Home Góry Tu nie ma nikogo czyli wpis górski szósty

Tu nie ma nikogo czyli wpis górski szósty

autor Zwierz
Tu nie ma nikogo czyli wpis górski szósty

Zna­cie to pytanie „Kiedy ostat­nim razem robiłeś coś po raz pier­wszy”. Ta cud­own­ie kołczin­gowa sek­wenc­ja musi­ała zapaść w pamięć mojej matce, bo dziś postanow­iła sporo rzeczy zro­bić po raz pier­wszy. Jedynie budze­nie mnie rano i zmuszanie do chodzenia pozostało słod­ko takie same.

 

Plan mojej mat­ki był prosty – ponieważ ze wszys­t­kich dolin Tatr pol­s­kich nie zwiedz­iła jeszcze Doliny Lejowej to mnie tam zabierze. Pomysł napędzany był przede wszys­tkim potrze­bą unika­nia tłumów. Te zaś w week­end w Tatra­ch są już nieprzelic­zone i nawet mieszkań­cy Warsza­wy zaczy­na­ją co pewien czas cicho mówić „trochę tu cias­no”. Przy czym nasz plan został zmody­fikowany na miejs­cu. Miałyśmy bowiem iść do Doliny Lejowej a od niej do Koś­cieliskiej. Kiedy jed­nak bus zatrzy­mał się w Kirach zapro­ponowałam byśmy sko­rzys­tały z logi­ki i kulis­toś­ci Zie­mi i zami­ast od Doliny Lejowej do Koś­cieliskiej przeszły od Koś­cieliskiej do Lejowej. Sko­ro już i tak tu jesteśmy.

 

Gdy się z Koś­cieliskiej idzie do Doliny Lejowej to wychodzi się dokład­nie na taki piękny sza­łasik. Prze­wod­nik twierdzi że cza­sem moż­na spotkać też owce

Dzię­ki temu pomysłowi plan nasz miał w sobie pewien sur­re­al­isty­czny pos­mak. Wyobraź­cie sobie bowiem sobot­ni poranek w Koś­cieliskiej. Set­ki ludzi ciąg­nie dnem doliny, w tłoku i hałasie. Dzieci płaczą, rodz­ice uda­ją, że to nie ich dzieci, co chwilę ktoś na środ­ku dro­gi postanaw­ia zro­bić sobie zdję­cie. Tłum gęsty, zde­ter­mi­nowany, ale jed­nocześnie – budzą­cy frus­trację, bo nic w tym szu­ra­niu noga za nogą z setka­mi innych spacerow­iczów nie ma charak­teru górskiej wyciecz­ki. I ter­az dosłown­ie po dwudzi­es­tu min­u­tach takiego spaceru widzi­cie ścieżkę w bok. Pnie się co praw­da do góry ale żadne skom­p­likowane pode­jś­cie. Wóz­ka co praw­da nie pod­prowadzisz, ale już kilkulet­nie dziecko spoko­jnie może iść.

 

Na tej ścieżce jest pus­to. Z każdym krok­iem odd­alasz się od szu­mu doliny, a ponieważ idzie się coraz wyżej to przed oczy­ma rozpościer­a­ją się coraz piękniejsze wido­ki. Tak jest pod górę, ale nie bard­zo, przy­nam­niej nie tak by człowiek tracił nadzieję i sens życia. Co więcej ścież­ka jest tak rzad­ko uży­wana, że kij­ki trekkingowe służą tu głównie do odgar­ni­a­nia roślin­noś­ci, która powoli zaczy­na prze­j­mować drogę. Moż­na się poczuć jak na bez­drożach. Tym­cza­sem jest się po pros­tu pomiędzy dwiema najbardziej uczęszczany­mi w górach dolina­mi. Gdy­by iść dalej moż­na było­by Dojść do Cho­chołowskiej, ale ponieważ tam też gra­su­ją tłumy – wybrałyśmy jed­nak zejś­cie do Lejowej.

 

Wyz­nam wam szcz­erze — nie cier­pię górs­kich mostków. Wywołu­ją we mnie irracjon­alne lęki.

Dolina Lejowa znana jest z tego, że jest tam bło­to. I wiecie co. Nie uwierzy­cie. Jest to naprawdę błot­nista dolina, taka którą przez pewien czas idzie się drogą przy­pom­i­na­jącą niemal stru­mień. Jest to też Dolina jak na tatrza­ńskie warun­ki niemal pus­ta. Jest to trudne do zrozu­mienia, bo na samym jej końcu zna­j­du­je się urokli­we miejsce ze stołem dla turys­tów, a poza tym – jeśli ktoś prag­nie schro­niska może dość szy­bko prze­jść z koń­ca Doliny do Koś­cieliskiej i na Ornak. Nie będę was jed­nak namaw­iać do chodzenia Lejową, bo chci­ałabym zostaw­ić dla siebie choć jed­ną tatrza­ńską dolinę, w której człowiek nie zaczy­na sam z siebie planować ludobójstwa.

