza­sem prob­le­mem jest nie to, że się wyglą­da dzi­wnie, ale to, że wyglą­da się trochę za bard­zo jak książę  z pro­dukcji Dis­neya. Kadr z seri­alu “Hol­low Crown. Hen­ry V” reż. Thea Shar­rock

 

Co dalej z tą aktorską his­torią? – zapy­ta pewnie niejed­na oso­ba, czy­ta­ją­ca ten tekst. Cóż wyglą­da na to, że przy­na­jm­niej fil­mowo i telewiz­yjnie w najbliższych lat­ach Hid­dle­ston dość słusznie będzie się trzy­mał tego co nie tylko zna, ale też tego co przyniosło mu pop­u­larność. Ser­i­al o Lokim, kon­tynu­ac­ja „Noc­nego Recepcjon­isty”, plany udzi­ału w adap­tacji kole­jnej szek­spirowskiej sztu­ki – wyglą­da na to, że przy­na­jm­niej fil­mowo plany nie zapowiada­ją się na razie szczegól­nie karkołom­nie. Jeśli by składać Hid­dle­stonowi jakieś ciekawe propozy­c­je to chy­ba jed­nak bardziej na sce­nie. Zwłaszcza, że dla akto­ra bry­tyjskiego udana kari­era na Broad­wayu to wcale nie jest aż tak mało. Szczegól­nie jeśli trafi się na taką sztukę, którą ktoś będzie chci­ał zekrani­zować. Jed­nocześnie oczy­wiś­cie, jak w przy­pad­ku każdego przys­to­jnego akto­ra bry­tyjskiego w odpowied­nim wieku, pojaw­ia się pytanie czy nie mógł­by być Bon­dem. Ja oso­biś­cie go  jako Bon­da w tym momen­cie nie widzę, głównie dlat­ego, że mam wraże­nie, że zde­cy­dowanie lep­iej nadawał­by się do tej roli Richard Mad­den. Bo jed­nak to jest kwes­t­ia pewnej pewnoś­ci siebie na ekranie. Widzi­ałam raz Hid­dle­stona próbu­jącego grać macho i miałam wraże­nie, że to mu wybit­nie nie pasu­je. Plus i tak nieza­leżnie od tego co myślimy wszys­tko zależy od tego, który aktor naprawdę wpad­nie w oko pro­du­centce. Hid­dle­ston nadawał by się na Bon­da w takim sty­lu w jakim grał go Roger Moore, ale mam wraże­nie, że po lat­ach śmiertel­nie poważnego Craiga, nie ma do tego powro­tu.

 

Warto wspom­nieć, że wam­pirycz­na rola u Jar­musha też miała ele­ment szek­spirows­ki. Kadr z fil­mu “Tylko kochankowie przeżyją” reż. Jim Jar­mush

 

Ostat­nio przyglą­da­jąc się kari­erze i aktorskiemu emploi Hid­dle­stona pomyślałam, że chłopak ma pecha. Gdy­by urodz­ił się nieco wcześniej zała­pał by się ide­al­nie na te wszys­tkie har­ritage movies i gani­ał­by w stro­jach z epo­ki, odgry­wa­jąc w każdym filmie inną wari­ację bry­tyjskiego gen­tle­m­ana, w zależnoś­ci od fil­mu albo bard­zo szla­chet­nego, albo bard­zo okrut­nego. Jakże by się doskonale w tym odnalazł, że swoim klasy­cznym wyk­sz­tałce­niem, teatral­nym warsz­tatem i takim wyglą­dem, że aż człowiek odru­chowo zakła­da, że ma jakieś wiejskie posi­adłoś­ci, w których roz­gry­wa­ją się prawdzi­we dra­maty różnic kla­sowych. Moje głębok­ie westch­nie­nie musi­ał chy­ba usłyszeć ktoś na wys­pach, bo ponoć Hid­dle­ston ma się pojaw­ić w filmie Jame­sa Ivory (który wraz z Ismailem Mer­chantem właś­ci­wie są odpowiedzial­ni za lwią część kina dziedz­ict­wa) na pod­staw­ie sztu­ki Szek­spi­ra. I to chy­ba jest rzeczy­wiś­cie takie miejsce, w którym Hid­dle­ston pasu­je najlepiej.

Kadr ze spek­tak­lu “Ham­let” reż. Ken­neth Branagh

Nigdy nie zapom­nę jak warsza­wskie kina musi­ały otwier­ać kole­jne sale na trans­misję „Kori­olana” z NT Live (czy wiecie, że udało mi się kupić bilet na to przed­staw­ie­nie? Byłam jed­ną z tych osób której udało się w ide­al­nym momen­cie wcis­nąć przy­cisk i kupiłam je bez trudu. Oczy­wiś­cie nie dla siebie tylko dla koleżan­ki). Tłumy widzów, głównie dziew­czyn, przyszły na tą trans­misję dlat­ego, że Hid­dle­ston który zbu­dował swo­ją markę na byciu Lokim, przy­cią­gał do Szek­spi­ra niczym fan­tasty­czny magnes. I to jest w sum­ie nie takie złe wyjś­cie. Być aktorem, który budu­je swo­ją między­nar­o­dową pop­u­larność w najchęt­niej oglą­danych i najsz­erzej dys­try­buowanych fil­mach na świecie, tylko po to by potem przy­cią­gać młode dziew­czę­ta i chłopię­ta do Szek­spi­ra. To nie jest naj­gorszy plan na kari­erę na świecie.

 

Ps: Inspiracją do tego wpisu były proś­by czytel­ników, którzy pisali o jakich aktorach chcieli­by poczy­tać. Nazwisk na liś­cie było niesamowicie dużo więc zaczęłam od tego które pojaw­iało się najczęś­ciej.

PS: Tak zupełnie na mar­gin­e­sie jak się spo­jrzy na kil­ka lep­szych aktorsko i bardziej udanych wys­tępów Hid­dle­stona to w więk­szoś­ci wyreży­serowały je kobi­ety. Wspom­i­nam o tym bo zawsze miło przyglą­da­jąc się kari­erze jakiegokol­wiek akto­ra zobaczyć w niej sporo współprac z reży­serka­mi. Co nieste­ty nie zawsze jest oczy­wiste. Podob­nie Hid­dle­ston trafia do wąskiego grona aktorów którzy gra­ją z aktorka­mi, które są od niego starsze.

0 komentarz
5

Powiązane wpisy