Home Góry Tu nie ma ciśnienia czyli wpis górski trzeci

Tu nie ma ciśnienia czyli wpis górski trzeci

autor Zwierz
Tu nie ma ciśnienia czyli wpis górski trzeci

Rano padało, stwierdz­iła z niepoko­jem moja mat­ka. Spo­jrza­łam na zegarek. Fakt, że moja mat­ka użyła cza­su przeszłego nieco mnie zaniepokoił, bo zegarek zde­cy­dowanie wskazy­wał godz­inę niezwyk­le wczes­ną. Najwyraźniej zdaniem mojej mat­ki rano to ten czas, kiedy wszyscy nor­mal­ni ludzie śpią a ona czuwa spoglą­da­jąc za okno i planu­jąc moje tortury.

 

Praw­da jest jed­nak taka, że dziś mat­ka postanow­iła wygrać z deszczem wojnę psy­cho­log­iczną. Otóż moi drodzy – ilekroć wybier­amy się do Cho­chołowskiej z zami­arem pójś­cia na Grze­sia to pada. Stąd moja mat­ka postanow­iła odwró­cić sytu­ację – pójść do Cho­chołowskiej, kiedy zbiera się na deszcz i wyprzedz­ić klątwę doliny. Wyz­nam szcz­erze, że fakt, iż tak skom­p­likowana logi­ka do mnie przemówiła świad­czy o tym, że jestem już głęboko w króliczej norze.

 

Miło sobie cza­sem tak z kumpelą po pros­tu razem postać i podumać

 

W Dolin­ie przekon­ałyśmy się po raz kole­jny, że w górach są abso­lut­nie wszyscy. Ja wiem, że narzekanie na tłok w Tatra­ch jest modne od cza­su, kiedy Tatry postaw­iono, ale tym razem nawet ja muszę stwierdz­ić – nar­o­dzie za dużo tu nas. Tu od razu muszę się zdys­tan­sować do sza­lonych oskarżeń, że ja też jestem w górach podob­nie jak wszyscy inni. Prze­cież wiado­mo, że ja muszę być w górach, pode­jrze­wam, że więk­szość z tych turys­tów nie ma lekko sza­lonych matek, które ich zmusza­ją. W Tatra­ch powin­ni być tylko pro­fesjon­al­iś­ci i ludzie ter­ro­ry­zowani przez moją matkę.

 

Przez Cho­chołowską przeszłyśmy tem­pem dość szy­bkim, ponieważ mam wraże­nie, że gdzieś po drodze moja mat­ka doszła do wniosku, że sko­ro tu jest tak dużo ludzi to musimy ich wyprzedz­ić. Tu od razu mówię, że moim zdaniem spoko­jnie moglibyśmy ją wys­taw­ić w zawodach w chodzie. Przy czym nie był­by to chód klasy­czny tylko raczej takie zawody, gdzie ktoś zaczy­na chodz­ić powoli a potem przyśpiesza a potem to już tymi noga­mi prze­biera tak, że trud­no się zorientować.

 

W schro­nisku zamówiłam szar­lotkę (są pewne rzeczy, które robić trze­ba i jest to mycie nóg i jedze­nie szar­lot­ki w schro­nisku w Cho­chołowskiej) a potem zapy­tałam mat­ki czy chci­ała­by kawałek. Mogę ter­az powiedzieć, na przykładzie przeprowadzanych badań, że mat­ka nie jada sezamków, ale kawałek mojej szar­lot­ki zjadła – pode­jrze­wam kawałek ów miał mniej niż 33 kalo­rie sezam­ka. Jestem bliska tezy, że moja mama po pros­tu nie lubi sezamków. Ale poczeka­jmy z wnioska­mi do artykułu aż mój ekspery­ment się skończy. Ewen­tu­al­nie aż mat­ka zabi­je mnie znud­zona moim ciągłym pro­ponowaniem jej sezamków.

 

Dowód że mat­ka nie je sezamków ale szar­lot­ka to już zupełnie co innego

 

Potem ruszyłyśmy na Grze­sia. Na Grze­sia idzie się w sum­ie pros­to po bard­zo pięknym bło­cie i cza­sem wymi­ja człowieka trak­tor. Gdzieś tak w połowie dro­gi, przysi­adłam na chwilkę i zapy­tałam matkę czy też ma mrocz­ki przed ocza­mi. Mat­ka spo­jrza­ła na mnie i zapy­tała czy ja aby na pewno jestem przy­tom­na bo na twarzy to raczej kolorów nie widać. I tak oto moi drodzy okaza­ło się, że nie udało mi się w tym roku jed­nak ominąć górskiej klątwy i po raz kole­jny zaczy­nam powoli tracić przy­tom­ność. W sum­ie mogłabym kiedyś wydać górs­ki prze­wod­nik znac­zony jedynie lin­ią kamieni, na których zaczy­nałam odpły­wać od rzeczywistości.