 

Tu zresztą dygres­ja, zupełnie na poważnie. Wyda­je się, że Tatry osiągnęły swój lim­it i więcej turys­tów już chy­ba przyj­mować nie powin­ny. Kiedy piszę te słowa Morskie Oko odwiedz­iło jed­nego dnia 15 tys. osób. Oczy­wiś­cie, część z nich pewnie musi­ała, poga­ni­ana przez własne mat­ki. Niem­niej jed­nak – jeśli czegoś nie zro­bimy z tym ilu turys­tów jest obec­nie w Tatra­ch to urok tych gór zupełnie nam umknie. Poczułam to dziś naj­moc­niej, kiedy na ścieżce, wyprzedzi­wszy (raz w życiu) swo­ją sza­cowną matkę, stałam zupełnie sama, nie widząc niko­go ani za sobą, ani przed sobą. I przez chwilę było dokład­nie tak jak powin­no być w górach, gdzie człowiek słyszy jedynie odgłos swoich kroków pomieszany z tymi wszys­tki­mi dźwięka­mi jakie wyda­ją łąki i lasy.

 

W połowie Doliny pewien motylek uznał, że zostanie moim kumplem i dość dłu­go siedzi­ał na mojej ręce

 

Jeśli wyda­je się, że nasz dzisiejszy spac­er to koniec, to najwyraźniej nie zna­cie mojej mat­ki. Otóż doszła ona do wniosku, że zde­cy­dowanie za mało nowych przeżyć jak na jeden dzień. Zami­ast jed­nak wycią­gać mnie na kole­jną wycieczkę późnym wiec­zorem (stan kroków tak katas­tro­fal­ny, że zabroniła się dzielić) zafun­dowała nam prawdzi­wą turysty­czną przy­godę. Sko­rzys­tałyśmy bowiem z ofer­ty jed­nego z biur podróży, które wozi turys­tów do Cho­chołowskiej i tam kar­mi ich przy ognisku kiełbasą z gril­la, chlebem ze smal­cem i bigosem. Co więcej na miejs­cu okaza­ło się, że dają do tego nie tylko herbatę, ale też grzane wino.

 

Zabawa była przed­nia choć nie ukry­wam, przeżyłam chwilę grozy. Okaza­ło się bowiem, że kilko­ro uczest­ników naszej wyprawy mieszkało gdzieś na zupełnym uboczu, do którego prowadz­iła wąs­ka dro­ga, bieg­ną­ca do tego pod górę tuż nad jakimś potok­iem. Kierow­ca naszego busa klął zaś ja pisałam w myślach mój nekrolog, który zaczy­nał się od słów „Zginęła w górach śmier­cią trag­iczną, jadąc po kiełbasę”. O tym, że moje rozważa­nia o sprawach ostate­cznych nie były zupełnie nie uza­sad­nione niech świad­czy fakt, że kiedy kil­ka godzin później kierow­ca przy­jechał rozwieść wszys­t­kich po miejs­cach zamieszka­nia, wybrał inny bus, lep­iej przys­tosowany do pokony­wa­nia stromizn.

 

Po obserwacji butów moż­na poz­nać że było błotko

 

Muszę wam cicho przyz­nać, że dzisiejszy dzień był wyjątkowo mało naz­nac­zony cier­pi­e­niem. Może dlat­ego, że udało się uciec od tłumów. Może dlat­ego, że widzi­ałam nowe miejs­ca, a to zawsze cieszy. A może dlat­ego, że piszę to słowa po dwóch kubeczkach grzanego wina, a to zawsze zmiękcza obraz świa­ta i serce. Choć nie mojej mat­ki. Ta planu­je już wycieczkę na jutro i nawet nie chce słyszeć o tym, że prze­cież nie wypa­da się strasznie zmęczyć przed wyjaz­dem. Cóż są ludzie na których nie podzi­ała nawet bigos i kiełbaska.

 

PS: Z obliczeń mat­ki wyszło że od początku wyjaz­du zro­biłyśmy tylko 100 km. Ona sama kiedy była tu w czer­w­cu zro­biła pon­ad 126 kilo­metrów i ter­az chci­ała­by więcej. Mam wraże­nie, że czeka­ją mnie dwa naprawdę ciężkie dni.

0 komentarz
8

Powiązane wpisy

situs domino99 Indonesia https://probola.club/ Menyajikan live skor liga inggris
agen bola terpercaya bandar bola terbesar Slot online game slot terbaik agen slot online situs BandarQQ Online Agen judi bola terpercaya poker online