Kiedy dziel­nie stwierdz­iłam, że ja to może bym jed­nak szła dalej usłysza­łam z ust mat­ki mej zdanie, które prag­nie usłyszeć każde dziecko „Ja po ciebie TOPR wyzwać nie będę”. Wiecie człowiek ma nadzieję, że jak się uda­je z kimś w góry to przy­na­jm­niej ta oso­ba zadz­woni po TOPR jak­by doszło co do czego a tu mat­ka z takim wyz­naniem. Ale tak serio to nieste­ty miała rację, mimo, że strasznie na tego Grze­sia chci­ałam wejść (Na BOGA trzy lata pod rząd nie móc wejść na najprost­szą górę w Tatra­ch?! To jest jak­iś specy­ficzny reko­rd) to jed­nak w górach jest taka zasa­da, że jak człowiek czu­je, że zaraz straci przy­tom­ność to nie powinien iść dalej. Zaskaku­jące, ale prawdziwe.

 

Zwierz w aspekcie Hobbita

 

Tu wszys­t­kich zaniepoko­jonych tymi moi­mi stana­mi prag­nę poin­for­mować, że przez lata zdołałam się abso­lut­nie prze­badać i ostate­cznie na pytanie co robić, kiedy spa­da mi ciśnie­nie w górach lekarze mieli tylko jed­ną odpowiedź „może pani nie jeźdz­ić w góry”. Zdanie to ewident­nie znaczy, że więk­szość lekarzy nie zna mojej mat­ki. Ale tak serio to poma­ga­ją na to zwykłe rzeczy na pod­niesie­nie ciśnienia, ponoć najlep­szy jest koni­ak, ale jakoś tak głu­pio pocią­gać z pier­siów­ki na szlaku.

 

Mat­ka, jak to mat­ka miała rację, dużo lep­iej poczułam się tak naprawdę dopiero w połowie dro­gi na dół. Być może dlat­ego, że zaczęło padać i z nie­jaką ulgą pomyślałam o tym, że przy­na­jm­niej nie pada na mnie na jakimś szy­cie, z którego trze­ba częś­ciowo wracać po bło­cie. Są takie rzeczy, które zawsze nieco cieszą. Jed­nocześnie mat­ka ma zaprezen­towała umiejęt­ność, która moim zdaniem zapewniła­by jej zło­to na olimpiadzie. Otóż, kiedy na park­ing zajechała taka mała ciuch­cia, którą moż­na prze­jechać taki mało górs­ki kawałek doliny, to mimo oczeku­jącego na nią tłu­mu matce udało się zająć miejsce pier­wszej. Nie wiem, jak to zro­biła, to było połącze­nie zwin­noś­ci man­gusty z szy­bkoś­cią gepar­da. Co ciekawe nikt po drodze nie zginął ani nawet nie dostał łok­ciem pod żebra.

 

Miejsce w którym czu­ję się jak u siebie

 

Kiedy już dotarłyśmy do Zakopanego stało się abso­lut­nie jasne, że tu jest jeszcze więcej ludzi niż było, klucząc, chodząc opłotka­mi i trzy razy zmieni­a­jąc tożsamość dotarłyśmy jed­nak do kna­jpy Szwa­j­carskiej, gdzie jedze­nie jest tak dobre, że nawet mat­ka zwierza nie to co miało w kar­cie najniższą gra­maturę, tylko drugą rzecz od koń­ca (150 gramów posiłku to prze­cież tak dużo). To jest proszę państ­wa taka rekomen­dac­ja, że naty­ch­mi­ast ktoś powinien restau­racji dać gwiazd­kę Michelin.

 

Wiec­zorem w końcu nad miastem pojaw­ił się ten deszcz, który groz­ił mu przez cały dzień i zaczął padać rzęsiś­cie, przynosząc też znaczne ochłodze­nie. Kiedy tęsknie spo­jrza­łam na matkę w nadziei, że poin­for­mu­je mnie, że jutro wsta­je­my o 9, jemy godzinne śni­adanie a potem czy­tamy książkę na balkonie, ta odparła, że zupełnie zapom­ni­ała mi powiedzieć, ale na jutro już zaplanowała Kasprowy. Czyli jeśli jutro będę moknąć to na Kasprowym

 

 

PS: Dziś przeszłyśmy 32 tys. kroków, policzyłam, że jeśli codzi­en­nie licz­ba kroków będzie się tak pow­ięk­szać to ostat­niego dnia mama każe mi na piechotę iść do Krakowa, żeby oszczędz­ić na bile­tach na autobus

 

PS2: Ktoś pytał, ile punk­tów kar­dio ma mama – a więc z zale­canych 150 tygod­niowo ma już 398 i z tego co rozu­miem wymieni je na nową córkę, która nie traci ciśnienia w górach.

 

 

0 komentarz
14

Powiązane wpisy

situs domino99 Indonesia https://probola.club/ Menyajikan live skor liga inggris
agen bola terpercaya bandar bola terbesar Slot online game slot terbaik agen slot online situs BandarQQ Online Agen judi bola terpercaya poker online